001. santa wasn’t invited
: sob gru 20, 2025 2:03 pm
- Bo Ty jesteś ważna - dokończył, ale ona mu wtedy zaczęła wyrzucać, że jest nienormalny, pojebany jakiś. Tylko, że Madox taki był, inny, bo kto normalny żył tak jak on zawieszony miedzy dwoma światami. Kto normalny tyle przeklinał i tak często się bił, jakby pięści rozwiązywały wszystkie sprawy?
No chyba nikt.
Tylko, że on cały czas się łudził, że to jej nie przeszkadza, że go pojebało, bo ją też. Więc kiedy ona mu tak zaczęła to wypominać, zaczęła go pchać, to on zrobił ten krok w tył, znowu wypuścił głośno powietrze z płuc, a te jego brązowe oczy patrzyły w te jej równie intensywnie, też ciskały jakieś gromy, chociaż może nie. Bo on to bardziej był chyba zły na siebie, bo może jednak dla niej też był zbyt pojebany? A może dlatego, że wywalił ten telefon? Bo obejrzał się na bok, kiedy pchnęła go znowu.
- Myślałem, że to już kurwa mamy ustalone... że nie jestem normalny - bo Madox nie był tym gościem, który mógł ją zaprosić na randkę do filharmonii, ani nawet tym, który mógł ją zabrać na jakiś bożonarodzeniowy bankiet, czy drogą kolację, albo powozić swoim bajecznym Porsche. Bo z nim nawet głupia wycieczka za miasto prowadziła w szczere pole, gdzie w jakiejś zaspie leżał jego telefon, a oni kłócili się po środku niczego.
- To co mam zrobić? - zapytał i to kompletnie szczerze, bo Madox już nie wiedział co ma zrobić, bo on też nigdy wcześniej nie musiał się ukrywać z żadnym swoim związkiem, bo nigdy nie zadawał się z psem. Ale też nigdy wcześniej tak nie straciła głowy dla żadnej swojej dziewczyny, że go do niej ciągnęło cały czas. Jak on mógł się z nimi widywać raz w tygodniu i mu wystarczało, nie tęsknił, bo miał Emptiness, bo klub był zawsze najważniejszy. A jeśli chodzi o Stewart to nic nie pomagało.
Ona też nie pomagała, kiedy tak na niego warczała i chociaż cofał się cały czas, tak, że prawie wylądował w rowie, aż obejrzał się przez ramię, to w pewnym momencie stanął. Dobrze, że ona też już zaniechała tej walki, bo teraz musiałby się zaprzeć, albo znowu ją do siebie szarpnąć. Przechylił na bok głowę trawiąc te jej słowa, bo może on rzeczywiście tak czasem myślał? Że może jednak on nie potrafi jej tego pokazać? Ale kurwa no jak mógł bardziej? Bardziej się chyba nie dało niż w tym dzikim Medellin, albo niż ostatnio w klubie.
- Wiesz co myślę... - zaczął i nawet chciał zrobić krok w jej kierunku, ale to on przyciągnęła go bliżej, aż uderzył w nią z impetem i musiał złapać za ramię, a może po prostu chciał to zrobić? Pochylić się nad nią, kiedy znowu powiedziała mu to gówno wiesz. Wywrócił oczami, które później i tak odszukały tych jej obłędnie intensywnych tęczówek, w których teraz palił się prawdziwy dziki ogień.
- No... Nie wiem co Ci siedzi w głowie Pilar... - zaczął powoli - ale chyba wiem co w sercu - dodał patrząc jej prosto w oczy. Bo jemu tak się wydawało, że wtedy w tym Medellin to oni poczuli podobnie, to przecież oboje się w sobie zakochali, oszaleli na swoim punkcie. I ona już była jego, a on jej.
I Madox to już rzeczywiście na resztę miał wyjebane, resztą się wcale nie przejmował, ale on tak żył. Egoistycznie przecież, nie patrzył na wszystkich dookoła, tylko na siebie, a teraz też na nią. I co zważając na jej bezpieczeństwo powinien jej unikać? Powinien o niej zapomnieć?
