Strona 2 z 3

champagne isn’t his thing

: pn gru 22, 2025 9:39 pm
autor: Madox A. Noriega
Madox zrobił duże oczy, kiedy powiedziała mu, że trzeba się najeść przed, albo po. To po co tutaj było tyle jedzenia? Na pokaz? Po co ludzie tutaj przychodzili, jak nie najeść się i napić? On trochę po to przyszedł, a tu okazuje się, że bogacze mieli zupełnie inne cele. Dziwne mu się to wszystko wydawało.
Na to pytanie Cherry, czy mają w Emptiness coś najgorszego, wywrócił oczami, ale później utkwił w niej te ciemne tęczówki.
- Właściciela mamy najgorszego... łobuza - znowu mrugnął do niej jednym okiem, bo mogła coś przecież o tym wiedzieć. Dla Madoxa te pogryzione penisy nie były wcale takie najgorsze biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio mieli tam też strzelaninę i nawet Noriega zarobił kulkę. No i pokój zabaw przecież też mieli, nawet ostatnio Madox się tam bawił z Pilar w doktora, kiedy go szyła. Cherry by się zdziwiła jak na przestrzeni lat Emptiness się zmieniło, zrobiło się naprawdę niebezpieczne, a pogryzione penisy na zapleczu to był najmniejszy problem Noriegi.
Uśmiechnął się tylko na to jej si i jakoś tak wyprostował automatycznie, przejechał palcami po krótkich, jasnych włosach, które z tym smokingiem też kontrastowały, jak tatuaże, dodając mu tego zaczepnego uroku.
- A może to Ty nigdy nie chciałaś mnie poznać Charity? - zapytał przechylając na bok głowę, chociaż trochę prawdy było też w tym, że Madox nie lubił się zwierzać, nie lubił mówić o sobie. Ale za to lubił słuchać o innych i kiedy Cherry powiedziała o tym pianinie, to on uśmiechnął się delikatnie.
- Czemu mi nigdy tego nie pokazałaś? Jak grasz? Ja gram trochę na gitarze - powiedział, jakby nigdy nic, może jak Madoxa odpowiednio się podeszło, to jednak dało się go poznać? A może on też w ostatnim czasie trochę się otworzył? Nie był już taki niedostępny?
Na te kajdanki ze szczerego złota zacmokał dwa razy i pokręcił głową.
- W takim razie chcę je zobaczyć, szczerozłote kajdanki Charity Marshall - parsknął śmiechem, bo nie umiał sobie nawet tego wyobrazić, chociaż z drugiej strony, bogole mieli różne dziwactwa. Te szczerozłote kajdanki pewnie nie były najgorsze.
- A nie jesteś księżniczką? Czuję się oszukany, myślałem, że dzisiaj jest ten dzień, kiedy bawię się na balu z prawdziwą królewną - aż jej pokazał czubek języka, bo dla Madoxa Charity Marshall była trochę taką księżniczką, dwa zupełnie różne światy. Jej piękny i bogaty i jego... Niebezpieczny i brudny. Dzisiaj byli oboje w tym jej.
Nawet jeśli później wylądowali na tym balkonie, który równie dobrze mógł zakrajać o ten świat Noriegi sprzed wielu lat wstecz. Często siedział na takim teatralnym balkonie, chowając się ze szlugiem z kumplami z roku. Aż się uśmiechnął na te wspomnienia.
- Szlugi w krzakach? - zapytał przechylając na bok głowę - i uczyłaś się zaciągać na mama idzie? - parsknął krótko śmiechem, bo wcale to nie pasowało do księżniczki Cherry. Chyba, że ona tak naprawdę była jakąś zbuntowaną księżniczką? Chociaż to był chyba zbuntowany anioł, czy coś w ten deseń.
Jeszcze przez chwilę oglądał te zdjęcia, które mu zrobiła ze zbroją, ale w końcu wbił ciemne tęczówki w jej twarz, kiedy stwierdziła, że jest dziwny.
- Dziwny to znaczy? - zerknął na nią unosząc jedną brew, żeby mu doprecyzowała. Czy Cherry znała go na tyle, żeby móc oceniać, czy był dziwny? A może znała go lepiej niż mu się wydawało?
Parsknął śmiechem na tę księżniczkę, głośno, ale krótko.
- To co to jakaś zamiana ról? Dzisiaj ja jestem księżniczką? - na jej kolejne słowa zerknął na tą butelkę, którą trzymał, w sumie Cherry miała rację, alkohol miał przede wszystkim kopać, szkoda tylko, że Madox to już wypił tyle tego szampana, jeszcze zjadł wątróbkę, od której wciąż go muliło, a teraz to whisky. Jak on nie pijał whisky tylko rum, ale przechylił butelkę i pociągnął kilka łyków, ale kiedy Cherry powiedziała o tych zawodach w plucie na tupecik, to parsknął znowu śmiechem tak, że kilka kropelek spłynęło mu po brodzie ginąć w ciemnym, dzisiaj przystrzyżonym, zaroście.
- Zajebiste, zagramy w to? - spojrzał na Cherry z nadzieją malującą się w oczach, jak małe dziecko, któremu obiecało się jakaś super grę. Bo dla Madoxa to naprawdę mogła być super gra.
- Moje serce rozpala salsa - na potwierdzenie swoich słów poklepał się po torsie - Last Christmas je mrozi - aż go wzdrygnęło, bo on naprawdę nie lubił tej piosenki. Na jej kolejne słowa uniósł jedną brew.
- Pokaz ognia? - zainteresował się - pójdziemy go zobaczyć? - Madox by chciał. Ale kiedy Cherry zapytała go o ten taniec, to strzelił oczami, a jednak wyciągnął do niej rękę.
- Chcesz ze mną tańczyć wolnego Marshall? - zapytał patrząc znowu w jej duże, błyszczące oczy. A kiedy jego palce zacisnęły się na jej dłoni, to przyciągnął ją do siebie, ale nie do tańca, do tej barierki, przy której stał, objął ją w pasie, żeby się z nim pochyliła - nie będę tańczył do tego gówna, ale powiedz, który to Black, jak ustrzelisz mu tupecik, to wtedy zatańczę nawet kankana - i spojrzał na jej profil. Chciała być szalona, to niech mu to pokaże.

