Strona 2 z 3
fate meets chaos
: pt sty 09, 2026 8:07 pm
autor: Jax Harrison
Nawet nie w mundurze i bez specjalistycznego sprzętu musiał być dla kogoś oparciem. Pomocną dłonią, która wyciągnie drugą osobę z ciemnego miejsca i przyciągnie bliżej rzeczywistości – nie pięknej, alewciąż też przecież nie straconej; jednocześnie jeszcze osłaniając to wszystko cienką warstwą poczucia bezpieczeństwa, tą samą, którą próbował teraz stworzyć poprzez własny spokój i opanowanie. Zadanie to nie było proste, bo warunki i sytuacja przeczyły każdej pozytywnej myśli, która miałaby się pojawić. Spokój wydawał się być wręcz abstrakcją, a jednak, paradoksalnie, był jedynym, co mogło im w tej chwili pomóc. Nie uratować, ale pomóc. Jeśli ktoś lub coś miało ich ratować, to mógł to być tylko USAR. A oni zawsze potrzebowali czasu.
I nie chodziło wyłącznie o jej beznadziejność, o ciasną przestrzeń czy brak jakiejkolwiek pewności co do tego, co wydarzy się dalej. Najbardziej doskwierało poczucie wytrącenia kontroli i konieczność polegania na kompletnie obcych, do której nie był po prostu przyzwyczajony. O wiele łatwiej mu to przychodziło, kiedy pracował jako część zespołu. Wtedy nie było problemu, by swoje życie czy bezpieczeństwo oddał w ręce brata czy siostry z brygady, tyle że różnica w tym wszystkim była w zaufaniu, budowanym krok po kroku na jednostci, dzień po dniu w codzienności, która cementowała ich jako całość. Tutaj tego zaplecza nie było.
Za nic nie chciał spanikować – nie tylko dlatego, że w tej sytuacji byłoby to niebezpieczne dla nich, bo każdy najdrobniejszy ruch mógł skutkować pogorszeniem ich, już i tak fatalnej sytuacji – ale przez wzgląd na kobietę. Z jednej strony wciąż była dla niego obca, a z drugiej w tej konkretnej sytuacji stała się kimś zaskakująco bliskim. Bliskim nie z wyboru, lecz z konieczności, związaną z nim wspólnym zagrożeniem i ciasną przestrzenią, w której znaleźli się razem. Wiedział, że jeśli on pozwoli sobie na panikę, ona straci ostatni, i zasadniczo jedyny, punkt oparcia, jaki miała.
— Cierpliwością i opanowaniem — zaczął spokojnie, w odpowiedzi na jej słowa, uśmiechając się półgębkiem w łagodny sposób — pomniejszymy możliwość, że gruz się osunie bardziej. — Nie zamierzał jej mamić ani udawać, że sytuacja jest stabilna, bo ani sama sytuacja, ani to, co ich otaczało, stabilne nie było. Wiedział jednak, że w tej chwili to właśnie logika i proste argumenty przemawiały znacznie lepiej niż jakiekolwiek próby pocieszania.
Wysłuchał tego, jak się przedstawiała, a potem tego, co mówiła dalej w reakcji na jego kolejne słowa. Nie przerywał jej, pozwalając jej mówić, w ciszy mieląc jej wypowiedzi i układając je sobie w głowie. Wypuścił krótko, szybciej powietrze nosem, w tym suchym rozbawieniu z czegoś, co po prawdzie zabawnym być nie powinno, gdy skomentowała romantyczność jego pytania. Akurat trudno było się z nią nie zgodzić bo w żadnym znanym mu scenariuszu nie był to sposób na flirt wysokich lotów.
Tyle, że o to chodziło. O chwycenie się czegoś, co odległe było brutalnym realiom, które mieli dookoła. Sprowadzenie tego do absurdalnych stwierdzeń i głupiego humoru, jak gdyby to miało pomóc, zarówno jej jak i jemu, nie zwariować. No, chociaż mówiło się przecież często o tym, że udzie z zawodów wysokiego ryzyka, żołnierze czy właśnie strażacy, nie potrzebują wiele, by stracić dla kogoś głowę, zakochać się, klęknąć i chcieć ślubu. On jednak, na chwile obecną, mógł z pełną świadomością stwierdzić, że jedyne co do tej pory stracił, to oddech. I to w bardzo dosłownym, absolutnie nie beletrystycznym tego słowa znaczeniu. Zgubił go dokładnie w chwili gdy rąbnął razem z nią o podłogę.
Zawartość jej kieszeni akurat nie pocieszała. Telefon był w porządku, bo oznaczał światło i dźwięk, a ten będzie im potrzebny, kiedy USAR będzie mógł zacząć przeszukanie. Długopis był bez znaczenia, tak samo jak i paragony, a miętówki… Cóż, nie były aż tak bezużyteczne, jak dwa poprzednie. Lodowate uczucie na języku po jednej z nich mogło pomóc zwalczyć mdłości, o które pozornie trudno nie było, ale także zachować świadomość.
— Cóż Abby — zabrał głos, gdy umilkła. — Zacznę od najważniejszego. — Ton głosu miał dość poważny, jednak głupawy, mało widoczny półuśmiech mógł go zdradzić. — Przysięgam, że zwykle stawiam drinka i kolację, a na pewno się przedstawiam, zanim w w ogóle nawet pomyślę zaproponować wspólne leżenie w takiej konfiguracji. — Układ był dość niedwuznaczny, ale nie było nawet czasu, aby zapytać o jej zgodę na coś takiego. Wyglądało to jak scenariusz z kiepskiej komedii romantycznej; w tych chociaż najczęściej był happy end dla bohaterów. W ich przypadku? Nie wiadomo. — Choć podobno w USA modny jest speedating. — Bardzo, bardzo śmieszne, kapitanie. Nie tylko flirt, ale i żarty też masz niskich lotów. — Jackson, dla znajomych Jax — dodał, już nieco poważniej, choć wciąż bez ciężkiej oficjalności. — Miętówki się przydadzą, w zależności jak dobry jestem w wybór opcji dialogowej i jak bardzo realne jest pojęcie traumabondingu, natomiast wracając do konkretów: teraz ja sprawdzam co mam w kieszeniach. Wiesz, nie żebym się znał, ale w takich sytuacjach nawet zwykłe pierdoły mogą być ważne. — Dopiero wtedy dotarło do niego, jak niewiele faktycznie miał przy sobie. Większość podręcznych rzeczy, a także niezawodny multitool, została w kurtce, która wcześniej posłużyła jako amortyzacja dla mężczyzny, którego próbowali ratować. Teraz była gdzieś obok, a jednocześnie kompletnie poza zasięgiem.
Spróbował się ruszyć, jednak w obecnym układzie było to wręcz niemożliwe. Jedno ramię miał zamknięte pod blondynką, od momentu w którym otoczył ją i ściągnął ku ziemi, drugie natomiast przedramieniem asekurowało ciężar jego ciała, by nie opaść całkowicie swoją masą na drobną sylwetkę pod nim.
— Albo raczej ty sprawdzisz. Prawa tylna i lewa przednia kieszeń spodni. — Naturalnie mogła odmówić, to byłoby całkowicie zrozumiałe, bo kto chciałby obmacywać ledwie poznanego faceta po dupsku – pewnie znaczna większość podchmielonych bywalczyń i bywalców klubów muzycznych, z tą różnicą, że oni w żadnym takim miejscu nie byli. A szkoda, i to nie z racji możliwych, niezobowiązujących macanek, tylko z kwestii różnic położenia.
Abby Wallace
fate meets chaos
: sob sty 10, 2026 1:23 pm
autor: Abby Wallace
Abby doskonale zdawała sobie sprawę, że sytuacja nie była kolorowa. Chujowa wręcz. Nie potrzebowała do tego odznaki ani przeszkolenia, by wiedzieć, że w takich momentach byli zdani tylko i wyłącznie na pomoc z zewnątrz. Wiedziała również, że powinna zachować spokój. Wiedziała, a jednak pozwoliła, by na moment własne ciało i głową ją zdradziły.