Ale jak? Jak on nie potrafił.
- Nie myśl tyle Pilar, tylko czasem pozwól sobie czuć - znowu jej to powiedział, to co powiedział jej wtedy w Medellin, bo Madox właśnie tak robił. On wszystko robił na czucie, drinki, sprawy półświatkowe, klubowe, i uczucia przede wszystkim.
On nie zastanawiał się co do niej czuje, nie rozkładał tego na czynniki pierwsze, nie rozważał czy to dobrze, czy całkowicie źle, tylko to czuł. Tyle.
- Ty jesteś z policji, a ja jestem kretem, w każdej chwili komuś może przyjść do głowy, żeby odstrzelić któremuś z nas łeb - chyba pierwszy raz na gliny powiedział policja, a nie psy - no i co potem powiesz na moim pogrzebie, że Madox to ten gość, którego bałaś się kochać? Kurwa, Pilar przecież Ty się niczego nie boisz. Przecież Ty... - nie dokończył, bo akurat gdzieś tam w zaspie odezwał się dzwonek jego telefonu, jakaś latynoska piosenka i chociaż Madox jeszcze przez moment stał w miejscu patrząc w jej duże, piękne oczy, chociaż jego palce jeszcze przez chwilę zaciskały się na jej przedramieniu. I chwilę naprawdę walczył ze sobą, żeby jej do siebie nie przyciągnąć, gwałtownie, tak jak czuł, to finalnie przeklął pod nosem.
- Mierda, jesteśmy spóźnieni - mruknął i odwrócił się w kierunku tej zaspy, z której dochodziła ta muzyka. Przeskoczył przez rów i zaczął szukać tego swojego telefonu w śniegu, ale nie było to takie łatwe, bo on już ucichł, a do tego Madox zdeptał już cały ten śnieg.
- Ja pierdolę, gdzieś tutaj - mruknął pod nosem, ale w pewnym momencie to on już stał po środku okręgu wydeptanego w śniegu. Równie dobrze to mógł ten telefon wbić już butem głęboko pod zaspę. Nie przemyślał sprawy.
Pilar Stewart
No chyba nikt.
Tylko, że on cały czas się łudził, że to jej nie przeszkadza, że go pojebało, bo ją też. Więc kiedy ona mu tak zaczęła to wypominać, zaczęła go pchać, to on zrobił ten krok w tył, znowu wypuścił głośno powietrze z płuc, a te jego brązowe oczy patrzyły w te jej równie intensywnie, też ciskały jakieś gromy, chociaż może nie. Bo on to bardziej był chyba zły na siebie, bo może jednak dla niej też był zbyt pojebany? A może dlatego, że wywalił ten telefon? Bo obejrzał się na bok, kiedy pchnęła go znowu.
- Myślałem, że to już kurwa mamy ustalone... że nie jestem normalny - bo Madox nie był tym gościem, który mógł ją zaprosić na randkę do filharmonii, ani nawet tym, który mógł ją zabrać na jakiś bożonarodzeniowy bankiet, czy drogą kolację, albo powozić swoim bajecznym Porsche. Bo z nim nawet głupia wycieczka za miasto prowadziła w szczere pole, gdzie w jakiejś zaspie leżał jego telefon, a oni kłócili się po środku niczego.
- To co mam zrobić? - zapytał i to kompletnie szczerze, bo Madox już nie wiedział co ma zrobić, bo on też nigdy wcześniej nie musiał się ukrywać z żadnym swoim związkiem, bo nigdy nie zadawał się z psem. Ale też nigdy wcześniej tak nie straciła głowy dla żadnej swojej dziewczyny, że go do niej ciągnęło cały czas. Jak on mógł się z nimi widywać raz w tygodniu i mu wystarczało, nie tęsknił, bo miał Emptiness, bo klub był zawsze najważniejszy. A jeśli chodzi o Stewart to nic nie pomagało.
