Strona 2 z 2

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: pt sty 09, 2026 1:53 am
autor: Devon Koncecny
Jeżeli chodziło o szczerość, trudno było ją usłyszeć z jego ust. Nie dlatego, że nie chciał. Bał się. Bał się prawdy, która w jego głowie zawsze brzmiała jak coś upokarzającego. Dorastał w ciężkich warunkach, a kłamstwo szybko pokazało mu prostą drogę do sukcesu. Drogę, której w skrytości pragnął bardziej, niż był gotów się do tego przyznać. Studia stały się tego idealnym przykładem. Stworzył wokół siebie kreację przywódcy i szybko znalazł się pośród ludzi zapatrzonych w niego niemalże jak w boga. Dlatego kłamstwa, których tak bardzo nie znosił, okazały się biletem do lepszej przyszłości. Przyszłości, w której już był, gdzie miał wszystko… oprócz S I E B I E.
- A wrogowie próbują się nieformalnie ukorzyć? - zapytał dosłownie. Nie znał drugiego prawnika, który w ich świecie proponowałby ugodę i pakt, który publicznie go upokarzał. W świecie prawa; podobnie jak w boksie liczył się końcowy rekord i procentowa różnica pomiędzy wygranymi a porażkami. W tym przypadku zadany cios oznaczałby nokaut bez żadnego odliczania. Devon zastanawiał się, co takiego musiał jej powiedzieć w trakcie studiów, że nienawidziła go aż do tego stopnia, że każde jej spojrzenie było przesiąknięte taką pogardą. W końcu, kiedyś dogadywali się dobrze, a jego pewność wobec niej była tak ogromna, że tylko przy niej pozwalał sobie na pokazanie prawdziwego oblicza. Nie był idealny. Każdy kto go znał, wiedział, że był studentem szukającym wymówek, unikającym tradycyjnego formatu edukacji na rzecz własnej drogi. Drogi, która szybko okazała się jego największą trucizną; doszczętnie karmiącą wyrzuty sumienia i ból, przez który oddałby wszystko, by cofnąć się do momentu podpisania paktu z samym diabłem. - Brzmisz, jakbym cię wyruchał, zostawił i publicznie upokorzył - powiedział ze złością. - A oboje wiemy, że byłem przy tobie zawsze szczery. To ty wyobraziłaś sobie rolę wielkiej szefowej i uwierzyłaś, że jesteś w stanie wygrać ze wszystkimi. Prawda jest taka, że w tej grze jesteś tylko pionkiem. Jeśli nie ja, ktoś pozbędzie się ciebie w jednej sekundzie. - dodał szczerze starając się zachować cierpliwość. Nie mógł wyznać jej całej prawdy ani pokazać dowodów. Miał tylko słowa. A one brzmiały jak zwykła paplanina, albo próba przemycania sensu między wersami.. ale T A K był prawdziwy, T A K zależało mu na niej, T A K zaczął mieć już tego powoli dosyć.
- Nie? A kogo? Dumnej szefowej, wiecznie przekonanej, że jej prawda jest faktem? - zapytał spoglądając na nią wprost. Może nie potrafił czytać z jej mimiki, ale znał ją wystarczająco dobrze. Nie chciał manipulować ani szantażować informacjami, ponieważ zależało mu na niej. Może nie będą kochankami, czy nawet parą. Ale liczył, że przeczyta ugodę i zrozumie, że uderzała ona w jego mienie, a jednocześnie dawała benefity jej klientowi i jej samej kosztem prawdy tych, którzy siali jedynie zniszczenie.
- Gdybym napisał do ciebie z prośbą o wyjście na drinka… To i tak odpowiedziałabyś dwoma słowami: SPIERDALAJ, DEVON. - powiedział podnosząc głos na ostatnie słowa. Może się mylił i by się zgodziła, ale wiedział jedno. Też miała swoje wady i nie była idealna. Chciał wierzyć, że pod makijażem wciąż kryła się normalna kobieta. Taka, do której zawsze czuł słabość, imponująca mu tym, że wyróżniała się w cieniu mężczyzn próbujących zdominować ten zawód. Że łączyła profesjonalizm z elegancją i tym, że dzisiaj zajmowała stanowisko, które marzyło się wszystkim tym, którzy wcześniej tak głośno się z niej śmiali, a teraz sami tkwili na prawniczym dnie.
- Nie musimy tego załatwiać. Nie. Masz racje, zostawmy to jak jest. Szkoda tylko że przez to wszystko skończyłem z tym! – warknął delikatnie wyjmując białą koszulę ze spodni by podnieść ją do góry. Miał nadzieję, że Charity zrozumie, że ten dupek i rzekomy kłamca ostatnim razem mówił prawdę, a reputacja oszusta była jedynie legendą stworzoną przez prawników, którzy z nim polegli.
- Dobrze. Pogadajmy o studiach, skoro tak chcesz. Może wtedy przypomnisz sobie, że zawsze miałem rację, nie musząc uciekać się do fałszu. To mnie różni od tych wszystkich idealnie uczesanych mecenasów - westchnął nie tłumacząc się. Nie musiał, a może i bardziej Nie chciał. Nie rozumiał tylko jednego, dlaczego wciąż wspominała o jego partnerce. Gdyby znała go naprawdę, wiedziałaby, że po rozstaniu z June nie wyglądał jak ktoś, kto szybko się pozbierał. Był z Lacey; to prawda. Ale ten związek nie miał w sobie nic z romantycznej historii. - Prawda jest taka, że nawet gdybym był wolny, duma nie pozwoliłaby ci na mnie spojrzeć.- dodał brutalnie na końcu.
Cherry Marshall

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: pt sty 09, 2026 6:59 pm
autor: Cherry Marshall
Devon Koncecny