Im dłużej tam leżeli, tym bardziej dochodziło do niej, jak wdzięczna była za to, że nie była tu sama. Że obok (a dokładniej nad) był ktoś, kto nie tylko nie spanikował razem z nią, dolewając oliwy do ognia, ale również pomógł się jej odnaleźć w całym tym chaosie. Jego powolne oddechy jak i całe najpierw ty, potem inni sprawiło, że zamiast wierzgać się na boki, w końcu się uspokoiła. Otrzeźwiała z chwilowego amoku. Uziemiła. Dobrze, że stało się to zanim jej kopniaki były na tyle celne, że osunełyby gruz, kończąc ich marny żywot.
Powinna mu podziękować. Rzucić jakieś szczere dziękuję z głębi serca, może z lekkim skinieniem głowy i delikatnym uśmiechem owianym wdzięcznością. Tylko tu i tak wszystko działo się na opak, nie tak jak powinno, a ona za bardzo skupiła się na sposobie w jaki nagle wypowiedział jej imię, by pamiętać o kulturze osobistej.
Wysłuchała go z należytą uwagą (jakby miała jakikolwiek wybór i ciekawsze rzeczy do roboty), a na jej twarzy n a w e t pojawił się przelotny uśmiech.
— Dziwne — skwitowała luźno, wodząc spojrzeniem po jego twarzy, jakby faktycznie chciała z niej coś wyczytać. — Chcesz mi powiedzieć, że normalnie nie zaczynasz od wrzucenia dziewczyny pod gruz i synchronizacji oddechów? — jedna brew uniosła się ku górze, zupełnie jak kącik ust. Bo może to był jakiś sposób? Przynajmniej odgradzało to jakiekolwiek drogi ucieczki i zmuszało do spędzenia z nim czasu, ewentualnie wspólnej śmierci, co dla niektórych z pewnością byłoby szczytem romantyzmu. Dla Abby niekoniecznie, jednak i tak doceniała fakt, że komunikacja szła im całkiem nieźle. Mogło być przecież o wiele gorzej, gdyby jednak się nie polubili i zaczęli drzeć koty. Bo chyba trochę polubili?
— A jaki jest status naszej relacji? — dopytała, kiedy sprecyzował, że swoim imieniem również posługiwał się w różnych okolicznościach. — Mogę już mówić Jax? Czy jeszcze muszę się cię trochę urobić i przekupić miętówkami? — jeśli faktycznie wierzyć w trauma bonding i silne emocjonalne przywiązanie, już dawno powinni być za etapem, w którym zwracała się do niego Jackson. Dokładniej w momencie, kiedy metro huknęło po raz pierwszy, a oni wspólnie próbowali wyciągnąć faceta spod rzędu siedzeń. I chociaż nie chciała o tym teraz myśleć, to jedno wspomnienie wywołało na jej plecach chłodny dreszcz, podczas gdy brzuch zacisnął się nieprzyjemnie. Spięła się w sekundę, a Jax spokojnie mógł to poczuć i na swoim ciele.
Kilka głębszych wdechów wstępnie pomogło uporać się z gryzącym poczuciem paniki, które na nowo się w niej wzbierało, chociaż tak naprawdę to moment, w którym zostało jej oznajmione, że to ona musiała przeszukać jego kieszenie, sprawił, że na nowo się uziemiła.
— Mam ci grzebać w kieszeniach? — spytała praktycznie z automatu, jakby teraz stali sobie na przypadkowym przystanku, czekając na autobus, a on wyskoczył z tą prośbą. Dopiero kiedy zakodowała własne słowa, doszła do szybkiego wniosku, że jej pytanie było jeszcze bardziej absurdalne niż sytuacja, w której się znaleźli. Przecież gdyby mógł sprawdzić sam, z pewnością by to zrobił. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jedną ręką otulał ją w szczelnym uścisku, podczas gdy drugą podpierał ciężar ciała. — Już patrzę — poprawiła się, kiwając delikatnie głową. — Ale żeby nie było: Ja też zazwyczaj grzebie po kieszeniach dopiero po trzeciej randce — dodała jeszcze na szybko, wbijając spojrzenie w jego ciemne oczy.
Nie sądziła, że będzie tam cokolwiek, co mogłoby im pomóc. Mogła być to kwestia pesymistycznego nastawienia albo po prostu faktu, że katastrofy miały raczej w zwyczaju przychodzić wtedy, kiedy człowiek najmniej był na nie przygotowany.
Mimo to uniosła nieznacznie dłoń, rozprostowując palce. Tępy ból w ręce odezwał sie praktycznie od razu, kiedy ramię straciło przyczepność z podłogą. Syknęła cicho i ignorując nieprzyjemne uczucie, wsunęła dłoń ostrożnie do wskazanej przez niego kieszeni. Prawa tylna.
— Kształtem przypomina portfel — odezwała się, palcami wciąż badając teksturę. Nie była pewna, czy powinna go wyciągać, jednak finalnie sama wydała osąd, że nie było takiej potrzeby. Bo na co były im teraz karty kredytowe i drobniaki? No chyba, że chcieliby wciągać kreski z tynku, chociaż Jax na pierwszy rzut oka nie wyglądał na ćpuna.
— Zanim przejdziemy do przodu… — zawahała się minimalnie, bradziej z ostrożności niż skrępowania. — Mógłbyś się trochę… unieść? Minimalnie — nie mieli za dużo miejsca do pracy, jednak w tym przypadku wystarczyło mocniejsze spięcie mięśni, by dłoń Abby mogła już o wiele swobodniej wsunąć się pomiędzy ich ciała.
Starała się być ostrożna; zrobić to najbardziej taktownie, jak tylko się dało, a jednak przez ograniczną zerową widoczność w pierwszej chwili osadziła swoje palce na brzegu spodni, czując pod opuszkami skórzany pasek ale i gorąc jego skóry. I chociaż był to szybki do naprawienia błąd — w końcu wystarczyło cofnąć rekę — fakt, że ich twarze były od siebie zaledwie centymetry, wpatrzone w siebie bardziej z przymusu niż z wyboru, sprawiło, że jej policzki zapiekły w ułamku sekundy.
Odchrząknęła, poprawiając ułożenie dłoni, a następnie onalazła miejsce docelowe. Palce natychmiast natrafiły na coś cienkiego, gładkiego, charakterystycznie szeleszczącego. Mogła udawać, że to pewnie jakieś cukierki, ale z drugiej strony…
— To z pewnością się przyda — mruknęła, pozwalając, by kącik ust drgnął ku górze. Ponownie poruszyła się w jego kieszeni, wsuwając opakowanie między palce, a następnie powoli wyciągnęła, umieszczając prezerwatywę obok swojej twarzy, co potencjalnie nie było najlepszym pomysłem (ani widokiem). — Szczególnie do usunięcia gruzu — w jej głosie dało się usłyszeć rozbawienie, tak bardzo kontrastujące z poziomem tragedii, w jakiej się znaleźli. Cóż, przynajmniej na coś był z pewnością przygotowany. I z pewnością nie było to sypiące się na głowę metro.
Jax Harrison
fate meets chaos
: wt sty 20, 2026 1:04 pm
autor: Jax Harrison
Prychnął krótko pod nosem na jej komentarz. W tak uproszczonej wersji, pozbawionej całego ciężaru niewiadomej, która wisiała teraz nad nimi, sytuacja faktycznie mogłaby uchodzić za scenariusz do kiepskiej komedii. I w innym świecie może nawet by go to rozbawiło bardziej. Niemniej realia były jednak inne i nie potrafił ich całkowicie odsunąć, nawet poprzez dozę humoru. Żarty, nieważne jak wysokich lub niskich lotów, były potrzebne od zawsze, by nie zwariować w całej tej ciemności sytuacyjnej. Metaforycznej i z oczywistym sensem.