Ona też nie pomagała, kiedy tak na niego warczała i chociaż cofał się cały czas, tak, że prawie wylądował w rowie, aż obejrzał się przez ramię, to w pewnym momencie stanął. Dobrze, że ona też już zaniechała tej walki, bo teraz musiałby się zaprzeć, albo znowu ją do siebie szarpnąć. Przechylił na bok głowę trawiąc te jej słowa, bo może on rzeczywiście tak czasem myślał? Że może jednak on nie potrafi jej tego pokazać? Ale kurwa no jak mógł bardziej? Bardziej się chyba nie dało niż w tym dzikim Medellin, albo niż ostatnio w klubie.
- Wiesz co myślę... - zaczął i nawet chciał zrobić krok w jej kierunku, ale to on przyciągnęła go bliżej, aż uderzył w nią z impetem i musiał złapać za ramię, a może po prostu chciał to zrobić? Pochylić się nad nią, kiedy znowu powiedziała mu to gówno wiesz. Wywrócił oczami, które później i tak odszukały tych jej obłędnie intensywnych tęczówek, w których teraz palił się prawdziwy dziki ogień.
- No... Nie wiem co Ci siedzi w głowie Pilar... - zaczął powoli - ale chyba wiem co w sercu - dodał patrząc jej prosto w oczy. Bo jemu tak się wydawało, że wtedy w tym Medellin to oni poczuli podobnie, to przecież oboje się w sobie zakochali, oszaleli na swoim punkcie. I ona już była jego, a on jej.
I Madox to już rzeczywiście na resztę miał wyjebane, resztą się wcale nie przejmował, ale on tak żył. Egoistycznie przecież, nie patrzył na wszystkich dookoła, tylko na siebie, a teraz też na nią. I co zważając na jej bezpieczeństwo powinien jej unikać? Powinien o niej zapomnieć?
Ale jak? Jak on nie potrafił.
- Nie myśl tyle Pilar, tylko czasem pozwól sobie czuć - znowu jej to powiedział, to co powiedział jej wtedy w Medellin, bo Madox właśnie tak robił. On wszystko robił na czucie, drinki, sprawy półświatkowe, klubowe, i uczucia przede wszystkim.
On nie zastanawiał się co do niej czuje, nie rozkładał tego na czynniki pierwsze, nie rozważał czy to dobrze, czy całkowicie źle, tylko to czuł. Tyle.
- Ty jesteś z policji, a ja jestem kretem, w każdej chwili komuś może przyjść do głowy, żeby odstrzelić któremuś z nas łeb - chyba pierwszy raz na gliny powiedział policja, a nie psy - no i co potem powiesz na moim pogrzebie, że Madox to ten gość, którego bałaś się kochać? Kurwa, Pilar przecież Ty się niczego nie boisz. Przecież Ty... - nie dokończył, bo akurat gdzieś tam w zaspie odezwał się dzwonek jego telefonu, jakaś latynoska piosenka i chociaż Madox jeszcze przez moment stał w miejscu patrząc w jej duże, piękne oczy, chociaż jego palce jeszcze przez chwilę zaciskały się na jej przedramieniu. I chwilę naprawdę walczył ze sobą, żeby jej do siebie nie przyciągnąć, gwałtownie, tak jak czuł, to finalnie przeklął pod nosem.
- Mierda, jesteśmy spóźnieni - mruknął i odwrócił się w kierunku tej zaspy, z której dochodziła ta muzyka. Przeskoczył przez rów i zaczął szukać tego swojego telefonu w śniegu, ale nie było to takie łatwe, bo on już ucichł, a do tego Madox zdeptał już cały ten śnieg.
- Ja pierdolę, gdzieś tutaj - mruknął pod nosem, ale w pewnym momencie to on już stał po środku okręgu wydeptanego w śniegu. Równie dobrze to mógł ten telefon wbić już butem głęboko pod zaspę. Nie przemyślał sprawy.
Pilar Stewart