Trudno było jej uwierzyć w przepiękne, szklane domy nad Wisłą. Pewnie gdyby była polską uczennicą, nienawidziłaby Żeromskiego. Ta wizja nawiedzałaby ją do dzisiaj. Żyła pod złotym kloszem wybudowanym przed jej rodziców. Życie widziała wyłącznie takim, jakim ktoś jej pokazał. Nie znała podstaw codziennego wyjadacza chleba. Jednak im dłużej żyła, tym bardziej ten złoty klosz pękał, zostawiając po sobie ślad. Ludzie ranili, zdradzali, a ją widzieli tylko jako prezeskę, załatwiającą kontrakty przez łóżku. Ceniła szczerość, uczciwe warunki, ale wersja Devona była dla niej czymś niemożliwym.
Skąd mam wiedzieć, że nie jest to jedynie fasada? — spytała wprost Charity. Dostawała półsłówka, w które trudno było uwierzyć. Niebezpieczeństwo, źli ludzi, afera. Wielu ludzi już jej groziło, od wielu chciała się odciąć raz a dobrze. Nie zastanawiać się nad jutrem, iść przed siebie, nie patrząc w tył, czy czyha na nią człowiek z nożem. Dlatego odcinała grubą kreską puste słowa, a Devona takie były. Póki nie miała szczegółów, dowodów, nie była w stanie mu uwierzyć — wiesz, ile osób mówiło mi miłe słowa, a później mnie oszukali? — uniosła do góry jedną brew, spoglądając na niego wyczekująco. Przez głowę przeszły jej wszystkie osoby, na których się zawiodła, na których nie mogła liczyć. Ba, nawet nie chciała tego robić. Bolało ją to za każdym razem, kiedy patrzyła im w oczy drugi raz.
Daj spokój, pewnie nazywałeś mnie gorzej — mruknęła, wykrzywiając usta. Im dłużej do niej mówił, tym bardziej zastanawiała się, czy nie znajduje się w jakiejś symulacji. Przecież nie można mieć w głowie takich, urojonych rzeczy — kurwa Devon, w jakiej grze? — spytała, uderzając dłonią w blat. Dało się usłyszeć głośny brzdęk szkła, a w jej oczach zobaczyć można było wściekłość — przestań jebać metaforami, po prostu chcesz mi mydlić oczy, co? — kącik ust jej niebezpiecznie drgnął z irytacji. Próbowała nad sobą panować, ale spotkania z bajkopisarzami dawno ją znudziły.
Komentuję jedynie to, co widzę i słyszę — skwitowała krótko, odwracając głowę. Alkohol był dla niej bardziej przekonujący. Może dlatego upiła z niego kolejny łyk, delikatnie zatapiając usta. Liczyła, że Devon zniknie. Nic tylko darli koty, a on próbował się przed nią korzyć, opowiadać niestworzone historie.
Możliwe — przyznała całkiem szczerze. Na kilka sekund zamilknęła, ale odwróciła głowę w jego stronę, unosząc delikatnie oba kąciki ust — gdybym zrobiła to samo, nie odpisałbyś mi tego samego? — spytała, przekręcając delikatnie głowę. Co mogła mu więcej powiedzieć? Nic. Oboje działali na siebie jak czerwona płachta na byka.
Już miała prychnąć na jego kolejne słowa, ale zobaczyła to. Kącik ust delikatnie jej drgnął, a twarz spoważniała. Powoli traciła chęć walki. Coraz bardziej zaczęła się zastanawiać nad tym, co powinna zrobić, jaki ruch wykonać. Devon Koncecny pierwszy raz sprawił, że ona zamilknęła. Rzadko komu się to udawało.
Zmartwiła się. Widać to było to w jej oczach, po minie, a nawet w spięciu każdego mięśnia. Bo co jeżeli on cały czas mówił prawdę?
Devon... — zaczęła lekko łamiącym głosem — kto Ci to zrobił? — mówiła ciszej, jakby bojąc się o samą siebie, ale też o niego. Nie był dla niej przypadkowym człowiekiem, lubiła go, ale wcześniej nie mogła uwierzyć w jego słowa — co Ci zrobili? — dopytała, marszcząc brwi. Nie ze złości, a z troski.
Byłeś z tym na policji? — spytała cichszym tonem, nie wiedząc, co powinna powiedzieć. Przegryzła dolną wargę. Ta rana wystarczyła, by wytrzeźwieć w jednym, krótkim momencie. Nabrała powietrza do płuc, zastanawiając się, co powinna zrobić dalej, co powiedzieć. Zamilknęła, czując narastające napięcie. Bolało ją serce, kiedy wpatrywała się w Devona. Nie skomentowała słów o studiach. Nie miała po co, pierwszy raz skupiła się przede wszystkim na nim.
Skąd wiesz? — spytała szczerze. Jedna rana, która mogła być spowodowana czymkolwiek, wiele zmieniała — może raz poczułam, jak to być tą drugą i nigdy nie chcę tego powtórzyć? — odwróciła wzrok. Nie chciała więcej powiedzieć, wystarczyło jej tylko nieprzyjemne kłucie w sercu.

