Strona 2 z 2

game on, geek out

: pt sty 16, 2026 1:09 pm
autor: audrey harrison
Oczywiście wystawiała ręce, aby osłonić twarz. Niedawno ortodonta zdjął jej aparat i ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, było ryzykowanie utraty zębów po miesiącach wyrzeczeń i bólu. Ten odruch był instynktowny i chyba bardziej wynikający z lęku niż z przemyśleń. Mimo to Shanae pokiwała głową, jakby właśnie dostrzegła w Audrey ukryty potencjał przyszłej koszykarki, siatkarki albo innej gwiazdy sportów zespołowych. Z jej wzrostem brzmiało to raczej jak żart niż realna prognoza. Audrey ledwo sięgała ramienia wyższych koleżanek. Z drugiej strony Wyatt wcale nie była od niej wyższa, a mimo to potrafiła odnaleźć się w każdej dyscyplinie, bo sport nie kończył się na wzroście czy sile. Potrzebna była jeszcze koordynacja ruchowa, refleks i jakieś podstawowe wyczucie gry. I chęci. Tych akurat Harrison nie brakowało. Naprawdę się starała. Problem polegał na tym, że same chęci nie wystarczały. Nawet gdy dawała z siebie wszystko, to i tak pozostawała daleko za koleżankami.
Szybko okazało się, że Shanae wcale nie była najlepsza we wszystkich sportach świata. A przynajmniej tak twierdziła. Audrey nie wierzyła w ani jedno jej słowo. Wychodziła z założenia, że jak ktoś był wygimnastykowany, to łatwiej było mu odnaleźć się w grach zespołowych, nie wspominając o tych indywidualnych.
Serio? — popatrzyła na nią nieufnie, znów odrzucając piłkę. Już bolały ją od tego ramiona. A może to od wcześniejszego ćwiczenia z taczkami? Trudno stwierdzić. Wiedziała jednak, że jutro obudzi się z zakwasami. — Odniosłam inne wrażenie. Niby w nic nie grasz, a piłką rzucasz jak zawodowiec — to nie był przytyk, raczej stwierdzenie faktów. Wyatt wykonywała precyzyjne ruchy, a w trakcie jej rzutów piłka nie nabierała dziwnych rotacji, kiedy te wypchnięte przez Audrey wirowały jak szalone. — Widziałam jak tańczysz przed jakimś meczem na hali. To znaczy kibicujesz — zreflektowała się pospiesznie. — Jesteś naprawdę dobra — pochwaliła ją szczerze. I to nie tak, że jedyne, co Audrey zapamiętała, to obcisłe stroje cheerleaderek. A nawet jeśli, to nigdy by się do tego nie przyznała!
Zassała powietrze, dostrzegając, że kolejna piłka szybuje wysoko ponad jej głową. Z reguły Harrison nie biegała, ale nie chciała wyjść w oczach Shanae na kompletnego patałacha, dlatego potruchtała niezgrabnie po piłkę. Schyliła się po nią, ale przypadkowo w nią kopnęła i piłka odbiła się od ściany, zmieniając kierunek. Teraz musiała biec na drugą stronę sali, a podczas chwytu oburącz, ta wyślizgnęła jej się z dłoni. Boże, co za wstyd.
Musiała teraz popisać się się dalekim rzutem. Podeszła nieco bliżej, żeby nie robić tego przy ścianie. Znając jej szczęście, zamiast do przodu cisnęłaby piłką do tyłu, a ta trafiłaby ją prosto w głowę. Po co tak kusić los? Wykonała, jak jej się wydawało, porządny zamach, ale ta piłka poleciała wyżej niż dalej, a potem smutno potoczyła się pod nogi Wyatt.
Och — wymsknęło się Audrey. Zacisnęła usta w wąską linię, aby ukryć zażenowanie. Dobrze, że dzięki pani Pierce nie trwało to nadzwyczaj długo, bo przywołała do siebie dwie dziewczyny, w tym Shanae i nakazała im wybrać drużyny,
Harrison stanęła z tyłu, przestępując z nogi na nogę. Znów spełniał się jej najgorszy koszmar, podczas którego zawsze, ale to zawsze była wybierana do drużyny jako ostatnia. Niby powinna dawno przywyknąć, ale i tak czuła się jak największa niedorajda.

