Strona 2 z 2

I broke my rules for you

: czw sty 15, 2026 9:15 pm
autor: Mindy Montague
Miała łatwiejszy start. Miała renom, którą wcześniej wyrobił jej ojciec.
Montague Paradiso nie było może siecią na skalę światową. Prawdę powiedziawszy do niedawna ograniczało się wyłącznie do kilku lokali w obrębie jej rodzinnej prowincji. Dopóki nie pojawiła się myśl o Toronto, ich rodzinne kasyno nie wykraczało poza rodzinne strony, a przez długi czas Mindy nie wydawało się, że jej ojciec pragnąłby to zmienić.
Koniec końców on też był tradycjonalistą. Lubił to, że jego biznes pociągał za sobą wizję rodzinnego dziedzictwa. Nie był czymś, co było dostępne dla wszystkich, wydawał się w pewien sposób ekskluzywny.
O Toronto nie wspomniał też zresztą, dopóki nie zdarzył się w y p a d e k. Kiedy to jej życie stało się zagrożone, ojciec chyba w końcu się wystraszył, a nie chcąc odsyłać jej na drugi koniec kraju za sprawą błahostki, zlecił jej zadanie, które jako jedyne mogło zatrzymać ją w tym mieście. I zadziałało, ponieważ Mindy jak zwykle chciała mu zaimponować. Pragnęła pokazać mu się z jak najlepszej strony i udowodnić, że cokolwiek by się nie działo, mógł jej zaufać.
Teraz zaś dbała głównie o to, aby to zaufanie podtrzymać.
Dlatego potrzebowała pomocy Victora. Chciała mieć pewność, że ludzie, z którymi nawiązywała współpracę, byli tego warci. Chciała mieć pewność, że nie narażała się w głupi sposób, nie ryzykowała tego, że ktoś zapragnie wzbogacić się jej kosztem, albo nie okaże się agentem pod przykrywką, który starał się rozpracować jej ojca.
W jej kasynie niczego by nie znaleźli, ale czy daleko było szukać powiązań?
Teraz zaniepokoiła się, że część z nich odnaleźć mógłby właśnie on. Nie miała pojęcia, jak wyglądały szczegóły jego zlecenia, zatem nie miała podstaw podejrzewać, że chodziło właśnie o jej ojca, który poza nią samą nie miał większych powiązań z tym miastem, ale mimo to poczuła ten dziwny niepokój.
Czyżby w ten sposób działała intuicja?
Uśmiechnęła się mimo to, a uśmiech ten miała do tego stopnia wypracowany, że nie wypadł ani trochę sztucznie. Na chwilę skupiła uwagę na jedzeniu przyniesionym przez kelnera, w ten sposób chcąc chyba kupić sobie trochę czasu na zastanowienie. Dźgnęła swoją porcję widelcem, na który później nabiła niewielki kawałek. Dopiero po chwili wetknęła go sobie do ust. — Chcesz powiedzieć, że to miałoby być coś w rodzaju praktyki? A kto w tym czasie zastąpi mnie w pracy? — zapytała, spoglądając na niego kątem oka. Sięgnęła po własny kieliszek i upiła z niego kilka kolejnych łyków wina.
Chwilę po tym wypuściła głośniej powietrze, a później zaplotła za ucho kosmyk włosów, który plątał się gdzieś po twarzy. — Ale dla ciebie mogę zorganizować sobie wolny wieczór. W sobotę. U mnie. Tylko poza plikiem papierów będziesz musiał przynieść ze sobą butelkę dobrego wina i zapas jedzenia na wynos. W innym wypadku nawet nie wpuszczę cię do środka — zagroziła, celując w niego widelcem, który trzymała właśnie w dłoni. Uśmiech na jej twarzy sugerował, że wcale nie mówiła poważnie.
Przecież to nie tak, że kiedykolwiek zatrzasnęłaby mu drzwi przed nosem.