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: wt sty 13, 2026 1:00 am
autor: Devon Koncecny
Gdyby był polskim (i nie tylko) uczniem, swoje życie przypisałby do szekspirowskiego Makbeta, któremu również obiecano władzę i tytuły, który po latach zaczął widzieć krew na swoich rękach, której z czasem nie potrafił zmyć, zatracając się w swoim obłędzie niczym Lady Makbet. Problem polegał na tym, że byli jednak w Toronto, a wydarzenia, które miały miejsce, nie były tylko zwyczajną opowiastką czy legendą którą straszyło się niegrzeczne dzieci. Wszystkie te zdarzenia; morderstwa, zaginięcia, szantaże czy tajemniczo niewyjaśnione sprawy były jedynie częścią wielkiej układanki, do której należał i z której wyjście oznaczałoby dla Devona samą śmierć. Nie znał nawet w historii człowieka, któremu udałoby się wydostać z tego bagna i rozpocząć życie na nowo. Prawda była taka, że ludzki umysł nie był gotowy widzieć tego, co członkowie sieci widzieli każdego dnia; i tego, co w psychologii potocznie nazywało się traumą, a dla niektórych PTSD. Sam Devon mógłby przyznać, że wydarzenia, których był świadkiem, równały się widokom znanym żołnierzom na wojnie: których zmuszano do strzelania do cywilów, i którym potem jakby nigdy nic kazano wrócić do normalnego życia, zapominając o wszystkich mrożących krew w żyłach widokach.
- Fasada? A widziałaś mnie kiedyś żartującego z takich spraw? - zapytał, próbując przypomnieć sobie pojedyncze chwile z czasów ich studiowania. Problem polegał na tym, że takich chwil nie było wcale. Owszem, na studiach był typem spontanicznego chłopaka, podchodzącego do edukacji w luźniejszym tonie niż większość studentów prawa, którzy poświęcali cały swój czas nauce. Zdarzało mu się żartować, ironizować czy wręcz bojkotować niektóre zajęcia, zarzucając na siebie łatkę studenckiego durnia. Jednak gdy dochodziło do zajęć praktycznych, w których należało wcielić się w różne role, potrafił założyć swoją poważną maskę i wszystkimi możliwymi sposobami; nawet tymi niezbyt dozwolonymi zdominować oponentów, pozostawiając za sobą niesmak w spojrzeniach innych. - Ja nie jestem jak inni. Kto jak kto, ale ty powinnaś wiedzieć o tym doskonale! - burknął na samo wspomnienie słowa inni. Czuł się oburzony tym określeniem, zwłaszcza że rzeczywiście był typem, któremu najrzadziej zarzucano zachowywanie się jak reszta, co prowadziło do wielu niesympatycznych konsekwencji.
- Przy tobie jestem szczery. Ale jak nikt inny potrafisz wyprowadzić mnie z równowagi do tego stopnia, że czasem kusi mnie rzucić wiązanką niekulturalnych określeń - odparł, delikatnie uśmiechając się kącikami ust. Miał do niej słabość, choć jednocześnie potrafiła swoim zachowaniem doprowadzić go na skraj cierpliwości, sprawiając, że po języku chodziły mu uszczypliwe, ironiczne komentarze, nie po to by ją zranić, lecz by odpowiedzieć na chamstwo, którym tak chętnie się posługiwała. - Gdybym mógł powiedzieć ci prawdę… to i tak bym nie chciał. Wiesz dlaczego? Bo cholernie mi na tobie zależy. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby stała ci się krzywda. Nie możesz mi ten jeden raz w pełni zaufać, nie robiąc z siebie prywatnego detektywa? - dorzucił ostrzej. W takich okolicznościach nie spodziewał się, by ktokolwiek potrafił zachować cierpliwość. Gdyby wyznał jej całą prawdę; nawet ocenzurowaną, bałby się, że to ją zmiecie z planszy. Problem polegał jednak na tym, że i tak nie mógł tego zrobić. Sieć, do której należał od tylu lat, nie miała jednej stałej siedziby możliwej do namierzenia na mapach Google. Była grupą ludzi spotykających się maksymalnie raz w tym samym miejscu. Doskonale wiedzieli, co jest na szali i jakie konsekwencje groziłyby wielu z nich, gdyby prawda naprawdę wyszła na jaw. Czasem sam zastanawiał się, czy ludzkość byłaby gotowa na mrok, który do tej pory znano jedynie z gangsterskich i kryminalnych filmów, uznawanych za fikcję.
- Zatem czasem lepiej, żebyś nie komentowała, tylko uwierzyła - poprosił, mając nadzieję, że choć ten jeden, jedyny raz by mu zaufała. Nie chciał narażać ani Lacey, ani Cherry, ani nikogo, komu mogłaby stać się krzywda z jego winy. Właśnie dlatego podczas ostatniej akcji postanowił się poświęcić i stanąć w obronie bezbronnej kobiety. Widział już zbyt wiele ludzkiej krzywdy i nawet ktoś tak zepsuty jak on w końcu pękł, dostrzegając brutalny świat kreowany przez P I E N I Ą D Z E. Brzmiało to jak teoria spiskowa, wyjęta z kanonu opowieści ludzi żerujących na naiwności innych, lecz w tym przypadku powiedzenie, że w każdej teorii tkwi ziarnko prawdy, okazywało się boleśnie trafne. - I nie. Nie zrobiłbym tego osobie mi bliskiej - dodał. Z boku mógł wyglądać jak mężczyzna zdradzający partnerkę z kochanką. Tyle że ani z Lacey nie tworzył związku opartego na miłości, ani Cherry nigdy nie chciał traktować wyłącznie jako kochanki. Choć Devon sprawiał wrażenie mężczyzny wielbiącego towarzystwo pięknych kobiet, w rzeczywistości był tylko pogubionym człowiekiem, pragnącym spokoju w świecie, w którym popełnione przez niego błędy kosztowały podwójną karę. Jedną były wyrzuty sumienia, drugą związek z Lacey, który służył jedynie ucieczce przed rozstaniem z June.
- Kto? Powiedzmy, że była to kara za to, że nie udało mi się przekonać cię do podpisania dokumentów. W oryginalnej wersji miałem użyć gróźb, szantażu… a nawet, jak to określili, siły. Ale… - zawahał się, czując, że powiedział już o kilka słów za dużo. Byli w miejscu, w którym w każdej chwili ktoś mógł ich podsłuchać, nagrać i przekazać informacje odpowiednim ludziom. Nie chodziło już o to, w co był zamieszany, lecz o to, jak odkręcić sytuację, by nikt z jego otoczenia nie został w to wciągnięty i potraktowany tak, jak jego pracodawcy lubili najbardziej. - Na policji? Chcesz, żeby następnego dnia znaleźli mnie w kaftanie? - zapytał retorycznie. Nie wiedziała, jak daleko sięgały macki jego pracodawców od straży, policji, a nawet lekarzy i pielęgniarek w publicznych szpitalach.
- Skąd wiem? Patrzysz na mnie za każdym razem, jakbym miał zaraz wyrządzić ci najgorszą krzywdę. Każdy twój gest i każde słowo brzmią tak, jakbym był najgorszym, co cię w życiu spotkało - odparł, czując ból w klatce piersiowej. Najgorsze było to, że nie był to zwykły dyskomfort po odniesionej ranie, lecz coś znacznie głębszego; ból odczuwalny jeszcze bardziej niż jakiekolwiek fizyczne cierpienie. - Nigdy nie traktowałem cię jak tej drugiej. Co chcesz ode mnie usłyszeć? Że nie układa mi się z Lacey? Że jestem durniem, wiążąc się z kobietą, do której prawdopodobnie nigdy nic nie czułem? Że tkwię w tym, bo nie potrafię jej zranić? - powiedział pierwszy raz w swoim życiu, mocno i prosto z serca. Przez sekundę chciał chwycić ją za rękę, lecz w ostatniej chwili się wycofał. Może miała rację. Może naprawdę wyglądał jak ktoś, kto traktuje ją jak tę drugą. Może po prostu nie potrafił już okazywać uczuć, skrywając się za własną skorupą.
Cherry Marshall