Shanae Wyatt

game on, geek out

: pt sty 16, 2026 8:38 pm
autor: Shanae Wyatt
Zdziwienie wymalowane na twarzy Harrison bawiło, ale nie stawiałam sobie za punkt honoru udowodnienia braku umiejętności. Skoro chciała mnie uważać za przesadnie skromną, to proszę bardzo. Celowanie w czyjeś oczekiwania leżało daleko poza zasięgiem moich zainteresowań, o ile nie chodziło o pokazanie trenerom, że nadaję się do drużyny i sięganie po puchar.
Piłką, pilotem, czy ubraniami do pralki, wystarczy wyczuć, ile trzeba włożyć siły, żeby rzucić na odległość, jaką chce się osiągnąć. — Wzruszyłam lekko ramionami, nie uznając tego za wielki wyczyn. No bo halo, ile talentu trzeba, aby coś złapać i przerzucić? — Widziałaś? — wymsknęło mi się zdziwione, bo nie przypuszczałam, że Harrison bywała na jakichkolwiek meczach. — Nie wiedziałam, że oglądasz. Mecze, znaczy się. — Bo przecież nie pokazy cheeru. Mój ukochany sport raczej zrzeszał wielbicieli wśród innych tańczących i ich rodzin, albo facetów, którzy lubili sobie popatrzeć na nasze krótkie spódniczki. Nie, żeby mi to specjalnie przeszkadzało, uwielbiam wszystkich swoich fanów (o ile nie wysyłają swoich wymownych, wpół nagich zdjęć), ale Audrey nie wydawała się pasować do żadnej z tych grup.
Wsparłam ręce na biodrach, częściowo wodząc wzrokiem za uciekającą Harrison piłką, częściowo przenosząc go na inne ćwiczące pary. Widziałam, że nie byłyśmy jedynymi, którym szło przeciętnie, ale czy to dobry moment, żeby się porównywać? Zajęcia z wychowania fizycznego miałam z resztą rocznika, z grupami, które nie postawiły na profil sportowy, co było łatwo dostrzegalne. Momentami miałam poczucie, że popełniłam błąd, zgadzając się na kierunek ogólny, ale starsi nie pozwoliliby mi na wyjazd do Toronto, gdybym nie zostawiła sobie furtki na studia. Finalnie skutkowało to tym, że lekcje były nie tyle łatwiejsze, co średnio rozwijające.
Pół kroku w tył, przygotowanie do długiej piłki i… ta rzeczywiście poszybowała wysoko, by zaraz przekoziołkować po parkiecie i potoczyć się wprost pod nogi. Nie było powodu, by za nią biec, odczekałam moment, by do mnie dotarła i zatrzymałam ją podeszwą buta.
Następnym razem — powiedziałam bezgłośnie, za to wyraźniej poruszając ustami, by Harrison zrozumiała przekaz pomimo świdrującego w uszach gwizdka. Rozgrzewka dobiegła końca, a ja nie miałam okazji się zmęczyć. Już myślałam, że będę mieć moment na rozciągnięcie przed grą, kiedy pani Pierce zrobiła ze mnie głowę jednej z drużyn. Także to było na tyle.
