Strona 2 z 3

alone with the hard feelings

: śr gru 10, 2025 7:58 pm
autor: Indie Caldwell
Skąd miał wiedzieć? W szybkim udzieleniu Lucasowi konkretnej, prostej odpowiedzi przeszkodził jej fakt, że takowej zwyczajnie nie posiadała. Indie w zasadzie sama nie była pewna skąd dokładnie, bo zupełnie szczerze wydawało się jej to oczywiste, więc więc wzruszyła ramionami jak durna, co najmniej tak, jakby nie była dosłownie jedyną osobą, która mogła mieć odpowiedź na to pytanie. Pojęcia nie miała. Być może sama przywykła do tej myśli tak bardzo, że trudno było teraz wyobrazić sobie, że Miller mógłby myśleć cokolwiek innego, a może rzeczywiście zakomunikowała mu to kiedyś wprost, ale po prostu zbyt nieudolnie, aby zachowało należyty przekaz? Nie wiedziała.
Nie wiedziała też jak zareagować na kolejne pytanie, które zbiło ją z tropu dużo bardziej niż jakiekolwiek poprzednie. Czemu wyjechałaś? Czemu akurat wtedy? Nie miała mu za złe, że pytał, ani trochę, ale w pierwszej reakcji aż skrzywiła się mimowolnie, równie tym tematem spłoszona, co zmieszana.
Noo boo... — odezwała się w końcu, a o poziomie jej upodlenia mógł świadczyć wydłużające się samogłoski i okazjonalnie wypadające poza stały, docelowy rytm sylaby. Nie było w tym zupełnie niczego dziwnego ani niespodziewanego, bo w żadnym innym stanie Indie chyba by się tej konwersacji nie podjęła — do żałosnych prób konfrontowania go na tamtym trawniku potrzebowała być naprawdę nieprzyzwoicie napierdolona, więc i tym razem poruszenie tematu wymagało od niej konkretnego stopnia nietrzeźwości, wcale nie niskiego. I ku swojej radości, najpewniej zgubnej, Caldwell z powodzeniem ten stan osiągnęła, więc siedziała teraz może z lekko rozbieganym, podpitym spojrzeniem, męcząc się odrobinę z formułowaniem spójnych myśli, ale w zamian za to zwyczajowa ucieczka od niewygodnej rozmowy kusiła ją znacznie mniej niż normalnie. Mniej, bo na pewno nie wcale — im dłużej zbierała się do dokończenia, tym dotkliwiej odczuwała przemożną potrzebę wycofania się z całego przedsięwzięcia, zaczynając zauważać, że nie podobała jej się żadna z odpowiedzi, które nasuwały się na myśl.
O pewnych rzeczach Indie nigdy nie lubiła mówić na głos. Choć cechował ją talent do bajdurzenia w nieskończoność nawet o rzeczach pozornie drobnych czy głupich, a buzia zamykała jej się raczej rzadziej aniżeli częściej, były sprawy, których zwyczajnie nie poruszała, nie sama z siebie. Nie lubiła się uzewnętrzniać, prosić o pomoc, rozmawiać o czymkolwiek, co mogłoby nawet lekko zakrawać na poważny temat, a przede wszystkim — przyznawać, że się bała. Czegokolwiek. Od dziecka potrzebowała udowadniać wszystkim swoją niezależność i upierała się, że nie było niczego, na co mogłoby zabraknąć jej odwagi, więc nigdy, ale to nigdy nie nazywała swojego strachu po imieniu. Nie zamierzała tego zmieniać, na pewno nie teraz, tylko że kiedy tak siedziała te marne centymetry od Lucasa, czując na sobie jego wyczekujące spojrzenie i ciepły oddech, zaczynała rozumieć, że być może była to pierwsza i ostatnia szansa na to, żeby być z nim szczera. I chociaż odsunęła od siebie tą myśl dobre kilka razy, nie potrafiła się jej pozbyć, więc w którymś momencie swoją przedłużoną ciszę przerwała westchnieniem, ciężkim, ale nie sfrustrowanym. Jakby intensywnie szukała w sobie siły na to, żeby wydać z siebie dźwięk który nie był świstem urwanego oddechu albo kolejną pojedynczą sylabą rozciągniętą do długości pełnoprawnego zdania.
Bo się przestraszyłam — przyznawała się do tego tak niechętnie, że słowa ledwo przeszły jej przez gardło i finalnie wyrzuciła je z siebie niemal szeptem. Kosztowało ją to tak wiele, że ledwo starczało jej energii i skupienia na przetwarzanie całej reszty okoliczności, więc nawet nie zauważyła momentu, w którym jej dłoń instynktownie odnalazła tę jego. — Tego, co to właściwie znaczy, że ta jedna noc była dla mnie warta całej naszej przyjaźni — wyjaśniła głosem równie cichym i zdławionym co poprzednio, bo powoli kończyła jej się odwaga z procentów, o czym świadczyło także to, że na tym etapie już nie bardzo potrafiła zmusić się, aby po tym wszystkim spojrzeć Lucasowi w oczy.