glina cherry

champagne isn’t his thing

: pn gru 22, 2025 10:11 pm
autor: Cherry Marshall
Madox A. Noriega

Zaśmiała się, słysząc tego łobuza. Madox miał w sobie coś niebezpiecznego, za czym panie ciągnęły. Ona też to kiedyś widziała, a teraz... zanurzył się bardziej w jej szklanym świecie. Lekko fasadowym, na pokaz, ale za to z odrobiną humoru.
Może nie chcieliśmy się nawzajem poznać i liczyliśmy tylko na dobry seks? — odparła bez większego zastanowienia Charity. Zawiesiła wzrok na Madoxie chwilę dłużej. Dobrze było mu w jej świecie. Gdyby chciał, mógłby zostać duszą towarzystwa. Mało kiedy roztrząsała związki, ale z Noriegą trafili na zły czas. Ona za bardzo była skupiona na firmie, a on na klubie. To musiało się nie udać.
Bo nigdy nie spałam w twoim łóżku? — odparła rozbawiona Cherry, wkładając sobie niesforny kosmyk włosów za ucho — posłuchałabym twojej gry — zasady ich relacji wydawały się być proste. Fizyczna chemia niekontrolowana przez ramy psychiki. Mogli nie chcieć siebie poznać. On mógł słuchać, ale przeważnie mówiła o firmie, o własnych ambicjach. Niewiele zmieniła się Cherry. Dalej chciała opowiadać o jej godzinami. O cyber ataku na jej firmie, o wojnie z Devonem i o kolejnych kłótniach z Corvinem.
I co, Madox? Mam Cię nimi skuć? Na glinę nie pasuję — parsknęła krótko Charity, kręcąc głową. Nigdy nie wyjęła ich z pudełka. Dalej były wepchnięte gdzieś w głębi szafy. Zresztą, nie spodziewała się, by w najbliższym czasie miałaby ich użyć. Chyba żeby spiąć Corę do biurka w firmie, może wtedy zaczęłaby pracować.
Strzeliła mu kuksańca z łokcia na wzmiankę o tej księżniczce. Nie przypominała jej. Może potrzebowała spać na pościeli z luksusowych alpak, nosić ubrania od markowych projektantów, ale i ona błysk szaleństwa. Nie zatrzymywała się, kiedy czuła adrenalinę. O ile nie słyszała głośnego huku, jemu zawsze towarzyszyła wizja dzikich zwierząt zabijanych w trakcie polowania.
A to dziwne? — spytała na pytanie o krzakach, unosząc do góry obie brwi — nie na mamę. Ja na tata idzie. Raz ode mnie wyczuł papierosa, wtedy to się działo... — dodała lekko speszona Cherry, przypominając sobie scenę z własnym ojcem. Nigdy nie spodziewała się, że usłyszy większe zażenowanie. Wtedy wiele straciła w jego oczach. Na większość wybryków nastoletnich opiekunki przymykały oczy. Nie informowały o wszystkim.
Nie podwinąłeś mi sukienki, by sprawdzić, gdzie miałam sukienki — mruknęła Charity, wbijając w niego wzrok — to dziwne — dodała po krótkiej chwili. Doskonale pamiętała ich ostatnie spotkanie. To wydawało się być lżejsze, mniej było w nim podtekstów seksualnych. Więcej było pozytywnej energii, dobrej zabawy i tego dziecięcego pierwiastka, pojawiającego się w dorosłych w trakcie świąt.
No jesteś księżniczką w świecie bogoli — prychnęła Charity. Dla niej to całe przyjęcie, piękne suknie, alkohole, wszystko wydawało się takie zwyczajne. Dla niej pobyt Madoxa wprowadził tu odrobinę egzotyki, którą potrzebowała. Przymknęła na moment oczy, delektując się muzyką wydobywającą się z instrumentów orkiestry.
Mrugnęła kilka razy oczami, słysząc jego parsknięcie. Robiła to za dzieciaka, teraz była dorosła, miała firmę na głowie. Nie mogła pozwolić sobie na wpadki wizerunkowe. Nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo już narzekał na Last Christmas. Parsknęła krótko, patrząc mu głęboko w oczy.
Tylko dlatego jeszcze tu jestem — odpowiedziała, unosząc oba kąciki ust — no i chwilowo dla Ciebie — dodała, puszczając mu oczko. Chwyciła go mocno za dłoń. Uniosła głowę, by móc patrzeć mu w ciemne tęczówki.
Chcę — odpowiedziała bez zawahania i dała mu się poprowadzić do tej barierki. Wtedy już wiedziała, że piętnastoletnia Cherry musiała wejść w ciało starszej. — a ile mam szans? Dobra, nieważne, to jest tamten... Musiałby podejść bliżej ale... — nagle splunęła, ale zamiast na tupecik jej ślina spadła wprost na... wątróbkę. Widocznie była grzeszna mniej alkoholowego samopoczucia Madoxa. Parsknęła krótko pod nosem i uniosła wzrok — teraz twoja kolej... Jak trafisz, to pokażę Ci te kajdanki i pianino. Chyba że wolisz coś innego, Noriega? — zagadnęła Marshall, unosząc do góry oba kąciki ust. Zakład. Kto szybciej trafi na tupecik?

champagne isn’t his thing

: wt gru 23, 2025 9:02 pm
autor: Madox A. Noriega
Może tak rzeczywiście było, że kiedy Madox spotykał się z Cherry to jedyne co on wtedy wyciągał z jakichkolwiek związków, to był seks? On przecież dopiero od jakiegoś czasu wkraczał na jakiś inny poziom, dopiero go poznawał i uczył się, że nie wszystko musi się opierać wyłącznie na seksie.
On też jakoś nigdy za bardzo nie nalegał, żeby ją poznać, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o Cherry, co kryło się pod fasadą z tego sztucznego, pięknego uśmiechu i czerwonej szminki, która dzisiaj też barwiła jej pełne wargi.
- Ja nie mam łóżka - strzelił oczami w sufit, ale prawda jest taka, że teraz nie miał, spał na kanapie, bo to swoje, z tym zajebiście wygodnym materacem, odstąpił Debbie. Taki teraz dobry był z niego człowiek. Chociaż jak Debbie była w podróży to spał tam z psem, a później udawał, że wcale nie.
- Gitary też nie mam, ale jak kiedyś jakąś dorwiesz, to możesz mnie zaprosić - puścił do niej oczko. Co prawda Madox nie grał za dobrze, nie był jakimś wirtuozem, ale umiał sobie pobrzdękać, a do tego, o zgrozo, całkiem nieźle zaśpiewać, to pewnie mu zostało po tej szkole aktorskiej.
- Wyglądam na kogoś, kogo kuszą kajdanki? - znowu spojrzał w jej duże, brązowe oczy, a w tych jego zapłonęły jakieś wesołe ogniki, bo Madox wyglądał raczej na kogoś, kto powinien tych kajdanek unikać, bo już tyle razy siedział na komendzie, że to cud, że jeszcze go nie zamknęli. Zamknęli, dwa razy właściwie, ale to długa historia, której Cherry pewnie i tak nigdy nie opowie. Zmrużył powieki i pochylił się w jej kierunku, jeden kącik jego ust uniósł się do góry.
- No rzeczywiście nie pasujesz na psa, one są bardziej gorące, ardiente Cherry - ogniste, aż się rozmarzył, bo akurat Madox teraz pewnie myślał o jednej policjantce i nie była to Charity Marshall w policyjnej czapeczce.
Według Madoxa, to Cherry była księżniczką, taką do której bardziej pasował dzik Błysk, a nie błysk szaleństwa. Chociaż teraz widział taki w jej oczach, ale Madox w to nie uwierzy, póki tego nie poczuje gdzieś pod skórą. Na słowo honoru, to on nigdy nie wierzył.
- Co się działo? - zapytał, jakby go to interesowało, bo może trochę tak? Spodziewał się, że Cherry mu zaraz powie, że zrobił jej pogadankę. Madoxa jak ciotka złapała z Ticiano na paleniu w ogrodzie to ganiała ich po całej posesji z wałkiem, a na koniec rzuciła nim w Tio, dostał, w zadek.
- A chciałabyś, żebym Ci ją podwinął? Liczysz na to Cherry? - uśmiechnął się do niej jakoś zaczepnie, ale zamiast ruszyć w jej kierunku, to opadł plecami na barierkę. W zasadzie to mogło być dziwne, bo Madox lubił zawsze przekraczanie granic, a dzisiaj się póki co nich ładnie trzymał, rączki przy sobie. Ale jak tak dalej będzie walił to whisky, to kto wie jak to się skończy? Było okropne, ale dobrze paliło w gardle, prawie jak rum, więc Madox upił kolejny łyk.
- Chyba żebraczką. Ty księżniczką, ja żebracz... kiem - parsknął śmiechem, bo brzmiało to absurdalnie, ale nawet śmiesznie. Co prawda Noriega nie był jakoś wyjątkowo biedny, ale do jej statusu mu brakowało na pewno kilku zer na koncie.
Chociaż kiedy Cherry stanęła obok, kiedy już opierała się o barierkę, a potem to zrobiła...
Madox wcale w to nie wierzył, że ona plunie, więc gdy jej ślina spadła na tę wątróbkę, to on wybuchnął głośnym śmiechem, szczerym i takim, że aż musiał się złapać za brzuch.
- Ja pierdolę, Charity Marshall napluła na wątróbkę, oszalałaś? - i teraz on się odwrócił do niej, żeby spojrzeć w te jej duże, piękne oczy. Zawiesić się na nich na moment i na jej ustach. Zaraz jednak zrobił krok w tył, oparł się palcami o balustradę.
- Odsuń się Cherry i zobacz jak to robi mistrz - powiedział pewny swego i aż się wyprostował, przejechał wytatuowanymi palcami po tej swojej białej, nieskazitelnej koszuli - musisz najpierw zebrać odpowiednią melę - wyjaśnił jej i aż odchrzaknął, a później przechylił się przez barierkę i wypluł. Niedaleko Blacka w zasadzie, ale wcale nie na jego tupecik, tylko... do kieliszka z szampanem. Chociaż tego nie słyszeli, to Madox wyobraził sobie takie plumk. A później Black spojrzał do góry i Noriega niewiele myśląc chwycił Cherry za sukienkę, żeby ją pociągnąć na dół, żeby mogli się schować za balustradą.
- Jak on to wypije to się porzygam - powiedział cicho, chociaż przecież nikt ich stąd nie słyszał, a jednak Madox znalazł się tak blisko Cherry, że z powodzeniem mogła to słyszeć. Mogła czuć na policzku jego ciepły oddech o zapachu tej drogiej whisky.
- Jeszcze jedna próba? - zapytał zadziornie i się wyprostował, żeby wyjrzeć w dół, a już za moment znowu sięgał do Cherry i ciągnął ją do góry, do siebie - o kurwa, pije to... Nie, odstawił - rzucił patrząc na to jak Black najpierw podniósł kieliszek, ale później rozejrzał się na boki i odłożył go na pierwszy lepszy stolik - dobra... Ja pierwszy - powiedział i znowu zebrał w ustach ślinę, a później nią splunął, trochę na odwal się, ale... tym razem trafił! - O kurwa, co wygrałem? - zapytał z ciemnymi tęczówkami utkwionymi w twarzy Marshall.