Stojąc na środku, szukałam wzrokiem koleżanek. W grach tego typu nie było sensu wybierać zespołu skazanego na sukces, bo biorąc pod uwagę poziom zebranych, szanse były wyrównane. Audrey nie była moim pierwszym typem. Ba, nie była drugim, czy dziesiątym, ale skoro udało nam się nawiązać jakąś więź (jeśli tak można nazwać wspólny kwadrans ćwiczeń i kilka wymienionych słów), stała się dość oczywistym wyborem. Może to jakaś forma litości, może próba zapunktowania, może zwyczajna chęć wyciągnięcia ręki do dziewczyny, którą pomiatają na wuefie. Nie podjęłabym się tego, gdyby była mało sympatyczna, narzekała na wszystko i jęczała, że coś ją boli, albo jest niewykonalne. Malkontenctwo jest denerwujące i ludzi, którzy je przejawiają, raczej spycham daleko poza swój zasięg, woląc obracać się wśród tych, co potrafią wprowadzić uśmiech na usta. Albo przynajmniej próbują, nie poddając się przy pierwszym podejściu. Harrison to w sobie miała — może przesłonięte nieśmiałością oraz strachem, ale poddawanie się i odpuszczanie, to nie coś, co widziałam w jej oczach przy kolejnych ćwiczeniach.
Audrey! — zadecydowałam bez wahania, kiedy parę dziewcząt zostało już przydzielonych. Zauważyłam te zdziwione spojrzenia, usłyszałam powstrzymywany usilnie śmiech, ale zamiast się nimi przejmować, stanęłam na palcach i wyciągnęłam szyję, żeby odnaleźć ją wzrokiem w dalszych rzędach. Szok i niedowierzanie? — Bez presji, będę cię osłaniać — szepnęłam, puszczając oczko, kiedy dołączyła do grupy. Czy reszta zje mnie za to żywcem?
Ponownie rozległ się gwizdek i podzieliliśmy się na boisku. Przeciwniczki dostały piłkę rozgrywającą, a ja ustawiłam się nieopodal Audrey, gotowa do akcji. Pierwsze minuty zawsze szły na stracenie, nim ktokolwiek wczuł się w grę, więc to był moment, by przejąć kontrolę. Pisk gumowych podeszew na parkiecie, piłka w locie, wymierzona idealnie w Harrison, zgodnie z przewidywaniami. Znalazłam się tam błyskawicznie, zatrzymując pęd w dłoniach i od razu zbiłam dziewczynę w różowych tenisówkach. Karen jęknęła przeciągle, w głębi ducha pewnie ciesząc się, że może zejść z gry, jeszcze nim ta zaczęła się na dobre. Nasza kolej, znów moment skupienia i świst pędzącej piłki, a mojej głowie pojawiło się odliczanie — jeszcze tylko pół godziny…

