Strona 2 z 2

Kiedy wszystko się spieprzyło

: czw sty 01, 2026 7:34 pm
autor: Santiago de la Serna
Serce mu się krajało, gdy słyszał słowa przyjaciela, a łzy z coraz większą siłą napływały mu do oczu, szczypiąc. Miał nadzieję, że Alvaro ich nie zauważy - nie mógł tego widzieć; Santiago przecież nigdy nie płakał, nie okazywał żadnej słabości. Co prawda w przeszłości kilka razy trochę otwierał się przed Salvatierrą, ale w bardzo ograniczonym stopniu: kiedy już nie wytrzymywał tego, jak się czuł. Ale to były sporadyczne przypadki - przez większość życia przed każdym ukrywał swoje prawdziwe emocje. Teraz teżchciał je ukryćna tyle, na ile się dało, mimo, że w środku cały się dosłownie trząsł i rozpadał.
- ¡Huir! - rzucił głośniej, starając się jednak, żeby nie było to zbyt głośne i żeby nie ściągnęło im na kark policji szybciej, niż to nieuniknione - ¡Vete a la mierda, antes de que llegue la policía!
Nie dawał się pociągnąć do wyjścia, a rysy jego twarzy się wyostrzyły. Zaciskał i rozluźniał szczęki nerwowo, odruchowo napinając wszystkie mięśnie. Kiedy zobaczył, że to nic nie daje, a Alvaro nie zamierza go zostawić, skrzywił się i wyszarpnął pistolet z kabury pod swoją pachą, chwilę później celując nim w mężczyznę.
- ¡Fuera!
Ręka mu drżała; sam nie był pewien, czy bardziej z emocji, czy przez chorobę. Nie brał ostatniej dawki leków, zajęty ratowaniem sytuacji na tyle, na ile było to możliwe, a powinien je wziąć kilka godzin temu. Ciało zaczynało coraz mocniej dawać mu znać, że to źle, że bez tych cholernych zastrzyków nie jest już w stanie normalnie funkcjonować. Ale teraz teżsamo celowanie w Alvaro sprawiało, że Santiago miał ochotę raczej przyłożyć tę lufędo swojego podbródka i wystrzelić; brzydził się sobą mimo, że jednocześnie robił to dla jego dobra.

Alvaro Salvatierra

Kiedy wszystko się spieprzyło

: czw sty 01, 2026 8:27 pm
autor: Alvaro Salvatierra
Alvaro faktycznie nie dawał za wygraną i próbował siłą zmusić de la Sernę do tego, żeby poszedł z nim do wyjścia; nie wyobrażał sobie, że nie wyjdą stąd razem, że nie wyjdą stąd żywi... gdyby w ogóle brał to pod uwagę, to nie zgodziłby się na ten wielki napad - który idealistycznie bardzo mu się podobał i którego plan stworzyli razem z Santiago, poświęcając na to wiele miesięcy, podczas których obaj główkowali nad najlepszymi opcjami wejścia do środka i wyjścia potem na zewnątrz, gdzie to planowanie przeplatało się ze wspólnymi posiłkami, śmiechem, tańcem i piciem wina, a to wszystko jakoś tak szalenie się dopełniało i sprawiało, że Alvaro był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Kochał ten wspólnie spędzony z mężczyzną czas i myśl o tym, że to już nigdy więcej się nie powtórzy przeraziła go teraz jak nic innego.
Gdy zobaczył wycelowaną w siebie broń jego oczy rozszerzyły się w niemym zaskoczeniu, a chwilę później ręce Salvatierry uniosły się nieco do góry, z otwartymi dłońmi skierowanymi wnętrzem w stronę Santiago, jakby gestem mówił mu, żeby się uspokoił i nie robił głupich rzeczy.
- Vamos. No me vas a disparar... - prychnął krótko pod nosem i zrobił krok do przodu, w jego stronę. - Vamos, vámonos de aquí juntos...
Nie było to z jego strony lekceważenie zagrożenia, po prostu nie sądził, że Santiago faktycznie będzie chciał go niego strzelić i że będzie w stanie zrobić mu krzywdę. Byli przecież przyjaciółmi od wieków, znali się jak łyse konie i Palermo zawsze mógł liczyć na Kocura, nawet jeśli ten bywał często aroganckim, zadufanym w sobie dupkiem, zmieniającym kobiety jak rękawiczki i nie dostrzegającym jak bardzo Alvaro go kochał... Tak czy siak - nie zabiłby go przecież, nie strzeliłby do niego, bo nie po to zgarnął go z ulicy, nie po to go wychował, dał mu dom, opiekował się nim, zapewnił edukację i nie po to był jego bratem i najlepszym przyjacielem jednocześnie, żeby teraz nacisnąć na spust, na miłość boską!