glina cherry

champagne isn’t his thing

: wt gru 23, 2025 11:17 pm
autor: Cherry Marshall
Madox A. Noriega

Wiem — odpowiedziała bez żadnego zastanowienia. Tamte dwa miesiące były wypełnione dobrymi i złymi chwilami. Kiedy rozumieli siebie nawzajem, ale też te w trakcie których kłócili się jak pies z kotem. Latały talerze, ubrania, może nawet krew. Zezłoszczona Charity potrafiła pokazać prawdziwe pazury. Nigdy się nie zatrzymywała, nieważne co się działo. Zwłaszcza gdy jej na czymś zależało.
Pokręciła głową na gitarę. Sama jej nie miała. Może fortepian w rezydencji Marshall'ów by się znalazł. Za to tam nikogo nie wpuszczała. Miejsce, gdzie mieszkali jej rodzice, było zarezerwowane dla nielicznych. Jak dotąd żaden mężczyzna nie miał tam wstępu. Chociaż w rezydencji Winstona doskonale wiedziała, gdzie znajdował się ten instrument.
Wyglądasz na kogoś, kto mógłby być w nich skuty — parsknęła krótko, szczerze. Na jej ustach wymalował się szeroki uśmiech, a oczy błyszczały. Może Noriega nie chciał być skuwany, ale Charity wyobrażała go sobie w ten sposób. Po chwili zdecydowała się dodać — i nie Madox, to nie jest przytyk — puściła mu oczko i westchnęła cicho. W niewielu momentach Cherry wychodziła z fasady własnego wizerunku. Teraz pozwalała sobie na to ze względu na ducha świąt. — naprawdę próbujesz mi coś odjąć? Zostałam Królową Lodu? — spytała żartobliwym tonem. Lód był jednym z niewielu żywiołów, który potrafił opanować całe Toronto. Zmrozić je, tak by nikt nie był w stanie się poruszyć, sparaliżowanie miasta przychodziło zaskakująco łatwo — chociaż Elsa jest zajebista — stwierdziła finalnie Marshall, uśmiechając się szeroko. Niezależna władczyni własnego pałacu. Pasowała to do Cherry.
Miałam WYKŁAD życia — nikt się tego nie spodziewał. Każdy rodzic dawał odpowiednie wykłady własnym pociechom — a potem musiałam sprzątać całą rezydencję szczoteczką do zębów. Niczego mnie to nie nauczyło, dalej bym się czegoś napiła — parsknęła krótko Marshall. Wzięła butelkę whiskey i pociągnęła z gwinta kilka solidnych łyków. Nie mogła chodzić tutaj na trzeźwo — i zabrał mnie na... — aż się wzdrygnęła — polowanie. — to był jeden z wielu powodów, dla których Marshall nienawidziła polowań. Bała się huku, głośnych dźwięków, ale praktycznie nikomu o tym nie wspominała. Wolała budować swoją chłodną aurę.
Może jestem singielką, ale nie desperatką — prychnęła, wywracając oczami — lubię, jak facet za mną goni — stwierdziła finalnie, przymykając oczy. To uczucie gonienia za króliczkiem, bycia adorowaną. Chwilowa ekscytacja, której nie dało się zatrzymać pod żadnym pozorem. Aż chciało się utonąć w głębinach oceanu.
Daj spokój Madox — mruknęła, by po chwili dodać — może jestem bardziej biedna, niż myślisz? — roześmiała się. Chociaż była to dobra mina do złej gry. Zbyt wiele komplikacji nakładało się obecnie w jej życiu. Brat-dupek był ciągły bez zmian, ale pozostałe kwestie i zachowanie Cory w pracy powodowały u niej podniesienie ciśnienia. W takich chwilach chciała móc poczuć się szczęśliwą.
Przecież mi kazałeś Noriega — odpowiedziała rozbawiona, parsknęła jeszcze głośniej po paru sekundach. Długo nie trwało, aż ktoś wyjadał kanapeczkę z jej śliną — to była... — zawiesiła na moment głos, by podnieść wzrok na Madoxa — zemsta — poruszyła zabawnie brwiami i pokręciła krótko głową. Zemsta na wątróbce.
No pokaż, jak się pluje mistrzu — rzuciła rozbawiona Cherry, przyglądając się wielkiemu mistrzowi kung-fu śliny — umiem zebrać ślinę — wymruczała Marshall z lekko niezadowoloną miną. Nigdy taka kobieta jak ona nie zbierze jej tyle co Madox. Nie było na to żadnej szansy.
O kurwa — mruknęła, kiedy trafił za pierwszym razem — Madox poszedłeś z nim w ślinę — mruknęła rozbawiona, kiedy chowali się za barierką. Powstrzymywała się od wybuchnięcia salwą śmiechu. Nabrała głębokiego oddechy, by się powstrzymać. Nic bardziej jej nie rozbawiło. Patrzyła, jak Black odkłada kieliszek gdzieś z boku.
Zdecydowanie — kiwnęła głową — niech będzie — mruknęła, patrząc na Madoxa. Aż chwyciła się za usta, kiedy udało mu się trafić. Nie spodziewała się takiego przebiegu sprawy — a jak strzelę to będzie remis? — spytała i nie czekając na odpowiedź, sama splunęła. Teraz to ona spojrzała oczami biednego szczeniaczka na Noriega. Czekając na jego werdykt, czy pozwoli na zremisowanie.
Dzień na tak Madox — odpowiedziała bez żadnego wahania w głosie — to znaczy, że nie mogę Ci odmówić — wytłumaczyła Cherry, uśmiechając się od ucha do ucha. Teraz to dopiero zacznie się prawdziwa zabawa.