audrey harrison

game on, geek out

: ndz sty 18, 2026 1:05 pm
autor: audrey harrison
Mogła iść w zaparte i powiedzieć, że jest ogromną fanką chłopaków, którzy grają w koszykówkę czy tam uprawiają inne sporty, ale nikt by jej to nie uwierzył. W te mecze, rzecz jasna. To, że mogłaby robić maślane rzeczy do jakiegoś chłopca ze starszej klasy było już bardziej prawdopodobne. Audrey byłaby nim tak oczarowana, że zrywałaby się z lekcji, byle tylko zobaczyć, jak się poci na boisku. Prawda była jednak zupełnie inna.
Raz czy dwa — odparła, dając Shanae do zrozumienia, że nie przychodziła tam dla niej. Zresztą, dlaczego miałaby podziwiać jej występy? To znaczy, była bardzo ładna i w ogóle, ale... No. Nieważne! — Kiedy pan Wright rozchorował się i przepadła nam jedna lekcja geografii, dyrektor kazał nam iść na mecz, żebyśmy nie pałętali się po szkole — wyjaśniła szczerze, dlaczego w ogóle miała okazję zobaczyć taniec Wyatt i jej koleżanek. Gdyby nie ta sytuacja, pewnie zobaczyłaby to na jakimś większym wydarzeniu, na którym obowiązkowa byłaby obecność wszystkich uczniów.
Teraz to nie miał żadnego znaczenia, bo Harrison właśnie przeżywała swój wewnętrzy koszmar. Nienawidziła, kiedy pani Pierce kazała wybierać dziewczynom składy drużyny. Jakby to miało definiować, kto kim był na tym ziemskim padole. Nie mogła po prostu rozdzielić je losowo albo kazać policzyć do dwóch, gdzie jedynki byłyby jedną drużyną, a dwójki drugą? Przynajmniej nikt nie byłby poszkodowany. Nikt, czyli Audrey.
Nawet przez chwilę nie pomyślała, że Shanae wybierze ją do drużyny w pierwszej kolejności. Ba, właściwie w ogóle nie pomyślała, że będzie jakimś wyborem. Przeczuwała, że ostanie po prostu tym ostatnim niedobitkiem, który — ku niezadowoleniu reszty drużyny — będzie musiał gdzieś dołączyć. Zawsze tak było. Ale tym razem coś się zmieniło. Jakież było jej zdziwienie, kiedy Wyatt krzyknęła jej imię. Harrison rozejrzała się dookoła, upewniając się, czy na pewno chodziło o nią. Ale na sali gimnastycznej nie było przecież żadnej innej Audrey.
Dzięki — odszepnęła, nie do końca wiedząc, czy okazywała wdzięczność za to, że Shanae zadeklarowała, że będzie ją osłaniać czy dlatego, że wybrała ją do drużyny. A może za oba? Zaraz jednak w jej głowie pojawiły się myśli, dlaczego ją wybrała? Z litości? Zrobiło jej się żal dziewczyny, która nie umiała wykonać najprostszych ćwiczeń?
Przestań, skarciła się w głowie. Nie masz na to czasu, teraz grasz w zbijaka. No właśnie, Ten nieszczęsny zbijak. Wcale nie chciała być kulą u nogi, którą Wyatt musi ciągle osłaniać. Robiła wszystko, żeby robić uniki i nikomu nie zawadzać. W pewnym momencie nawet udało jej się złapać piłkę! To znaczy, nie w locie, bo ta potoczyła się żałośnie pod jej nogi, ale jednak! Oczywiście nie udało jej się nikogo zbić swoim beznadziejnym rzutem, ale przynajmniej próbowała, ok?
Kiedy Susan z przeciwnej drużyny wycelowała w Shanae, a raczej starała się ją zbić i wyeliminować z gry, piłka niefortunnie skręciła i poszybowała w stronę Audrey. Albo do Susan miała po prostu cela jak baba z wesela. W każdym razie Harrison nie była na to przygotowana. Tenisówki zapiszczały o parkiet ale ich przyczepność zatrzymała ją w miejscu. Wyciągnęła ręce i zacisnęła powieki, oczekując najgorszego. Chwilę trwało, zanim zorientowała się, że piłka wpadła jej prosto w dłonie.
No rzucaj! — wydarła się Lucy, która poza nią, Shanae i Frankie zostały nadal pozostawały w grze. No więc Audrey rzuciła, trafiając Susan w łydkę. Zamrugała, mocno zdziwiona tym osiągnięcie i przybiła piątki pozostałym dziewczynom, które otoczyły ją ciasnym kółkiem. Nawet uśmiechnęła się do Wyatt, chociaż miała wrażenie, że zamiast uśmiechu przyodziała na twarz jakiś krzywy grymas. Za bardzo chciała przy niej wyglądać cool.

