"Zaopiekuj się mną... nawet gdy nie bedę chciał"
: sob sty 17, 2026 3:29 am
Problem polegał na tym, że gdy się poznali, był całkowicie innym człowiekiem niż teraz. Zamiast pewności siebie, ciętego języka i chamstwa dominowało w nim przerażenie i pogubienie. W końcu był zaledwie kilka miesięcy po rozstaniu z June - jedyną kobietą, którą tak naprawdę kiedykolwiek kochał. Nie oznaczało to jednak, że Lacey była mu całkowicie obca. Zależało mu na niej i gdyby poznali się w innych okolicznościach, być może ich relacja nie wyglądałaby tak tragicznie jak teraz. Może zamiast skrytości byłby partnerem, który od początku robiłby wszystko, by dbać o kobietę u swojego boku.
W tej chwili zdziwiłby się, gdyby czuła do niego cokolwiek innego niż gniew. Która kobieta chciałaby dowiedzieć się od swojego partnera o poważnym niebezpieczeństwie zagrażającym ich życiu? Z daleka wszystko mogło wyglądać jak fabuła nieudanego filmu kryminalnego, którego akcja toczyła się w samym centrum gigantycznego miasta. Problem w tym, że wydarzenia, o których mówił między wersami, były prawdziwym życiem, a Devon próbując ją chronić przed całym złem, tylko nieumyślnie jeszcze bardziej je do niej przyprowadził.
Z tego właśnie powodu czuł się najgorzej, jak tylko potrafił. Nie był żmiją pozbawioną empatii ani obojętną na emocje innych, zwyczajnie nie potrafił ich okazywać. Mimo to zawsze starał się ją po kryjomu wspierać, choć robił to, nie wiedząc tak naprawdę nic o jej zawodowym życiu, poza tym, co było niezbędne, by chronić ją przed mackami mafii, do której sam należał.
W tej chwili miał ochotę zapaść się pod ziemię i zniknąć z jej życia. Z jednej strony poważnie rozważał rozstanie dla jej dobra, zaś z drugiej nie potrafił jednak z niej zrezygnować. Być może dlatego, że obawiał się, że wtedy stałaby się jeszcze większym obiektem zemsty niż dotychczas. Dlatego właśnie uważał, że tkwienie w tej relacji było najlepszym możliwym rozwiązaniem dla nich obojga. Nie myślał o jej potrzebach ani o tym, jak się czuła. Gdyby byli bezpieczni, sam uznałby, że najlepszą możliwą decyzją byłoby rozstanie, by mogła znaleźć mężczyznę, który doceniłby jej perfekcję, coś, czego on sam nigdy nie potrafił docenić.
- Wiem, że brzmi to kurwa jak jakiś nie śmieszny żart. Chciałbym, żeby tak było - odparł na jej podniesiony głos. Nigdy nie interesowali go sąsiedzi, zwłaszcza w miejscu, gdzie okolica zdawała się przyzwyczajona do takich akcji. Nie mieszkali przecież w rodzinnym bloku, w którym należało przestrzegać ciszy nocnej ze strachu przed konsekwencjami. A nawet gdyby ktoś wezwał policję, była ona najmniejszym problemem, jaki mógł na nich czekać. Wystarczyłoby zastraszyć zgłaszającego lub spojrzeć na niego surowym wzrokiem; Nazwisko i twarz adwokata były już znane wszystkim funkcjonariuszom z lokalnego komisariatu.
- Myślisz, że to kurwa jakaś zabawa? Że nie mam nic lepszego do roboty, niż pakować nas specjalnie w tarapaty? - odparł na jej słowa. Nie chciał się usprawiedliwiać. Najchętniej dalej by ją okłamywał, byle tylko trzymać prawdę z dala od niej samej. Było jednak za późno i musiał zrobić wszystko, by wywieźć ją jak najdalej od możliwego zagrożenia.
- Lacey. Możesz mnie obrażać. Możesz na mnie nie patrzeć. Możesz zerwać ze mną wszelkie relacje. Tylko musisz ze mną wyjechać, naprawdę. Wiesz, że nigdy nie żartuję, a jeśli czymś naprawdę się kurwa martwię, to nie jest to byle błahostka. Możemy wynająć dwa różne pokoje, dwa domki, cokolwiek. Nie będziesz musiała na mnie patrzeć. Proszę cię tylko o jedno. Jedź ze mną i pozwól się ochronić. - na jego twarzy pojawił się smutek, którego nigdy wcześniej jej nie pokazał. Po raz pierwszy w trakcie ich związku pozwolił sobie na uczucia głębsze niż chłodny dystans. Na miłość było już za późno. W takich sytuacjach liczyło się tylko to, by nie dopuścić do tragedii czającej się tuż za rogiem.
