Strona 2 z 2

Lesson 1: How to wash dishes

: śr lut 11, 2026 12:57 am
autor: Mara Lakefield
Mara nie uważała Galena za paskudnego i nieetycznego, a tylko jego jedno zachowanie. Według niej przesadą było wykorzystywanie dzieci w celach poprawy wizerunku. A gdy już w grę wchodziło robienie tego po skandalu związanym z handlem ludźmi? To było paskudne i wierzyła, że nie tylko ona miała takie spojrzenie na tą sytuację. Rozumiała, że biznes rządził się swoimi sprawami i wymagał nie raz działań stricte PRowych, ale jednak powinny być pewne granice etyczne.
To jednak nie oznaczało, że zamierzała skreślić go na całej linii. Tym bardziej, że przecież była jego terapeutką. Chociaż akurat w tej kwestii ta granica już dawno się zatarła i ta relacja była bardziej rozbudowana. Tym bardziej po wspólnym masażu i takich tekstach, które ani trochę nie peszyły Mary. Uniosła tylko znacząco brew i spojrzała na niego .- Mamy równouprawnienie, więc może pora, żebyś Ty się obwiązał dla kogoś wstążką?- nie powiedziała, żeby zrobił to dla niej, ale prawda była taka, że takim prezentem na pewno by nie pogardziła. Był przystojny i wciąż miała przed oczami to jego umięśnione ciało całe naoliwione. To był znacznie bardziej pociągający widok niż w głupio-śmiesznych skarpetkach.
- Do Ciebie tym bardziej mi jakoś nie pasują świąteczne skarpetki- uśmiechnęła się i krótko zaśmiała, bo ją zaskoczył i rozśmieszył tym wyznaniem. Wyobrażała sobie, że on nawet w garniturze śpi niczym Barney Stinson. - W takim razie przyda mi się jakiś voucher na ubera, bo ostatnio coraz częściej jestem zmuszona korzystać z ich usług - przyznała w końcu , skoro tak naciskał. Było jej miło, że chciał jej sprawić prezent. Nie było to nic przymusowe, ale wiedziała, że inni czują się lepiej mogąc innym coś podarować.
Nie pogniewałaby się jednak, gdyby jego jedynym prezentem było umieszczenie jej na pierwszej stronie jego dziennika wdzięczności. To był bardzo miły gest i taki prawdziwy, od serca, który bardzo doceniała. Chociaż jego kolejne słowa trochę wybiły ją z rytmu. - Oh…- rzuciła urywając i podrapała się po ramieniu zastanawiając się jak to dalej ugryźć, by wciąż wyglądać na profesjonalną i wiarygodną.- Od dawna już nie mam swojego dziennika wdzięczności- bo jak to teraz wygląda? Proponuję, żeby taki prowadził, gdy sama przestała zapisywać za co ona jest wdzięczna? Trochę mijało się jej to z celem, ale liczyła na to, że tego nie zauważy.
W końcu jednak trzeba było wrócić do pracy, bo przecież w tym celu tutaj przyszli. A może, aby przeprowadzić terapię? Chyba trochę się w tym wszystkim zapędzili. Mimo tego, Mara obserwowała jego ruchy ze zmarszczonym czołem w obawie, żeby nic mu się nie stało.
- Nie, obieraczką przesuwasz po ziemniaku. Najważniejsze, aby odpowiednio chwycić warzywo, żeby nie stała Ci się krzywda- powiedziała zabierając pomału od niego narzędzie i ziemniaka, by mu to zaprezentować. Obawiała się, że jak weźmie drugie, to Galen zacznie ją naśladować wpatrując się w jej ruchy zamiast we własne i przez to zrobi sobie krzywdę. Pokazywała mu powoli jak to odpowiednio robić.- Błagam, nie skalecz się tylko, bo na widok krwi mi niedobrze- rzuciła z uśmiechem i zerknęła na niego przelotem, aby utrzymywać kontakt wzrokowy. Niestety w tym momencie poczuła jak ostrze zjechało wprost na wnętrze jej dłoni przejeżdżając po skórze i ją rozrywając.
- Kurwa!- krzyknęła w panice, gdy tylko pojawiła się krew i upuściła wszystko na ziemię. Ból jeszcze nie dotarł do mózgu, ale ten czerwony widok już tak i to on spowodował, że zamiast za coś chwycić i owinąć dłoń tamując krwawienie, to zastygła w bezruchu. Jeżeli Galen również się bał krwi, to mieli oboje przejebane i oby ktoś przyszedł i im pomógł.