Nie odpowiedział, traktując jej pytanie jako retoryczne. Oboje w końcu znali na nie odpowiedź i nie było sensu przeciągać żartu, który spełnił już swoją rolę. Istniały z pewnością lepsze okoliczności do wspólnej synchronizacji oddechów; z drugiej strony wiedział też, jak realnym zjawiskiem było to, co potocznie nazywano trauma bonding. Nie jako pojęcie z książek czy seriali, tylko coś, co widział i przeżywał na własnej skórze, niemal codziennie. W relacjach budowanych w stresie, w ciasnych przestrzeniach, tam, gdzie liczyło się zaufanie do drugiego człowieka bardziej niż cokolwiek innego. Gdyby nie to, prawdopodobnie nie ufałby ludziom tak bezwarunkowo. A teraz, paradoksalnie, robił dokładnie to samo wobec blondynki, którą znał od kilkunastu minut, a samo jej imię nawet jeszcze krócej.
Kącik jego ust drgnął, gdy zapytała o status ich relacji. Przez moment rzeczywiście rozważył, jak absurdalnie to wszystko brzmiało w zestawieniu z okolicznościami.
— Chciałem powiedzieć, że w obliczu wspólnej synchronizacji oddechów możemy się już uznać za znajomych — zaczął, kiwając głową — ale wyskoczyłaś z miętówkami i trochę mnie to przekonało, więc nie, jednak nie. Jeszcze się waham — skończył z wielką, choć wyraźnie przejaskrawioną powagą, która miała jasno dać do zrozumienia, że to żart. — A, i to, że się przytulamy też niczego nie zmienia — dodał, tak w razie gdyby planowała użyć tego jako argumentu.
Ucieszył się jednak w duchu, bo zdał sobie sprawę i wyczuł, że jej ciało wreszcie trochę odpuściło. Oddech, który wcześniej rwał się i przyspieszał, teraz był wolniejszy, bardziej miarowy, czyli niemal taki, jaki powinien być. Czuł go na sobie aż za dobrze, w tej wymuszonej bliskości. Złapał się nawet na tym, że sam oddycha w tym samym rytmie. Ale to był dobry znak, a jednocześnie decydowanie zbyt mały, by cokolwiek przesądzać. Niemniej – powoli do celu.
Na jej uwagę o trzeciej randce i grzebaniu po kieszeniach zareagował krótkim prychnięciem. I to nawet nie dlatego, że żart był wybitny, tylko dlatego, że jego głowa potrzebowała jakiejkolwiek formy rozładowania napięcia. Dla niego humor był do tego najtańszym i najszybszym narzędziem, a nowej koleżance całkiem dobrze szło.
— A pochwal się, co najciekawszego z nich wyciągnęłaś? — spytał luźno.
Humor humorem, ale grzebanie po kieszeniach było koniecznością. Nie dlatego, że spodziewał się cudów, tylko dlatego, że w takich warunkach każda informacja i każdy przedmiot mógł mieć znaczenie. Być może nie odwróci losu diametralnie i nie przesunie gruzu – a na to jego nowa koleżanka wyjątkowo się uparła – ale pozwoli im skuteczniej zrobić jedyne zadanie, jakie teraz mieli. Przetrwać jak najdłużej. Do czasu interwencji z zewnątrz.
Pozwolił by zostawiła portfel na swoim miejscu, w jego kieszeni. Akurat zawartość znał aż za dobrze i składała się na nią kolekcja różnych kart – zarówno debetowych, lojalnościowych, jak i jednej z Bulbasaurem, której wolał nie tłumaczyć w takich okolicznościach. Wolał też oszczędzić jej, nie tyle co wykładu o typie trawiastym, co niezręczności sytuacyjnej, jaką mogła stworzyć konieczność wysuwania portfela ze spodni. Co można prosto było sprowadzić do stwierdzenia – macanie po dupie.
Kiedy poprosiła, żeby uniósł się minimalnie, zrobił to bez słowa, spinając mięśnie i przenosząc ciężar ciała na przedramię. Zwyczajnie spróbował ją odciążyć. O tyle, o ile. O tyle, na ile pozwalała wąska przestrzeń, którą wydzielał im gruz usypany nad nimi.
— Tylko bądź delikatna, to mój pierwszy raz — poprosił z lekkim żartem w tonie, jak gdyby sytuacja nie była już wystarczająco intymna i niejednoznaczna. Jak zrobi z siebie głupka, to przynajmniej dziewczyna nie będzie się przejmowała sytuacją. A później przecież się rozejdą i zapomni o tym, z jak zidiociałej strony się pokazał.
Gdy jednak zorientował się, co dokładnie wyciągnęła z kieszeni, przez moment poczuł bardzo specyficzne, niemal rozbrajające zderzenie własnych myśli. Absurd sytuacji spadł na niego jeszcze szybciej niż zażenowanie. Z całego syfu, w którym się znaleźli, z całej listy rzeczy, które mogły pójść nie tak, los postanowił dorzucić mu jeszcze ten drobny, idiotyczny szczegół. Wszystko, co było przydatne, zostało w tej nieszczęsnej kurtce. A kurtka pod gruzem.
— No, to jak widać byłem przygotowany na wszystko — odezwał się — poza zawaleniem metra — dodał sucho.
Oszczędził jej wykładu, że prezerwatywa, wbrew pozorom, bywała bardzo użyteczna, nie tylko przy fizycznych ekscesach, ale z uwagi na jej wypełnienie można było znaleźć zastosowanie dla więcej, niż jednego przypadku. Bo to nie był ich przypadek. Wychodziło więc, że nie mieli niczego, co jakoś by im pomogło.
— Ale widzę też, że bardzo uparłaś się na to przesuwanie gruzu. Może minęłaś się z powołaniem i powinnaś spróbować jednak swoich sił w straży? Z tego, co wiem, to nawet rekrutują.
Zawsze rekrutowali. Ludzi do tej pracy było stanowczo za mało i to nie tylko przez niechęć do dołączenia, ale przez wymóg predyspozycji i fakt, że pracę w tym zawodzie nierzadko całkiem szybko i rychło kończono. Razem z własnym życiem. O tym jednak wolał nie opowiadać, a z drugiej strony: to przecież było boleśnie oczywiste.
Abby Wallace
fate meets chaos
: wt sty 20, 2026 11:30 pm
autor: Abby Wallace
Doskonale zdawała sobie sprawę, że propozycja miętówek wiele nie zmieniała w ich znajomości, może nawet nieco ją naruszała, bo przecież Wallece mogła tym sugerować, że jakość jego oddechu pozostawiała wiele do życzenia, jednak co do przytulania miała nieco odmienne zdanie. Bo dla niej jednak t r o c h ę zmieniała.
Abby nie bywała na co dzień w terenie; nie rzucała się razem z ludźmi pod wielkie sterty gruzu ani nie wynosiła dzieci z płonących budynków, dlatego pozycja, w której się znajdowali, nie była dla niej niczym. Była pewnym przekroczeniem granic, które jej głowa akurat kodowała bardzo świadomie. Sposób, w jaki jej twarz przyjmowała na siebie każdy jego pojedynczy oddech, każde westchnienie i wypowiedziane słowo. To jak powietrze z jego ust osadzało się na jej zaczerwienionych policzkach, jak drapało skórę i przypominało o jego obecności. Dla niej to nie było nic. Co więcej — w jakiś chory i ciężki do wytłumaczenia sposób czuła się do niego przywiązana. Bliższa. Może to właśnie był ten cały trauma bonding? Może to już się działo? Przynajmniej dla niej.
Na pytanie co najciekawszego kiedykolwiek wyciągnęła z cudzej kieszeni prychnęła praktycznie od razu, a zaraz potem spojrzała na niego z teatralną powagą.
— Zużytą gumę — wycedziła, przyglądając mu się uważnie. — Jeszcze nie do końca zaschniętą — chciała, żeby to był żart. Wcale nie był. Chociaż czy można to było uznać za najciekawszą rzecz? Pewnie nie, ale ich obecna sytuacja też nie była do końca ciekawa, więc akurat sie zgadzało.
Musiała jednak przyznać, że chociaż gumka w kieszeni spodni wcale nie była zaskakująca, tak zważając na okoliczności i słowa, które padły z jego ust tuż przed tym, jak Abby ją wyciągnęła, sprawiły, że na jej twarzy wymalował się bezczelny uśmiech. Absurd sytuacji wyjebał poza skalę. A razem z nim godność Wallace i jej umiejętność gryzienia się w język.