champagne isn’t his thing

: czw gru 25, 2025 2:19 pm
autor: Madox A. Noriega
Wywrócił oczami, kiedy powiedziała, że wygląda na kogoś, kto mógłby być skuty, chociaż to przecież do niego pasowało. Madox miał w sobie coś z gangusa, może to ten zadziorny uśmiech, który zaraz jej posłał, kiedy dodała, że to nie przytyk?
Na te jej kolejne słowa wzruszył ramionami.
- Na razie po prostu królową, ale zaraz się okaże, czy ognia, czy lodu jednak - wytknął jej czubek języka. Kiedyś tak łatwo mówił Cherry, że była gorąca, dzisiaj też wyglądała w tej czerwonej sukni, z wysoko upiętymi włosami, pociągająco, mogłaby go skusić. Mogłaby, gdyby Noriega jednak nie odbiegał myślami do zupełnie innych czerwonych sukienek.
- A kto to Elsa? - zapytał, bo Madox jednak zupełnie nie znał się na księżniczkach Disneya, a zwłaszcza tych nowych. Nie znał się też na wykładach życia, więc tylko wywrócił oczami, bo niczego innego się nie spodziewał, chociaż, kiedy powiedziała o tym sprzątaniu rezydencji szczoteczką do zębów to parsknął.
- No i to już jest jakaś kreatywna kara - rzucił, a potem znowu się uśmiechnął - jesteś niepoprawna Charity Marshall - dodał kręcąc głową, że niczego jej to nie nauczyło. Oni z Tio się wtedy nauczyli jednego... żeby nie palić w ogrodzie ciotki. Na wzmiankę o polowaniach ściągnął do siebie brwi.
- Nie lubisz polowań? - zapytał, bo wychwycił to jej wzdrygnięcie. Chociaż go to wcale nie dziwiło, jak można było je lubić? Madox może i był złym gangusem, ale lubił zwierzęta, kochał je, swojego psa na przykład, mimo, że go szkolił, to pozwalała mu na bardzo dużo, traktował go jak członka swojej rodziny, jedynego w Toronto.
- A chcesz mi powiedzieć co się stało z Galenem Wyattem? Czy może się pierdolić? - zapytał, bo może potrzebowała się komuś wygadać? A może go to też odrobinę ciekawiło? Zwłaszcza, że kurwa, ostatnio prowadził z Pilar rozmowę na jego temat. Dla niego Galen Wyatt mógł się pierdolić. A nawet jakby Noriega go tutaj spotkał, albo gdziekolwiek, to mógłby mu obić gębę, tak dla zasady.
- A ja bardziej bogaty niż Ty myślisz Cherry? - uniósł jedną brew z tajemniczym uśmiechem. Madox nigdy za specjalnie nie obnosił się z kasą, nie zarabiał kokosów na tym klubie, aczkolwiek... to co zarabiał w sposób nielegalny, poza klubem, z tego nikt nie zdawał sobie sprawy. A Noriega się tym nie chwalił.
Zaśmiał się głośno, kiedy powiedziała to, że jej kazał. Aż się złapał za brzuch, za ten bok, gdzie miał tę postrzałową ranę, którą mu zszyła Stewart, bo poczuł jak szwy się ciągną.
- To ty wymyśliłaś grę, ale... jakbym miał wskazać Ci swoje miejsce, gdzie masz namelać, to tak, byłaby to wątróbka - puścił jej oczko, z tymi ciemnymi tęczówkami zawieszonymi na jej pięknych, brązowych oczach, kiedy powiedziała, że to taka zemsta. Zemsta za to, że ta wątróbka go nabrała chyba.
Później zaprezentował ten swój pokaz śliny, który jednak nie wyszedł tak jak chciał, ale był blisko, bardzo blisko. A później znalazł się blisko Cherry, kiedy chowali się za tą barierką, tak blisko, że z powodzeniem zaciągnął się mocnym zapachem jej perfum, może dlatego szybko się wyprostował?
Szybko też wykonał kolejną próbę śliny, i tym razem się udało, aż Madox wykonał swój taniec zwycięstwa i spojrzał na Cherry. Przez moment się zastanowił, kiedy zapytała, czy jak trafi to będzie remis, ale w końcu pokiwał głową, bo tak było sprawiedliwie, mieli po dwie próby. Jednak kiedy trafiła, to minimalnie się skrzywił.
- No dobra, oboje wygraliśmy - stwierdził i nawet się uśmiechnął, chociaż kiedy powiedziała co jest wygraną, to uniósł jedną brew - czyli... to znaczy, że ja też nie mogę odmówić Tobie? - zapytał, z jednej strony brzmiało to ciekawie. Intrygowało go, może nawet powiedziałby Cherry, żeby zeszła z nim na dół wypiła szampana, a później beknęła publicznie? A ona nie mogła by mu odmówić? Aż mu się oczy zaświeciły, a w głowie zrodziło się więcej szalonych pomysłów, takich, które z Charity Marshall mogłyby zrobić dzisiaj... nie-damę. Ale z drugiej strony, to czuł pod skórą, że ona też może mu wymyślić jakieś... ciekawe zadania. Tylko, że akurat jeśli o Noriegą chodzi to on przecież nie miałby problemu z tym, żeby beknąć publicznie. Ale dla niego za to gorsze byłoby to odtańczenie Last Christmas, aż się wzdrygnął.
A jednak ciekawość wzięła górę, jak zawsze.
- Dobra, to czego dzisiaj nie mogę odmówić Charity Marshall? - spojrzał jej wyzywająco w oczy, bo teraz to już wszystko zależało od jej kreatywności, ale Madox czuł w kościach, że oni nawzajem się nie zawiodą, aż podniósł swoją butelkę i pociągnął z niej kilka sporych łyków, a w zasadzie, to miał już troszeczkę w czubie, więc rzeczywiście mogło być ciekawie.

