Please Save My Dog
: pt gru 19, 2025 10:47 pm
Mógł być mądry jak każdy opiekun i rzucać wszystkimi hasłami typu „pamiętaj, żeby zwierzę nie cierpiało dla twojego widzimisię”, „nie przedłużaj życia psa jeśli będzie go bolało”, blablabla, ale kiedy przychodziło co do czego i człowiek sam stawał w obliczu decyzji, to zapominało się o wszystkim. O każdej złotej radzie, którą sprzedałoby się komuś innemu. Człowiek stawał się egoistyczny, bo chciał wyszarpać chociaż jeden dzień, jedną godzinę więcej z własnym zwierzakiem, któremu poświęcało się wszystko. Który czasami był wszystkim.
Nie wiedział do końca czy nie będzie egoistyczny, jeśli miałby teraz zdecydować. Pies był młody, silny, zdrowy. Spodziewałby się, że będzie kiedyś żegnać psiego seniora, a nie kilkulatka. Problem w tym, że życie bywało różne i nigdy nie mógł się spodziewać, że jakaś choroba nie pierdolnie psa ot tak. W końcu on nie powie, że coś go boli. Mógł go jedynie regularnie badać i mieć nadzieję, że w wynikach krwi czy obrazie USG nic nie wyjdzie.
Albo, że nie zeżre jakiegoś gówna, które go zabije.
— Dzięki — mruknął, kiedy otrzymał wodę. Upił z niej kilka łyków, bo w gardle mu zaschło nie tylko od biegania, ale też od tego jebanego stresu. — Ja to tam chuj, ważne aby on się dobrze czuł — przyznał, zerkając instynktownie w kierunku psa. Nie obchodziło go jak zmęczony był, bo teraz liczyło się tylko to czy Hati z tego wyjdzie. W jego żyłach wciąż płynęło tyle adrenaliny, że pewnie jej poziom nie spadnie, dopóki nie będzie mieć pewności, że kryzys został zażegnany.
Czyli dopiero jutro. Albo jakieś trzy dni.
Odetchnął ciężej i przytakiwał, kiedy dziewczyna mówiła mu ogólne zalecenia na najbliższy czas. Starał się zapamiętać wszystko, zwłaszcza, że nie było tego dużo.
— Okay — mruknął, wciąż nie odchodząc od zwierzaka na krok. Podniósł wzrok na lekarz weterynarii w momencie, jak zadała mu pytanie. — Żre BARFa — odpowiedział. — Staram się, aby jadł dobrze. Nie daję mu tego gówna ze zbożem. — Może nie był geniuszem jak chodziło o… no w zasadzie o wiele rzeczy, ale o swojego psa dbał najlepiej jak mógł. Szkolił się nawet w temacie jego diety, opieki czy treningu, bo jak już mu zależało, to umiał się postarać.
Prychnął pod nosem, chociaż wcale do śmiechu mu nie było.
— I tak dzisiaj nie zmrużę oka — powiedział. Po tym co się dzisiaj wydarzyło, to będzie czuwał przy psie przez całą noc, więc jeśli chodziło o podawanie jakichś leków, nawet do wenflonu, to wespnie się na wyżyny swoich umiejętności i cierpliwości, aby zrobić to, co nakaże mu dziewczyna. W końcu rozchodziło się o zdrowie psa, a nie wybaczyłby sobie, gdyby w jakikolwiek sposób go zaniedbał i nie zrobił wszystkiego, co mógł.
Zerknął krótko w stronę dziewczyny, gdy się przedstawiła.
— Hunter. — Jakby nie patrzeć, warto było mieć w kontaktach człowieka, który mógł ci uratować psa, gdy nadejdzie kryzys. — Długo już pracujesz jako wet? I… no, tu? — spytał, aby jakkolwiek pociągnąć temat. Skoro i tak musiał tu siedzieć dopóki kroplówka nie zleci cała, to chociaż mógł zająć myśli zwykłą rozmową. Dopóki stan psa był opanowany, to on też musiał być. — Czemu w ogóle tu? — Bo w schroniskach też potrzebni byli weterynarze, Hunter.
Erza B. Fernandes
Nie wiedział do końca czy nie będzie egoistyczny, jeśli miałby teraz zdecydować. Pies był młody, silny, zdrowy. Spodziewałby się, że będzie kiedyś żegnać psiego seniora, a nie kilkulatka. Problem w tym, że życie bywało różne i nigdy nie mógł się spodziewać, że jakaś choroba nie pierdolnie psa ot tak. W końcu on nie powie, że coś go boli. Mógł go jedynie regularnie badać i mieć nadzieję, że w wynikach krwi czy obrazie USG nic nie wyjdzie.
Albo, że nie zeżre jakiegoś gówna, które go zabije.
— Dzięki — mruknął, kiedy otrzymał wodę. Upił z niej kilka łyków, bo w gardle mu zaschło nie tylko od biegania, ale też od tego jebanego stresu. — Ja to tam chuj, ważne aby on się dobrze czuł — przyznał, zerkając instynktownie w kierunku psa. Nie obchodziło go jak zmęczony był, bo teraz liczyło się tylko to czy Hati z tego wyjdzie. W jego żyłach wciąż płynęło tyle adrenaliny, że pewnie jej poziom nie spadnie, dopóki nie będzie mieć pewności, że kryzys został zażegnany.
Czyli dopiero jutro. Albo jakieś trzy dni.
Odetchnął ciężej i przytakiwał, kiedy dziewczyna mówiła mu ogólne zalecenia na najbliższy czas. Starał się zapamiętać wszystko, zwłaszcza, że nie było tego dużo.
— Okay — mruknął, wciąż nie odchodząc od zwierzaka na krok. Podniósł wzrok na lekarz weterynarii w momencie, jak zadała mu pytanie. — Żre BARFa — odpowiedział. — Staram się, aby jadł dobrze. Nie daję mu tego gówna ze zbożem. — Może nie był geniuszem jak chodziło o… no w zasadzie o wiele rzeczy, ale o swojego psa dbał najlepiej jak mógł. Szkolił się nawet w temacie jego diety, opieki czy treningu, bo jak już mu zależało, to umiał się postarać.
Prychnął pod nosem, chociaż wcale do śmiechu mu nie było.
— I tak dzisiaj nie zmrużę oka — powiedział. Po tym co się dzisiaj wydarzyło, to będzie czuwał przy psie przez całą noc, więc jeśli chodziło o podawanie jakichś leków, nawet do wenflonu, to wespnie się na wyżyny swoich umiejętności i cierpliwości, aby zrobić to, co nakaże mu dziewczyna. W końcu rozchodziło się o zdrowie psa, a nie wybaczyłby sobie, gdyby w jakikolwiek sposób go zaniedbał i nie zrobił wszystkiego, co mógł.
Zerknął krótko w stronę dziewczyny, gdy się przedstawiła.
— Hunter. — Jakby nie patrzeć, warto było mieć w kontaktach człowieka, który mógł ci uratować psa, gdy nadejdzie kryzys. — Długo już pracujesz jako wet? I… no, tu? — spytał, aby jakkolwiek pociągnąć temat. Skoro i tak musiał tu siedzieć dopóki kroplówka nie zleci cała, to chociaż mógł zająć myśli zwykłą rozmową. Dopóki stan psa był opanowany, to on też musiał być. — Czemu w ogóle tu? — Bo w schroniskach też potrzebni byli weterynarze, Hunter.
Erza B. Fernandes