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: śr sty 14, 2026 6:57 pm
autor: Cherry Marshall
Devon Koncecny

Przechyliła głowę, próbując zrozumieć perspektywę Devona. Tylko że nie mogła tego zrobić. Zbyt wiele ludzi na jej drodze ją oszukało, zbyt wiele razy dała się nabrać. Charity bywała durna. Czasami za łatwo zaczynała ufać innym ludziom. Przez to często obrywała po pośladkach. Nie chciała popełnić tego błędu z Koncecny'm. Chociaż wystarczyło jedno, krótkie spojrzenie, by mogła mu uwierzyć. Coś na jego twarzy, coś w tonie głosu przemawiało na jego korzyść.
Devon, kurwa... — zaczęła Charity, czując, że powoli wszystkie karty z jej rąk są wytrącane. Znała go. Mógł zachowywać się luźno, momentami miał w sobie coś z żartownisia, ale finalnie zmienił się. Każde z ich duetu wydoroślało, inaczej myśleli, inaczej mówili. Ona była prezeską próbującą wytrwać na stołku, a on adwokatem ludzi spod ciemnej gwiazdy — jesteś adwokatem, każdy wie, że potraficie kłamać — stwierdziła finalnie. Musieli umieć ukrywać fakty, mówić półsłówkami, a ona była na to wyczulona. Zwłaszcza kiedy ktoś zajmował się zawodowo kryciem innych. Dlatego przy Devonie poziom ostrożności wchodził na zdecydowanie wyższy poziom — chyba nie zdajesz sobie sprawę, jak ludzie potrafią zranić — Devon też potrafił. Każdy ranił bliskie osoby. Niezależnie od momentu życia, w którym obecnie się znajdywał. Kiedyś mogli się ze sobą kolegować, ale czas wszystko maskował. Obecnie traktowała go bardziej jak zagrożenie, nawet jeśli nie chciała. Zresztą z każdym kolejnym jego słowem utwierdzała się w tym.
To rzuć — mruknęła Charity. W złości tkwiły prawdziwe emocje, a one musiały być prawdziwe, w nie by uwierzyła. Trudno było za to zrobić, kiedy opowiadał bzdury. Miała ochotę zagadać barmana, żeby podał jej folię aluminiową, żeby wykonać Koncecny'emu czapeczkę typowego foliarza. Im dłużej mówił, tym jej brwi coraz bardziej unosiły się ku górze — Devon, brzmisz, jakbyś przedstawiał teorię typowego płaskoziemca — musiała to skwitować w ten sposób. Nie była w stanie się powstrzymać przed ugryzieniem się w język. Za mało szczegółów, zbyt mało mięsa, w które mogłaby się wczepić, by pogłębić analizę. Teraz dostawała jedynki ogryzki. Nie były one dla niej wystarczające.
Devon... — zaczęła Charity, marszcząc brwi. Słów powoli zaczynało jej brakować, kiedy wpatrywała się w mężczyznę. Sama nie wiedziała, co powinna mu powiedzieć, w jaki sposób skleić słowa. Finalnie krótko westchnęła, nie wiedząc, w jaki sposób zareagować. Im dłużej trwała ta rozmowa, tym bardziej miała wrażenie, że w jego słowach mogła kryć się prawda. Nie żadna obłuda, nie żadna iluzja, a coś co gdzieś głęboko mogło okazać się prawdziwe — a kim ja niby dla Ciebie jestem? Koleżanką ze studiów? — tego dalej nie potrafiła zrozumieć. Dlaczego widział w niej kogoś wyjątkowego, skoro odkąd pamiętała darli ze sobą koty. Nie mogli zrozumieć się w najprostszych rzeczach. Kiedy obok był alkohol, wszystko wydawało się łatwiejsze. Jakby był jednym katalizatorem, umożliwiającym im wspólną rozmowę.
Ale? — musiała ciągnąć go za język, jeśli chciała poznać prawdę. Zdążyła już tego doświadczyć, a teraz jedynie się w tym utwierdzała. Coś w klatce piersiowej ją kuło, bo zaczynała się o niego martwić, tylko to uczucie musiała poddać racjonalizacji — jak chcesz szczerości i zrozumienia niczego nie powinieneś przede mną ukrywać — stwierdziła finalnie Marshall. Nie obchodziło ją, jak niewygodna może być prawda, że mogłaby spowodować zniknięcie jej ze świata, jak za odjęciem magicznej różdżki — skąd mam wiedzieć, że to nie był wypadek samochodowy? — spytała finalnie. Nie widziała tej rany w pełnej okazałości. Obserwowała jego zmęczenie, niemoc, próbę zrozumienia, a jednak nie mogła w to do końca uwierzyć.
Nie chcę. — mruknęła pod nosem, opuszczając głowę. Powoli miała dosyć ciągłego przepychania się łokciami. Choć trudno było jej w to uwierzyć, to czy zadawałby sobie tyle trudu, by mu uwierzyła?
Bo mnie podrywasz, a jesteś zajęty — a tym się brzydziła — skoro się kogoś nie kocha, to się nie jest z nim w relacji — powiedziała spokojnym tonem, obserwując go badawczo. Zamilknęła. Próbowała złożyć myśli, by zrozumiał, o co jej chodziło — nie mówi się też innym, że... — głos jej przez chwilę zadrżał — są ładne, są bliskie — nie kiedy jest się z kimś. Nie wiedziała, na jakich zasadach opierała się ich relacja. Czy naprawdę opierała się jedynie na przywiązaniu, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie?
Którąś z nas traktujesz jak tą drugą — powiedziała cichszym tonem, spuszczając głowę. Nie miała mu odwagi spojrzeć prosto w oczy. Mocniej ścisnęła palce dłoni, by móc się skupić, by powiedzieć kolejne słowa — jeśli miałbyś honor, to... — bała się wypowiadania własnych myśli. Jak dotąd po tym zaczynała się kłótnia, której nie dało się zatrzymać.
Nikomu byś tego nie robił — wypowiedziała to. Pierwszy raz od kilku minut uniosła wzrok, by spojrzeć Devonowi w twarz. Jej słowa mogły zaboleć, miały to zrobić, ale ona nie wierzyła w relacje budowane na innych.
Na studiach byłeś wpatrzony w June i nie widziałeś poza nią świata — potrafił kochać, był porządnym facetem, a pierwszy raz miała wątpliwości. Mogło mu się nie układać z Lacey, ale... — teraz wyglądasz, jakbyś chciał skoczyć sobie w bok, a mnie takie układy nie pasują — chciała móc uwierzyć w prawdziwą miłość. Tylko tyle potrzebowała od życia. Skoro do niej kierował tak piękne słowa, to czy mógłby zrobić to samo w stosunku do innych kobiet?