Lucas Miller

alone with the hard feelings

: sob gru 13, 2025 8:28 pm
autor: Lucas Miller
Kiedyś zawsze byli ze sobą szczerzy.
Dzielili się nawet najgorszą prawdą, nawet gdyby miała kurewsko zaboleć. To właśnie ukształtowało ich przyjaźń i pozwoliło im rozlać naprawdę solidny fundament. Fundament, na którym potem raz po raz stawiali kolejne cegiełki zaufania i tworzyli silne więzi.
A potem pojawiły się uczucia.
Wydłużone spojrzenia, przypadkowy dotyk, który elektryzował i wcale nie uchodził uwadze, myśli, które nie tylko oscylowały wokół gdzie idziemy na browara, a bardziej głębokie, personalne, takie, w których Lucas zastanawiał się co właśnie robiła, o czym marzyła i jak smakowały jej usta. I do tej szczerości, która tak ich charakteryzowała zaczęły wkradać się tajemnice — niewypowiedziane słowa i niche pragnienia, które nigdy miały nie wyjść na światło dzienne.
Bo przecież przyjaźń ponad wszystko.
I może gdyby oni tą przyjaźń utrzymali… może wtedy nic by się nie spierdoliło?
Może Indie wcale nie wyjechałaby na drugi koniec kraju, uciekając przed tym, co czuła, nie musiałaby zostawiać za sobą całego życia, próbując szczęścia w miejscu, do którego nawet nie należała, a on nie musiałby przechodzić prawdziwej agonii przez kilka dobrych miesięcy, zachodząc w głowę gdzie była i co zrobił nie tak.
No tylko stało się i szambo wyjebało. I oni teraz musieli się w nim wytaplać, czy tego chcieli czy nie. Chociaż w tym alkoholowym upojeniu, w jakim trwali, zaglądając sobie głęboko w oczy i w końcu rozmawiając od serca, może wcale nie było to skazane na porażkę?
A to że wyjechałaś, to cokolwiek pomogło? — próbował gryźć się w język, naprawdę starał się, by nie wyskoczyć na nią ciężką artylerią pod tytułem przecież i tak spierdoliłaś tą przyjaźń swoją ucieczką. — Bo jak na moje, to zniszczyło wszystko już doszczętnie — jednak mu się nie udało zatrzymać tego w sobie. Ale czy był sens? Czy to właśnie nie był ten moment, w którym oni mogli wyrzucić z siebie wszelkie żale? — Kurwa, Indie, przecież ty mnie kompletnie odcięłaś. Nawet jebanego znaku życia nie dałaś. Jakim cudem chciałaś tym chronić naszą przyjaźń? Bo jak dla mnie to ty wyjebałaś ją prosto do kosza — wybaczył jej, ale to nie znaczyło, że nie miał jej tego za złe. Szczególnie, gdy był tak blisko, miał ją na wyciągnięcie ręki i znowu czuł to wszystko, czego nigdy nie było im dane nawet zrozumieć, przetrawić, kurwa jakkolwiek przeżyć.
Serce mi złamałaś, Caldwell — odezwał się po chwili, ani na moment się nie odsuwając. Dalej trwał tuż przy jej twarzy, z dłonią na jej ramieniu, gdzie szorstkie palce raz po raz przesuwały się po materiale bluzy.
Nie powinien tego mówić. Nie teraz. Nie, kiedy w Toronto czekała na niego Charlotte, kiedy oni ledwo co zakopali topór wojenny, a przecież mówienie o miłości nigdy w niczym nie pomagało, ale jednak to zrobił. Powiedział to, co siedziało mu na wątrobie. Bo Lucas naprawdę kiedyś czuł do niej coś więcej, niż tylko głupie zauroczenie.

Indie Caldwell

alone with the hard feelings

: ndz gru 14, 2025 6:37 pm
autor: Indie Caldwell
Słowa Lucasa były ciężkie i niełatwe do usłyszenia, ale nie miała o nie najmniejszego żalu; nie tylko dlatego, że byłoby to z jej strony zwyczajnie bezczelne (akurat niezbyt obchodził ją ten aspekt, tak między Bogiem a prawdą), ale dlatego, że — patrząc na to wszystko racjonalnie — miał rację, po prostu.
Przecież właśnie Ci powiedziałam, że żałuję — przypomniała, chwilowo tylko w ten sposób potrafiąc podsumować wszystko to, co na ten temat czuła i myślała. Usilnie próbowała nie brzmieć przy tym defensywnie czy uszczypliwie, bo nie taki był wydźwięk jej wypowiedzi, ale nie było to znów aż tak łatwe, bo na tym etapie Indie była nie tylko poważnie nietrzeźwa, ale również poważnie sfrustrowana. Nie nim, tylko i wyłącznie sobą, ale na tyle mocno, że przy swoich blisko zerowych umiejętnościach kontrolowania negatywnych emocji musiała naprawdę się pilnować. — Nie wiem co chciałam, Lucas — odparła rozgoryczonym tonem, gdy spytał jaką formą ochrony ich przyjaźni niby był urwany kontakt i ucieczka cztery tysiące kilometrów dalej na okrągły rok. Nie mogła powiedzieć, jaką logiką się kierowała, bo prawda była taka, że żadną — nie było w tym wszystkim nawet szczątkowych ilości realnego pomyślunku. Tylko przejmujące rozemocjonowanie, przewlekłe braki w zrównoważeniu psychicznym zasobach roztropności i zrodzona z ich niefortunnego połączenia panika. — Chyba po prostu sobie tooo... przemyśleć. — Gdyby nie to, że opuszki palców wciąż spoczywały na chłodnej skórze rąk Lucasa, najpewniej zrobiłaby sobie teraz krótką przerwę na schowanie twarzy w dłoniach. Cokolwiek, byle tylko na trochę uciec od jego spojrzenia, intensywnego, wnikliwego i — przede wszystkim — urażonego, bo ten widok bolał ją dużo bardziej niż jakikolwiek inny aspekt tej wątpliwie przyjemnej rozmowy. — Uporządkować. Poczekać, aż wszystko znów zacznie mieć sens i wtedy wrócić — spróbowała przybliżyć swoje oryginalne rozumowanie, to z pierwszych dni w Vancouver. Wówczas nie wróżyła sobie nieobecności nawet w połowie tak długiej jak ta, którą finalnie skończył się ten wyjazd. — Tylko problem był taki, że właśnie kurwa nigdy nie zaczęło. Sensu mieć, znaczy. W ogóle.
Niedobrze. Było jej niedobrze, ale za żadne skarby nie potrafiła zgadnąć, czy winne temu były emocje i natura tematu, który poruszali, czy może te potencjalnie zgubne ilości alkoholu, które w ciągu ostatnich kilkunastu minut w siebie wlała. To obok ciężkiej głowy i sposobu, w jaki jej mowa powoli, ale systematycznie stawała się bardziej bełkotliwa... no, na tym etapie Indie nie miała już najmniejszych wątpliwości, że pomyślnie zmieniła swój status ze wstawionej na najebaną. I dobrze, bo dwie rotacje butelki temu nie byłaby w stanie z honorem dźwignąć kolejnych słów Lucasa.
Serce mi złamałaś, Caldwell.
Gapiła się na niego całkiem bezrozumnie przez dobre kilka sekund zanim jej pijany umysł z powodzeniem przetworzył, co tak właściwie zostało powiedziane. Przygniatający klatkę piersiową ciężar winy momentalnie stał się tak ogromny, że Indie miała wrażenie, że z mijającymi sekundami oddychało jej się jakby coraz gorzej. Trudniej. Próbowała nawet nie dać sobie szansy zacząć zastanawiać się, jaką osobą czyniło ją to, że złamała serce jedynej osobie, wobec której kiedykolwiek czuła coś prawdziwego. Niezależnie od otrzymanego przebaczenia, Caldwell spodziewała się to poczucie winy tak czy inaczej zabrać ze sobą do grobu, zwłaszcza po usłyszeniu tego jednego, krótkiego zdania. Sama już nie wiedziała, na czym się skoncentrować — na rozmowie i dalszych próbach udzielenia odpowiedzi, która nie byłaby tylko serią zbaraniałych mrugnięć, czy może na tych wszystkich pędzących i paskudnie trudnych do zignorowania myślach sprowokowanych tym wyznaniem. Próby dzielenia uwagi pomiędzy oba tematy w tym stanie sprawiały, że Indie autentycznie głupiała, więc spędzili kolejny krótki moment w ciszy, zanim wreszcie udało jej się wyplątać z motaniny własnych myśli i emocji. No, mniej lub bardziej, w każdym razie wystarczająco, aby móc się chociaż odezwać.
Przepraszam. — Tylko tyle mogła teraz zrobić. Przeprosić. Tak naprawdę, bez ochrony w postaci okalającego te przeprosiny żartu, bez mamrotania pod nosem i odwróconego, nawet jeśli instynkt i wieloletnie zwyczaje podpowiadały kompletnie co innego. — Może Cię to pocieszy, że swoje własne przy okazji od razu też — dodała i niby była w jej tonie jakaś nędzna namiastka dowcipu, ale te słowa wcale nie wybrzmiały tak, jak jej zwyczajowe próby rozładowania napięcia, bo dzieliła się nimi z zupełnie innego powodu. To, co normalnie byłoby żartem, tym razem miało charakter wyznania, wciśniętego pomiędzy wiersze formą potwierdzenia odwzajemnionych uczuć, nerwową, ale pewną, bo chyba po raz pierwszy w stu procentach świadomą.

