Strona 2 z 2

Sure, take your time, (fuckin') princess

: czw sty 01, 2026 4:31 pm
autor: Percival Gardner
Miał wrażenie, że z każdą chwilą robiło się w pomieszczeniu bardziej gorąco, sekundami wręcz duszno, jakby klimatyzacja przestała działać, a jego biała koszula zamieniła się w gruby, wełniany sweter.
Wewnętrzna walka między tym, co profesjonalne, a tym, co pociągające, bo przecież zakazane. To intensywne spojrzenie nie dawało mu spokoju. W jednej chwili – świadomie czy nie – rozpętał ten cały gorąc na własne życzenie. Jeszcze nie dopuszczał do siebie myśli, że tak naprawdę cholernie mu się podobał. Rodzaj adrenaliny, której nie czuł od dawna; nie związanej z pracą, a czystymi uczuciami, z którymi wcześniej czy później przestałby walczyć. Wbrew sobie i swoim chorym przekonaniom, że odciął się grubym murem od tego, kim był kiedyś. Bzdura.
Coraz częściej łapał się na tym, że przy niej ta zawzięcie skrywana część Percy'ego wyrywała się na zewnątrz. Ku wolności, szaleństwu; potrafił się nimi cieszyć, dopóki nie sprawił, że ludzie zaczęli go postrzegać wyłącznie jako poważnego i skutecznego mecenasa Gardnera. Czuł, że ona mogłaby to wszystko… zrozumieć. Zaakceptować.

Gigi
przecież też
by mogła.

Wciąż się nie odsuwał, nawet wtedy, gdy przysunęła się o kolejne pół kroku. Drzwi do gabinetu, na które wcześniej zerkał z niepokojem, przestały mieć znaczenie. Z ciekawością lustrował jej jasne oczy, próbując odczytać z nich to, czego od niego chciała. Czego właściwie on chciał od niej?
„Czasami myślę, że powinnam zostać ukarana”.
Mimowolny półuśmiech rozsunął jego usta, układając je w niejednoznaczny grymas. Nie pomyślał bynajmniej o karze pozbawienia wolności. Wtedy wzrok Gardnera ponownie padł na krótszy kosmyk włosów, który jak na złość, non stop pchał się na gładki policzek. Znowu do niego sięgnął, tym razem pewnym ruchem zakładając pasmo za ucho Astrid.
To skrucha, panno Finch, czy masoch-… — rzucił gardłowo, zanim przerwał mu głośny dźwięk telefonu na biurku, przywracając do rzeczywistości.
Skrzywił się, wcale nie chcąc tego przerywać; ostatecznie podszedł do stołu, opierając się o niego pośladkami. Złapał za słuchawkę, upijając w międzyczasie łyk alkoholu. Po krótkim „tak?” wsłuchał się w głos sekretarki, która wyjaśniała mu właśnie jakąś palącą się sytuację. Starał się skupić, ale był zbyt rozkojarzony.
Podeślij mi adres na maila — mruknął tylko, nie spuszczając wzroku z Astrid.
No i nici z wolnego wieczoru.
Muszę gdzieś podjechać — powiedział, odkładając słuchawkę. — Idealnie pod wypitą właśnie whisky.Ironicznie. Spojrzał na swoją prawie pustą już szklankę, a potem na dziewczynę. — Czegoś jeszcze potrzebujesz… przed piątkiem? Mów śmiało. — Posłał jej pytające spojrzenie. W jego głosie wybrzmiała znajoma, wabiąca nutka – dokładnie ta, która pojawiała się, gdy czegoś oczekiwał; czegoś chciał. Nie dla niej rzecz jasna, dla s i e b i e.

astrid finch

Sure, take your time, (fuckin') princess

: śr sty 07, 2026 3:29 pm
autor: astrid finch
Serce dudni Astrid w piersi, a klatka piersiowa unosi się i opada w coraz szybszym tempie, gdy Percival unosi palce do jej twarzy i przesuwa nimi po jej skórze; ciepło jego dłoni odbija się na policzku, a Finch zwraca uwagę na to, jak duża jest w porównaniu do jej własnej.
Gardner jeszcze nie skończył mówić, a ona już ma odpowiedź na końcu języka.

Nic nie jest tylko jedną rzeczą, powiedziałaby. A jak myślisz?

Ale zamiast tego rozlega się upierdliwy, rytmiczny ton telefonu, a jej twarz wykrzywia się lekko w irytacji.