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: pn sty 19, 2026 3:33 am
autor: Devon Koncecny
Może miała rację twierdząc, że Devon był ostatnią osobą godną zaufania. W końcu zachowywała się normalnie; miała swoje zasady i nie wchodziła w relacje z kimś, kto teoretycznie był zajęty. Nawet jeśli jego związek z Lacey istniał już tylko formalnie, tak w praktyce wciąż pozostawała jego partnerką, a on sam nie potrafił całkowicie z niej zrezygnować. Nawet jeżeli nigdy nie opierali się na szczerej, prawdziwej miłości, tak do ciemnowłosej wciąż czuł słabość, która nie pozwalała mu na ostateczne rozstanie. Najgorzej wyglądała jednak sytuacja z Cherry, ponieważ to ją darzył prawdziwym uczuciem, którego nie czuł od lat, przypominająca mu okres, gdy po raz pierwszy i jedyny w swoim życiu był w kimś naprawdę zakochany.
- No właśnie… nie widziałaś - odrzekł momentalnie na jej przekleństwo. Można było pomylić się wobec niego wielokrotnie, zwłaszcza że dla osób obcych zdawał się być mroczną, tajemniczą i trudną do przeczytania personą. Jednak jeżeli chodziło o kłamstwo, nigdy nikogo zawodowo nie okłamał. Devon, choć często wydawał się gburowaty i ponury, tak stosował się do zasad; gdzie nie szanował nikogo, kto uciekał się do oszustwa w celu osiągnięcia prawniczego sukcesu. Potrafił używać takich określeń, takich sformułowań czy takich zdań, że często wydawały się one fałszem, choć w rzeczywistości była to czysta prawda zgodna z jego sumieniem. - Dobry adwokat nie musi kłamać. Nie pamiętasz, jak próbowali nam to wkuć? Problem w tym, że niektórzy za bardzo zatracili się w słodkim kłamstwie, zamiast w bolesnej prawdzie. Nigdy nie potrzebowałem kłamać, by być najlepszym - odparł na jej zarzuty wobec kłamstw w zawodzie prawnika. W większości miała jednak rację. Znaczna część najlepszych prawników których znał, byli to ludzie, którzy dla dobrego honorarium gotowi byli zaprzedać duszę diabłu, jeżeli odpowiednia suma pieniędzy potrafiła zaspokoić ich nadmierne pragnienia. Jednak dla Devona pieniądze miały znaczenie tylko na początku drogi. Może właśnie szybkie dorobienie się fortuny sprawiło, że nigdy nie potrzebował tanich sztuczek, by odnosić sukcesy. Może te wszystkie zera na jego koncie powodowały, że widząc dzisiaj próby oszustwa, jedynie delikatnie uśmiechał się pod nosem, gotów zostawić każdego z nich bez żadnych szans podczas sądowych batalii. - Ranić? Charity, jesteśmy prawnikami. Wiadome, że jednych zadowalamy, by drugich krzywdzić. Takie jest życie, nie zmienimy tego - odparł boleśnie, ale prawdziwie. Gdyby Charity tylko wiedziała, co widział, co przeżył i czego był świadkiem, szybko zrozumiałaby, że życie było jeszcze mroczniejsze i bardziej bolesne, niż się wszystkim wydawało. Tylko że Marshall była już dla niego zbyt ważna, by kiedykolwiek poznać prawdę, nawet jeżeli miałaby się do niego już nigdy nie odezwać.
- Nie - mruknął w stronę kobiety. Może w skorupie tego zimnego i twardego na zewnątrz mężczyzny faktycznie ukrywał się ktoś, kto potrzebował bliskości i zrozumienia. Niestety, zawodowo otaczał się ludźmi, którzy w większości byli jedynie pionkami a ich obecność mogła wyrządzić jedynie więcej problemów niż pożytku. Czuł, że dla kogoś spoza tego świata wszystko to brzmiałoby jak opowieści człowieka owładniętego teoriami spiskowymi, gdzie prawda była jednak znacznie mroczniejsza, niż mogłoby się komukolwiek wydawać. - I może dobrze że tak brzmię. Może pozostańmy na tym? - westchnął jedynie zastanawiając się nad sensem opowiadania jej wszystkiego. Nawet gdyby chciał wszystko opowiedzieć, z troski zapisałaby go do psychiatry, obawiając się, że zwariował albo był pod wpływem silnych, nielegalnych substancji.
- Kim jesteś? Kimś dla mnie najważniejszym. A kim chciałabyś być? - zapytał zaciekawiony. Powoli nie miał już sił, by się tłumaczyć, prosić, a nawet błagać. Chciał tylko, by trzymała się od możliwej sprawy z daleka; nie była już tylko znajomą, koleżanką czy nawet przyjaciółką. Nigdy nie traktował jej przez pryzmat oponentki ani znajomej z czasów studiów, lecz przez pryzmat kobiety, do której czuł słabość. Przez problemy z uczuciami bał się wykonać kolejny krok, może dlatego, że nie chciał jej zranić. A może dlatego, że jego obecność zawsze niosła ból: najpierw June, potem Lacey, a teraz być może również i Cherry.
- Ale i tak byś mi nie uwierzyła, gdybym powiedział ci prawdę - dodał na swoje poprzednie słowa. Większość by mu nie uwierzyła. Sam się temu nie dziwił; stał pomiędzy wyborem, który dla nikogo nie był prosty. Bezpieczeństwo, zagrożone obrazą ze strony kobiety, czy prawda, której nie wiadomo, czy byłaby w pełni zrozumiana. - Bo… - nie dokończył. Wstał powoli z krzesła i stanął naprzeciwko niej, przesuwając się na tyle blisko, że ich czoła niemal się zetknęły. - Nie chcę, żebyś przez to cierpiała. Mogę powiedzieć prawdę, ale jestem pewien, że wtedy uciekniesz bez słowa. I zapytam jeszcze raz. Czy kiedykolwiek cię w czymś okłamałem?
Poczuł się źle na dźwięk jej kolejnych słów. Nie lubił tej kwestii, zwłaszcza gdy zarzucała mu coś, o czym nie miała pojęcia. - Nie wiesz jak to wygląda, więc proszę, nie oceniaj mnie. Nie chcę się zabawić, nie chcę cię zaciągnąć do łóżka ani nie chcę niczego, co mogłoby cię zranić - odparł krótko na wszystkie jej zarzuty. Zrozpaczony wrócił na swoje miejsce zamawiając od razu kolejnego drinka. Po chwili jednak spojrzał się na kobietę dodając - Nie traktuje żadnej jako drugiej. Nie znasz prawdy o mnie i Lacey… - nie dokończył. Był ciekaw, czy znała kiedyś parę, która była ze sobą tyle lat co on z Tadwell i która, tak samo jak oni, nie darzyła się już żadnym głębszym uczuciem.
Cherry Marshall