— Pierwszy pod gruzem? — spytała, osadzając spojrzenie na jego ciemnych oczach i pochyliła się nieznacznie. — Mój też — wyszeptała, jakby faktycznie był to jakiś wielki sekret wart uwagi. Żadne z nich jeszcze nie uprawiało seksu w zawalonym metrze? Dziwne. Karygodne wręcz. Najwyższy czas to zmienić. Cóż, przynajmniej jeśli im się odwidzi, będą przygotowani. Chcąc podkreślić ten fakt, Abby zaszeleściła jeszcze opakowaniem, nim odłożyła go na bok. Chociaż im dłużej o tym myślała, tym utwierdzała się w przekonaniu, że może jednak powinna wsadzić mu to z powrotem do kieszeni, zamiast zostawiać na podłodze tuż obok swojej twarzy, tak, że za każdym razem jak na nią patrzył, widział również zapakowaną prezerwatywę.
— Zdecydowanie wolę ratować życia w zaciszu szpitala — odpowiedziała praktycznie od razu na jego pytanie. — Poza tym raczej ciężko byłoby mi pomagać w stresowych sytuacjach, kiedy sama ledwo się tu nie udusiłam — stwierdziła, zresztą zgodnie z prawdą. Gdyby nie Jax, jej atak paniki z pewnością rozwinąłby się do tego stopnia, że gruz, który trzymał się nad nimi resztkami sił już pewnie dawno runąłby z hukiem pod wpływem jej energicznych kopnięć i desperackiej próby wydostania się na zewnątrz.
Do tego Abby nigdy nie uważała się za dzielną. Brakowało jej odwagi, którą mogli poszczycić się ludzie pracujący w straży. Potrafiła działać w sytuacjach stresowych, to fakt, podejmować krytyczne decyzję, ale kiedy miała dookoła cały personel do pomocy i sprzęt do użycia. W życiu nie byłaby w stanie odnaleźć się w sytuacji chociażby takiej jak ta. Chociaż teraz szło jej już chyba całkiem nieźle? Nie panikowała, a to już było coś.
— Czemu wybrałeś taki zawód? — wypaliła nagle, wciąż zajmując myśli wokół tematu ich pracy. — Życie ci niemiłe, czy po prostu poleciałeś na tą plotkę, że dziewczyny kochają facetów w mundurach? — coś przecież musiało go do tego podkusić. Ludzie nie podejmowali się zawodów wysokiego ryzyka z nudów. Jedni szukali adrenaliny, inni chcieli ratować życia, a jeszcze u innych — w tym Abby — decyzja ta była kierowana konkretnymi wydarzeniami z życia. Chociaż może Jax tak naprawdę chciał zostać komikiem, tylko żarty mu nie siedziały?
Jax Harrison
fate meets chaos
: śr sty 21, 2026 1:56 pm
autor: Jax Harrison
Zmarszczył nos, krzywiąc się wyraźnie, choć nieco ostentacyjnie, na jej słowa. Gdyby takie rzeczy faktycznie były w stanie go obrzydzić, w jego zawodzie nie przetrwałby nawet dnia. Lista rzeczy, które mógłby spokojnie nominować do tytułu obrzydliwego, była długa i zdecydowanie bardziej… wymagająca dla żołądka niż kawałek przeżutej gumy.
Nie ciągnął jednak tego tematu, jak i kwestii znaleziska z jego kieszeni, dalej. Wolał pozwolić mu umrzeć śmiercią naturalną, niż wyjść na zboczeńca z głupimi tekstami o tym, że „wszystkiego w życiu trzeba spróbować”. Choć przez ułamek sekundy ta myśl faktycznie przemknęła mu przez głowę, nie mógł powiedzieć, że nie. I choć pasowałaby do kogoś, kto pracuje w zawodzie opartym na ryzyku i adrenalinie, kłóciła się z rozsądkiem. Jeszcze chwilę temu uspokajał Abby, żeby się nie miotała i nie naruszała – nie wiadomo jak stabilnej – konstrukcji zawalonego tunelu metra. Hipokryzja miała swoje granice.
— Przestań, w szpitalu też jest stresowo — odezwał się w końcu z pełnym przekonaniem, zaczepiając o temat szpitala i pracy w straży. — Po prostu inaczej niż teraz. Tu masz gruz, brak kontroli i zero planu B, a tam masz sprzęt, ludzi i procedury. Wszystko jest pod kontrolą, ma ten swój rytm. — Poprawił sposób, w jaki układał się nad nią tak, aby dać jej jeszcze nieco więcej przestrzeni w miarę możliwości. Ten milimetr, który udało mu się wypracować, pewnie zostawał niezauważony. — Więc to nie kwestia odwagi tylko zaskoczenia. I przeszkolenia. Wiedziałaś, że po akcjach mamy coś takiego jak defuse meetings?
W jej przypadku najbardziej pewnie brakowało tego przeszkolenia; z drugiej strony nie dało się przecież wypracować pewnych naturalnych odruchów. Faktem było, że czasem się ktoś nie nadawał. Ale zwykle nie sprawdzali tego w taki sposób, rzucając na tak głęboką wodę. On sam też odczuwał strach, ale trzymał go w ryzach. W głównej mierze przez to, ze miał ją pod sobą i świadomość samego siebie, wystarczająco ostrą, że jeśli się posypie, to nie wyjdzie z tego cało. I to nie gruz go zabije – szybciej serce czy płuca.
Ale jej praca w straży, jak od początku była, tak miała zostać jedynie abstrakcją. Głupim gdybaniem dla zajęcia czasu.
— To chcesz mi powiedzieć, że mundur serio działa? — spytał luźno, unosząc przy tym jedną brew.
Nie zastanawiał się jednak zbyt długo nad faktyczną, realną odpowiedzią na jej pytanie, która nie byłaby tylko kolejnym suchym żartem.
— Wychowywałem się z siódemką młodszego rodzeństwa — powiedział w końcu, już całkiem spokojnie. — Zawód wysokiego ryzyka miałem od dziecka — dodał półżartem, pół serio, choć w gruncie rzeczy wcale nie mijał się z prawdą. — Więc pewnie to przez to, że od samego początku musiałem być odpowiedzialny za siebie, ale przede wszystkim za innych. Straż była dla mnie dość logicznym wyborem — zawiesił głos na krótką chwilę. Nie zastanawiał się, jak wiele w ogóle mógł jej powiedzieć, a bardziej – jak wiele chciała słyszeć. W końcu mogła to być zwykła rozmowa dla zabicia czasu, dla zajęcia myśli. — Myślałem o policji, ale to nie moja bajka. Tam za często musisz patrzeć, jak wszystko się sypie, i nic nie możesz z tym zrobić, bo trzymają cię paragrafy. — Skrzywił się minimalnie. — U nas reagujesz na dramat tu i teraz. Po prostu gasisz, wyciągasz, ratujesz; nieważne kogo i nieważne z czyjej winy. — Krótka pauza, nie dla dramatycznego suspensu, ale zebrania myśli. — Ciekawostka: wezwania do pożarów są w straży pożarnej najrzadsze. I nie mów nikomu, ale jak w końcu je dostajemy, to wszyscy się cieszymy.
Ostatnią część dodał konspiracyjnym półszeptem, tak jakby wyznawał jej teraz najcięższy ze swoich grzechów. Oczywistą oczywistością było, że nie cieszyli się z tego, że w czyimś życiu działa się właśnie tragedia, ale że wreszcie biorą udział w czymś znaczącym, wyzywającym i tym, z czym powinno się ich kojarzyć. Ściąganie Filemonów z drzew też miało swój urok, ale nie dawało tej samej dawki adrenaliny. A większość z nich, prędzej czy później, i tak się od niej uzależniała.
— A ty? — zapytał. — Jesteś tym dzieckiem, któremu rodzice od małego powtarzali, że będzie lekarzem albo prawnikiem? — W kąciku ust znów pojawił się cień uśmiechu. — Czy po prostu lubisz straszyć ludzi wielką igłą i zadawać pytania, na które nie chcą znać odpowiedzi? — dopytał z lekkością, choć wyraźnie nie bagatelizując jej.