glina cherry

champagne isn’t his thing

: pt gru 26, 2025 8:23 am
autor: Cherry Marshall
Madox A. Noriega

Wywróciła teatralnie na wzmiankę o królowej. Sama uważała, że miała bliżej do ognia. Wybuchającego wulkanu zabierającego wszystko ze sobą. Uśpionego na wiele lat, by pod wpływem odpowiednich warunków eksplodować.
Uniosła wysoko brwi, słysząc o nieznajomości Elsy. Pewne bajki wydawały się dla niej ikoną. Każdy powinien jej znać. Chyba że schowany jest pod kamieniem. Chociaż może Noriega był taką osobą, skrytą pod płaszczem stworzonym z latynoskich rytmów.
Księżniczka z disneya, mam tę moooc? — aż zanuciła finalnie kultową piosenkę, grywaną w każdej radiostacji. Dawno temu Cherry miała lekcje śpiewu, ale szybko z nich zrezygnowała. Nie była odpowiednią osobą do śpiewania. Wystarczyła krótka nuta, by w samej sobie poczuła delikatny fałsz. Kącik ust jej drgnął, gdy usłyszała samą siebie. Aż strzeliła oczami.
Niepoprawnie nauczyła się być dorosłą. Dalej były rzeczy, których by nie zrobiła publicznie. Charity paliła, ostatnio wróciła z powrotem do nałogu. Gdzieś w torebce miała ukrytą paczkę papierosów wraz z zapalniczką. Chociaż teraz nie paliła już w krzakach, a w piekielnie drogim wieżowcu na własnym balkonie, spoglądając wprost na panoramę Toronto.
Nie — odpowiedziała praktycznie od razu — byłeś kiedyś na nim? Więcej w tym brutalności niż sensu — dodała finalnie, wzdychając ciężko. Niewiele Charity miała słabości. Za to głośne dźwięki wydawały się być dla niej wielkim przeciążeniem. Za każdym razem słysząc je, podskakiwała. Mogła się nawet ich spodziewać, ale układ nerwowy praktycznie od razu cały się jej paraliżował na samą myśl o nim.
Wzdrygnęła się, słysząc drugi raz pytanie o Galena. Strata bliskiej osoby zawsze zostawiała ślad. Bardzo często był on niewidzialny, skryty pod wieloma warstwami fasady i udawania, że nic się przecież nie stało.
Madox, a co tak naprawdę chcesz wiedzieć? — spytała finalnie Cherry, a jej wzrok padł na jego brązowe tęczówki — mamy się bawić, czy zwierzać? — dodała z lekko zadziornym uśmiechem, wytykając mu język. Nie spodziewała się, że Noriega będzie chciał poznać stronę.
Parsknęła krótko, kręcąc głową na wzmiankę o bogactwie Madoxa. Nie znali się. Mieli na swój temat szczątkowe informacje, które momentami okazywały się fałszem. Nie spodziewałaby się po gangusie gry na gitarze, chęci zwierzeń, a może nawet tej zabawy, którą zapoczątkowała ślina Cherry.
Śmiała się głośno, szczerze i radośnie, widząc taniec Noriega. Miał on w sobie pierwiastek dziecka, którego wcześniej nie miała szans poznać. Pisnęła głośno z radości, kiedy zgodził się na remis. Klasnęła kilka razy w dłonie w trakcie podskoków.
Tak, a ja Tobie. Cały wieczór robimy wszystko, na co mamy ochotę — rzuciła cała zadowolona z samej siebie własnego pomysłu. W głowie widziała, by zrobić z Madoxa dżentelmena klas wyższych, takiego jedzącego wątróbkę i mówiącego: klasyka, mówi sama za siebie. Choć zastanawiała się, czy nie zmusić go do mówienia uroczym głosikiem.
Tylko nie chciała go ośmieszać, liczyła na wspólną zabawę.
Daj mi butelkę — powiedziała wpierw, by móc wypić z niej kilka większych łyków — a teraz chodź — mruknęła, chwytając go za rękę. Zaczęli wędrówkę po przepięknych korytarzach, które aż krzyczały od złota, dostojności. Obrazy osadzone w przepięknie rzeźbionych ramach, kryształowe żyrandole, a w tle kolejna świąteczna piosenka. Chyba.. Merry Christmas Everyone? Cherry nie była pewna, zamiast tego szła naprzód. Aż zatrzymała się przed jednymi drzwiami. Otworzyła je i pociągnęła Madoxa za sobą.
Podoba Ci się? — spytała, wchodząc do pokoju, przypominającego pokój dzienny. Lekko poświata w nim panowała — wiesz, zawsze sama chciałam zrobić pokaz fajerwerków... — zaczęła Cherry z dosyć zadziornym uśmiechem — a tak się składa, że wiem, gdzie one są... — przypominała odrobinę diabła w skórze anioła. Liczyła na wspólną akcję. Podeszła finalnie do jednej z drewnianych skrzyń i przesunęła po niej palcami. Zawsze z boku widziała, jak się to odbywa, teraz chciała być w centrum — ale wpierw jedno. Jakie jest twoje pierwsze życzenie w dniu na tak?

champagne isn’t his thing

: pn gru 29, 2025 12:46 pm
autor: Madox A. Noriega
Chyba Madox był taką osobą, skrytą pod płaszczem z latynoskich rytmów, albo mieszkał serio pod kamieniem i wychodził spod niego tylko do Emptiness, bo nie znał Elsy, a jakby mu ją pokazali to by pewnie stwierdził, że to jakaś lalka Barbie i tyle. Nie musiał się na tym znać.
Uniósł jedną brew, kiedy Cherry zanuciła mam tę moc.
- Jaką moc? - zapytał, jemu też wystarczyła ta jedna krótka nuta, żeby poczuł w niej delikatny fałsz, ale Madox wcale się nie znał na śpiewie, więc może mu się tylko tak wydawało, że ona zawyła.
- Więcej w tym brutalności niż sensu... - powtórzył po niej marszcząc przy tym brwi, bo jakoś bardzo poetycko mu to zabrzmiało, ale w zasadzie to była racja, on też nigdy nie wiedział w tym sensu, w zabijaniu dla zabawy. Tylko ludzie mogli wymyślić coś tak chorego.
- Właściwie to nic - wzruszył ramionami na jej pytanie, co on tak naprawdę chce wiedzieć. Nie obchodziło go to za bardzo, chciał może po prostu być... miły? Madox Noriega miły, ciekawe. Galen Wyatt i tak ostatnio napsuł mu krwi, bo się kurwa obudził i wydzwaniał do Pilar, wypisywał do niej i chociaż Madox tak do końca nie wiedział o czym, to i tak go to wkurwiało.
- Bawić - stwierdził od razu. Zawsze na tym polegała ich relacja, na za-ba-wie. Zwierzenia przydarzały im się wyjątkowo rzadko, nigdy prawie. Chociaz z drugiej strony jak ten wieczór miał być jakiś wyjątkowy, to może powinni się sobie zwierzać? Madox sam nie wiedział, bo szczerze powiedziawszy był już szturchnięty. Ale bardziej w zabawowym nastroju.
Obie brwi podskoczyły mu do góry, kiedy Cherry śmiała się tak głośno, szczerze i radośnie. Ona tak potrafiła w ogóle? Mieć w sobie radość dziecka, jakąś taką szczerą?
Oba kąciki ust podskoczyły mu do góry w szczerym zdziwieniu, ale pozytywnym.
- Mam ochotę na pizzę - stwierdził, kiedy Cherry powiedziała, że dzisiaj caly wieczór robią to, na co mają ochotę. Madox tak naprawdę nie wiedział na co ma ochotę, wypił, zjadł ble wątróbkę, teraz najchętniej poszedłby do domu, żeby jednak jechać do Stewart. Chociaż z drugiej strony kiedy miał przed sobą taką radosną Charity Marshall, zupełnie inną, niż on ją znał, to go intrygowała.
- A Ty na co masz ochotę Cherry? - bo jeśli na pizzę, to chyba rzeczywiście muszą ją zamówić - albo na zioło - wypalił nagle Noriega, o tak, jakiś taki blant, by mu teraz siadł. Bez zawahania, zastanowienia w ogóle, oddał jej butelkę, kiedy o to poprosiła.
- Opijesz się Charity - stwierdził z miną znawcy, bo prawda jest taka, że na czym, jak na czym ale na chlaniu to Madox się znał. Wiedział tez kiedy on ma swój taki punkt zero, że więcej nie powinien. Wiedział, gdy pił rum... Whisky było zdradliwe.
Poszedł za nią, kiedy pociągnęła go za rękę, oczywiście, że rozglądał się po tych przepięknych korytarzach, które aż krzyczały od złota i dostojności. I Madox chyba ten krzyk właśnie słyszał, jak jakiś złoty, drogi świecznik krzyczy, zwiń mnie pod marynarkę i sprzedaj...
Może dlatego nie słyszał w ogóle tych świątecznych piosenek?
Gdy szarpnęła go do tego pokoju, to Madox źle wymierzył, bo już nie miał takiego wyczucia i wpadł w nią z impetem, musiał ją chwycić w talii i przyciągnąć do siebie, kiedy się zachwiała. A może nie musiał, tylko chciał?
- Podoba... - mruknął zaglądając w jej ciemne, piękne oczy, ale zaraz już ją puścił, bo Cherry ruszyła w kierunku skrzyń. I chociaż Madox nie wiedział co w nich jest, to widział jakieś oznaczenia, że chyba coś... wybuchowego.
- Pokaz fajerwerków? - powtórzył po niej i od razu poszedł do skrzynki, żeby do niej zajrzeć. Madox był jak dziecko, a właściwie to jak taki niegrzeczny dzieciak, nic dziwnego, że na fajerwerki oczy mu się od razu zaświeciły.
- Możemy to zrobić? - zapytał i aż nabrał w płuca powietrze, wstrzymał je z ekscytacji. Opuścił wieko skrzyni i zrobił krok w kierunku Cherry.
- Ja wybieram fajerwerki, a Ty je odpalasz Marshall - chciała jego życzeń, to miała. A przecież wiadome było, że jak mu pokaże fajerwerki, to będzie musiała je odpalić. Bo Madox chciał to zobaczyć, piękną, elegancką kobietę, która bawi się... ogniem.
- Ale dobra, jeden fajerwerek to jedno pytanie, może być osobiste, ja Tobie, Ty mnie, niech będzie w tym trochę intimidad - intymności, rzucił i się zachwiał nad tą skrzynką z fajerwerkami, oparł się o nią dłonią. Madox przecież zawsze lubił sobie komplikować życie.