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: pn sty 19, 2026 11:14 pm
autor: Cherry Marshall
Devon Koncecny

Strzeliła oczyma, nie mogła się przed tym powstrzymać. Devon był dla niej zagadką, której nie potrafiła rozwikłać w żaden rozsądny sposób. Z jednej strony chciała móc mu uwierzyć, z drugiej strony robił to źle. Cholernie źle. Jakby, o zgrozo, nie potrafił jej zrozumieć, widział jedynie czubek własnego nosa. Groził jej zniknięciem, a teraz co? Próbował przekonać ją nieskutecznie do siebie.
Wow Devon, to nie jest istotne — mruknęła pod nosem Charity, a na jej twarzy wymalował się grymas. Mógł sobie nie żartować, ale tworzył przepiękną wizję, nie mającą żadnego, racjonalnego pokrycia. Jedynie piękne słowa wokół, których krążył bez celu. Tylko Cherry była już zbyt dorosła, żeby uwierzyć bez żadnych dowodów.
Niemówienie o problemie nie znaczy, że on zniknie — mruknęła pod nosem, słysząc cały jego wykład dotyczący adwokatów. Cieszyła się, że wyszła z tego świata. Czuła się lepiej, kiedy zajęła się w stu procentach rodzinną korporacją. W niej miała mniej fałszu. Ze studiów wyniosła wiedzę, z której korzystała na co dzień, a do adwokatów została jej jedynie niechęć — to też zalicza się do kłamstwa — stwierdziła Charity, przekrzywiając usta. Nie wierzyła w żadne słowo, które Devon do niej kierował. Piękne bajki słuchała, kiedy była dzieckiem, a nie teraz — każdy człowiek potrafi ranić, a najbardziej można spodziewać się od tego, kto nie potrafi pojąć konsekwencji własnego działania — warknęła finalnie. Znowu chciała szczekać, trącić go ramieniem, szarpnąć, wypowiedzieć coś głośno. Przekleństwo w niczym by jej nie pomogło, ale wyraziłoby uczucia. Nie potrafiła mu zaufać.
To nie pierdol, że coś mi grozi — burknęła, kręcąc głową. Aż chciała prosić barmana o folię aluminiową, żeby założyć ją Devonowi na głowę. Nie potrafiła go zrozumieć. Jeśli faktycznie by mu zależało, powiedziałby coś więcej. Za to wolał postawić między nimi ścianę, która dla Charity była nie do przekroczenia. Z każdym kolejnym jego zdaniem jedynie się w tym utwierdzała.
Kimś najważniejszym? — parsknęła, nie mogła się powstrzymać. Zaraz zaśmiała się pod nosem. Ta cała rozmowa już bardziej zaczynała ją bawić — Devon, osobom, które są dla Ciebie ważne, mówi się prawdę — powiedziała twardym głosem, takim który nie znosił żadnego sprzeciwu — nieważne jak brutalna, by nie była — mogła od niej umrzeć, mogła uciec, ale to byłby JEJ wybór — teraz nikim, bo jedynie tchórze nie potrafią mówić — syknęła, patrząc mu prosto w oczy. Kłamstwo na kłamstwie, kłamstwem utkane. Porównania mogłyby lecieć niczym z chata, na to już żadnych słów nie było.
Teraz to robisz — rzuciła twardym tonem, wbijając w niego ostre spojrzenie — nie mówiąc mi, oszukujesz mnie — czasami brak deklaracji, czy słów potrafił ranić równie dotkliwie co najostrzejsze słowa. Od tego nie było ucieczki. Można było jedynie popłynąć wraz z prądem.
To powiedz mi w końcu jakąś prawdę — brzmiała, jakby właśnie dała rozkaz jednemu ze swoich podwładnych — mówienie pierdolonych półsłówek, to też kłamstwo, bo mnie oszukujesz — nic z tego co powiedział tego wieczoru, nie mogła potraktować poważnie. Była to jedynie mrzonka, o której następnego dnia będzie mogła zapomnieć.
Chcesz to wyjdę i spędzisz miło wieczór, Devon — mruknęła, słysząc jego prośbę — jedyne czego potrzebuję to pierdolonej szczerości, a ty wolisz się kryć za pięknymi słowami — powtórzyła raz jeszcze — powiedziałbyś jeden pierdolony konkret. Owszem, nie wiem, jak jest. Za to słyszę, że jestem dla Ciebie najważniejsza — prychnęła, nie mogła się powstrzymać. Chwyciła za szkło i wypiła resztę drinka na raz. Temu panu mogła już podziękować. Nie usłyszy nic poza bezsensownym kręceniem nosa — chyba mam dosyć — wstała, odsuwając za sobą krzesło barowe. Stała, wpatrując się w Devona. Jedyne czego od niego oczekiwała to szczerości. Nie potrzebowała pięknych słów, wielkich obietnic, liczyła się dla niej prawda, nieważne jak bardzo mogła ją zranić.