Shanae Wyatt

game on, geek out

: wt sty 20, 2026 12:09 pm
autor: Shanae Wyatt
Zero podejrzeń, serio. Dlaczego miałabym wątpić w to, co mówi Harrison? Przecież znajomości nie zaczyna się od kłamstwa, czy tak? Może od ponaciągania prawdy, niech pierwszy rzuci kamieniem, kto tego nie robił, ale kłamstwo jako takie, to raczej nie zdaje egzaminu na dłuższą metę. A Audrey nie sprawiała wrażenia kogoś, kto miałby potrzebę cokolwiek upiększać. Była jaka była — trochę nieporadna, trochę zamyślona, jakby zawsze pół kroku obok tego, co działo się dookoła, ale za to szczera w sposób, który trudno podrobić. I może właśnie dlatego ta rozmowa, prowadzona przy banalnym przerzucaniu piłki, była dziwnie… w porządku.
Gra rozwinęła się w najlepsze, starałam jak najwięcej się ruszać. Przejmować piłki, brać udział w akcjach, gdy jasno widziałam, że może zadziać się coś ciekawego. To tylko głupi mecz w zbijaka. Nic szczególnie wyszukanego, czy skomplikowanego. Przeciwniczki przeciętne pod kątem techniki i sprawności, ale hej — czy w tej grze można być w ogóle pro? Okej, skoro są mistrzostwa w Excela, to w zbijaka pewnie też... Grupowe zajęcia starałam się traktować, jak wyzwanie. Kiedy działanie innych było nieintuicyjne, to zmuszało do myślenia, jakiejś głębszej analizy. Biegałam od jednej linii do drugiej, sprawdzając, kto gdzie stoi, kto patrzy na piłkę, a kto już myślami jest przy dzwonku. Podania były chaotyczne, rzuty albo za mocne, albo kompletnie bez wiary, więc instynkt przejmował stery. Czasem wystarczyło jedno szybkie zbicie, czasem tylko postawić się w złym miejscu i zmusić przeciwniczki do błędu. Ze swoją posturą już dawno nauczyłam się, że nie wszystko trzeba wygrywać siłą i czasem wystarczy być o pół sekundy wcześniej.
Przez cały czas miałam na uwadze Audrey. Nie biegała jak szalona i nie rzucała się pod piłki, ale była czujna, schodząc z linii, robiąc innym miejsce i nie przeszkadzając. Nie byłam wielce zaskoczona, widząc, jak wypuszczona przez nią piłka trafiła Susan, zmuszając ją do zejścia z boiska, ale uśmiechnęłam się z zadowoleniem, przybijając jej piątkę. Czułam satysfakcję, tę dziwną dumę, która rozpiera na widok kolegów z drużyny, kiedy spędzają długie miesiące nad opanowaniem skomplikowanej akrobacji i wreszcie im się udaje. Droga do sukcesu, od zera do bohatera i takie tam. Całkiem łatwo mi zaimponować i cieszę się drobnostkami, ale czy to źle? Dzięki temu mam w życiu więcej powodów do uśmiechu, a według Maman wyższe ryzyko zmarszczek, czym nie zamierzam się przejmować przez najbliższe parę lat.
Kiedy Frankie zaliczyła dwa szybkie trafienia pod rząd, a Lucy dobiła ostatnią dziewczynę z przeciwnej drużyny, stało się jasne, że to koniec. Gwizdek przeciął powietrze dokładnie w momencie, gdy piłka jeszcze toczyła się po parkiecie.
Możecie iść do szatni, koniec zajęć! — rozległ się głos pani Pierce i grzejące ławkę dziewczyny zerwały się z miejsca, by czym prędzej opuścić salę gimnastyczną. Przestrzeń momentalnie wypełniła się hałasem, rozmowami o sprawdzianach, planach na lunch i tym, kto zapomniał butów na zmianę. Tenisówki zapiszczały na parkiecie, ktoś śmiał się za głośno, ktoś inny narzekał, że znowu ma matmę (i tym razem to nie ja).
Bien joué! — dobiegłam w kilku krokach do Audrey, widząc, że i ona zamierzała się ewakuować. — Nie mówiłaś, że kryjesz w sobie taki sportowy talent — rzuciłam pogodnie i wpół ironicznie, bo gdyby nie łut szczęścia, zapewne nic by z tego nie było. Łut szczęścia i praca zespołowa są zresztą kluczem do sukcesu, zwłaszcza to drugie, bo przecież dlatego na wczesnym etapie porzuciłam karierę solową na rzecz drużyny. — Może póź… — urwałam wpół zdania, nie orientując się, że dość felernie wybrałam moment, bo niemal zderzyłyśmy się ze sobą w przejściu. Prawie wpadłam na Harrison, próbując uniknąć kontaktu z zamykającymi się drzwiami, więc w ostatnim momencie zatrzymałam się, wycofując o pół kroku i puściłam ją przed sobą z wyciągniętą ręką.