Odwrócił sytuację i to ją zaprosił do zwierzenia, dość ciekaw historii, która stała za wyborem jej zawodu. Zawód lekarza nie był następstwem słów „skończyłem studia, ale nie wiem, co dalej robić”. To był kierunek, który wybierano już wcześniej i z pełnym przekonaniem, jeśli faktycznie się go ukończyło. To był kierunek, za którym stało z pewnością mnóstwo wyrzeczeń i nieprzespanych nocy.
Abby Wallace
fate meets chaos
: śr sty 21, 2026 5:09 pm
autor: Abby Wallace
— Nie wiem. Przebierz się i wtedy ci powiem — jej głos był spokojny, chociaż dało się w nim wyczuć nutę rozbawienia. Chciał wiedzieć, czy mundur działał? No to musiał się pierwsze zaprezentować. Abby z łatwością mogła stwierdzić, że szpitalny kitel nie działał na nią za grosz — nie dość że białe, źle się kojarzy, to jeszcze zwisa na człowieku jak jakaś peleryna. Zdecydowanie nie seksi. Mundur natomiast działał już o wiele lepiej na wyobraźnie, chociaż osobiście niegdy nie miałą okazji przyjrzeć się z bliska. Zazwyczaj widywała policjantów oraz strażaków na SORze, a przecież tam nie było czasu skupiać się na ich wdziankach, kiedy cała jej uwaga kręciła się już wokół świeżo przebytego pacjenta. Z drugiej strony Jax był przystojnym mężczyzną, więc z pewnością wyglądałby świetnie zapewne nawet w worku na śmieci. Znaczy co.
Słuchała go uważnie, kiedy opowiadał o rodzinie. Nie chciała mu przeszkadzać, chociaż na usta cisnęła się jej masa pytań. Abby bywała ciekawska, szczególnie kiedy ktoś wystarczająco ją zainteresował. Często zadawała pytania, dopytywała, drążyła temat. Czasami do przesady. Jednym wcale to nie przeszkadzało, inni uważali to za wyjątkowo nachalne. Jeszcze nie wiedziała, do której grupy należał Jax, ale jeśli jeszcze chwilę tu posiedzą, z pewnością będzie miała szansę się przekonać.
— Dlaczego cała odpowiedzialność ciążyła na tobie? Gdzie w tym wszystkim rodzice? Ojciec? — spytała, gdy już skończył. Abby również była najstarsza z dwójki rodzeństwa, jednak w ich przypadku to głównie matka odpowiadała nawet za młodszego brata i siostrę. Ojciec też się w tym wszystkim gdzieś krzątał, ale nie było go za dużo. Raczej płacił na rodzinę, niż był jej aktywną częścią. Ale co się dziwić, skoro po latach wyszło, że nie tylko miał romans ze swoją sekretarką, ale i również dziecko. To dopiero była niespodzianka.
Może właśnie dlatego była ciekawa, jak to wyglądało u Jaxa. Interesowało ją, czy większość rodzin była równie spaczona jak ta jej, czy może jednak wciąż istniały na tym świecie takie, gdzie członkowie nie kruszyli się przy pierwszej lepszej tragedii.
Ciekawiło ją również, gdy nagle wyskoczył z tym całym fun faktem o zgłoszeniach.
— Czyli co? Głównie jeździcie do kotków, co utknęły na drzewach? — jej brew mimowolnie uniosła się ku górze. — I co to znaczy najrzadsze? Mówimy tutaj o takim zgłoszeniu raz na godzinę czy raz na kilka dni? — znowu te pytania. Prawda była taka, że miała ich jeszcze więcej, i chociaż gryzła się co chwile w język, próbując to wszystko jakoś filtrować, tak kilka z nich i tak opuściło jej usta, wypełniając przestrzeń dokoła.
Tak samo jak wiedziała, że w Jax w końcu odbije piłeczkę i również spyta się o jej powołanie. A przecież można było tego uniknąć. Mogła spytać go o ulubiony kolor albo co jadł dzisiaj na śniadanie. To też były jakieś tematy do rozmowy, czyż nie? A zamiast tego zaraz znowu zrobi się nieciekawie. A przynajmniej u Abby, bo na samą myśl o nieprzyjemnych wspomnieniach momentalnie się spięła.
Czas może i leczył rany, ale przecież ciało pamiętało swoje. I chociaż Abby już dawno pogodziła się z tym, co się stało, wciąż nic nie mogła poradzić na naturalne kłucie w żołądku i mimowolne napięcie mięśni.
— Moi akurat zawsze mówili, że będę kaskaderką — wtrąciła, prychając głośno pod nosem. — Miałam dwie lewe nogi i ciągle z czegoś spadałam albo się wywalałam i nic sobie przy tym nie robiłam — czy był to powód do dumy? Niekoniecznie. Do teraz została jej umiejętność potykania się o własne nogi, nawet na najbardziej prostej płaszczyźnie. Ale przecież nie o to pytał.
Złapała głębszy oddech, a spojrzenie wbiła gdzieś w wystający kawałek gruzu.
— Jak miałam dwanaście, to mój młodszy brat zadławił się jedzeniem — rzuciła prosto z mostu. Jej ton był spokojny, lekki, chociaż serce w piersi nieco przyśpieszyło. — Byłyśmy z mamą same w domu, a on zrobił się cały siny. Żadna z nas nie wiedziała jak mu pomóc. Niby klepałyśmy go po plecach, naciskałyśmy na brzuch, ale bardziej na oślep niż w jakimś konkretnym celu. No i co… — zatrzymała się na moment, by przełknąć ślinę. — No i jak przyjechało pogotowie to było już za późno — wzruszyła ramionami, jakby nie było już co więcej dodać do tej historii. Chociaż był to już setny raz, kiedy komuś o tym opowiadała, wciąż słyszała w uszach ten przeraźliwy krzyk matki, jej płacz, a przed oczami miała idealnej jakości obraz, jak trzymała go wtedy w ramionach, błagając, by jej tego nie robił, by nie umierał. Ale umarł. Udusił się.
Milczała przez krótki moment, pozwalając, by przestrzeń wypełniały tylko ich nierówne oddechy i lekko sypiący się gruz tuż obok.
— To wtedy postanowiłam, że zostanę lekarzem — dodała, jakby to wcale nie było oczywiste. A może było tylko dla niej? Podniosła na niego spojrzenie. — Wiesz, żeby już zawsze wiedzieć jak pomóc tym w potrzebie — może była to ckliwa historia, ale przynajmniej prawdziwa. Bo Abby nie została lekarzem z powołania, nie urodziła się, żeby ratować życia — została nim, bo bała się, że znowu przyjdzie jej nie wiedzieć, za co ktoś przypłaci życiem.
— Zrobiło się jakoś zimniej, czy tylko mi się wydaje?
Jax Harrison
fate meets chaos
: czw sty 22, 2026 3:10 pm
autor: Jax Harrison
— Większość czasu harowali jak woły, żebyśmy w ogóle mieli za co żyć. — Byli klasycznym przykładem rodziny, która była wielodzietna, a nie miała na to najlepszych warunków. — Mama jest pielęgniarką — uśmiechnął się przy tym krótko, na samą tę szpitalną zbieżność — a ojciec bardzo długo pracował w fabryce na dwie zmiany. Zawsze ktoś z rodziny pomagał. Głównie babcia, ale im byliśmy starsi, tym więcej obowiązków przejmowaliśmy. Ale to było dla nas, dla mnie i dla June, najstarszej siostry, raczej normalne. Takie… no, naturalne. Chcieliśmy pomóc i czuliśmy się odpowiedzialni za młodszych z nas.
Mimo wszystko, dzieciństwo wspominał bardzo dobrze. Nie nosił w sobie żadnych wyrzutów w stronę któregokolwiek z rodziców lub rodzeństwa. Doceniał wszystko to, jak ukształtowała go przeszłość i jedyne o czym wciąż myślał, to jak być lepszym. Nie zauważał tego, ale swoją wartość mierzył według tego, jak pomocy był i jak wielu osobom mógłby tej pomocy udzielić.
