in the lion's den
: sob sty 03, 2026 4:08 pm
Choćby tego chciała to nigdy nie była w stanie niczego ukryć przed narzeczoną. Przynajmniej nie na długo, bo ta zawsze wyczuwała w jej głosie nawet z pozoru niezauważalne drżenie czy napięcie. Nawet w tych krótkich i pozornie niepozostawiających miejsca na domysły komunikatach musiało znaleźć się coś, co mogło ją zaalarmować.
- Tylko uważaj - ostrzegła ją jeszcze nim zwolniła uścisk na radiu i sięgnęła wolną dłonią do uda, aby wyrwać w końcu z niego gwóźdź.
Miała pecha, że akurat gwoździarka trafiła w miękką tkankę. Gdyby chodziło o jakąś inną część ciała to pewnie pocisk nie byłby w stanie nawet utkwić w ciele.
Zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu. Miała obolałą nogę, ale nie wypłynęło to szczególnie na jej umiejętność chodzenia. Chciała bliżej przyjrzeć się rzeczom, które znajdowały się na wierzchu. Narzędziom używanym do torturowania i krojenia McMurphy'ego oraz przedmiotom, które Blythe pozostawił po sobie na stole ustawionym pod ścianą.
Nagle jednak w pobliżu rozległ się ogłuszający huk, który aż zatrząsł przybudówką. Zaskoczona Swanson zatoczyła się i wpadła na pobliski regał z kartonami wypełnionymi wszelkiej maści śrubkami, gwoździami i innymi narzędziami. Metalowe części zaszczękały tuż nad jej głową, a ona sama sięgnęła do krótkofalówki i odetchnęła z ulgą, gdy tylko usłyszała głos narzeczonej.
Brzmiała jakby nic się jej nie stało. Przerażona, ale cała i zdrowa. Przynajmniej tyle wywnioskowała z jej głosu. Uspokoiła zatem bijące mocno w klatce piersiowej serce i dopiero wtedy doszło do niej w pełni znaczenie słów koronerki.
- Nigdzie się, kurwa, nie ruszaj. Wyjdę jak wlazłam. Zadzwoń do Sloana i powiedz, co się stało - poleciła jej, nie odpowiadając na razie na jej pytanie.
Wiedziała już, co czekało ją w drodze przez zbadane pomieszczenia. Na razie wolała nie ruszać drzwi prowadzących bezpośrednio do przybudówki, bo one również mogły wyzwolić jakiś mechanizm. W dodatku jeśli faktycznie jakimś cudem Blythe porozmieszczał jakieś miny na terenie przy domu to lepiej było nie obierać innej trasy.
Podniosła się z podłogi, na którą opadła. Udo zatętniło bólem, który wydawał się wprost nieproporcjonalny do jego uszkodzenia po czym skierowała się z powrotem w kierunku drzwi wejściowych. Uważała na to, aby niczego nie dotknąć. Stawiała kroki w tych miejscach, gdzie miała pewność, że nic się nie czai. Musiała wyjść z domu i znaleźć się w pobliżu koronerki. To był teraz dla niej priorytet. Wszystko inne mogło zaczekać. W końcu i tak zbadają to, co pozostawił po sobie Blythe.
zaylee miller
- Tylko uważaj - ostrzegła ją jeszcze nim zwolniła uścisk na radiu i sięgnęła wolną dłonią do uda, aby wyrwać w końcu z niego gwóźdź.
Miała pecha, że akurat gwoździarka trafiła w miękką tkankę. Gdyby chodziło o jakąś inną część ciała to pewnie pocisk nie byłby w stanie nawet utkwić w ciele.
Zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu. Miała obolałą nogę, ale nie wypłynęło to szczególnie na jej umiejętność chodzenia. Chciała bliżej przyjrzeć się rzeczom, które znajdowały się na wierzchu. Narzędziom używanym do torturowania i krojenia McMurphy'ego oraz przedmiotom, które Blythe pozostawił po sobie na stole ustawionym pod ścianą.
Nagle jednak w pobliżu rozległ się ogłuszający huk, który aż zatrząsł przybudówką. Zaskoczona Swanson zatoczyła się i wpadła na pobliski regał z kartonami wypełnionymi wszelkiej maści śrubkami, gwoździami i innymi narzędziami. Metalowe części zaszczękały tuż nad jej głową, a ona sama sięgnęła do krótkofalówki i odetchnęła z ulgą, gdy tylko usłyszała głos narzeczonej.
Brzmiała jakby nic się jej nie stało. Przerażona, ale cała i zdrowa. Przynajmniej tyle wywnioskowała z jej głosu. Uspokoiła zatem bijące mocno w klatce piersiowej serce i dopiero wtedy doszło do niej w pełni znaczenie słów koronerki.
- Nigdzie się, kurwa, nie ruszaj. Wyjdę jak wlazłam. Zadzwoń do Sloana i powiedz, co się stało - poleciła jej, nie odpowiadając na razie na jej pytanie.
Wiedziała już, co czekało ją w drodze przez zbadane pomieszczenia. Na razie wolała nie ruszać drzwi prowadzących bezpośrednio do przybudówki, bo one również mogły wyzwolić jakiś mechanizm. W dodatku jeśli faktycznie jakimś cudem Blythe porozmieszczał jakieś miny na terenie przy domu to lepiej było nie obierać innej trasy.
Podniosła się z podłogi, na którą opadła. Udo zatętniło bólem, który wydawał się wprost nieproporcjonalny do jego uszkodzenia po czym skierowała się z powrotem w kierunku drzwi wejściowych. Uważała na to, aby niczego nie dotknąć. Stawiała kroki w tych miejscach, gdzie miała pewność, że nic się nie czai. Musiała wyjść z domu i znaleźć się w pobliżu koronerki. To był teraz dla niej priorytet. Wszystko inne mogło zaczekać. W końcu i tak zbadają to, co pozostawił po sobie Blythe.
zaylee miller