Strona 2 z 2

the most wonderful time of the year?

: sob lut 28, 2026 4:10 pm
autor: lazare moreau
- Boże - roześmiał się krótkim, gorzkawym szczeknięciem. Pamiętał jeszcze, że jako młodziutki nastolatek, dosłownie dopiero co przekroczywszy granicę pierwszej dekady życia, m a r z y ł o wielkiej miłości, o której chętnie pisali by Shakespeare i Neruda, tylko może jakimś cudem z zakończeniem szczęśliwszym niż nieuchronna tragedia takiej, czy innej maści. I wszechświat, choć milczący, musiał wysłuchać jego głupich, dziecięcych modlitw, bo Lazare dostał dokładnie to, o co prosił, choć w dość niespodziewanym wydaniu. Na tamtym etapie swojego życia nigdy nie sądził, że zakocha się w mężczyźnie, i nie przypuszczał też, że będzie to człowiek z zupełnie innego środowiska i klasy społecznej, z czym wiązały się dodatkowe, nieprzewiedziane przez Moreau wyzwania - I całe twoje szczęście!
Może była to kwestia środowiska, w jakim blondyn się obracał, ale nie zdarzyło mu się jeszcze chyba słyszeć o parze, w której obydwie strony były naprawdę szczęśliwe, jednocześnie pozostając wiernymi i przyzwoitymi na każdym etapie rozwoju związku. Nie wątpił, że takie rzeczy trafiały się ludziom, ale po prostu nie w jego kręgach, w których każdy miał jakiś problem, kręgosłup moralny dotknięty jakąś metaforyczną skoliozą, i sporo za uszami.
Spoważniał zaraz bardziej niż planował, pozwalając, by dotarł do niego wreszcie cały sens wypowiedzianego przez Love słowa. Skoro nie dzieliła jego doświadczenia - skoro nie wiedziała, jak to jest, zakochać się w drugim człowieku tak bardzo, że zaczynało się mieć wrażenie, że traci się rozum i panowanie nad własnymi zachowaniami i emocjami - nie było szansy, by zrozumiała co tak naprawdę doprowadziło Lazare do ostatecznej klęski. A on z kolei nie potrafiłby ubrać tego stanu w słowa, które odpowiednio oddałyby jego powagę. Nie był poetą, tylko łyżwiarzem, i to w dodatku skończonym.
Odchrząknął, a potem westchnął, starając się pozbierać myśli na tyle, by mimo wszystko udzielić Roderick względnie sensownej odpowiedzi.
- W zasadzie... Tak, chyba tak. Chyba właśnie to próbuję powiedzieć - powiedział w końcu - Chodzi mi o to, że straciłem czujność, spuściłem gardę trochę za nisko - dodał tak szczerze, jak nie zrobiłby tego w żadnym telewizyjnym czy prasowym wywiadzie. Może głupotą było z jego strony popełniać ten sam błąd, którego przecież dopuścił się z Johnny'm Grainierem, i który przypłacił karierą, bo przecież Love nadal była prezenterką z dostępem do mediów, w których mogłaby ujawnić wszelkie wyjawiane jej teraz przez Lazare kwestie. Ale sytuacja była inna, bo dziś, wiele miesięcy po skandalu, Moreau nie miał już żadnej kariery ani żadnej reputacji, którą mógłby tym sposobem stracić. Jeszcze gorzej: nikt się nim już nie interesował - O ironio, nie wiem czy zdajesz sobie sprawę - zagadnął z lekką dozą gorzkiej ironii - Kto stoi za całą tą gównoburzą?
Nie wiedział, na ile blisko Love mogła znać Grainiera, ale przecież pracowali dla tej samej stacji, więc sprawa mogła okazać się dość ciekawa.

Love Roderick

the most wonderful time of the year?