Lucas Miller

alone with the hard feelings

: pn gru 15, 2025 9:24 pm
autor: Lucas Miller
Wyjechała, żeby to sobie przemyśleć?
Na drugi koniec kraju kurwa?
Aż pokręcił głową z niedowierzaniem. Kiedy człowiek musi sobie coś przemyśleć, zazwyczaj zostaje w domu, zaszywa się w czterech ścianach albo wyjeżdża na weekend, oczyścić głowę i zebrać myśli, ale nie kurwa przeprowadza się do randomowego miasta na końcu Kanady. I gdyby ona jeszcze tylko to zrobiła — po prostu się przeprowadziła — to może jeszcze Lucas byłby w stanie to jakoś zrozumieć, wybaczyć o wiele szybciej, ale przecież Indie u c i e k ła, a nie wyjechała. Spieprzyła przy pierwszej lepszej okazji, nie zostawiając po sobie nawet złamanego SMSa. Nic. Ani kurwa słowa.
To nie była potrzeba przemyślenia spraw.
To był czysty akt tchórzostwa.
Lucas przez moment chciał jej to wytknąć. Wyjaśnić swój sposób myślenia i własne racje, tylko czy to miało już jakikolwiek sens? Przecież powiedziała, że żałowała, że gdyby mogła cofnąć czas, pewnie zrobiłaby to wszystko inaczej. Może lepiej? A może kurwa gorzej, bo prawda była taka, że teraz oni mogli siedzieć przy drewnianym stole i sobie gdybać, ale przecież przeszłości i tak nie zmienią. Nic, co teraz by zrobili i tak nie zmieniłoby punktu wyjścia, w którym się znaleźli.
Zostawił jej słowa bez odpowiedzi.
Jedynie skinął głową na znak, że wszystko uważnie wysłuchał. Bo słuchał. Kurwa, jak on jej słuchał, jak dawno nikogo innego. Spoglądał w jej obłędnie jasne oczy, które w tym ciemnym świetle wydawały się bardziej szare niż błękitne i takie… prawdziwe. Miał wrażenie, że po raz pierwszy odkąd wróciła, słowa Indie faktycznie wybrzmiewały z serca. Że nie były przefiltrowane przez milion przemyśleń, które wypuszczały na światło dzienne jedynie marny procent informacji, które oryginalnie miała do przekazania.
I jasne, można było za to podziękować wielkiej butelce rumu, którą wyzerowali praktycznie sami w dwójkę, ale czy ktoś się tym przejmował? Tym, że jutro będą mogli wszystko zgonić na alkohol lub udawać, że nic z tego nie pamiętali? Z pewnością nie Lucas, bo on akurat miał zamiar pamiętać wszystko. Tylko kto wie, jak to wyjdzie w praniu.
Przepraszam.
Kolejne słowo opuściło jej usta i osiadło mu gdzieś na potylicy. Zadomowiło się w jego głowie, podczas gdy dłoń, którą cały czas trzymał na jej ramieniu, zacisnęła się nieco mocniej na materiale bluzy.
Przepraszała go? Naprawdę przepraszała go za to, że złamała mu serce?
Wstrzymał powietrze.
To wszystko było tak nierealne — że byli tutaj, razem, rozmawiali, od serca i o tych właśnie złamanych sercach… Bo przecież to jej również pękło, sama mu to przed chwilą powiedziała. I chociaż miał z tyłu głowy, że również mogła podzielać jego myślenie, tak przecież Miller cały ten czas myślał, że ona uciekła, bo go nie chciała. Bo nie wiedziała jak inaczej mu to powiedzieć, by nie zepsuć ich przyjaźni. Nie dlatego, że również poczuła.
Kurwa.
Myśli kotłowały się w jego głowie. Pytania przeplatały się z chaotycznymi tezami, a gdzieś w tym wszystkim próbowała się przebić ta jedna myśl, że przecież on już ruszył naprzód, że przecież miał ustawione życie, że nie chciał wracać do przeszłości. Tylko ta jedna myśl była kurwa n i c z y m przy całej stercie tych z imieniem Indie.
Szczególnie gdy oni trwali tak blisko siebie.
Twarz do twarzy.
Ich oddechy mieszały się w niewielkiej odległości, jaka ich dzieliła, a oczy wwiercały w siebie nazwajem, dopowiadajac wszystko, czego słowa nie potrafiły.
I to był taki moment, w którym Lucas zapragnął zrobić największą głupotę na świecie. No głupszej sie kurwa nie dało.
Przysunął się jeszcze bliżej, aż brzuch wbił mu się w deskę od stołu, a dłoń z ramienia Caldwell przeniósł na jej policzek. Musnął go delikatnie, jakby z namaszczeniem.
I co nam po takich złamanych sercach? — spytał w końcu. Powoli, osadzając każde z tych słów na jej rozchylonych wargach. Wargach, które nagle zapragnął posmakować. I nawet by to zrobił, spróbowałby, chociaż na momencik, nawet zniwelował już te milimetry, które ich dzieliły… tylko wtedy drzwi do domku otworzyły się z hukiem, a w nich stanął Bobby.
A c-co tu się k-urwa dzieje? — czknął głośno, przyglądając im się uważnie. — Komuś winka z kartoniku? Ej Indie, a co ty taka blada? CHORUTKA JAKAŚ JESTEŚ?