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: sob sty 24, 2026 2:53 am
autor: Devon Koncecny
Ciężko było nie zachowywać się w ten sposób w sytuacji, kiedy miało się nóż przy gardle, a każdy dzień był jak tykająca bomba, oczekująca już tylko na wybuch. On również czuł się z tym wszystkim źle, ponieważ nie był mężczyzną, który przepadał za gierkami słownymi, a był raczej tym, który uwielbiał mówić wszystko wprost. Tylko czy sama Cherry by mu uwierzyła, gdyby wyznał jej prawdę? Już teraz przypominał obłąkanego mężczyznę, wierzącego, że światem rządzą potajemne organizacje, które za pomocą pieniędzy sterują wszystkim zza kurtyny władzy.
- Nie jest istotne? Dla mnie jednak jest - odparł, poirytowany zaistniałą sytuacją. Nie lubił, gdy ktoś podważał jego podejście, próbując obrócić je w ogólnikową definicję zawodu adwokata. Może i potrafili kłamać, ale Devon od zawsze nie był jak każdy typowy prawnik z Toronto czy innych miejsc. Już od studiów wyróżniał się swoją innością i właśnie ten styl oraz takie podejście pozwoliły mu dojść do miejsca, w którym właśnie był. Choć bywały też takie dni, w których rozmyślał, czy nawet jego zawodowa kariera nie była jednym wielkim kłamstwem, a on sam nie zdobył reputacji nie dzięki swoim umiejętnościom, lecz przez ludzi, którym tak naprawdę podlegał.
- Naprawdę? Zamierzasz mnie teraz pouczać? Bo powiedzenie wszystkiego na głos nagle rozwiązuje wszystkie problemy? Nie żyjemy w świecie fikcji - odparł, wzdychając na dźwięk jej słów. Widział już wystarczająco dużo, by nie wierzyć, że dobro zawsze wracało albo że prawda zawsze zwyciężała. Nigdy jej nie okłamał i gdyby mógł powiedzieć jej wszystko, zrobiłby to bez mrugnięcia okiem. Ale niestety tak dobrze nie było. Znał faktyczną wagę każdego wypowiedzianego słowa i możliwe konsekwencje, które mogły dosięgnąć nie tylko ich, ale też ich najbliższych. - Znam smak możliwych konsekwencji aż za dobrze - powiedział cicho, mając nadzieję, że wypowiedziane słowa nie były przez nią słyszalne. Co by mu to dało, gdyby teraz wyjawił jej całą prawdę? Pomogłaby mu? Wątpliwe, zwłaszcza że jej charakter nie ułatwiłby im rozwiązania jego problemu. Na dodatek kluczowo nie pomagał fakt, że była mocno powiązana z głównym celem jego przełożonych, ponieważ reprezentowała interesy osoby, która torowała im drogę w realizacji ich mrocznego interesu.
- Takie śmieszne? - zapytał, czując jak na dźwięk jej parsknięcia uniosła mu się brew. Wiadomo było, że teraz brzmiało i wyglądało to śmiesznie, ale nawet takie osoby jak Devon potrafiły czuć słabość do drugiej osoby. Cherry od zawsze była mu wyjątkowa, lecz jego skorupa powstała po rozstaniu z June, przez długi czas nie pozwalała mu na większy angaż w jakiekolwiek relacje, krzywdząc przy tym Lacey, której prawdziwie nigdy nie kochał. - No to najwidoczniej pomyliliśmy się co do siebie. Bo skoro ty nie potrafisz mi zaufać i zarzucasz mi teraz kłamstwo, to może faktycznie powinniśmy się unikać? - powiedział zrezygnowany. Ciężko było mu opowiadać o uczuciach, kiedy po raz drugi w swoim życiu był całkowicie rozłożony emocjonalnie i fizycznie oraz pozbawiony jakichkolwiek chęci. Starał się ją bronić, ale robił to w taki sposób, który Marshall interpretowała jako tchórzostwo i strach, gdy tak naprawdę po raz pierwszy starał się zachować jak mężczyzna, chroniąc kobietę, na której naprawdę mu zależało. - Nie dogadamy się. Ty masz swoją rację, a ja swoją - dopowiedział, a następnie przez dłuższy moment w ciszy spoglądał jedynie na kobietę.
Przez kolejną chwilę wsłuchiwał się w jej słowa, starając się wszystko przemyśleć. Z jednej strony część z nich rzeczywiście pokrywała się z prawdą, z drugiej jednak nie potrafiła zrozumieć, że jakiekolwiek pojedyncze słowo w tym przypadku mogło sprowadzić na nich falę nieszczęść i to takich, o których nawet nie mieli pojęcia. Szczególnie skupił się na tym, gdy kazała mu powiedzieć jakąkolwiek prawdę, co początkowo odebrał jako atak, lecz po chwili zrozumiał, o co naprawdę prosiła. Gdy w końcu chciał coś powiedzieć, zauważył jedynie wstającą z miejsca kobietę, która całkowicie zdenerwowana zamierzała wyjść z baru. Nie czekał ani chwili i momentalnie chwycił ją za dłoń przyciągając w swoją stronę. Nie myślał. Nie kontrolował siebie. Chwycił jej twarz w swoje dłonie, a następnie przybliżył się i zaczął ją namiętnie całować. Pierwszy raz odkąd się poznali, postanowił ją pocałować; nie krótko, lecz długo i bardzo intensywnie, zapominając nagle o wszystkich cholernych problemach gotujących się wewnątrz niego. Gdy skończył, oparł swoje czoło o jej i spojrzał w jej oczy. - To jest prawda, której oczekiwałaś? - wyszeptał powoli, a następnie wyciągnął kilka papierowych dolarów z kieszeni i położył je na ladzie. Nie mówiąc już nic więcej, bez żadnego pożegnania wyszedł z baru, gdzie dopiero po chwili uświadomił sobie, co tak właściwie się wydarzyło.


