Ostatnia Deska Ratunku
: czw sty 22, 2026 3:30 am
Ona również była ciekawym przypadkiem słabości zrodzonej z prawdziwego uczucia i chęci pogłębienia się w niej całym sobą.
Jeszcze jakiś czas temu nie wyobrażał sobie siebie jako kogoś tak szaleńczo zakochanego, myślącego wyłącznie o tym, jak spędzić każdą wolną chwilę u boku Riley Zwłaszcza, że Primose należał do tego typu mężczyzn, którzy unikali wszelakich uczuć, słabości i bliskości, obawiając się, że prawdziwa miłość nie była dla nich stworzona. Jednak Davis potrafiła to zmienić; wydobywała z niego zarówno te pozytywne, jak i negatywne strony, które wspólnie tworzyły obraz mężczyzny uzależnionego od kobiety, a jednocześnie wściekłego na samą myśl o każdej rozłące spowodowanej wojskiem, które do tej pory było całym jego życiem.
Nie wyobrażał sobie, by mogli zakończyć relację, którą tak długo budowali w ukryciu. Nie potrafiłby w jednej chwili zapomnieć o wszystkim, co łączyło go z ciemnowłosą, i wrócić do kobiety, której nigdy nawet nie kochał. Prawdę mówiąc, nigdy nawet nie przepadał za Florence, a związał się z nią wyłącznie po to, by ratować swoją pozycję w szkole, która i tak była już w opłakanym stanie. Blondynka była atrakcyjna, ale to Riley idealnie wpasowywała się w jego kanon piękna; które było widoczne poprzez te wszystkie drobne gesty którymi pokazywał jak bardzo cieszył się… kiedy była przy nim. I choć często widział, jak walczyła ze swoją zazdrością, tak sam starał się jej udowodnić, że w jego sercu było już miejsce tylko dla jednej kobiety, która od momentu pierwszej bliskości nie potrafiła wyjść mu z głowy i która w tej chwili siedziała obok niego, łączącej w sobie złość, ale też i troskę.
- Nie jest to zabawne Riley! Widzisz, w jakim jestem stanie i nie chciałbym odchodzić w momencie, kiedy zaczęło być tylko i wyłącznie przyjemnie - odparł, zastanawiając się przez chwilę, czy naprawdę nie zabrzmiał tymi słowami komicznie. Nie wyglądał przecież na osobę, której było do żartów, zwłaszcza że czuł narastający ból, który z każdą kolejną sekundą stawał się coraz silniejszy.
- A ja nie chcę cię stracić. Chciałbym, żebyśmy mogli się z tego pożartować, ale… nie wygląda to dobrze. Czemu zawsze, gdy coś zaczyna mi się układać, musi wydarzyć się coś, co próbuje to zniszczyć? - dodał, wypowiadając każde słowo powoli, z wyraźnym wysiłkiem. Nie chciał odchodzić z tego świata, zwłaszcza teraz; gdy ich relacja zbliżała się do etapu, w którym oboje byli gotowi poświęcić wszystko dla wspólnego dobra. - W porządku. Spokojnie, Riley. Jedźmy już do szpitala, ale musisz być przy mnie. Obiecaj! - dodał ciszej. Nie odbierał jej postawy jako egoistycznej. Dla niego brzmiała jak kobieta, która mimo swojego ciętego języka robiła wszystko, by nie dopuścić do możliwych zagrożeń i skupić się na jego zdrowiu.
Widząc jej determinację, postanowił nie mówić już nic więcej i pozwolić się zaprowadzić do taksówki, a następnie do szpitala. Bardziej niż na samo badanie, zszywanie czy leczenie zwrócił uwagę na jej reakcję w chwili, gdy lekarz pomylił się i nazwał ją panią Quinn, która ku jego zdziwieniu zareagowała na to pozytywnie z uśmiechem. Początkowo pomyślał, że był to po prostu instynktowny odruch, dzięki któremu mogła pozostać przy nim i dowiedzieć się o jego stanie z pierwszej ręki. W końcu było jasne, że gdyby wyszło na jaw, że Riley nie była ani jego żoną, ani nikim z rodziny, zostałaby wyproszona i poinformowana o wszystkim na samym końcu. Jednak nawet później zachowywała się tak, jakby samo nazwanie jej jego żoną było czymś, czego w skrytości pragnęła i nawet jego buntownicza postawa czy niechęć do pozostania w szpitalu na dłużej nie wywołała u niej wściekłości, mimo jego dość niedojrzałego zachowania.
Nawet wieczorem, kiedy pomogła mu się rozpakować i umyć dalej zachowywała się tak, jakby tą żoną już była. Było to jednocześnie śmieszne i słodkie, widzieć ją tak zaangażowaną w to, by czuł się przy niej bezpiecznie. Tym bardziej teraz, kiedy mimo braku doświadczenia delikatnie i z ogromną uwagą owijała jego pęknięcie bandażami. Takie chwile uświadamiały mu, że przestała już być tylko jego przyjaciółką czy kochanką, a zaczęła być partnerką, której w końcu musiał wyznać swoje uczucia, nawet jeśli obawiał się, że ciężar tych słów mógłby ją przerazić. - Tak, ale myślę, że już wystarczająco się postarałaś. Lekarz mówił, że nie trzeba aż tak bardzo owijać - zaśmiał się pod nosem, wiedząc, że i tak nie wygra tej bitwy, a Riley zrobi wszystko po swojemu, chcąc dla niego jak najlepiej. - Zamiast tego wiesz, co pomogłoby mi najbardziej… - odparł delikatnie sugerując że jej bliskość była w tej chwili wszystkim, czego naprawdę potrzebował.