Indie Caldwell

alone with the hard feelings

: czw gru 18, 2025 5:35 pm
autor: Indie Caldwell
Sekundy spędzone w oczekiwaniu na reakcję Lucasa wydawały się być jednymi z najdłuższych w jej życiu — cisza nie mogła trwać wiele więcej niż minutę, ale Indie mogłaby przysiąc, że siedzieli w niej już dużo, dużo dłużej. Nie miała pojęcia jakiej reakcji się spodziewać, więc w napięciu czekała na coś — cokolwiek, słowo, gest, kurwa, nawet chociaż jakieś znaczące spojrzenie — co pomogłoby jej ustalić, co o tym wszystkim myślał. Spojrzenie niespokojnie błądziło po jego twarzy w poszukiwaniu jakichkolwiek odpowiedzi, podczas gdy cała reszta jej ciała, z wstrzymanym oddechem włącznie, mimowolnie zamarła w niepewności.
W myślach już wyprzedzała jego reakcję, próbując odgadnąć, co mogło chodzić mu teraz po głowie. Chuj go to obchodziło? Czy może jednak trochę tak? Pewnie niczego nie mogła tymi słowami naprawić, no chyba, że...? I czemu nic nie mówił? Miał tego wszystkiego serdecznie dosyć? Może chciał tak zwyczajnie kazać jej spierdalać, ale był na to zbyt uprzejmy?
O czym myślał i jakie słowa cisnęły mu się na usta, kiedy tak wwiercał w nią spojrzenie?
Z każdym kolejnym zadanym sobie pytaniem była coraz bliższa wyjścia z siebie — całą tą niepewność znosiła tak beznadziejnie, że już była niebezpiecznie bliska błagalnego poproszenia, żeby powiedział dosłownie cokolwiek, ale nim zdążyła to zrobić, w końcu doczekała się reakcji.
W ogóle nie takiej, jakiej się spodziewała.
Finalnie nie odezwał się słowem, ale nie musiał tego robić — na wszelkie pytania i wątpliwości odpowiedziała jej jego bliskość, ta ułożona na policzku dłoń i muśnięcie palców, równie łagodne, co czułe. I co nam po takich złamanych sercach? Jej zamiłowanie do adrenaliny znaczyło, że to charakterystyczne, wyjątkowe uczucie pędzącego serca nie było jej ani trochę obce, ale Indie zupełnie szczerze nie była w stanie przypomnieć sobie ostatniego razu, kiedy biło tak szybko i mocno jak teraz. Między ich twarzami zostały już dosłownie milimetry i z wszelkich pohamowań nie ostało się zupełnie nic, więc jedna z jej dłoni sama znalazła sobie miejsce na barku Lucasa; w palcach już miała materiał jego kurtki, o krok od pozbycia się tego pozostałego dystansu jednym, bezceremonialnym pociągnięciem, miała to zrobić, ale zdążyła tylko złapać, zanim...
Kurwa. O kurwa.
Głos Bobby'ego momentalnie wyrwał ją z tego błogiego zapomnienia i natychmiast ściągnął z powrotem na ziemię. K u r w a m a ć. Wyprostowała się i odsunęła od Millera tak gwałtownie, że gdyby nie fakt, że siedziała, w najlepszym wypadku zatoczyłaby się o dobre trzy kroki, a w najgorszym całkiem straciła równowagę, bo spokojnie starczyłoby jej werwy i rozpędu na to, żeby w dwóch susach przefrunąć przez połowę tego pierdolonego patio.
Ta-a, noo, chora, chora w chuuuj — potwierdziła jak ostatnia debilka, kiwając głową. Było to mniej-więcej tak samo wiarygodne i przekonujące jak przeciętna obietnica rządu, a zbawił ją tylko i wyłącznie fakt, że Bobby był jeszcze bardziej załatwiony od nich — w pierwszej chwili ściągnął brwi zupełnie tak, jakby miał te słowa zakwestionować, ale albo uznał to za niewarte zachodu, albo był wystarczająco napierdolony aby jej uwierzyć, bo finalnie tego nie zrobił. Całe kurwa szczęście.
Aha. A Wy to w su-umie c... — podjął zamiast tego, ale nie miał szansy dokończyć myśli, bo już po pierwszych kilku słowach Indie stwierdziła, że trzeba było zainterweniować. Pilnie. Tak pilnie, że była gotowa na rzecz tej interwencji na chwilę odsunąć od siebie wszystko, co miało miejsce w ostatnich kilku minutach i próbować zachowywać się tak, jakby wcale nie targały nią teraz najbardziej skrajne emocje.
Bobby, mordo, kurwa, normalnie cały wieczór Cię nie widziałam, co tam? Chciałeś pecika? — wcięła mu się więc w słowo pierwszą lepszą rzeczą, która nasunęła się na myśl, przywołując go do siebie machnięciem ręki. — Chodź, zapalisz se jednego ode mnie — zachęciła, zgarniając ze stołu swoją paczkę i robiąc wszystko, aby przypadkiem nie podnieść wzroku na Lucasa, na którego od pojawienia się Bobby'ego nie spojrzała nawet raz. Nie miała na to odwagi. — Czerwone Lucky Strike, próbowałeś kiedyś? Nie? Nooo, szefie, do tego Twojego winka to będą jak znalazł, zachwycony będziesz, zobaczysz — bajdurzyła dalej, oczywiście tylko po to, żeby zapełnić ciszę i tym samym nie dać Bobby'emu szansy na jakiekolwiek pytania.
I działało, a Bobby był jej propozycją absolutnie oczarowany, może nawet trochę bardziej, niż by tego chciała — dotoczywszy się do stołu, ochoczo przyjął wyciągniętą w jego stronę paczkę i poczęstował się jednym z papierosów, po czym bez pytania zajął sobie miejsce tuż obok niej. Uznała to za ostateczny powód do tego, żeby się stąd ulotnić, zwłaszcza, że kurewsko potrzebowała przestrzeni na to, żeby przetworzyć to, co się właśnie prawie stało,
No, panowie — odezwała się znów, kładąc dłonie na stole i szykując się do tego, żeby wstać. Starczy już. — Miller ma ognia, to już se poradź...
Hoo-oola, czekaj — zaprotestował Bobby, a żeby tego było mało, jeszcze zarzucił sobie na nią bez pytania ramię, tym samym skutecznie usadzając w miejscu. — No weź, z nami nie z... — kolejne czknięcie — nie zapalisz? Wee-eź jej powiedz, Lucas.