/zt Cherry Marshall

a mogłaś wszystkiemu zapobiec

: czw sty 29, 2026 6:58 pm
autor: Cherry Marshall
Devon Koncecny

To niech będzie — dla niej nie było i nie będzie. Devon przypominał przepiękne, szklane miasta Żeromskiego, ale nie czuła w nim nic prawdziwego — koniec tematu — warknęła krótko, wpatrując mu się prosto w oczy. Dla niej samo pojawienie się go przy jej boku, powodowało mocną migrenę, aż żyłka pojawiła się i zaczęła pulsować na czole Cherry. Nabrała głębokiego oddechu, bo im dużej mówił, tym bardziej chciała strzelać oczami. Ile można było słuchać takiego pierdolenia?
Ale powiedzenie czegoś na głos świadczy o odwadze i próbie okazania zaufania drugiej osobie — o tym że relacja ma znaczenie — pierdolą mnie konsekwencje — byli kumplami ze studiów, często ze sobą rywalizowali. Ona nigdy nie zatrzymywała się nawet przez krótki moment. Nie zastanawiała się nad sensem tej relacji. Po prostu dawała naturalnie jej płynąć. Tylko zbyt często Devon krył się, nie mówił całości, a Cherry nie byłaby w stanie znieść ani chwili w niepewności.
Trudno mi to sobie wyobrazić, skoro masz dziewczynę, Devon — wycedziła wprost. Wydawało się Cherry, że zaczyna mówić jak zdarta płyta. Co chwile powtarzała to samo praktycznie do znudzenia — widocznie tak Devon. Milczenie oraz półsłówka też są kłamstwem, mama Cię tego nie nauczyła? — spytała, unosząc do góry jedną brew. Aż jej niebezpiecznie drgnęła. Za każdym razem mama Marshall wkładała im to do głowy. Najważniejszą wartością człowieka jest umiejętność przyznania się do własnych błędów oraz słabości, nawet jeśli było to piekielnie trudne — czy twój mózg został przeżarty prawnicze środowisko? — nie mogła się powstrzymać. Znał smak konsekwencji aż za dobrze? A on co? Grał w jakimś kiepskim filmie akcji?
Ktoś mądry zadał Charity bardzo mądre pytanie: wolisz mieć rację, czy relację?. Na psychoterapii bardzo mocno utknął jej ten wers. Momentami za bardzo goniła za wygraną, nawet po trupach, byle usłyszeć przyznanie racji. To zawsze powodowało u niej przyjemne łechtanie ego. Nie ukrywała tego. Wygrana smakowała najlepiej, za to za kompromisami szczerze nie przepadała. Męczyły ją, bo oznaczały obustronną kapitulację.
Krążyła myślami dookoła wywoływanych przez nią samych słów. Nie obchodziło jej, co dokładnie mówił do niej Koncecny. To latało gdzieś pomiędzy myślami a konkretami. Już stała, już chciała wychodzić, kiedy poczuła jego ciepło na własnej dłoni. Zdążyła jedynie unieść delikatnie wzrok, a zaraz smakowała jego usta. Mimowolnie zamknęła oczy i choć w pierwszej chwili chciała się wyrwać, chciała strzelić mu dłonią prosto w twarz, to powstrzymała się. Za to przedziwna siła postanowiła odwzajemnić pocałunek, jakby faktycznie miało być w nim ukryte coś prawdziwego. Nie żadna iluzja, a najczystsza prawda.
On odszedł, a ona musiała zamówić kolejnego drinka. Na trzeźwo nie dałaby rady.

z/t