— Kotki też trafiają się rzadziej niż myślisz — uśmiechnął się krzywo. — Większość roboty to alarmy, wypadki, wezwania medyczne i techniczne sprawy. W ciche dni mamy po kilka wyjazdów, czasem żadnego. A jak trafia się armagedon, to w ciągu doby potrafi wpaść kilkanaście zgłoszeń na jedną jednostkę No, a jeśli chodzi o pożary to zależy od tygodnia. Bywa, że są dwa, trzy na całe miasto. I nawet wtedy nie zawsze trafiają się mojej jednostce. Tak więc, w ogólnym rozrachunku, wezwania do pożarów to u nas rzadkość.
Wszystko ginęło w gąszczu licznych i różnorodnych akcji, na które ich wzywano. Roboty w tak wielkim mieście mieli naprawdę dużo, czasem nie dało się niczego nawet zjeść na jednostce. Przez to Jax przestał lubić statyczność i czuł, że musi być cały czas w ruchu. Cały czas coś robić. Cały czas pomagać.
Uśmiechnął się półgębkiem, ciepło, bez kpiny, gdy wspomniała o tym, jaką fajtłapą była w dzieciństwie. Kości musiała mieć najwyraźniej gumowe.
Spodziewał się również, chwilę później i w ślad za anegdotą z dziecięcych lat, jakiejś lekkiej, nizbyt życiowej historii, ale kiedy Abby podzieliła się prawdą ze swojego życia, na moment wszystko w nim się zatrzymało. I to nie dlatego, że historia była drastyczna, ani nie dlatego, że była wyjątkowa. Właśnie przez to, że była aż nazbyt zwyczajna. Zbyt bliska temu, co widział setki razy w różnych wariantach; w różnych tragediach, do których przyjeżdżał. Poczuł przy tym nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod mostkiem. Ciężar świadomości, że w takich historiach nie było winnych w prostym sensie tego słowa. Były jedynie niewiedza i czas, które okazały się bezlitosny.
Milczał, tak jak i ona, czując że nie powinien teraz i tak niczego mówić. Nie powinien rzucać bezsensownym ‘przykro mi’, bo niczego by nie wniosło i miał wrażenie, że nigdy nie ułatwiało pogodzenia się z tym, co było ciężkie, a padło. Nie poruszył się też, czując jak jej klatka piersiowa unosi się i opada tuż pod nim, muskając jego własną z każdym oddechem, który rozbijał się o jego twarz. Każde drżenie w oddechu, każda jego zmiana była w tych warunkach tak prosto wyczuwalna.
Zamiast mówić, przesunął ostrożnie przedramię. Opuszki jego palców musnęły nieznacznie jej ramię, jakby przypadkiem, choć zrobił to w pełni celowo. W minimalnym geście wsparcia i potwierdzenia własnj obecności. Jego dłoń już tam została, a kciuk powoli przesunął się po jej ciele w spokojnym, nienachalnym ruchu.
Teraz przynajmniej wiedział, jaka historia stała za jej zawodem.
— To ma sens — odezwał się w końcu cicho. Uniósł delikatnie kącik ust w ciepłym wyrazie. — I całkiem nieźle ci to wychodzi, pani doktor. — Przynajmniej o tyle, o ile pozwoliła im wcześniejsza sytuacja. Od razu w niej widać było schemat akcja-reakcja. Precyzję, schemat i konieczność działania. Niczym automat, podobnie jak i on. Wcale nie byli tacy różni, ale w służbach taki tryb był wręcz konieczny.
Jej uwagę odnotował, chwilę później samodzielnie oceniając, czy w ogóle zaszła jakaś zmiana. Nie czuł jej, a przynajmniej nie w tym momencie. Wszystko wydawało się mu pozostawać bez zmian, choć może powinien w tej sytuacji jako pierwszy odnotować jakiekolwiek drżenie jej mięśni.
— Możliwe, że stres w końcu z ciebie schodzi — powiedział, wciąż, już odruchowo, gładząc jej skrawek ciała kciukiem.
Niemniej, nieznacznie zmienił rozkład ciężaru, tak żeby osłonić ją nieco szczelniej samym sobą, niwelując pozostałe milimetry przestrzeni pomiędzy nimi, bezpośrednio przylegając do blondynki na całej długości. Czuł ją. I już nie abstrakcyjnie, nie metaforycznie, w samej obecności, a fizycznie. Jej oddech, jej ciepło, które przenikało przez cienką warstwę ubrań, jej napięcie mięśni, które chyba jeszcze nie do końca odpuściło. Było w tym coś intymnego, choć zupełnie (i szczerze, naprawdę) pozbawionego planu czy zamiaru.
Jej oddech już nie tylko rozbijał się o jego twarz, ale czuł go na własnych wargach. Ciepły, nieregularny, na tyle bliski, że instynkt podsuwał głupie, automatyczne reakcje, których nie chciał sprawdzać. Wystarczyłby jeden nieuważny – lub właśnie: jak najbardziej uważny – ruch; jeden źle dobrane wdech.
Przełamał to. Przechylił głowę na tyle, by zamiast oddychać w jej wargi, to płatek jej ucha owiewał gorącym powietrzem.
— To — zaczął, nieco niżej niż wcześniej, świadomie ciszej, i chropowato, jakby jego struny głosowe nie były przygotowane na dźwięk. — Musi być ten stres — dodał po chwili, z cieniem uśmiechu słyszalnym w głosie. Dość subtelnie, niby przypadkiem, dotknął wargami płatka jej ucha.
Abby Wallace
fate meets chaos
: czw sty 22, 2026 5:43 pm
autor: Abby Wallace
Rozumiała go.
Jej praca również nie polegała tylko i wyłącznie na wykonywaniu ratujących życie operacji na otwartym sercu, a właściwie to była od tego daleka. Większość przypadków, która trafiała się w szpitalu bardzo często była błahymi przypadkami — zwichnięte kostki, rozcięta głowa czy silny ból brzucha. Nic wymagającego dłuższej hospitalizacji, a przypadki, w których papierologia po wypisie zajmowała dłużej czasu, niż faktyczne zajęcie się pacjentem. Szczególnie dla Abby, która przecież była jedynie marnym rezydentem. Więcej robiła brudnej roboty niż faktycznie leczyła i chociaż z biegiem czasu z pewnością się to zmieni, wciąż praca lekarza diametralnie odbiegała od stereotypu, jaki prezentowano w popkulturze. A więc kolejna rzecz, która ich łączyła.
Tak jak łączyło ich poszanowanie drugiego człowieka oraz jego historii. Doceniała jego reakcję. Ciszę, którą wybrał, zamiast rzucaniem pustego przykro mi w eter, które padało z ust częściej bo wypadało niż bo faktycznie komuś z tej przyczyny było smutno. Nie próbował też jej pocieszać ani prawić swoich racji. To również doceniła. Fakt, że po prostu wysłuchał, rozumiejąc nieco bardziej jej postępowanie i wybór ścieżki kariery. Zupełnie jak ona wcześniej jego. Kto by pomyślał, że utknięcie w zawalonym metrze potrafiło tak zbliżyć do siebie dwójkę ludzi?
Na pewno nie Abby. Bo chociaż na co dzień mówiła dużo, niekiedy nawet za dużo, tak o swoim prywatnym życiu nigdy otwarcie. Niechętnie dzieliła się wspomnieniami, przeważnie pozostawiając je dla samej siebie, chyba że ktoś naprawdę chciał wiedzieć i naciskał. Wolała skupiać się na rozmówcy, zagadując na tematy ogólne, czasami kompletnie od czapy. Ale nie tutaj. Tutaj — o dziwo — dzielili się wszystkim po równo. Wymieniali informacjami z równym zainteresowaniem, jakby naprawdę chcieli wiedzieć, a nie tylko zabić czas. A przecież kiedy to wszystko się już skończy i tak rozejdą się do swoich żyć i więcej nie spotkają. Pozostaną jedynie kolejnym wspomnieniem w głowie. Twarzą, która przywlecze się przed oczy, kiedy po raz dwudziesty będą opowiadać rodzinie i znajomym o tym, jak kiedyś wylądowali pod gruzem w Detroit. A jednak tu i teraz to wydawało się na swój sposób wyjątkowe.