Lucas Miller

alone with the hard feelings

: sob gru 20, 2025 2:15 pm
autor: Lucas Miller
Zrobiłby to.
Gdyby Bobby-pierdolony-przerywnik-Holum nie pojawił się znienacka na patio z wielkim kartonem wina, przerywając trwającą między nimi ciszę Lucas by to zrobił — pocałowałby ją. Zamknął jej pełne, lekko rozchylone wargi w ciepłym pocałunku, tak bardzo kontrastującym z chłodem panującym na zewnątrz. I wcale nie zwracałby uwagi na konsekwencje. A przecież one były i to kurwa ogromne. Bo to nawet nie chodziło o pracę, a przecież o fakt, że Miller był w związku. Pierdolonej relacji, którą pielęgnował namiętnie miesiącami, zanim Indie ponownie się pojawiła i postanowiła wszystko mu popsuć.
Popsuła jego głowę na każdy możliwy sposób. Do tego stopnia, że kiedy tak się od siebie oderwali, odskoczyli jak poparzeni, to pierwszą myślą Lucasa wcale nie była Charlotte, nie fakt, że o mały włos jej nie zdradził. Ani kurwa na moment o niej nie pomyślał, bo w jego głowie wciąż urzędowała Caldwell. Jej słowa i wyjaśnienia, na które przecież czekał tyle czasu. Świadomość, że ona wcale nie wyjechała, żeby od niego uciec, bo nic nie poczuła, a bo wtedy poczuła za d u ż o. Bo w jej sercu działa się ta sama, popierdolona burza emocji, których nie potrafiła do końca zrozumieć.
Ale czy teraz to cokolwiek zmieniało?
Cóż, dla wciąż pijanego Lucasa zmieniało to praktycznie w s z y s t k o.
Tylko nie było czasu, żeby to przegadać albo chociażby przemyśleć, bo Bobby już rozsiadał się wygodnie na drewnianej ławce tuż obok Indie, szarpiąc ją za materiał bluzy i ściągając z dół, żeby przypadkiem nigdzie od nich nie szła, co by razem z Bobbym mogli wypalić wspólnego papieroska.
Weź jej powiedz, Lucas.
Co? — odezwał się tępo, kompletnie nie wiedząc, o co mu chodziło. Niby słyszał, ale jednak jego myśli wciąż lawirowały wokół Indie i jej jasnych, błękitnych oczu, które teraz tak desperacko uciekały wzrokiem. — A tak — poprawił się na ławce, opadając ciężko na chłodne oparcie. — Zostań, Caldwell — dodał po chwili, przyglądając się jej uważnie. Przy okazji wyciągnął zapalniczkę i podał ją Bobbiemu.
D-dzieki — Holum czknął i złapał ją jakoś tak niezdarnie, że finalnie przystawił ją sobie odwrotnie do swojego nieszczęsnego papierosa. — Wadliwa jakaś — mruknął niezadowolony, próbując nacisnąć przycisk, który w rzeczywistości znajdował się do przeciwnej stronie urządzenia. — Indie, złotko, daj mi twoją, bo ta Lucasa to jakaś ten no kurwa popsuta — rzucił niewyraźnie, a potem wyrzucił łapsko w powietrze i nie pytając nikogo o zgodę, ściągnął Caldwell z powrotem na ławkę i by po chwili objąć ją ramieniem i przyciągnąć mocno do siebie. Do swojego wielkiego, krągłego brzuszka, przy którym Indie wyglądała jak najdrobniejsza kruszynka. Aż Miller prychnął pod nosem, kompletnie niekontrolowanie.
Bo ty jełopie nie umiesz nawet zapalniczki używać — przewrócił oczami, podnosząc tyłek i nachylając się nad facetem, a przy okazji i Indie, kiedy oni trwali w szczelnym uścisku (jednostronnym oczywiście) — Chyba sam wypiłeś całe to winko, co, Bobby? — zagadał głupio, podczas gdy jego dłoń już wyszarpała mu zapalniczkę, odwrócił ją w odpowiednią stronę i pomógł mu odpalić papierosa. Przeniósł spojrzenie na Indie. — Tobie też pomóc? — spytał w końcu, przysuwając się jeszcze bliżej w jej kierunku. Na krótki moment jej kwiatowy zapach na nowo uderzył w jego zmysły, jednak bardzo szybko został zastąpiony tym papierosowym, który uniósł się w powietrzu.
A tak swoją drogą, co wy tutaj robicie? Czemu nie graliście z nimi? — zainteresował się Bobby. — Ominęła was zajebista zabawa kiss, marry, kill. Robiliśmy taką pierwsze z aktorami i aktorkami, wiecie, a potem nawet między sobą. Indie powiedz no, a ty kogo być kiss i kill? Bo mnie to chyba Marry, co nie?!