: sob mar 07, 2026 3:19 pm
autor: Love Roderick
Prychnęła wymownie, gdy nazwał jej nie szczęściem. Czy się z tym zgadzała? Nie, nie mogła. Nie miała ku temu najmniejszych szans. A nie można czegoś tak… naprawdę ocenić, gdy się czegoś nie doświadczy. Chociaż nie spróbuję! A Love? Love nie była nawet blisko, co swoją drogą było całkiem zabawne… jakby noszone przez nią imię było swojego rodzaju przekleństwem. Jakby to była jedyna miłość, na którą mogła liczyć - ta matki, która była przy okazji szalenie dowcipna przy wyborze imienia jedynej córki. Chociaż nawet ta Roderick straciła znacznie szybciej niż powinna. Więc tak.,. Nie wiedziała, co mógł czuć Lazare. Nie wiedziała jak to jest i mogła się opierać tylko i wyłącznie na wyobrażeniach, być może mylnych. Teraz jednak wpatrywała się w niego intensywnie, czujnie… bo skoro nie rozumiała - liczyła na to, że jej wytłumaczy. Oświeci ją, chociaż w minimalny stopniu. Chciała to zrozumieć ze względu na niego, a przede wszystkim ze względu sympatię, którą do niego czuła.
Ściągnęła mocniej brwi i znowu chyba poczuła lekkie rozczarowane, które jednak tym razem jednak zachowała tylko i wyłącznie dla siebie. Bo teraz był to już tylko i wyłącznie jej problem. Bo może liczyła na coś więcej, a w rezultacie miłość – tym bardziej, że nie miała pojęcia o takiej miłości – wydawała jej się szalenie... tak, rozczarowujące. Zdała sobie sprawę, że wolała usłyszeć, że zrobił to dla siebie, że był po prostu głupi i myślał, że to nie wyjdzie na jaw. Miłość. Zmarszczyła śmiesznie nos i upiła kolejny łyk swojego drinka.
- Nie mam pojęcia. – przyznała szczerze, bezradnie wzruszając ramionami – I jeszcze pytanie… mówisz o tym, kto to ujawnił, czy o tym, kto do tego doprowadził? Czy to może jedna i ta sama osoba? Mało tego… moja wścibska natura potrzebuje więcej informacji. Albo może ta niedoświadczona? Nazywaj to sobie jak chcesz, Moreau. – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu. W każdym razie dzisiaj, podczas tego wieczoru a już na pewno podczas tej rozmowy nie była dziewczyną z wiadomości… zresztą była tylko dziewczyną z wiadomości, a nie dziennikarką. Zadawała pytania, a nie szukała kolejnych sensacji – Jaki jest ciąg przyczynowo skutkowy… od miłości i opuszczonej gardy do dopingu. – bo tak… nadal naiwnie myślała, że gdy ktoś kocha nie pozwala ci robić głupot, które mogą zniszczyć twoje życie.


lazare moreau

the most wonderful time of the year?