riley davis
Jeszcze jakiś czas temu nie wyobrażał sobie siebie jako kogoś tak szaleńczo zakochanego, myślącego wyłącznie o tym, jak spędzić każdą wolną chwilę u boku Riley Zwłaszcza, że Primose należał do tego typu mężczyzn, którzy unikali wszelakich uczuć, słabości i bliskości, obawiając się, że prawdziwa miłość nie była dla nich stworzona. Jednak Davis potrafiła to zmienić; wydobywała z niego zarówno te pozytywne, jak i negatywne strony, które wspólnie tworzyły obraz mężczyzny uzależnionego od kobiety, a jednocześnie wściekłego na samą myśl o każdej rozłące spowodowanej wojskiem, które do tej pory było całym jego życiem.
Nie wyobrażał sobie, by mogli zakończyć relację, którą tak długo budowali w ukryciu. Nie potrafiłby w jednej chwili zapomnieć o wszystkim, co łączyło go z ciemnowłosą, i wrócić do kobiety, której nigdy nawet nie kochał. Prawdę mówiąc, nigdy nawet nie przepadał za Florence, a związał się z nią wyłącznie po to, by ratować swoją pozycję w szkole, która i tak była już w opłakanym stanie. Blondynka była atrakcyjna, ale to Riley idealnie wpasowywała się w jego kanon piękna; które było widoczne poprzez te wszystkie drobne gesty którymi pokazywał jak bardzo cieszył się… kiedy była przy nim. I choć często widział, jak walczyła ze swoją zazdrością, tak sam starał się jej udowodnić, że w jego sercu było już miejsce tylko dla jednej kobiety, która od momentu pierwszej bliskości nie potrafiła wyjść mu z głowy i która w tej chwili siedziała obok niego, łączącej w sobie złość, ale też i troskę.
- Nie jest to zabawne Riley! Widzisz, w jakim jestem stanie i nie chciałbym odchodzić w momencie, kiedy zaczęło być tylko i wyłącznie przyjemnie - odparł, zastanawiając się przez chwilę, czy naprawdę nie zabrzmiał tymi słowami komicznie. Nie wyglądał przecież na osobę, której było do żartów, zwłaszcza że czuł narastający ból, który z każdą kolejną sekundą stawał się coraz silniejszy.
- A ja nie chcę cię stracić. Chciałbym, żebyśmy mogli się z tego pożartować, ale… nie wygląda to dobrze. Czemu zawsze, gdy coś zaczyna mi się układać, musi wydarzyć się coś, co próbuje to zniszczyć? - dodał, wypowiadając każde słowo powoli, z wyraźnym wysiłkiem. Nie chciał odchodzić z tego świata, zwłaszcza teraz; gdy ich relacja zbliżała się do etapu, w którym oboje byli gotowi poświęcić wszystko dla wspólnego dobra. - W porządku. Spokojnie, Riley. Jedźmy już do szpitala, ale musisz być przy mnie. Obiecaj! - dodał ciszej. Nie odbierał jej postawy jako egoistycznej. Dla niego brzmiała jak kobieta, która mimo swojego ciętego języka robiła wszystko, by nie dopuścić do możliwych zagrożeń i skupić się na jego zdrowiu.
Widząc jej determinację, postanowił nie mówić już nic więcej i pozwolić się zaprowadzić do taksówki, a następnie do szpitala. Bardziej niż na samo badanie, zszywanie czy leczenie zwrócił uwagę na jej reakcję w chwili, gdy lekarz pomylił się i nazwał ją panią Quinn, która ku jego zdziwieniu zareagowała na to pozytywnie z uśmiechem. Początkowo pomyślał, że był to po prostu instynktowny odruch, dzięki któremu mogła pozostać przy nim i dowiedzieć się o jego stanie z pierwszej ręki. W końcu było jasne, że gdyby wyszło na jaw, że Riley nie była ani jego żoną, ani nikim z rodziny, zostałaby wyproszona i poinformowana o wszystkim na samym końcu. Jednak nawet później zachowywała się tak, jakby samo nazwanie jej jego żoną było czymś, czego w skrytości pragnęła i nawet jego buntownicza postawa czy niechęć do pozostania w szpitalu na dłużej nie wywołała u niej wściekłości, mimo jego dość niedojrzałego zachowania.
Nawet wieczorem, kiedy pomogła mu się rozpakować i umyć dalej zachowywała się tak, jakby tą żoną już była. Było to jednocześnie śmieszne i słodkie, widzieć ją tak zaangażowaną w to, by czuł się przy niej bezpiecznie. Tym bardziej teraz, kiedy mimo braku doświadczenia delikatnie i z ogromną uwagą owijała jego pęknięcie bandażami. Takie chwile uświadamiały mu, że przestała już być tylko jego przyjaciółką czy kochanką, a zaczęła być partnerką, której w końcu musiał wyznać swoje uczucia, nawet jeśli obawiał się, że ciężar tych słów mógłby ją przerazić. - Tak, ale myślę, że już wystarczająco się postarałaś. Lekarz mówił, że nie trzeba aż tak bardzo owijać - zaśmiał się pod nosem, wiedząc, że i tak nie wygra tej bitwy, a Riley zrobi wszystko po swojemu, chcąc dla niego jak najlepiej. - Zamiast tego wiesz, co pomogłoby mi najbardziej… - odparł delikatnie sugerując że jej bliskość była w tej chwili wszystkim, czego naprawdę potrzebował.
riley davis