Indie Caldwell

alone with the hard feelings

: pn gru 22, 2025 12:29 pm
autor: Indie Caldwell
Dobrze wiedziała, że Lucas w międzyczasie zdążył ułożyć sobie życie. Życie, w którym nie było miejsca ani na nią, ani na chaos, który nieumyślnie ale skutecznie siała wszędzie tam, gdzie się pojawiała. Niesamowite, że dalsze zakłócanie jego spokoju było dosłownie ostatnią rzeczą, na którą Caldwell miała ochotę, a jakimś cudem i tak znalazła sposób, aby zrobić dokładnie to, czego za wszelką cenę chciała uniknąć. Bałagan. Jeden, wielki bałagan, jebany pierdolnik, bo tylko tak można było nazwać serię niefortunnych zdarzeń, którą w ostatnim czasie była ich znajomość. Powinna wiedzieć lepiej. Nie dawać na to wszystko szansy ani sobie, ani jemu, trzymać dystans, dokładnie tak, jak przysięgła to sobie po tamtej imprezie, ale nie umiała. Nie umiała nie być w tym wszystkim samolubna. Tyle złożonych sobie samej obietnic, tyle zasad, wszystkie na nic, bezsensowne i złamane bez zastanowienia, bo o prawdziwym świecie i obowiązujących w nim regułach Indie pamiętała tylko tak długo, jak unikała jego spojrzenia — wszystko przepadało w niepamięć z sekundą, w której natykała się na jego oczy, na te mieniące się na wzór gwieździstego nieba tęczówki w jej ulubionym odcieniu szarosrebrnego błękitu.
To właśnie dlatego nie chciała się na niego patrzeć, wcale. Nie chciała dać sobie okazji na to, żeby zapomnieć się po raz kolejny.
Zostań, Caldwell. Słowa wymusiły na niej podniesienie wzroku znad stołu. Spojrzenie rzucone Lucasowi miało być wymowne, pełne pretensji za to, że utrudniał jej ucieczkę od Bobby'ego, ale finalnie zamiast wyrazić frustrację, wyraziło tylko dogłębne zmieszanie Indie. Była w tym wszystkim tak pogubiona, że ledwo nadążała z dzieleniem uwagi pomiędzy własne ruminujące myśli a niewyraźny bełkot Holuma. Wciśnięta wbrew woli pod jego ramię miała ograniczoną mobilność, więc skinęła niemrawo głową na pytanie o pomoc z odpaleniem papierosa, którego wcisnął jej Bobby. Tyle dobrego, że mogła chociaż minimalnie uspokoić nerwy kilkoma głębokimi zaciągnięciami, co przydało się nawet bardziej, gdy wrócił do zadawania pytań.
No jak to co? — podjęła, bo zauważyła, że Lucas też nie był specjalnie responsywny i w efekcie Bobby miał stanowczo za dużo czasu na gadanie. Potrzebna była profesjonalna interwencja. — To co Ty, na fajkę sobie wyszliśmy. Tylko się jakoś trochę chyba zagadaliśmy, wiesz jak bywa, nie? — ciągnęła, ogładę zachowując tylko dlatego, że zależało jej na tym, aby znów czasem nie stracić pracy. Gdyby nie to, że Bobby był jej współpracownikiem, na jego próby spoufalania się zareagowałaby w zupełnie inny, znacznie mniej... kulturalny sposób.
Mniej kulturalny i znacznie mniej pokojowy, bo Caldwell nigdy nie potrzebowała wiele, aby stać się agresywnie konfrontacyjna. Samo "złotko" uznawała za dostatecznie dobry powód do rękoczynów (nie, nie hamowała jej świadomość, że nie wyszłaby z tego zwycięska), o tych jego lepkich łapskach nawet nie wspominając, ale awantura była ostatnią rzeczą, która była im tutaj potrzebna, więc wyjątkowo mocno starała się trzymać własne emocje na wodzy i gryźć w język za każdym razem, kiedy coś mało pacyfistycznego cisnęło jej się na usta. I kurwa, widać było, że nie miała w tym wprawy, bo co chwilę wyglądała tak, jakby zaraz miało jej się ulać.
Hmmm, no nie wiem, Bobby, nie wiem, bo wiesz, mam akurat taką zasadę, że z psami i alimenciarzami się nie ustawiam. Musiałbyś najpierw zacząć płacić byłej żonie, gotowy jesteś na takie poświęcenia? Nooo, pomyśl, no właśnie — skwitowała najżyczliwiej, jak tylko potrafiła. — Marv. Zabiłabym Marv — dodała, nie potrzebując nawet sekundy na zastanowienie. W tej sekundzie nikogo nie chciała unicestwić bardziej niż Marv, bo w oczach Indie cały ten wyjazd wydawał się być teraz absolutnie najgorszym, najdurniejszym pomysłem, na jaki ta wariatka mogła wpaść chcąc "zintegrować zespół".
Aa-aaa kiss? Co, jego?
Nie — przerwała insynuującemu Bobby'emu trochę za szybko, aż uniósł brew. — Noo boooo... — pospiesznie zaczęła uzasadniać, chociaż nie bardzo jeszcze wiedziała, co zamierzała powiedzieć, ale musiała przecież się jakoś wytłumaczyć i musiała zrobić to sprawnie, więc niewiele myśląc wyrzuciła z siebie pierwsze, co przyszło na myśl: — ....przecież zajęty, Bobby.
Kurwa, wcale nie chciała sobie o tym teraz przypomnieć. W c a l e. Niby z tyłu głowy miała tego świadomość, bo przecież pamiętała o tym życiu, które sobie bez niej ułożył, ale pełnoprawnie dotarło to do niej dopiero kiedy powiedziała to na głos.
E tam, baba nie ściana, mo...ożna przesunąć — poradził dyplomatycznie Bobby.
No tak. — Gorzej jej było. Nie od alkoholu, chociaż zdecydowanie w niczym jej nie pomagał. W ciszy wytrzymała może maksymalnie dwie sekundy, zanim znów poczuła pilną potrzebę jej przerwania, czymkolwiek i jakkolwiek. — A Ty, Bobby? Bo jeszcze nam nie powiedziałeś. — Nie chciała wiedzieć. Ani trochę.

Lucas Miller

alone with the hard feelings

: wt gru 23, 2025 11:35 am
autor: Lucas Miller
Lucas nie był responsywny, bo nie czuł takiej potrzeby. Sytuacja sprzed chwili wystarczająco namieszała mu w głowie, by jeszcze musiał prowadzić jakieś wymuszone rozmowy z pieprzonym Bobbym, którego nikt nie zapraszał, a który siedział teraz z nimi przy stole jak gdyby nigdy nic.
Jakby oni wcale przed chwilą nie byli zajęci.
Jakby wcale im nie przeszkodził.
Jakby Lucas wcale nie chciał pocałować Caldwell.
No tylko chciał, a Bobby faktycznie im przeszkodził. I może dlatego Miller nie miał zamiaru obdarowywać go czymkolwiek więcej niż lekkim skinieniem głowy. Chociaż może powinien mu powiedzkować? Jakby na to nie patrzeć facet uratował Lucasa przed wielkim błędem, które mógł potem dogłębnie żałować. I pewnie by żałował, chociaż na ten moment alkohol w jego żyłach sprawiał, że chciał spróbować ponownie.
Patrzył na Indie wyjątkowo uważnie — wodził wzrokiem po jej twarzy, przykuwał uwagę do sposobu, w jaki marszczyła czoło, gdy czuła się niezręcznie i jak krzywo jej lewy kącik ust układał się za każdym razem, gdy uśmiechała się nieszczerze. Chociaż kiedy powiedziała, że zabiłaby Marv nie było w tym ani krzty kłamstwa, co Miller skomentował jedynie głośnym prychnięciem. On pewnie również zabiłby Marv, gdyby miał taką okazję (oczywiście w grze). Laska kazała im jechać na kompletne zadupie za Toronto i rozprawiać o marzeniach — jej miejsce było w piachu.
Gdy Bobby wspomniał o całowaniu Lucasa, Miller na krótką chwile przeniósł na niego spojrzenie. Już chciał powiedzieć, że skoro on wziął marry, to chyba nie było innej opcji, tylko wtedy jej donośne nie przecięło powietrze i wylądowało prosto w jego głowie. I to nawet nie chodziło o samo słowo, a sposób, w jaki ona szybko się wszystkiego wyparła. Za szybko. Przeniósł na nią całą uwagę, przy okazji wyciągając z paczki samotnego papierosa. Umieścił go w ustach, ani na sekundę nie ściągając z niej spojrzenia, gdy rzucała wszelkimi argumentami przeciw. I może gdyby Lucas faktycznie był trzeźwy… może wtedy by to przemilczał.
A ja bym kiss — opadł na oparcie ławki z papierosem w ustach, nie ściągając z niej spojrzenia. Bobby zamruczał pod nosem coś w stylu uuuu, przeskakując wzrokiem z Indie na Lucasa i tak w kółko. Tylko kto by sie przejmował Bobbym, kiedy oni między sobą wymieniali spojrzenia tak intensywne, że można by je fizycznie złapać do słoika i szczelnie zamknąć, a potem jeszcze pokazywać w jakimś zasranym muzeum. Tak właśnie dzieci, wygląda szeroko pojęte napięcie między dwojgiem ludzi. — No co tak patrzysz? — odezwał się w końcu, malując na ustach zaczepny uśmiech. — Przecież to tylko gra, a nie prawdziwe życie — dodał praktycznie od razu, a Bobby mruknął jakieś no właśnie, które Lucas wpuścił jednym uchem, a wypuścił drugim. Bo przecież oni dobrze wiedzieli, że nie była to tylko gra. Że oni tutaj naprawdę p r a w i e się pocałowali i m o ż e Lucas w ten sposób chciał jej dać do zrozumienia, że wcale by nie żałował? Sam już kurwa nie wiedział.
Chciał jeszcze coś dodać, ale wtedy Bobby zaczął pierdolić o tym, że laska nie ściana da się przesunąć, więc już się zamknął. I tak powiedział za dużo. Dokładnie o cztery słowa za dużo i pewnie jutro będzie musiał zwalić to na nadmiar alkoholu, który ponownie w siebie wlał, zerując butelkę, którą używali do grania.
Chcesz znać moje? — Bobby aż się wyprostował. — No to marry ciebie Indie, wiadomo — zacmokał zadowolony i przyciągnął ją do siebie jeszcze bliżej, prawie paląc jej kosmyk włosów petem, którym wymachiwał na lewo i prawo. — A kiss Marv, bo ja sie z facetami kurwa nie całuje — spojrzał przepraszająco na Lucasa, jakby faktycznie było mu z tego powodu przykro. Cóż, Millerowi wcale nie było, bo też nie miał zamiaru całować Bobbiego, a tym bardziej za niego wychodzić.
Bobby, a ty nie musisz czasami iść już spać? — zapytał, przyglądając mu się uważnie, by zaraz potem zjechać na miejsce na ramieniu Indie, gdzie mężczyzna zaciskał swoje tłuściutkie paluszki. — Późno już, a z tego co słyszałem, to ty jutro robisz nam warsztaty po śniadaniu.
Robie? — zapytał zaskoczony.
No robisz, z tego no, z czego? — spojrzał pytająco na Indie, jednak nim ta zdążyła się wtrącić, sam kontynuował. — No z filmów przecież. Jak ten no, odróżnić chujowy film od dobrego i jak dobrze pilnować, żeby nikt nie nagrywał podczas seansu.
A tak, to faktycznie są bardzo ważne rzeczy.
No właśnie, więc może odprowadzimy cię do chatki, co?