: wt mar 17, 2026 1:32 pm
autor: lazare moreau
Jeśli nadane ludziom przy urodzeniu imiona istotnie stanowić miały jakiś rodzaj fatum albo przynajmniej ironicznej przestrogi przed jakimś określonym losem, może i sam Moreau powinien więcej uwagi przykładać do tego, jak ochrzciła go matka. Jego imię przecież pochodziło prosto z wymownej, biblijnej opowieści o żebraku i bogaczu, których role odwracają się po śmierci. Ten, który cierpiał za życia, trafia do raju; ten, który na Ziemi nieskromnie cieszył się przepychem, teraz skazany zostaje na wieczne katusze.
Zabawne. Czasem samemu Lazare wydawało się, jakby w jego życiu ziściły się już obydwie części tej opowieści, bo czy nie było właśnie tak, że podświadomie i jego własna tożsamość dzieliła się na dwoje? Jakby jakaś część Lazare była tym właśnie cierpiącym biedakiem, inna zaś - chciwym krezusem, na którego jego własna łapczywość i brak ostrożności sprowadziły ostatecznie boską karę.
A może, tak naprawdę, imiona były tylko imionami. Dziełem przypadku, kaprysem rodziców, zbiegiem okoliczności - i to, że Love nie doświadczyła jeszcze miłości tak silnej i trawiącej wszystko, co stanie jej na drodze, jak niepowstrzymany pożar, nie miało a b s o l u t n i e nic wspólnego z noszonym przez nią imieniem?
Choć procenty zdążyły już odrobinę uderzyć mu do głowy, Lazare nie był przecież na tyle ślepy, głupi, ani też obojętny na nastroje Roderick, by nie zauważyć ewidentnej zmiany w jej mimice. To ściągnięcie brwi, ta konsternacja wyrażona w jej spojrzeniu... Zastanawiał się, które z jego słów miały taki wpływ na dziewczęcy humor, wyraźnie budząc w niej jakiś rodzaj niepokoju, albo...
Rozczarowania właśnie.
Cholera. Naprawdę nie chciał mącić jej nadziei i marzeń, ale najwyraźniej nie potrafił uwolnić się od skłębionego w jego wnętrzu cynizmu. Sam też przecież wolałby jej opowiedzieć, że do całego tego skandalu doprowadziła jego naiwność i głupota, ale teraz na błędach nauczył się o sobie więcej, z kryzysu wychodząc bardziej zmotywowany, mądrzejszy, i silniejszy.
Tylko, że nie byłaby to prawda. A ze wszystkich ludzi na świecie, w towarzystwie Love naprawdę starał się przynajmniej pozostawać szczery.
- Doprowadziłem do tego ja, to chyba jasne... - westchnął, znów wzruszając nieco dramatycznie ramionami. Nie było w jego tonie cienia zniecierpliwienia czy złośliwości - a jeśli tak, to wyłącznie względem samego siebie. Nagle zdał sobie sprawę, że jest teraz o wiele bardziej otwarty niż choćby na spotkaniach grupy wsparcia, na której posiłkował się ciszą i racjonalizacją, aby nie musieć na głos i bezpośrednio mówić o konsekwencjach własnego zachowania. W towarzystwie Love było jednak inaczej - może błędnie, ale przy brunetce nie bał się, że dziewczyna oceni go, a raczej zakładał, że mimo wszystko spróbuje zrozumieć jego perspektywę, choć oczywiście miała wszelkie prawo by się z nią nie zgadzać - Nie chciałbym po prostu brzmieć tak, jakbym starał wykręcić się od odpowiedzialności - dodał, co było nowością, bo w ostatnim czasie wydawało się, że właśnie to próbuje robić dosłownie na okrągło - Ale gdyby nie ta jedna osoba, świat pewnie nigdy by się nie dowiedział. Albo przynajmniej mógłbym to ujawnić na własnych warunkach... - wyjaśnił, choć jeśli miał być zupełnie szczery, pewnie w życiu by tego nie zrobił. Zmarszczył brwi, zastanawiając się ile wypada mu wyjawić brunetce, a potem - pewnie pod wpływem wypitego dziś alkoholu, i nadal tętniącego w nim bólu złamanego serca urażonej dumy, uznał, że nie ma nic do stracenia - Johnny Grainier. Twój kolega z CBC. Choć z tego co wiem, nigdy nie pracowaliście chyba w jednej sekcji? Ale może to nazwisko obiło ci się o uszy...
Dopiero teraz dotarło do niego, że wcale nie jest lepszy od Johnny'ego, rewanżując mu się pięknym za nadobne, i wyjawiając informację, którą być może sam dziennikarz nie chciał dzielić się z dziennikarskim światkiem... Ale Johnny był pierwszy. Więc Lazare łatwo było sobie wytłumaczyć, że mężczyzna zwyczajnie sobie na to zasłużył.
- To tak w ramach przestrogi, gdyby kiedyś przyszło ci z nim pracować... - zniżył głos do konspiracyjnego szeptu godnego gorącej plotki - Wtedy może lepiej uważaj na to, co mówisz. Ale jak coś... - zadziornie, i trochę żartobliwie, puścił do brunetki oko - Ale jak coś, nie wiesz tego ode mnie. Zgoda?

Love Roderick

the most wonderful time of the year?