Victor Murray

I broke my rules for you

: wt sty 20, 2026 1:33 am
autor: Victor Murray
To, że miała łatwiejszy start od innych, nigdy nie było wyznacznikiem pewnego sukcesu. W końcu większość tych, których napotykał, również zaczynała z lepszej pozycji, a mimo to nie kończyła tak dobrze, jak się to zapowiadało. Niejednokrotnie zdarzało się tak, że dzieci sławnych lekarzy czy prawników przytłoczone rodzinną presją znikały szybciej z wypaleniem zawodowym niż osoby, które wykonywały swój zawód z prawdziwego zamiłowania. Tego wszystkiego obawiał się sam Victor, który nie wyobrażał sobie być jak jego staruszek i dorabiać się fortuny prostszą drogą, która dla niego samego byłaby jedynie ścieżką przez cudze spojrzenia i wieczne porównania do przodków.
Prawdę mówiąc, o narkotykowych półświatkach słyszał wyłącznie z filmów albo z internetowych plotek, których nie należało brać na poważnie. Oczywiście miał świadomość, że taki precedens istniał naprawdę, a ludzie kręcący się wokół potrafili zarabiać na tym gigantyczne pieniądze. Nie miał jednak pojęcia, że po części powiązana z tym była sama Mindy, która w jego ocenie zupełnie do tego świata nie pasowała; wydawała się zbyt delikatna i zbyt piękna, by obracać pieniędzmi lub stać na szczycie biznesowej piramidy. Choć, gdyby ktoś spojrzał na Victora, sam musiałby przyznać, że on również nie nadawał się do świata biznesu, w którym jego ojciec odnajdywał się jak rekin. Może faktycznie wydawał się zbyt zamknięty, nieśmiały i nieuodporniony na ludzką krzywdę, ale zawsze podchodził do życia poprzez prawdę i ciężką pracę, wkładając całego siebie w prowadzenie swojej prywatnej agencji każdego dnia.
Ostatnim, o czym marzył, był otwarty konflikt z kobietą, która tak bardzo mu się podobała.
Zaskoczyło go to, jakie wrażenie zrobiła na nim przy pierwszym spotkaniu. Gdyby potrafił wyznać prawdę, przyznałby bez wahania, że spodobała mu się od pierwszego wejrzenia. Niestety, nie był typem mężczyzny, który umiał zagadać do obcej kobiety wprost i bez skrępowania. Zamiast tego powoli i dyskretnie próbował zdobywać jej zaufanie; najpierw będąc obok, gdy tego potrzebowała, a teraz wspierając ją jako bliski znajomy. Nie chciał tylko wylądować w friendzone. W końcu nikt nie marzył o przyjacielskiej relacji z osobą, która tak często i intensywnie chodziła po jego myślach, sprawiając, że czasem zapominał o całym świecie przez pryzmat… zauroczenia. A może nawet już miłości?
Zaproponował jej ten układ, bo zależało mu na niej jak na nikim… nigdy?
Nie spodziewał się, że za każdym razem, gdy ją widział, jego serce biło dwa razy szybciej. Było to zaskakujące, zwłaszcza że nie przypominał sobie chwil, w których przy Bronte czuł podobne zauroczenie co teraz przy Montague. A było to dziwne, bo do tej pory wspominał blondynkę jako swoją pierwszą i jedyną szczerą miłość. Zdarzały się jednak momenty, kiedy niektóre klientki robiły na nim ogromne wrażenie, jednak przy żadnej nie czuł tego, co teraz przy Mindy, a wcześniej, jak mu się wydawało, do samej Bronte. Teraz jednak musiał się skupić. Nie chciał, by odebrała jego propozycję jako marną próbę podrywu, lecz jako prawdziwą, szczerą i poważną ofertę współpracy; nawet jeśli faktycznie nie miała żadnego doświadczenia. - Nie musimy robić tego całymi dniami. Bardziej myślałem… że może to być ciekawy sposób spędzania przyjacielskiego czasu - odparł na jej słowa. Jeśli mógł połączyć przyjemne z pożytecznym, chciał z nią współpracować. A jeśli pomysł ostatecznie by jej nie przypadł do gustu, zawsze mogli wrócić do klasycznego formatu spotkań, traktując tę propozycję jako luźny żart z jego strony. - O! Serio? W takim razie postaram się przynieść cały karton. Czuję, że kariera detektywa już teraz stoi przed tobą otworem - odpowiedział z radością. Kto by nie chciał współpracować z tak cudowną kobietą?
Mindy Montague