audrey harrison

game on, geek out

: wt sty 20, 2026 11:01 pm
autor: audrey harrison
Nie była kłamczuchą. Jasne, czasami miała tendencję do koloryzowania, ale nie w takich błahych sprawach. Nie miała też żadnych powodów, żeby wprowadzać Shanae w błąd. Widziany przez nią występ był czystym przypadkiem. Gdyby nie wypadła im lekcja geografii, nie znalazłaby się na tamtym meczu. Nie interesowała się sportem. Chyba nawet Wyatt zdążyła to zauważyć, prawda? Nie było wątpliwości co do tego, że mistrzynią olimpijską Harrison raczej nie zostanie. Ani w sporcie, ani w czymkolwiek innym wymagającym fizycznej rywalizacji. Ale w olimpiadzie matematycznej? Zdecydowanie tak. Poza tym zdobywała mnóstwo wyróżnień za prace graficzne. Może powinna je pokazać Shanae? Wtedy dziewczyna mogłaby przestać uważać ją za patałacha.
Tylko dlaczego wciąż miała wrażenie, że Wyatt postrzega ją w taki sposób? Przecież właśnie przed chwilą Audrey udowodniła coś zupełnie innego. Na boisku nie tylko się nie wycofała, ale też nie dała się trafić piłką i nie musiała zejść w pierwszej turze. Ba, utrzymała się do samego końca, ku zdumieniu innych dziewczyn. Może więc jej własne wątpliwości były zupełnie niepotrzebne?
Po ostatnim gwizdku i zwycięstwie, które smakowało naprawdę słodko, Harrison od razu ruszyła w stronę wyjścia z hali. Chciała wydostać się jak najszybciej, zanim w szatni zrobi się tłoczno. Odskoczyła w bok, kiedy w przejściu praktycznie staranowała Shanae. No dobrze, może trochę wyolbrzymiała, po prostu na siebie wpadły i to nie była niczyja wina. Posłała jej przepraszający uśmiech i dostrzegłszy zamaszysty gest ręką, jako pierwsza przeszła przez drzwi.
Talent? — zaśmiała się, ale bez złośliwości. Raczej z onieśmielenia. Nie sądziła, że ktokolwiek pochwali ją za te karkołomne wyczyny. — Chyba miałaś na myśli fuks — sprostowała pospiesznie, czując, jak palą ją policzki. Pchnęła drzwi do szatni i tym razem to ona przepuściła Wyatt.
Audrey podeszła do swojej szatni i wyjęła z niej rzeczy na zmianę. Kątem oka zerknęła na Shanae, chociaż bardzo starała się nie patrzeć w jej kierunku. W obawie, że zostanie przyłapana na gorącym uczynku jak jakaś małolata (jakby wcale nią nie była), uciekła wzrokiem, skupiając się na zmianie koszulki.
Umieram z głodu — westchnęła i spojrzała na smartwatcha na nadgarstku. Przerwa na lunch zaczynała się dosłownie za dziesięć minut. — Masz ochotę... — urwała, żeby nie zabrzmieć dziwnie. Ale czy dotychczas nie brzmiała już wystarczająco dziwnie? — Chciałabyś zjeść mnie? — Audrey zamrugała, otworzyła buzię, zamknęła ją, znów otworzyła, po czym zastygła z miną skretyniałego karpia na twarzy. — To znaczy ze mną. Zjeść ze mną. Lunch. Razem — zdołała w końcu z siebie wydusić, czując, że zaczyna się pocić jak prosię pod intensywnym spojrzeniem dziewczyny. Kali jeść, Kali pić. Gdyby mogła, zjadłaby własny język. Była pewna, że zobaczyła w oczach Shanae niedowierzanie połączone z dzikim rozbawieniem. Audrey ze zrezygnowaniem odwróciła się do niej plecami i pacnęła ręką w czoło.