: śr mar 18, 2026 9:06 pm
autor: Love Roderick
Nie mógł nic poradzić na uczucia wymalowane na twarzy Roderick. Nie mógł nawet nic poradzić na to, że miała tak skrzywiony światopogląd, że uczucia względem drugiego człowieka wydawały jej się najbardziej rozczarowującym wytłumaczeniem bałaganu, który dookoła siebie rozpętał Lazare. Większość ludzi w tym momencie pewnie ze zrozumieniem pokiwałaby głową… może nawet, gdyby przyznał się do tego publicznie – jego sytuacja byłaby lepsza. Większość ludzi by zrozumiała. To, że Love absolutnie nie… to był jej problem. I jej wina. I była tego świadoma.
Jednocześnie rosła jej ciekawość i to z każdym kolejnym jego słowem. Jednocześnie doceniała, że nie zbył jej półsłówkami, nie próbował zmienić tematu, nie próbował odsunąć jej uwagi od tego, że starała się zrozumieć. Tak, była w tym odrobina jej zawodowej ciekawości, ale jednocześnie nawet przez moment nie poczuła się jak w pracy
Nazwisko, które podał z jednej strony wydawało jej się znajome, a z drugiej nie mówiło absolutnie nic. Nie miała wielu znajomych w pracy, wychodziła z założenia, że takie przyjaźnie nigdy dobrze się nie kończą i pewne rzeczy lepiej odcinać grubą kreską. Przyjaźń i praca nie idą w parze, a to, co powiedział jej teraz Moreau tylko ją w tym upewniało. Zadumała się nad tym krótko, ściągnęła brwi i zapatrzyła w jakiś punkt przestrzeni przed sobą. Próbowała się postawić w sytuacji Lazare i Grainiera… i to wcale nie było takie trudne, więc tym samym dawała sobie prawo do oceny. Czy było to z jej strony sprawiedliwe? Prawdopodobnie nie. Czy zamierzała się tym przejmować? Również nie. Lazare znała i lubiła, a tego drugiego nie – to proste, że automatycznie włączała jej się strona.
- Mam nadzieję, że nigdy nie będę miała najmniejszej styczności z dziennikarską gnidą, która dla tematu sprzedaje przyjaciół, partnerów, kochanków… kimkolwiek dla siebie byliście. Widzisz, Moreau… zdaję sobie sprawę, że ta praca nie zawsze jest moralna. Czasami wiemy więcej niż może powinniśmy. Ale nikt nas nie zmusza, żeby o tym powiedzieć. – wzruszyła ramionami i upiła spory łyk alkoholu. Tak… wpakowała się w znajomość, która mogła zniszczyć dwie kariery i dwa nazwiska. Tak, sporo na niej zyskała, oboje na tym zyskali i tylko dlatego miało to jakikolwiek sens. Dlatego właśnie było warto zaryzykować – Tym bardziej, że z całym szacunkiem… nie chodzi o wybory parlamentarne. Mogę być straszną ignorantką, ale to sport. Nie uratował świata, gdy twoja tajemnica wyszła na światło dzienne… a skrzywdził kogoś, kto go kochał. – sam tak powiedział… przyznał się, że chodziło w tym wszystkim o miłość. Ze strony Lazare być może, ale z tej drugiej? Nie. Love mogła nie mieć doświadczenia, ale jednocześnie w tym momencie miała stuprocentową pewność, że coś takiego nie miało prawa się zadziać, gdyby w grę wchodziły uczucia – Także naprawdę… – rzuciła mniej poważnie, zmierzyła chłopaka spojrzeniem i lekko pokręciła głową – Następnym razem lepiej ulokuj uczucia. I tajemnice.



lazare moreau

the most wonderful time of the year?

: śr mar 25, 2026 10:58 pm
autor: lazare moreau
Być może wbrew pozorom, Lazare w gruncie rzeczy bardzo cenił sobie ten rodzaj specyficznego, kojąco przyziemnego... pragmatyzmu? z którym Love słuchała jego tłumaczeń o tym, w jaki idiotyczny sposób sprowadził na samego siebie klęskę. Prawda była taka, że pewnie samemu Lazare łatwiej przyszłoby zaakceptować swój upadek, gdyby stały za nim pieniądze albo jakieś olimpijskie porachunki, zawiedziony sportowy sponsor albo wściekły rywal z lodowiska, nie zaś nadmierna ufność i uśpiona czujność, które ostatecznie zgubiły Moreau. Naprawdę powinien być mądrzejszy, nie był już przecież małym chłopcem, który karierę oddał dobrowolnie w ręce własnej matki. A jednak, tak samotny i rozgoryczony, że uczucia te zaburzały mu trzeźwość patrzenia na otaczające go okoliczności, popełnił błąd godny żółtodzioba, juniora, a nie zaprawionego w bojach solisty.