Zupełnie jak jego dotyk, który po chwili poczuła na ramieniu. Chociaż wciąż miała na sobie zimowy płaszcz, dokładnie czuła, jak kciuk Jaxa przesuwa się po jej ciele w pokrzepiającym geście. Nie dała tego po sobie poznać, a jednak jej głowa zakodowała to z wyjątkową dokładnością.
I całkiem nieźle ci to wychodzi, pani doktor.
Prychnęła. Faktycznie świetnie. Szczególnie w momencie, w którym zaczęła się pod nim rozpadać na kawałki, łapiąc atak paniki. Lekarz idealny. Nawet nie była w stanie finalnie pomóc temu facetowi, który ugrzązł pod siedzeniami. Wszystko szlag trafił nim zdążyła się wykazać, a jednak on wciąż uraczył ją komplementem. Uroczo.
— Czekaj aż mnie zobaczysz z igłą — rzuciła luźno, spoglądając mu w oczy z rozbawieniem. — Wtedy dopiero będziesz pod wrażeniem. — W jej wypowiedzi pojawiły się dwa problemy: pierwszy był w fakcie, że jej słowa sugerowały kolejne spotkanie, które z pewnością i tak nie doszłoby do skutku, drugi problem zaś leżał w braku kontekstu. Jax nie miał przecież pojęcia, że Abby nienagannie posługiwała się igłą. Potrafiła pobrać krew nawet z najbardziej schowanej żyły i to w taki sposób, że nie zostawały na skórze nawet najmniejsze siniaki. A jej technika szycia? Nienaganna. Ale tego też nie mógł wiedzieć.
Za to całkiem nieźle poszło mu przyswojenie informacji o zmianie temperatury, którą zakomunikowała. Faktycznie było jej zimniej i faktycznie mogło się to wziąć z rozluźnienia ciała i wyzbycia się nadmiernego stresu. A może to ten jego kciuk, który ciągle pracował na jej ramieniu? Chociaż nie, on akurat produkował wystarczająco ilość ciepła.
Zupełnie jak zaraz cała reszta jego ciała, kiedy nagle poruszył się nad nią, by już po chwili ostrożnie opaść i zakryć ją sobą jeszcze bardziej. Szczelniej. I chociaż wcześniej czuła go wystarczająco intensywnie, teraz czuła go już w całości. Przyległ do niej na całej długości: nogami, brzuchem i klatką piersiową, umieszczając głowę tuż przy tej jej. Bardzo blisko. Za blisko. Tak blisko, że powietrze, które opuszczało jego usta, praktycznie od razu wlatywało pomiędzy jej rozchylone lekko wargi. I chociaż głowa powtarzała sobie, że to nic, ciało okazało się na tyle zdradzieckie, że w ułamku sekundy zareagowało spięciem. Jej oddech przyśpieszył, a krew w żyłach popłynęła jakoś szybciej, podczas gdy wielkie, zielone oczy wodziły ostrożnie po jego twarzy.
Rozchyliła usta jeszcze szerzej, gotowa coś powiedzieć. Przerwać jakoś tą nagłą ciszę; rozładować napięcie, które nie wiedzieć, w którym dokładnie momencie zaczęło się budować. Tylko wtedy on znowu się poruszył, a ona została z nabranym w płucach powietrzem, trwając w bezruchu, finalnie nie mówiąc nic.
Miał rację. To był stres. To malejący stres spowodował, że przez moment było jej zimno. Tylko, że teraz nagle już nie było wcale. Bo z chwilą, w której jego usta przez przypadek musnęły płatek lewego ucha, przez ciało Abby przeszedł ciepły prąd. I znowu się spięła. Musiał to czuć. Był zbyt blisko, by można było to w jakikolwiek sposób ukryć. Tak samo jak nie dało się zatuszować oddechu, który minimalnie przyśpieszył.
Nie pozostawała mu jednak długo dłużna, szczególnie, że w pozycji, w jakiej się znajdowali, jego profil również znajdował się tuż przy jej ustach.
— Myślałam, że ja tu jestem od stawiania diagnozy — zauważyła. I nawet miało jej to wychodzić całkiem nieźle, jak sam powiedział. A jednak to on nienagannie znalazł przyczynę jej problemu, nie wspominając nawet o tym, że i zaproponował rozwiązanie, które jak na razie sprawdzało się c a ł k i e m n i e ź l e. — Ty miałeś być od gaszenia pożarów — przypomniała mu, przechylając nieznacznie głowę, by i jej wargi mogły zaczepić cienką skórę tuż przy uchu. — …Raz na miesiąc — dodała, uśmiechając się delikatnie, co z pewnością mógł usłyszeć.
Jax Harrison
fate meets chaos
: sob sty 24, 2026 4:55 pm
autor: Jax Harrison
— Bardziej, niż jestem teraz? — spytał cicho, unosząc kącik ust w zagadkowym uśmiechu. Jeśli mówić o wrażeniu, to już dawno je wywołała. Z każdą kolejną minutą coraz bardziej je pogłębiając; już zdecydowanie nie na tle fachowym.
Był teraz tak blisko niej, że czuł wszystko, co się z nią działo. W ciszy panującej dookoła, słyszał wszystko, co się z nią działo. Nawet zmianę w oddechu, która teraz, w tej sytuacji, miała być dla niego najważniejszą podpowiedzią, a której jeszcze nie mógł zinterpretować.
A jednak, kiedy jej wargi musnęły skórę przy jego uchu, a jej oddech, wraz ze słowami, owiał cały jego płatek, nie potrafił wskazać dokładnej chwili, w której to wszystko w nim się zaczęło. Coś, co rozlało się po nim powoli, niemal leniwie, najpierw jako ciepło, spokojną falą, a dopiero potem jako napięcie, które wpełzło pod skórę i zaczęło się tam osadzać. Na tyle ciężko, by nie mógł tego zignorować. Bez dramatów. Bez śladów.
Jego oddech się urwał. Tak po prostu. Jakby ciało na króciutki moment zapomniało, że powinno funkcjonować. Jego skóra w miejscu, którego dotknęła, wciąż mrowiła. Było w tym dotyku coś niepokojąco naturalnego. Nie gwałtownego, nie nachalnego, a właśnie przez to trudniejszego do zignorowania. Coś, co nie domagało się reakcji, a jednak ją wymuszało, bo ciało zaczynało reagować zanim umysł zdążył znaleźć dla tego sensowne wytłumaczenie.
To uczucie rozlewało się w nim jak zorza polarna pod powiekami zamkniętych oczu — piękne, niepokojące i zupełnie nie na miejscu, jakby jego ciało pomyliło półkule mózgowe z nocnym niebem.Powtarzał sobie, że to nielogiczne. Że to reakcja na stres, na zamknięcie, na zagrożenie życia. Na świadomość, że istnieje szansa, w dodatku niemała, że tego nie przeżyją. Że w innych okolicznościach zachowałby dystans, odsunąłby się choćby o te kilka centymetrów, które przywróciłyby neutralność ich układu i jego absolutną logicznośc. A jednak tego nie zrobił. Nie zmienił absolutnie niczego i ba, nawet był ciekaw, jak bardzo mógłby tę granicę przesunąć. I ani myśli o tym, czy w ogóle powinien. Albo raczej – że nie powinien, bo wypaczało to zdrowy rozsądek.
Bliskość między nimi przypominała trzęsienie ziemi na orbicie — coś, co nie powinno się wydarzyć, a jednak drżało wewnątrz niego z taką siłą, jakby kosmos na chwilę zapomniał, że nie ma podłoża.Przekrzywił głowę, na moment tym sposobem uwalniając się spod jej oddechu. Oparł czoło o jej skroń, pozwalając sobie na krótki oddech i zatrzymanie, między jej słowami, a własną odpowiedzią:
— To musisz przestać dolewać benzyny — rzucił cicho, z półuśmiechem słyszalnym w głosie. Z podszyciem zaczepności, przemieszanej z figlarnością.