Cherry Marshall

champagne isn’t his thing

: pn gru 29, 2025 11:54 pm
autor: Cherry Marshall
Madox A. Noriega

No tak idzie ta piosenka — odparła praktycznie od razu, marszcząc przy tym delikatnie obie brwi. Westchnęła ciężko, biorąc głęboki oddech. Oczy się jej zaświeciły, bo wpadła wręcz na idealny pomysł — Madox, obejrzymy Krainę lodu? — mogła być wielką, poważną panią prezes, ale każda kobieta uwielbiała oglądać bajki. Zwłaszcza te dotyczące silnych, niezależnych kobiet. Elsa wydawała się być utożsamieniem samej Charity. Prawdziwa królowa lodu.
No to się bawimy — odpowiedziała, uśmiechając się szeroko. Wypiła zdecydowanie zbyt mało, by zwierzać się Madoxowi ze spraw związkowych. Postawienie na zabawę wydawało się być najprostszym wyjściem, za którym chciała podążyć. Uśmiechnęła się od ucha do ucha, cała zadowolona z jego decyzji. Tylko do wieczoru trzeba było wprowadzić odpowiednie reguły. Charity pragnęła zapomnieć o jutrze, nie zastanawiać się, co przyniesie kolejny dzień — pierwsza zasada zabawy: zapominamy o konsekwencjach. Na nie przyjdzie pora, gdy wytrzeźwiejemy — brała życie takie, jakim było. Z przymrużeniem oka szła przed siebie z książką w ręku. W drugiej dłoni trzymała najważniejszy atrybut, którym była butelka dobrego alkoholu — a druga to nie ma zasad — dzień na tak. Nie miała zamiaru marudzić, nie zgadzać się. Po prostu mieli dać się ponieść chwili, pójść za emocjami i korzystać z nich. Wtedy nie miała firmy na głowie, upierdliwego znikającego brata, życie było łatwiejsze, prostsze.
Też mam ochotę na pizzę — wymruczała Cherry i oczy się jej zaświeciły. To danie znała bardzo dobrze, chociaż niektóre potrafiły być dla niej prawdziwą czarną magią — blanta też bym zjarała — dodała po dłuższej chwili milczenia, wywalając dolną wargę do przodu. Świat wydawał się odrobinę zwolnić, procenty powoli zaczęły na nią działać — i jakieś japońskie żarcie zjadła — sushi, krewetki w tempurze, czy inny ramen. Potrzebowała czegoś, co mogłoby ją, chociażby na moment otrzeźwić.
Nie mów do mnie jak do dziecka — mruknęła Marshall, odsuwając od ust butelkę — pójdziesz po szofera, nawet nie zawieziesz mnie do domu — o ile do tego by doszło. Chociaż patrząc na jej czerwone policzki, był to bardzo możliwy scenariusz, a z każdą chwilą stawał się coraz bardziej sensowny — nie jestem twoją odpowiedzialnością, a gumkę do włosów mam w torebce — dodała, nadymając delikatnie policzki. Kiedy pojawiały się te charakterystyczne ogniki, nic nie było w stanie jej zatrzymać.
Dobrze, że tego krzyku zwinięcia pod marynarkę, nie słyszała sama Marshall. Na taki stopniu ubawienia sama by wzięła ze sobą świecznik. Nawet jeśli nijak pasował do jej pięknego apartamentu z widokiem na panoramę Toronto.
Lekko wzdrygnęła się, czując dotyk Madoxa. Spojrzała na niego z góry i westchnęła cicho. Nawet stęskniła się za wonią jego perfum.
Pokój, czy ktoś inny, Noriega? — zagadnęła lekko rozbawionym tonem, unosząc do góry jedną brew. Poprawiła delikatnie swoją sukienkę, zanim weszła do środka. Potrząsnęła głową, by rozpuścić niesfornego koka. Zaczynał bardziej jej ciążyć. Nie musiała wyglądać jak prawdziwa księżniczka, gdy rozpoczynali tajną misję o kryptonimie: fajerwerki.
Tak — kiwnęła głową. Ich własny pokaz brzmiał jak spełnienie marzeń małego chłopca i dziewczynki. Cherry zawsze chciała móc przygotować coś wyjątkowego. Światła pojawiające się na niebie, by po chwili zniknąć. Było w nich coś unikalnego.
Nie, ale miałam być nastoletnią Charity Marshall — a ona na wszystko się zgadzała. Miała pomysł, to chciała móc za nim podążyć — mam się bawić ogniem? — spytała i zaraz parsknęła śmiechem — jeszcze się sparzę — była wręcz tego pewna. Nie miała zamiaru narzekać. Uniosła dwa kciuki w górę. To będzie najpiękniejszy pokaz świateł, bo wykonany przez ich duet.
Niech będzie, wybieraj i wychodzimy na dwór — nie byli Weasleyami, by psuć całą rezydencję od huku. Pewne kwestie musiały się zgadzać — przecież nie mogę się nie zgodzić na intimidad pytania, nie? — zaśmiała się krótko, unosząc kąciki ust. Kiedy wybrał fajerwerki, zabrała go na dwór. Gdzieś na delikatną górkę, by mieli najlepsze miejsce na podziwianie nieba — no to zaczynam Madox — wyciągnęła dłoń, by podał jej pierwszą do strzału — powiedz twój najszczęśliwszy moment życia — uśmiechnęła się szerzej. Nigdy nie słyszała, co go cieszyło, a co go martwiło. Chciała móc poznać innego Madoxa.