Indie Caldwell

alone with the hard feelings

: śr gru 24, 2025 2:08 am
autor: Indie Caldwell
Zbił ją z tropu. Porządnie, o czym świadczył chociażby fakt, że gapiła się na niego półprzytomnym spojrzeniem przez dobre kilka sekund, zanim pełnoprawnie przyjęła do wiadomości jego słowa. W pierwszej chwili zareagowała tylko ściągniętymi brwiami i krzywym spojrzeniem — wiedziała, że jakikolwiek komentarz tylko pogorszyłby jej własną sytuację, więc nie zamierzała tego wszystkiego komentować, ale... no właśnie. Nie zamierzała, bo plany skutecznie pokrzyżował jej Miller i jego kolejne pytanie.
No co się tak patrzysz?
Chyba sobie w kulki leciał.
Skrzywiła się jeszcze bardziej, chociaż tym razem nie był to tylko przejaw zakłopotania, a raczej dobitny wyraz dezaprobaty; Bobby już wystarczająco mocno podnosił jej ciśnienie, więc naprawdę nie potrzebowała, żeby Lucas jeszcze sobie z nią teraz pogrywał. Prawie coś powiedziała, prawie. Zdążyła ugryźć się w język i może nawet przemilczałaby to wszystko od początku do końca, gdyby nie to, że Miller nie mógł na tym już i tak mocno zbędnym pytaniu poprzestać. Przecież to tylko gra, a nie prawdziwe życie.
Ta? — wyrwało jej się burkliwie, bo ani trochę nie podobał jej się ten pobłażliwy ton i cwany uśmiech, z którym podjął temat. Tak jak do tej pory wzrok raz po raz uciekał na boki czy w inne losowe punkty, tak teraz jej spojrzenie tkwiło nieustępliwie wbite w Lucasa. Może gdyby nie była pijana i rozemocjonowana, potrafiłaby doszukać się w tej zaczepce jakiegoś drugiego znaczenia, ukrytego komunikatu, ale w tym stanie nie potrafiła odebrać jej jako niewinnej. — Racja, sorry. Tylko gra — powtórzyła po nim, może trochę bardziej kąśliwie niż było to konieczne, nawet nie próbując kryć się z własną frustracją.
Frustracją, która z jednej strony może i była trochę niepotrzebna, a z drugiej — zupełnie uzasadniona, bo Indie naprawdę nie rozumiała. Niczego, na tym etapie nie rozumiała już absolutnie niczego — ani czego tak naprawdę chciał od niej Lucas, ani czego ona chciała od niego, ani co to wszystko kurwa znaczyło. Nie miała pojęcia, czy to ona była zbyt pijana na prawidłowe odczytanie intencji, czy może jednak Miller faktycznie znów wysyłał jej sprzeczne komunikaty, ale była w tym wszystkim tak paskudnie pogubiona, że nawet nie wiedziała od czego zacząć próby uporządkowania własnych myśli i uczuć. W międzyczasie Bobby pierdolił jej nad uchem, przytulał do siebie nawet mocniej i ogólnie niczego nie ułatwiał, więc z tego wszystkiego aż się trochę wyłączyła, stając się pasywna i bez żalu pozwalając, żeby przez chwilę to Lucas martwił się Holumem oraz jego pijackim bełkotem.
Cośtam słyszała o spaniu i warsztatach, coś o odprowadzaniu go do jego domku, ale realnie kontaktować zaczęła dopiero jakoś po drodze, tylko dlatego, że wymusiły to na niej okoliczności. Bobby był tak pijany, że utrzymanie go w pionie wymagało wyższego stopnia zaangażowania ze strony ich dwójki — cała ta tułaczka trwała niemożliwie długo i była tak męcząca, że w którymś momencie nawet nadający dotąd bez przerwy Holum zaczął cichnąć, styrany tym ogromnym dystansem w postaci kilkudziesięciu metrów. I całe szczęście, bo i tak nikt go chyba za bardzo nie słuchał, przynajmniej nie Indie, nadal zbyt pochłonięta myślami o tym, co stało się wcześniej, żeby zarejestrować chociaż jedno złamane słowo. Dotargany prosto pod własną wycieraczkę Bobby niespecjalnie chciał się z nimi rozstawać i intensywnie nalegał na ostatnią wspólną kolejkę, a finalnie skapitulował dopiero kiedy oboje z Lucasem zgodzili się oficjalnie obiecać mu, że nadrobią to jutro. Koniec końców drzwi do domku w końcu zamknęły się za nim z głośnym skrzypnięciem i zostali sami, we dwójkę.
Wreszcie.
Jeszcze przez chwilę bez słowa obserwowała próg, za którym zniknął Holum, jakby upewniała się, że nie miał zaraz znów wytoczyć się z powrotem na zewnątrz. Cierpliwie zaczekała, aż światło w oknie przedpokoju zgaśnie i ścieżka z powrotem pogrąży się w półmroku, zanim obróciła się w stronę Lucasa.
No co się tak patrzysz? — odezwała się znikąd, dokładnie powtarzając jego wcześniejsze pytanie. Ton miała przyciszony, ale wcale nie brzmiała pokojowo, tylko zaskakująco... konfrontacyjnie? Wszystko dlatego, że — jak to Indie — cały komunikat odebrała całkiem opacznie, święcie przekonana, że Miller tak zwyczajnie sobie z niej drwił, że dla niego naprawdę była to tylko gra, nie prawdziwe życie. — No co się tak patrzysz? — powtórzyła jeszcze raz, jakby z niedowierzaniem. — Co, kurwa, żartujesz? Żartujesz sobie ze mnie teraz po prostu, tak? — zaczęła zgadywać, sama nakręcając się tak szybko i mocno, że w którymś momencie pchnęła go zupełnie tak, jakby fizycznie próbowała go sprowokować. Trudno powiedzieć, jakie miała w tym zamiary, bo sama nie wiedziała — nie myślała teraz wcale. — O to Ci chodzi? Nie wiem, kurwa, o rewanż? Tak? O pierdoloną zemstę? Co-oo?