Pożary miały być raz w miesiącu, albo rzadziej. A i tak ciężko było gasić jakikolwiek ogień, kiedy ktoś po drugiej stronie skutecznie go podsycał.
Przelokował ciężar własnego ciała na jedno przedramię. Wtedy palce drugiej dłoni odnalazły linię jej korpusu pod połą płaszcza nieco niepewnie, bo sprawdzał, czy w ogóle mogły tam być. To wciąż było czytanie niewiadomej, ze świadomością, że wystarczy jeden zły ruch, jedno błędne odczytanie intencji, a ugrzęzną pod zapadliną i to z napięciem, zdecydowanie nie sensualnym, w powietrzu.. Opuszki jego palców przesunęły się powoli wzdłuż jej boku, zapoznając się z delikatnym łukiem jej talii.
Jego czoło wciąż opierało się o jej skroń. Jego spokojny, równy oddech wciąż dotykał płatka jej ucha. Jego dłoń niespiesznie pokonywała kolejne milimetry po boku jej ciała.
— Powiedz mi tylko jedno — odezwał się nisko, chropowato i spokojnie. Przesunął się o ten jeden centymetr bliżej jej ucha. — Mam przestać… czy udawać, że wcale nie zauważam co się dzieje? — Jego usta zaczepnie zahaczyły o jej płatek. — Bo zaczynam mieć niepokojące wrażenie — ciągnął dalej, z minimalnym cieniem rozbawienia podszytym czymś znacznie mniej niewinnym niż tylko ono — że nagminnie łamię regulaminowe zapisy o zachowaniu spokoju.
Abby Wallace
fate meets chaos
: sob sty 24, 2026 8:52 pm
autor: Abby Wallace
Jego słowa wybijały ją z rytmu. Zastanawiały. Sprawiały, że zamiast skupić się na dalszej części konwersacji, przejść dalej, ona rozkładała je na czynniki pierwsze. Zrobiła na nim tak duże wrażenie? Czym? Co takiego sprawiło, że nie tylko poczuł się w ten sposób, ale że z taką łatwością to komunikował? Abby często podziwiała, jednak przeważnie robiła to w ciszy. Tak jak w tamtej chwili.
Bo przecież już od samego początku tej tragedii była pod wrażeniem jego zachowania. Tego, z jaką łatwością i bezinteresownością w pierwszej kolejności przysłonił ją swoim ciałem, gdy metro zadrżało po raz pierwszy. Jak od razu, bez zastanowienia ruszył do pomocy, jak przejął inicjatywę, kiedy wszyscy inni dopiero oswajali się z nową rzeczywistością. Jak rozmawiał z małym chłopcem, jak spokojny był... A przede wszystkim, to jak uratował jej życie, otulając silnym ramieniem i ścigając na bok, gdy sufit runął z hukiem. Jeszcze nie wiadomo, czy nie marne — bo przecież wciąż mogli tu umrzeć — jednak na tą chwilę był to wyczyn godny podziwu.
Wdzięczności również. Wallace czuła ją w sobie aż za bardzo, chociaż ani razu tego nie zakomunikowała. Trzymała to wszystko w środku, hamując również dziwne przeczucie, że nagle Jax stał się jej wyjątkowo bliski. I wcale nie chodziło o pozycję, w jakiej właśnie się znajdowali — chociaż trzeba przyznać, że ona wcale nie pomagała.
Jego bliskość gryzła skórę. Przypominał o sobie dosłownie na każdym milimetrze jej ciała oraz za każdym razem, gdy jego oddech bezczelnie osadzał się na rozgrzanym już policzku. Nie mogła się skupić. Nie potrafiła nagle pozbierać myśli i przywołać żadnych racjonalnych argumentów za tym, by zaprzestać cokolwiek to było, co oni tam robili.
Bo przecież robili.
Nawet ona wiedziała, że pod zawaliskiem było wystarczająco dużo miejsca, by nabrać dystansu, chociażby w postaci tych kilku dodatkowych centymetrów. By odsunąć głowy na tyle, by każdy oddychał w obrębie własnej, prywatnej przestrzeni. A jednak — oni świadomie i z pełną premedytacją przekraczali kolejne granice. Pozwalali, by głowa chętniej wyłączyła myślenie o tragedii, a ciało skupiło się na przelotnym dotyku. Dokładnie tak, jak to miało miejsce, gdy jego czoło aż zbyt naturalnie opadło na jej skroń, a wraz z kolejnymi słowami, serce Abby znowu zabiło nieco szybciej.
To musisz przestać dolewać benzyny.
Czy to właśnie robiła? Wzniecała ten pożar? Możliwe. Chociaż jak na jej oko, to właśnie on to robił. Inicjował wszystkie gesty, które ona potem z wręcz chirurgiczną precyzją naśladowała. Odbijała piłeczkę, którą to on serwował, więc wciskanie jej kanistra do ręki było w tym przypadku nie do końca trafione, ale…
— To musisz się bardziej postarać — rzuciła luźno, z równym rozbawieniem, co to jego sprzed chwili. W końcu to on tutaj miał odznakę na gaszenie ogarnia. — Albo dać się trochę sparzyć — dodała już nieco bardziej wymownie. Bo czy ten ogień, o którym była może był aż tak zły? Czy biorąc pod uwagę okoliczności i zimno, które ciągnęło z podłogi, nie był on wręcz przydatny? Ogrzewał przyjemnie ciało. Pobudzał bijące w piersi serce i na dobrą sprawę był daleki od zagrożenia życia.
Tak samo jak pobudzający był kolejny, wykonany przez niego gest. Czuła aż za dobrze, kiedy przeniósł ciężar ciała na jedno przedramię, by wolną dłoń wykorzystać do wędrówki po jej ciele. Już pod materiałem cienkiego płaszcza. I chociaż od rozgrzanej skóry wciąż dzieliła go warstwa kolorowej koszuli, Abby doskonale czuła jego palce. Jakby w półmroku, który panował dookoła, inne jej zmysły wyostrzyły się aż za bardzo. Świadczył o tym przyjemny prąd, który zaraz rozlał się wzdłuż zastałego kręgosłupa.
Nie ruszyła się. Nic nie powiedziała. Pozwoliła mu eksplorować nowe rejony, przymykając na moment oczy. Chłonąć ten krótki moment, który on zaraz przerwał kolejnymi słowami.
Wysłuchała go spokojnie, chociaż jej oddech nieznacznie przyspieszył. Szczególnie gdy płatek jej ucha ponownie spotkał się ciepłymi wargami. Zdecydowanie nie chciała, żeby przestawał, więc chyba zostawało wspomniane przez niego udawanie.
— A co się dzieje? — spytała w końcu, ignorując bezczelność pytania. — Bo jak na razie to jedynie chowasz się w obrębie mojej szyi — zauważyła. Jej dłoń drgnęła nieznacznie, by już po chwili unieść się i osadzić na jego karku. Leniwie przejechała po ciepłej skórze. Na początku jej ruch był niepewny, ostrożny, jednak po chwili pozwoliła sobie wpleść palce w gęste włosy. Zapoznać się z zupełnie nową teksturą, nim ponownie się odezwała:
— Unikasz konfrontacji, czy ewentualnych konsekwencji? — Jej głos był cichy i spokojny, chociaż krew w żyłach przemieszczała się już o wiele szybciej niż kilka minut temu. Nie było już mowy o przypadku w ich gestach. Były one w pełni świadome i wykonane z premedytacją. Zupełnie jak ten jej kolejny, gdy zacisnęła palce mocniej na jego włosach i delikatnie szarpnęła, wymuszając na nim, by podniósł głowę. — Czy aż tak źle się na mnie patrzy? — dodała, pozwalając, by kąciki ust uniosły się ku górze.
Pożałowała dopiero, gdy w półmroku odnalazła jego ciemne spojrzenie. Intensywne i przeszywające. Ciało spięło się mimowolnie, a bijące w piersi serce od razu zdradziło, że ten gest wcale nie był jej obojętny. Nie powstrzymało ją to jednak przed tym, by dalej błądzić palcami po jego potylicy.
Jax Harrison