champagne isn’t his thing

: wt sty 06, 2026 11:49 pm
autor: Madox A. Noriega
Dobrze, że głowy nie zmarszczyła, bo Madox mógłby tego nie wytrzymać, chociaż na te jej brwi, to tylko wywrócił oczami, bo on wcale nie znał tych piosenek. Jakiejś mocy. Na to jej pytanie, czy obejrzą Krainę lodu, to zrobiło mu się jakoś słabo. Chyba od tego whisky, albo od tych bajek disneya?
Miał nie być na nie, ale przecież on nie będzie czegoś takiego oglądał.
- No a kiedy? - zapytał, bo jeśli nie dzisiaj, to ten dzień na tak się przeterminuje i będzie mógł wtedy normalnie, na spokojnie odmówić. Miał nadzieję, że nie dzisiaj. Chociaż może na tych balach dla bogaczy to o północy jest jakiś pokaz tej całej Krainy lodu? Kto to wie.
- Bez konsekwencji? - powtórzył po niej? No przecież on cały czas tak żył! Konsekwentnie, bez konsekwencji, jakby jutra miało nie być. Chociaż dzisiaj to już był tak szturchnięty, że zgodziłby się na wszystko. Po co on wypił... Siedem? Kieliszków tego szampana i jeszcze poprawił whisky? No bo lubił pić, co zrobisz. Nic nie zrobisz.
- Dobra, fajne zasady - klasnął w dłonie jakoś... beztrosko i wesoło, czy coś takiego. Chociaż zaraz jedna jego brew uniosła się do góry, skąd nagle Cherry miała jakąś książkę? Pewnie z biblioteki, nieważne. Ważne, że miała whisky.
- Ej, no to dawaj zamówimy, najlepiej jakąś ostrą, peperoni i jalapeno - już się rozmarzył, kiedy Cherry powiedziała, że też ma ochotę na pizzę. Na te kolejne słowa Madox zmacał się po kieszeniach. Miał tego blanta, czy nie miał? Miał, skitrany w wygniecionej paczce fajek, ładny joint na czarną godzinę. Podniósł go do góry, chociaż już na to japońskie żarcie się skrzywił.
- Fuj, surowa ryba, ble - i nawet jej język pokazał, że to takie ble. Kto to je? Chyba same bogole pokroju Charity Marshall i Galena Wyatta. Świry.
- Ale ty jesteś jak dziecko Cherry - powiedział jej i nawet podniósł do góry dłoń, żeby ją poklepać po główce, jak jakieś dzieciątko, a później zmarszczył brwi - a skąd ja mam wiedzieć jak wygląda twój szofer? - no przecież nie wiedział, chyba, że gościu nosił jakąś plakietkę z napisem: szofer Charity Marshall, a pewnie nie nosił. Na jej kolejne słowa Madox się zawiesił.
- To nawet dobrze się składa, bo nie jestem odpowiedzialny - nie to nie, przecież nie będzie się z nią dochodził, że się musi nią zaopiekować, jakby się faktycznie schlała. Nawet lepiej dla niego, że mógł sobie wtedy iść do domu.
- Gumkę? - powtórzył po niej jakoś tak dziwnie, ale zaraz machnął ręką - a dobra, do włosów. A po co ci ona? - zapytał, bo był ciekawy. Gumka do włosów na balu, jak ona miała jakiegoś koka na głowie. Ciekawe.
W ogóle nie zrozumiał o co jej chodziło z tym pokojem, bo był już może dość pijany, tylko się obejrzał, czy ktoś inny jeszcze za nimi idzie, ale nie. No i weszli do tego pokoju, to może jej o to chodziło?
Aż pokiwał głową, kiedy rozpuściła tego koka, bo taki był zajebisty, podobał mu się, miała w nim taką ładną głowę, no ale teraz to te jej włosy spływały kaskadami na ramiona i plecy, za dużo włosów.
- Wyjmij teraz tą gumkę - powiedział jeszcze zanim podszedł do skrzynek - jak ci się fajerwerek wkręci we włosy to co wtedy? - zapytał ją dość poważnie i szarpnął za te ciemne kosmyki. Z przyzwyczajenia jakiegoś chyba.
- Z tego co mówiłaś, to nastoletnie Charity Marshall to było niezłe ziółko, paliła fajki i piła whisky - stwierdził, a później wbił w nią te ciemne tęczówki, pokiwał głową - a co? Nie lubisz igrać z ogniem Marshall? - zapytał, bo z tego co kojarzył to lubiła, to znaczy jeśli weźmiemy pod uwagę, że tym ogniem to był na przykład Madox. Na to jej jeszcze się sparzę wywrócił oczami.
- Zawsze jest ryzyko, może ci upierdolić palec, ale też może być zajebiście - wzruszył ramionami, bo takie były fakty. Wóz, albo przewóz. On zawsze wybierał wóz. Czy tam przewóz... Zawsze był na tak.
A kiedy ona też się zgodziła i pozwoliła mu wybrać te fajerwerki, to oczywiście sięgnął do tych wszystkich skrzynek i wybrał dwie największe rakiety i jakiegoś gigantycznego achtunga. Śmieszne, że bogacze mieli takie fajerwerki w ogóle, najwidoczniej umieli się bawić. Pochował te petardy do kieszeni, jeszcze jakiś małych sobie napchał i pokiwał głową, że mogą iść na dwór.
No w zasadzie nie mogła się nie zgodzić, ale mogła go zagadać, a on by zaraz zapomniał. Zamiast tego to oni już stali na jakimś dachu, albo tarasie, bez różnicy w zasadzie. Madox wyciągnął z kieszeni pierwszą racę i podał jej do ręki.
- Ten - powiedział zadowolony, chociaż na to jej pytanie znowu ściągnął do siebie brwi - to ty zadajesz pytania? - zapytał, ale zaraz się zamyślił, podrapała po skroni - jak wróciłem do Kolumbii, po dziesięciu latach, i jak... - urwał, bo chciał jej powiedzieć coś o Pilar, ale chyba nie mógł, więc wyciągnął z kieszeni zapalniczkę - cały ten wyjazd był zajebisty. Kocham Medellin - powiedział to chyba głośniej niż powinien, ale to była prawda, najszczersza. Popatrzył na nią przez moment.
- A Twój? Najszczęśliwszy moment życia - to nie tak, że odbił to pytanie, po prostu go to ciekawiło. Czy tacy ludzie jak Charity Marshall to są w ogóle szczęśliwi?