Nigdy nie chciał, by się mu podporządkowywała. Choć wyglądał na faceta, który lubił rozkazywać, tak nigdy nim nie był. Nie fascynowała go władza nad kobietami ani spełnianie własnych fantazji cudzym kosztem. Gdy zauważył przyniesioną przez nią apteczkę, wstał z kanapy poplamionej krwią, podszedł do jednego z biurek i sięgnął po kluczyki od drugiego z wielu samochodów. - Pojedziemy tym. Masz już zaznaczoną trasę. Lepiej, żebyśmy ruszyli teraz - powiedział cicho. Byli w sytuacji, w której każda sekunda była na wagę złota.
Lacey Tadwell
W tej chwili zdziwiłby się, gdyby czuła do niego cokolwiek innego niż gniew. Która kobieta chciałaby dowiedzieć się od swojego partnera o poważnym niebezpieczeństwie zagrażającym ich życiu? Z daleka wszystko mogło wyglądać jak fabuła nieudanego filmu kryminalnego, którego akcja toczyła się w samym centrum gigantycznego miasta. Problem w tym, że wydarzenia, o których mówił między wersami, były prawdziwym życiem, a Devon próbując ją chronić przed całym złem, tylko nieumyślnie jeszcze bardziej je do niej przyprowadził.
Z tego właśnie powodu czuł się najgorzej, jak tylko potrafił. Nie był żmiją pozbawioną empatii ani obojętną na emocje innych, zwyczajnie nie potrafił ich okazywać. Mimo to zawsze starał się ją po kryjomu wspierać, choć robił to, nie wiedząc tak naprawdę nic o jej zawodowym życiu, poza tym, co było niezbędne, by chronić ją przed mackami mafii, do której sam należał.
W tej chwili miał ochotę zapaść się pod ziemię i zniknąć z jej życia. Z jednej strony poważnie rozważał rozstanie dla jej dobra, zaś z drugiej nie potrafił jednak z niej zrezygnować. Być może dlatego, że obawiał się, że wtedy stałaby się jeszcze większym obiektem zemsty niż dotychczas. Dlatego właśnie uważał, że tkwienie w tej relacji było najlepszym możliwym rozwiązaniem dla nich obojga. Nie myślał o jej potrzebach ani o tym, jak się czuła. Gdyby byli bezpieczni, sam uznałby, że najlepszą możliwą decyzją byłoby rozstanie, by mogła znaleźć mężczyznę, który doceniłby jej perfekcję, coś, czego on sam nigdy nie potrafił docenić.
- Wiem, że brzmi to kurwa jak jakiś nie śmieszny żart. Chciałbym, żeby tak było - odparł na jej podniesiony głos. Nigdy nie interesowali go sąsiedzi, zwłaszcza w miejscu, gdzie okolica zdawała się przyzwyczajona do takich akcji. Nie mieszkali przecież w rodzinnym bloku, w którym należało przestrzegać ciszy nocnej ze strachu przed konsekwencjami. A nawet gdyby ktoś wezwał policję, była ona najmniejszym problemem, jaki mógł na nich czekać. Wystarczyłoby zastraszyć zgłaszającego lub spojrzeć na niego surowym wzrokiem; Nazwisko i twarz adwokata były już znane wszystkim funkcjonariuszom z lokalnego komisariatu.
- Myślisz, że to kurwa jakaś zabawa? Że nie mam nic lepszego do roboty, niż pakować nas specjalnie w tarapaty? - odparł na jej słowa. Nie chciał się usprawiedliwiać. Najchętniej dalej by ją okłamywał, byle tylko trzymać prawdę z dala od niej samej. Było jednak za późno i musiał zrobić wszystko, by wywieźć ją jak najdalej od możliwego zagrożenia.
- Lacey. Możesz mnie obrażać. Możesz na mnie nie patrzeć. Możesz zerwać ze mną wszelkie relacje. Tylko musisz ze mną wyjechać, naprawdę. Wiesz, że nigdy nie żartuję, a jeśli czymś naprawdę się kurwa martwię, to nie jest to byle błahostka. Możemy wynająć dwa różne pokoje, dwa domki, cokolwiek. Nie będziesz musiała na mnie patrzeć. Proszę cię tylko o jedno. Jedź ze mną i pozwól się ochronić. - na jego twarzy pojawił się smutek, którego nigdy wcześniej jej nie pokazał. Po raz pierwszy w trakcie ich związku pozwolił sobie na uczucia głębsze niż chłodny dystans. Na miłość było już za późno. W takich sytuacjach liczyło się tylko to, by nie dopuścić do tragedii czającej się tuż za rogiem.
Nigdy nie chciał, by się mu podporządkowywała. Choć wyglądał na faceta, który lubił rozkazywać, tak nigdy nim nie był. Nie fascynowała go władza nad kobietami ani spełnianie własnych fantazji cudzym kosztem. Gdy zauważył przyniesioną przez nią apteczkę, wstał z kanapy poplamionej krwią, podszedł do jednego z biurek i sięgnął po kluczyki od drugiego z wielu samochodów. - Pojedziemy tym. Masz już zaznaczoną trasę. Lepiej, żebyśmy ruszyli teraz - powiedział cicho. Byli w sytuacji, w której każda sekunda była na wagę złota.
Lacey Tadwell