I broke my rules for you

: ndz sty 25, 2026 9:09 pm
autor: Mindy Montague
Nie do końca czuła się tak, jakby była częścią tej dobrze naoliwionej maszyny. Wiedziała już, czym zajmował się jej ojciec, a jakaś jej część przekonana była o tym, że powinna się temu przeciwstawić. Przynajmniej początkowo odzywało się w niej sumienie, które podpowiadało, że angażowanie się w narkotykowe interesy było po prostu z ł e, ponieważ nierzadko ginęli od tego ludzie.
Później jednak zaczęła szukać usprawiedliwienia. Znalazła je w tytoniowych i alkoholowych spółkach, które przecież nie były aż tak napiętnowane, a niejednokrotnie doprowadziły do zniszczenia cudzego życia. Stanowiły źródło tego, co niszczyło rodziny, związki i doprowadzało ludzi na skraj wytrzymałości. Narkotyki nieszczególnie się od tego różniły, zatem dlaczego w oczach innych malowały się jako g o r s z e? Nie rozumiała tego, ale może też wcale nie próbowała, ponieważ w ten sposób mogła wybielić jedyną bliską osobę, jaka jeszcze jej pozostała.
Sama jednak nie brała czynnego udziału w tym procederze, przynajmniej nie świadomie, bo przecież nie mogła ręczyć za to, że ojciec nie podsyłał tu ludzi, którzy w jej kasynie upłynniali pieniądze, które pochodziły z narkotykowych interesów. Być może pomagała je prać, jednak nie robiła tego z premedytacją, dzięki czemu nie miała problemu z tym, by sypiać po nocach. Wydawało jej się, że odkąd przeprowadziła się do Toronto, wiodła całkiem spokojne i normalne życie. Uciekła od tego, co było w nim złe.
To jednak przypomniało o sobie dzisiejszego wieczora.
Nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna to rozegrać, ponieważ zmieszało ją przede wszystkim to, że osobą, która po raz pierwszy od dawna postawiła ją pod ścianą, był właśnie Victor. Ten sam, któremu ufała niemal bezgranicznie, ponieważ ich znajomość sięgała czasów jeszcze sprzed jej przeprowadzki. Czuła się przy nim dość bezpiecznie, ponieważ pomimo tego, że pochodzili z podobnych sfer, Murray wydawał się odcięty od wszystkiego, co w ich rodzinach było zatrute. Dawał jej to upragnione poczucie normalności, które teraz mogło legnąć w gruzach właśnie za sprawą prawdy.
A przecież nie chciała, żeby spojrzał na nią inaczej przez to, czym zajmował się jej ojciec.
Uśmiechnęła się wesoło, starając się w ten sposób zamaskować uporczywe myśli, które wciąż kołatały jej w głowie. — Mów tak dalej, a pomyślę, że zamiast czegokolwiek się dowiedzieć, będziesz próbował mnie upić — zażartowała, przy okazji też sięgając po własny kieliszek.
Chciała dać sobie trochę czasu, aby na własną rękę dowiedzieć się, co tak właściwie mu zlecono. Do tego potrzebowała swoich ludzi, ale też nieco więcej informacji z jego strony. Tych jednak nie zamierzała wyciągać dziś, ponieważ ostatecznie mieli spędzić ze sobą całkiem miły wieczór przy smacznym posiłku.
I właśnie na tym skupili się, kiedy n i e w y g o d n y dla niej temat odszedł w niepamięć.
zt.
Victor Murray