Cherry Marshall

champagne isn’t his thing

: sob sty 10, 2026 4:44 pm
autor: Cherry Marshall
Madox A. Noriega

Marszczyła głowę. Mimika Charity była różnorodna, wyjątkowa, a przede wszystkim nie do podrobienia. Uśmiechała się, gromiła wzrokiem, czy marszczyła brwi często całą sobą. Zwłaszcza kiedy była już pod wpływem, a granice zaczynały się zacierać. Może faktycznie pijana miała w sobie coś z dziecka, brała na siebie mniej odpowiedzialności, mniej sama od siebie wymagała.
Dzisiaj możemy — odparła praktycznie bez zastanowienia. Nie spodziewała się kolejnego spotkania z Madoxem. Był dobrym kompanem do zabawy, ale ich drogi rozeszły się w momencie zerwania. Musiałaby mieć do niego prawdziwy interes, żeby pojawić się w jego progach — jeszcze byś się zdziwił, że by Ci się spodobała! — zjaranej i pijanej Cherry spodobałaby się na nowo. Odkryłaby w niej nową magię dzieciństwa. Co prawda zawsze była fanką Króla Lwa, ale z jakiegoś nieznanego powodu miała sympatię do Krainy Lodu. Może to kwestia oglądania tego filmu z Cassie?
No tak — potwierdziła Cherry. Zero zasad, zero telefonów. Tylko on, ona, butelka whiskey i światła, które miały pojawić się na niebie. Zajebisty zamysł, aż sama była z niego zadowolona — zajebiste, a nie fajne — poprawiła go, uśmiechając się szeroko. Nadszedł czas na zabawę. I kijek, wafel wiedział, co się zdarzy dalej. Ważne, że mogli liczyć na dodatkowy zastrzyk dopaminy.
Kiedy tak Madox mówił o tej pizzy, to przez moment rozmarzyła się, myśląc o rozciągającym się serze na pizzy. Tylko wtedy wyjął tego jointa, a ona nie mogła przestać na niego patrzeć.
Będziemy jarać na dachu? — spytała podjarana tym pomysłem. Oczy jej błyszczały. Z miesiąc nie czuła tego przyjemnego uczucia. Stała tak kilka sekund w ciszy, a później dotarł do niej najważniejszy element całego wieczoru — jezu, tak, zamówmy! — klasnęła sobie w dłonie. Idealny bal dla bogaczy. Miała zagadywać o kolejne kontrakty, a zamiast tego zbratała się ze swoim ex i mogła już jedynie myśleć o fajerwerkach.
Jakbym Ci zamówiła sushi, to uszy by Ci się trzęsły — odparła bez zastanowienia, pokazując Madoxowi język. Nie znał się. Nie każde musiało być surowe, a nawet nie musiało mieć ryby. Aż się rozmarzyła... tylko wtedy powiedział o tym dziecku.
Nie jestem — burknęła pod nosem, nadymając poliki. Odwróciła głowę, jak typowe, obrażone dziecko, ale nie. Wystarczyło jedno słowo, by puściła mu srogiego kuksańca. Zeszły z niej jakiekolwiek granice, chciała móc dać się ponieść tej nocy — wiesz, jak wygląda mój bentley? — uśmiechnęła się szeroko. Uwielbiała własne auto. Szybką jazdę, głośną muzykę. Wyróżniało się nawet na tyle pozostałych.
Jezu, to taki żarcik — mruknęła, wywracając oczyma — nie potrzebuję nikogo do trzymania mi włosów, gdy klęknę przed toaletą — odpowiedzialna była. Koka rozpuściła, na fajerwerki się szykowała. Chociaż znowu nie spodziewała się po Madoxie jakichkolwiek słów odpowiedzialności. Czyżby zamienili się rolami?
Madox chyba chory jesteś — zaśmiała się, patrząc na niego z delikatnym zdziwieniem — odpowiedzialność to twoje drugie imię — zachichotała, kręcąc głową. Nie kazał się jej najebać, teraz kazał jej związać włosy, a ona czuła się wolna. Uwielbiała czuć, gdy długie fale włosów spływały po ramionach.
No tak — odparła, kiwając głową — ale też często musiała być ratowana przez rodzeństwo — cała czwórka miała zadziwiająco bliską relację. Mogli spierać się o byle niezobowiązującego kutasa, obrażać się, wycierać sobie smarki renifera, by w odpowiednim momencie zachować się... z klasą.
Zajebiście — mruknęła pod nosem, idąc w stronę dachu. Uwielbiała zimę tylko z jednego powodu. Szybko robiło się ciemno, a bezchmurne niebo wydawało się być dla niej jeszcze bliższe. Nawet wstawiona spojrzała w ich stronę, doszukując się konstelacji gwiazd, które zna.
Oboje zadajemy? — stwierdziła, wzruszając ramionami — to ześ powiedział — skwitowała krótko, bo jednak... spodziewała się czegoś więcej? Chociaż nowa informacja została odhaczona, szkoda, że jutro nie będzie jej pamiętała — czekaj, najpierw puszczę — mruknęła pod nosem, a z torebki wyjęła zapalniczkę. Pierwszy światło i huk rozbłysnęły na niebie. Prawie przewróciła się, uciekając od miejsca wybuchu.
No to... — wróciła do tego pytania. Przez jej głowę przeszło wiele, szczęśliwych chwil. Takich które sprawiły, że chciała się uśmiechać — jak jako siedmiolatka wyciągnęłam brata z jeziora — rzuciła nagle, ale cała z siebie zadowolona. Za każdym razem gdy brat wspomina o przejęciu firmy, ona rzuca w niego tym argumentem. Wtedy nie miałaby żadnej, racjonalnej konkurencji — kiedy widzę się z Corą i zachowujemy się jak dzieci! — znów zachichotała cicho pod nosem, ale im dłużej myślała, tym były to po prostu radosne momenty. Takie, po których nie pojawiłby się patronus — jak zostałam panią prezes, nawet jeśli tylko warunkowo — mruknęła ciszej pod nosem, zdając sobie sprawę, że coś ją dalej uwierało. Nie była trzeźwa, straciła jakiekolwiek granicę — no i... — pierwszy raz się zawahała, zmarszczyła brwi, a uśmiech przez moment zniknął z jej twarzy — kiedy patrzyłam w gwiazdy. Wtedy byłam najszczęśliwsza — powiedziała, zatrzymując na moment własny słowotok. Przez jej ciało przeszły przyjemne dreszcze, a ona spojrzała w niebo. Jasne punkty błyszczały przepięknie na niebie. Nie zniknęły, dalej tam były.
UWAGA — odeszła na moment, by odpalić kolejną fajerwerkę — odpalam — krzyknęła, stawiając fajerwerkę, a sama znów zaczęła śmiesznie biec, by być jak najdalej od miejsca zapłonu — chyba jednak kocham ogień — mruknęła pod nosem, unosząc głowę w górę. Stała moment w ciszy, bo teraz to ona miała zadać pytanie.
To dlaczego kochasz Medellin? — zagadnęła Cherry, uśmiechając się szerzej. Wolała wrócić do poprzedniego pytania, bo widziała jego uśmiech. Cokolwiek tam było, dobrze mu było ze szczęściem na twarzy — i teraz nie powtarzaj za mną pytania, ale mam jeszcze jedno... — dodała z poważną miną. Niby dzień na tak, ale coś musiało być na nie — spalimy razem blanta? — zagadnęła, wracając myślami do ich wcześniejszej rozmowy. Whiskey, fajerwerki i joint. Czego można było chcieć więcej?