Astrid nabiera powietrza głęboko w płuca, gdy Percy odchodzi w stronę źródła dźwięku, a w nią uderza chłodny powiew, tak mocno kontrastujący z rozgrzaną jego dotykiem krwią. Oddech ma ją przywrócić do porządku, ale każdy następny i tak jest nierówny. Wiedzie spojrzeniem za Gardnerem; powietrze jeszcze przez chwilę pachnie jego perfumami.
Panno Finch, wciąż dzwoni jej w głowie. Nigdy wcześniej jej tak nie nazwał, a już na pewno nie tym tonem. Teraz już w ogóle nie ma szans na uspokojenie bijącego wściekle serca, bo jej skóra pokrywa się gęsią skórką, gdy zyskuje potwierdzenie swojej teorii. Percy pragnie tego samego, co ona.

Przyciąga szklankę do ust i praktycznie wychyla resztę zawartości, by jednak trochę się – paradoksalnie – otrzeźwić. Jakby mrowienie w przełyku pomagało układać sobie myśli. Niewiele z nich stoi jednak w niezgodzie do ciała, które reaguje jakby instynktownie. Powoli stawia krok za krokiem, nie odrywając spojrzenia od Percivala. Poruszenie w jednym kącików ust zdradza lekką irytację faktem, że jakaś pilna sprawa musiała pojawić się akurat teraz. Nie zmienia to jednak intensywności jej spojrzenia.
Podchodzi znów dużo bliżej, niż powinna.
Powiedziałabym, że tylko podwózki do domu... — i byłoby to kłamstwo; jej dłoń dosięga tego zagięcia koszuli, które wcześniej tak pilnie dostrzegła. Przesuwa niespiesznie palcami po jego klatce piersiowej, za chwilę unosząc wzrok, by złapać jego spojrzenie. — ...panie Gardner. — Gardłowy ton wibruje między nimi. — Ale w mojej sytuacji pewnie rozsądniej będzie, jeśli zamówię sobie ubera — dodaje z ironicznym uniesieniem brwi i zadziornym uśmieszkiem.

Percival Gardner

Sure, take your time, (fuckin') princess

: śr sty 14, 2026 11:35 pm
autor: Percival Gardner
Całe spotkanie przekraczali granice głupiej przyzwoitości, a on patrzył na nią tak, jakby wcale się tego nie spodziewał – że zamiast stać w miejscu, w którym ją zostawił, zacznie do niego podchodzić. Że zamiast trzymać dłonie przy sobie, sięgnie ku jego koszuli, po której przesunie palcami. Uparcie nie odrywał wzroku od jej buzi; z takiej odległości wyraźniej czuł zapach, który od tamtej pory miał się mu kojarzyć właśnie z nią. Nie potrafił tylko stwierdzić czy to same perfumy, czy może mieszanka kosmetyków, których używała. Zwracał uwagę na takie detale bardziej niż mogłoby się wydawać.
…panie Gardner”.
Coś w nim drgnęło – jednocześnie przyjemnie i nie. Chwila ciszy, która wcale nie była niezręczna, naznaczona wibrującą w powietrzu chemią i tą pierwszą ekscytacją, która pojawiała się, gdy zrobiło się już pierwszy krok. Mimo że jeszcze przed kilkoma sekundami nieznacznie pochylił głowę, a unoszące się kąciki ust i roziskrzone spojrzenie mówiły same za siebie – że t a k, przekroczyłby tę granicę w jeszcze bardziej nieprzyzwoity sposób – nagle… spoważniał. Wygiął usta w szybkim grymasie, zacisnął szczęki.

Odsunął się od niej.
Delikatnie, ocierając kolanem o jej nogi, gdy przechodził obok. Odstawił pustą szklankę na biurko, złapał za komórkę i dokumenty, które schował do teczki, a ją do szuflady biurka. Odezwał się dopiero, gdy cisza powoli zaczynała przeradzać się w niezręczną.
W razie czego masz mój numer. — Neutralnie, jednak odrobinę sucho. Spojrzał na nią, mrużąc lekko dolne powieki. Jakby się zastanawiał czy powinien wezwać jej Ubera, czy jednak odwieźć do domu. Sam w tamtym momencie nie mógł prowadzić. Gdyby tylko wiedziała, że za maską powagi skrywała się chęć przyciśnięcia jej ciała do tego zasranego blatu…
Zgarnął w rękę swój płaszcz i rzucił:
Chodź, podwiozę cię.
koniec
astrid finch