W pierwszej chwili Lazare wydawało się, że Love zrobi to, co w bieżących okolicznościach uczyniłaby pewnie większość względnie-przyzwoitych, i ewidentnie empatycznych osób: weźmie jego stronę, zapewni go o sensowności jego uczuć i emocji, spróbuje go pocieszyć, albo zracjonalizować całą sprawę tak, by choć na moment wydawała się mniej bolesna. Ale Roderick - nie pierwszy raz zresztą - zaskoczyła Lazare w sposób, który tylko utwierdził go w przekonaniu, że ma do czynienia z naprawdę wyjątkową kobietą. Brunetka nie poprzestała bowiem na pocieszaniu i pozytywnych przewartościowaniach, co pewnie byłoby wygodne, ale na dłuższą metę też i nieszczególnie pomocne. Zamiast tego, Love przedstawiła mu jednak sposób myślenia, który nigdy wcześnie jakimś cudem nie przyszedł mu do głowy.
Love miała rację. Niezależnie od tego, co próbował wmówić mu Johnny, zwłaszcza w próbach tłumaczenia się ze swojej roli w porażce Lazare, to nie była miłość. Miłość, o ile Lazare dobrze to rozumiał - cóż, przynajmniej w teorii - nakazywała zastanawiać się nad konsekwencjami, które dane zachowania mogły potencjalnie mieć dla tej drugiej osoby, niezależnie od tego, jak badzo było się na nią w danej chwili wściekłym. Miłość była odpowiedzialnością, za siebie, za własne decyzje, i za to, jak wpłyną one na tego drugiego człowieka, rzekomo obdarzonego uczuciem. Johnny miał wybór, i go dokonał. I to w imię czego? Jak to powiedziała Love, Grainier nie ratował świata od zagłady, tylko próbował wbić Moreau szpilę tam, gdzie zabolałoby najbardziej.
Lazare zamrugał, nadal starając się poukładać nowe realizacje wśród dawnych myśli.
- Love Roderick... - westchnął, nie próbując nawet ukryć podziwu i wdzięczności wpisanych w brzmienie jego głosu. I pomyśleć, że wychodząc dzisiejszego wieczora na miasto z góry zakładał, że czeka go raczej nudne, kompletnie nieinspirujące kilka godzin - Jak często ludzie ci mówią, że jesteś genialna, co? - Pokręcił głową z zawadiackim, ale jednocześnie zupełnie szczerym uśmiechem - Masz absolutną rację - Przyznał, ale zaraz zreflektował się - może za późno - że jak do tej pory to Love pełni rolę słuchaczki, on zaś korzysta z jej uwagi niby z usług utalentowanego psychoterapeuty. Na ogół jednostronność relacji nie przeszkadzała Moreau, zwłaszcza wtedy, gdy opierała się na zaspakajaniu jego potrzeb, ale w znajomości z Love naprawdę uważał, że dziewczyna zasługuje na coś więcej.
- Ale wystarczy o mnie, co? Mam świadomość, że nawijam o własnym życiu jak katarynka, a nadal nie wiem niemalże nic o tym, co u ciebie...

Love Roderick

the most wonderful time of the year?

: pt mar 27, 2026 5:56 pm
autor: Love Roderick
Możliwe, że za dzień, dwa albo pięć zacznie mieć wyrzuty sumienia. Że była zbyt bezpośrednia, że może zbyt ostra, że nie powinna… bo przecież nie znali się tak dobrze. Nie była tą, która powinna nim potrząsać, a spotkanie tutaj było zupełnie przypadkowe. Nie umówili się na pogaduszki i jej szczerą opinię na jakikolwiek temat, szczególnie jego życia. Nie miała do tego najmniejszego prawa, więc teraz robiła to pod wpływem chwili oraz wypitego alkoholu, ale rozsądek pewnie kiedyś będzie musiał przyjść. A wtedy przyjdą też wyrzuty sumienia. I możliwe, że do niego też dotrze, że nie powinna sobie na tyle pozwalać… Ale jego aktualna reakcja sprawiła, że na twarzy Roderick pojawił się uśmiech.
- Myślę, że zdecydowanie za rzadko. – stwierdziła zdecydowanie żartobliwie, swobodnie wzruszając przy tym ramieniem. Czu uważała się za genialną? Nie. Zwłaszcza, że mówili tutaj o relacjach międzyludzkich, a te już szczególnie nie były jej mocną stroną. Może więcej wprawy miała w etyce zawodowej, chociaż jakby się zastanowić nad tym, co sama robiła to ugh… też niekoniecznie – I wiesz dobrze, że zdecydowanie wolę słuchać niż mówić. Tym bardziej, że raczej nie mam tak ciekawych historii do opowiedzenia. – nie mówiąc o tym, że zdecydowanie wzięła sobie do serca jego historię. Dobrze się uczyć na błędach, najlepiej cudzych. A co za tym szło Love jeszcze mocniej wyryła sobie z tyłu głowy, że musi trzymać język za zębami, nawet jeśli czasami miała ochotę się kogoś poradzić albo zwyczajnie poplotkować. Nie mogła. Teraz już wiedziała jak źle może skończyć się rozmowa nawet z kimś, komu wydaje się, że możesz ufać – Ale jeśli wszystko dobrze pójdzie… – zaczęła, rozpoczynając swój zawodowy wywód i trochę spuszczając z tonu, żeby resztę wieczoru mogli spędzić w trochę lżejszej atmosferze. Mniej dramatów, a więcej lekkiej pogawędki, żartów i kolejnych drinków, żeby nie móc uznać tego wieczoru za kompletnie stracony.

/koniec
lazare moreau