Santiago de la Serna

Kiedy wszystko się spieprzyło

: czw sty 01, 2026 8:57 pm
autor: Santiago de la Serna
Nie, rzeczywiście nie po to go ratował, żeby go teraz zastrzelić i nie zamierzał tego zrobić - chciał go od siebie odstraszyć, chciał go wypędzić z tego pieprzonego budynku i tym samym uratować mu życie. Nie zamierzał pozwolić mu tutaj zostać i dać się złapać albo (jeszcze gorzej) zginąć; a skoro nie dało się tego zrobić w inny sposób, to owszem, zamierzał strzelać. Nie chciał go jednak zranić i liczył na to, że uda się tego uniknąć: że Alvaro wystraszy się samego widoku broni wycelowanej w siebie.
Najwyraźniej jednak nie: Palermo nie wierzył, że Santiago mógłby mu zrobić krzywdę. Tym samym tracili cenne minuty. Łzy w końcu pojawiły się w oczach Santiago i popłynęły po jego policzkach, jego oddech był coraz cięższy i bardziej nierówny, a ręce trzęsły mu się coraz mocniej. Gardło mu się ścisnęło i nie pomogło nawet nerwowe przełknięcie śliny.
Strzelił. Nie w Alvaro - ułamek sekundy wcześniej skierował broń w bok, tak, żeby kula świsnęła niedaleko głowy Salvatierry, ale żeby na pewno w niego nie trafiła. Zaraz potem jednak de la Serna ponownie wycelował w mężczyznę: w jego ramię.
- Voy a disparar - oświadczył łamiącym się głosem, ale w jego oczach widać było determinację. Był zrozpaczony, że jeszcze chwila tej całej głupiej przepychanki i prób wygonienia Alvaro, a to wszystko się nie uda i młodszy nie zdąży stąd wyjść. Że wszystko weźmie w łeb, że to będzie na nic. Byli teraz w samym środku między ukrytymi w tunelu ładunkami wybuchowymi - to miejsce już za moment miało przestać istnieć. Musiało przestać istnieć, jeśli choć część z ich ekipy ma stąd uciec i cieszyć się wolnością oraz zarobioną przez tych kilka dni forsą. Ale Alvaro musiał stąd odejść.

Alvaro Salvatierra

Kiedy wszystko się spieprzyło

: pt sty 02, 2026 6:17 pm
autor: Alvaro Salvatierra
Tym razem widać było, że do Palermo powoli dociera powaga sytuacji - jego twarz stężała, w oczach pojawił mu się lęk i niedowierzanie, a oddech zaginął mu gdzieś pomiędzy płucami a gardłem.
- Santi... - wymamrotał cicho, niemal nie poruszając przy tym ustami, ręce mając uniesione nad głową. Gdyby nie to, że chwilę temu kula świsnęła mu nad głową prawdopodobnie nadal kłóciłby się z przyjacielem, próbując wyciągnąć go za zewnątrz. Teraz jednak, gdy przekonał się, że Santiago był w stanie strzelić tak blisko jego głowy, a potem zwrócić celownik na jego ramię, nie był już tak waleczny i pewny tego, że mężczyzna nie zrobi mu niczego złego. Faktycznie się wystraszył i było to po nim widać.
Dźwięk stóp biegnących w ich kierunku policjantów nieco go otrzeźwił, więc Alvaro zaczął się powoli wycofywać, patrząc jednak wciąż na mężczyznę swojego życia i nie mogąc uwierzyć, że to wszystko się dzieje naprawdę. Że Santiago naprawdę go pocałował. Że naprawdę się z nim żegna. Że naprawdę strzelił.
Pojawił się w jego głowie krótki przebłysk protestu i chciał jeszcze raz spróbować jakoś go przekonać, żeby uciekał razem z nim, żeby nie zgrywał bohatera i nie poświęcał się dla dobra reszty jak jakiś bohater powieści, ale stchórzył w momencie, gdy zaczął słyszeć nie tylko kroki, ale także głosy policjantów - a właściwie, żeby być bardziej precyzyjnym, ich krzyki. Wtedy odwrócił się na pięcie i ruszył biegiem w stronę wyjścia z tunelu, na niemal drżących nogach, bo ze świadomością, że właśnie zostawił za sobą tego, który lata temu ocalił go przed całkowitym upadkiem.

Santiago de la Serna

Kiedy wszystko się spieprzyło

: pt sty 02, 2026 10:02 pm
autor: Santiago de la Serna
Serce Santiago rozerwało się na strzępy, pękło, jak bryłka szkła. Widok strachu w oczach przyjaciela - w oczach jednej z najdroższych mu na świecie osób, o ile nie najdroższej - wywołanego przez niego samego, był potworny; ale jednocześnie widział, że inaczej nie zdoła go stąd przepędzić. Miał ochotę wydrzeć się na niego znowu, kiedy widział, że Alvaro się waha, ale ostatecznie tylko stał w milczeniu, trzęsąc się i czekając, aż on wreszcie stąd odejdzie. Chwilę później otarł łzy rękawem i założył maskę, odwracając się w stronę nadbiegających policjantów. Wycelował w nich karabin, opierając go sobie na biodrze, jednocześnie wyciągając z kieszeni pilot do zdalnej detonacji. Przez chwilę zastanawiał się, czy wpuszczać ich tu jak najwięcej, czy jednak nie pozwolić im wejść daleko w pole rażenia środkami wybuchowymi: czy pozabijać ich jak najwięcej, narażając tym samym resztę na zarzuty zabójstwa policjantów; czy raczej po prostu zawalić im tunel przed nosami. Ostatecznie wybrał półśrodek: zaczął strzelać, raniąc kilku z nich, a innych przynajmniej pozbawiając przytomności. Niewiele widział przez łzy, ale nie potrzebował teraz widoków: strzelał na oślep, żeby po prostu zatrzymać funkcjonariuszy; starając się przy tym w ogóle nie myśleć i nie czuć - choć to drugie było znacznie trudniejsze. Strach przed śmiercią towarzyszył mu już od dawna, ale w tym momencie był niemal obezwładniający; zwłaszcza w połączeniu z rozpaczą z powodu utraty przyjaciela i tego, że już więcej go nie zobaczy, już więcej nie będą nic razem planować, nie będą się śmiać, tańczyć i cieszyć życiem. Więcej nie poczuje zapachu jego perfum, nie przytuli go, nie zmierzwi mu włosów. Nie zobaczy jego błyszczących oczu, nie usłyszy głupawych żartów, ani jego śmiechu.
Po kilkudziesięciu sekundach odpalił ładunki i wszystko pogrążyło się w huku, pyle, mroku i bólu... a potem przestało istnieć.

Alvaro Salvatierra
/zt.