Lucas Miller

alone with the hard feelings

: sob gru 27, 2025 3:21 pm
autor: Lucas Miller
Droga z ganku do domku, w którym spali Lucas oraz Bobby bardzo szybko okazała się jebaną katorgą. Nie dość, że Holum wcale nie chciał iść — co wiązało się z licznym nagabywaniem, szantażem emocjonalnym i zabraniem mu kartonu z winem — to jeszcze kiedy w kou ruszyli, chłop zataczał się tak bardzo, że kilka razy prawie wpadli z nim w krzaki, starannie posadzone wzdłuż kamiennej ścieżki. W środku wcale nie było lepiej, bo Bobby zaczął ściągać Indie za bluzę w dół, błagając, żeby została i opowiedziała mu chociaż jedną bajkę na dobranoc, bo inaczej nie może zasnąć. Przy okazji wyszło na jaw, że to faktycznie prawda i on nie może bez tego zasnąć, a na co dzień po prostu puszcza sobie audiobooki o księżniczkach i smokach do poduszki. Chwała Chińczykom za faceID, bo przynajmniej Miller bez problemu odblokował telefon Bobbiego i szybko ustawił mu jakąś bajkę o trzech świnkach wersja dla dorosłych. Telefon wcisnęli mu pod poduszkę, a sami wyszli tak szybko, że gdyby w pokoju nie panował mrok, pewnie aż by się za nimi kurzyło.
I chociaż ta cała sytuacja z Bobbym pochłonęła praktycznie całą energię życiową Lucasa, on myślami wciąż wracał do tego wszystkiego, co stało się przed pojawieniem kumpla. A jak się po chwili okazało; Indie dla odmiany zakręciła się wokół tego, co stało się zaraz po.
No co się tak patrzysz?
Kiedy ponownie to warknęła, Miller aż spojrzał na nią zaskoczony. Nie miał pojęcia o co jej chodziło. Dopiero kiedy zaczęła o tych żartach, to przez głowę przemknęła mu myśl, że mogło chodzić o rzekome kiss w niczego nie wartej zabawie, z którą przyszedł do nich Holum.
O co ci kurwa chodzi? — warknął w końcu. Lucas nie był dobry w domysły. Potrzebował prostych komunikatów, najlepiej takich prosto z mostu. Szczególnie od niej, bo uciekanie na drugi koniec kraju zdecydowanie nie wychodziło ich relacji ani komunikacji na plus. Ciężko mu szło domyslanie się, szczególnie, że ona po chwili dostała jeszcze więcej piany, do tego stopnia, że szczupłe dłonie umieścił na jego torsie i pchnęła z impetem. Miller nie był na to przygotowany, dlatego w pierwszej chwili po prostu stracił równowagę i faktycznie wykonał te kilka kroków w tył,
Jaki kurwa rewanż? Jaką zemstę? — on również podniósł głos, ponownie do niej podchodząc. Nie miał zamiaru odpuszczać. Serce waliło mu w piersi, a głowa szalała z niezrozumienia. — O czym ty pierdolisz? — nie miał zamiaru gryźć się w język, nie miał zamiaru też przepraszać ją za coś, o czym nie miał bladego pojęcia. Widział to jej ogniste spojrzenie, czuł je nawet pod skórą, która paliła niemiłosiernie.
Mąciła mu w głowie, mieszała. W jeden jebany wieczór Indie Caldwell wyjebała rok jego pracy z własnymi myślami do jebanego kosza i zamknęła pokrywę na kłódkę. Nic już nie wiedział. Nie miał pojęcia, co myśleć. Szczególnie kiedy ona stała tuż przed nim, gromiąc go wzrokiem i pokazując ten swój silny charakter, dla którego kiedyś tak bardzo stracił głowę. I serce w piersi musiało to doskonale pamiętać, bo wyrwało do niej w taki sposób, że Miller aż nachylił się lekko w przód. Tylko wtedy ona znowu go popchnęła.
Indie, kurwa!! — warknął równie ostro, łapiąc ją za nadgarstki, a kiedy chciała się wyszarpać, to jednym ruchem przycisnął ją do domku obok — całe szczęście nie tego, w którym spał Bobby. Jej plecy z impetem uderzyły o głodną, drewnianą ścianę, a Miller stanął w taki sposób, że nie miała absolutnie drogi ucieczki. Zajrzał w jej rozgniewane oczy z już o wiele bliższej odległości. — Powiesz mi kurwa o co ci chodzi, czy będziesz się tylko na mnie wydzierać? — wycedził przez zęby, znajdując się tak blisko, że każde wypowiedziane przez niego słowo, Indie mogła poczuć na własnej twarzy i lekko rozchylonych ustach, które Miller po chwili wbił ogniste spojrzenie, podczas gdy serce ponownie zabiło jeszcze szybciej.

Indie Caldwell