Shanae Wyatt

game on, geek out

: wt sty 27, 2026 3:04 pm
autor: Shanae Wyatt
Nie drążyła mojego wpół urwanego pytania, pewnie nawet go nie usłyszała, a ja tym bardziej nie chciałam się już do niego przyznawać. Śmiech w ustach Audrey brzmiał teraz nieco swobodniej, wcale nie wymuszenie, a jakby rzeczywiście była rozbawiona. Albo to godzina ćwiczeń podbiła jej endorfiny, a nie moje słowa, choć gdzieś w głębi serca chciałam, by tak było.
Dobra, dobra. Jeszcze to z ciebie wyciągniemy — pociągnęłam żartobliwie, nadal lekko i zaczepnie, ale z sympatią. Mam nadzieję, że z sympatią, a nie motywem groźby! Wątpliwość uderzyła mnie momentalnie, zupełnie niespodziewanie i niemal od razu pożałowałam tych słów. Dlaczego? Skąd to skojarzenie, skąd obawa, że Audrey mogła mnie źle zrozumieć? I dlaczego w ogóle się tym przejęłam?
W szatni uderzył mnie szum prowadzonych przez dziewczyny rozmów. Przytłoczył chichotem i żywymi dyskusjami, więc przecisnęłam się wśród nich, by dotrzeć do swoich rzeczy. Mogłabym przysiąc, że wychwyciłam kątem oka jej spojrzenie, jak zerka na mnie ukradkiem. Nie, Shanae, nie wszyscy się na ciebie gapią, nie jesteś pod ciągłym ostrzałem, czy obiektem jakichś obserwacji. Na boisku, w drużynie, na scenie podczas wykonywania akrobacji tak, ale przecież nie w szatni przez ledwo znaną sobie dziewczynę.
Jej głos wyrwał mnie z zamyślenia, odwróciłam się, dopinając guzik dżinsów i sięgnęłam po koszulkę. Oblała mnie nagła fala gorąca, jakiś podświadomy impuls, który zdawał się chcieć mi coś przekazać, ale w tym momencie nie było szans skupić się na jego interpretacji. Dusiłam w sobie mieszaninę zdumienia i rozbawienia, usilnie starałam się nie parsknąć śmiechem na chaotyczny zlepek słów i nagle Audrey odwróciła się. W głowie rozbłysła mi żółta lampka ostrzegawcza — że coś spieprzyłam, że moja twarz ma napisy i nie wyglądam przystępnie, czy sympatycznie, a już na pewno nie tak, jakbym chciała spędzić z nią więcej czasu. Brawo, Wyatt, królowo dyplomacji i szczerych uśmiechów, spieprzyłaś.
Tak zakończyłaby się nasza kiełkująca relacja. Wróciłybyśmy do oszczędnych słów w korytarzach, przelotnych spojrzeń, przerzucania się piłką i podsuwania notatek z angielskiego. Stałoby się tak, gdybym nie była sobą. Tą samą Wyatt, która zamiast wycofać się potknięciu, podejmuje drugą próbę i idzie przed siebie pomimo przeciwności losu. Tą, która wyciąga rękę i upewnia się, że wszystko jest okej, zamiast zamieść niedopowiedzenia pod dywan.
Zacisnęłam palce na trzymanej w rękach koszulce i wzięłam więcej powietrza w płuca.
Chętnie — starałam się mówić na tyle głośno, by mieć pewność, że mnie usłyszała. Nie za głośno? Nie wydzieram się? Oby nie. — Daj mi moment, to pójdziemy razem. — Miałam brzmieć lekko, znów tym samym przyjaznym tonem, którym traktowałam ją od początku. Audrey Harrison, to szkolna dziwaczka, a nie absolutny odludek, czy jakaś trędowata. Co mogłoby być złego we wspólnym lunchu?
Pozbierałam resztę swoich rzeczy i przerzuciłam plecak przez ramię. Jeszcze jednym skinieniem pożegnałam koleżanki, dając im znać, że złapiemy się później. Czy wychwyciłam zdziwienie na ich twarzach? Może, ale to już nie było ważne, bo posyłałam właśnie uśmiech Harrison, deklarując gotowość do drogi.
koniec
audrey harrison