Galen L. Wyatt

Lesson 1: How to wash dishes

: sob lut 21, 2026 12:43 pm
autor: Galen L. Wyatt
Galen przechylił na bok głowę, czy obwiązałby się dla kogoś wstążką? Pewnie nie, bo nie był słodziakiem, aczkolwiek nie przeszkadzało mu to w tym, żeby nie uśmiechnąć się do Mary trochę zaczepnie.
- Ale nie mam dla kogo - wzruszył ramionami. Pewnie ktoś by się znalazł, bo Galen Wyatt nigdy nie miał problemu ze znajdowaniem sobie panienek, chociaż... akurat w święta miał. Ale tu nawet nie chodziło o to, że nie zrobiłby tego, jemu czasem wystarczyło jedno wyjście do baru, czy do klubu, żeby oczarować potencjalną partnerkę, bo Galen jak chciał, to przecież był... czarujący.
On po prostu nie miał na to za bardzo humoru. Bo święta miały być zgoła inne. Miał dostać pod choinkę Ferrari od narzeczonej, a kupił sobie sam. Ale to jednak nie to samo... Chociaż może to była dla niego nawet lepsza opcja, skoro on się tak bardzo w tym związku dusił? Okaże się.
- Nie wyszedł bym w takich z mieszkania - rzucił trochę konspiracyjnym szeptem, nawet się pochylając w jej kierunku, no bo to był fakt, gdzie do garnituru, albo jego drogich jeansów świąteczne skarpety - ale zdradzę ci tajemnicę Mara... po domu czasem chodzę z dresach i świątecznych skarpetkach - czasem, to było słowo klucz, kiedy nie miał akurat jakiś spotkań online, gości, albo panienek. Zdarzało się wyjątkowo rzadko, ale jednak. I może dlatego to było wyjątkowe? Nie pasujące do niego.
Zmarszczył brwi na jej kolejne słowa.
- A robią takie vouchery? W zasadzie rzadko nim jeżdżę, bo jednak wolę swoim samochodem - zwłaszcza, że miał ich tyle. Zresztą... największa miłość Galena Wyatta to jego sportowe samochody. Od zawsze, niezmiennie, na zawsze. Przecież Porsche nie wbije mu noża w plecy? Chociaż czasami prawie przysporzyło go o zawał swoją zawrotną prędkością.
Postanowił, że to sprawdzi ten voucher, a ewentualnie to mógłby czasem swojego szofera podrzucić Marze, on tak rzadko z niego korzystał. Jego szofer miał robotę marzeń, bo musiał być pod telefonem, w razie czego, a Galen mu za to płacił, a przecież i tak zazwyczaj wolał prowadzić sam. No chyba, że nie był w stanie, albo trzeba było kogoś gdzieś odwieźć i Galen nie chciał brać w tym udziału, tak też się zdarzało.
Na jej kolejne słowa, Galen uniósł jedną brew, i nawet przez chwilkę miał się odezwać, że jak to? Finalnie jednak nie powiedział nic. Znając Galena to może też w pewnym momencie to porzucić, bo on bardzo szybko łapał nowe zajawki, interesował się wszystkim, ale szybko tracił zapał, szybko się nudził. Z nim jak z dzieckiem, jeśli nie ma bodźców, nie dzieje się, to Galen Wyatt się nudzi. A jak on się nudzi to po prostu szuka nowych wrażeń, zawsze tak było, ze wszystkim.
Kiedy wrócili do kuchni, i okazało się, że czeka ich kolejne wyzwanie, a przynajmniej Galena, który przecież nie umiał sobie radzić z obieraczką, to Wyatt naprawdę starał się na tym skupiać, na jej instrukcjach, a przede wszystkim na tym, żeby nie pociąć sobie palców. Był ostrożny i nawet w pewnym momencie obrał od swojego ziemniaka ładną, kształtną skórkę...
Może by był z niego nawet jakiś master chef, albo chociaż obieracz ziemniaków, ale wtedy Mara rozcięła sobie dłoń. Galen nie bał się widoku krwi, a wręcz przeciwnie, to on w takiej sytuacji nawet... umiał zachować zimną krew. Spojrzał na Lakefild, a niebieskie tęczówki spoczęły na jej oczach.
- Hej... spokojnie - zaczął i sięgnął po jakąś czystą ścierkę, żeby przyłożyć jej do ręki, zatamować krwawienie - to nic takiego - powiedział wciąż patrząc jej w oczy. Ale tak naprawdę, to przecież nie widział, nawet nie spojrzał na ranę, no ale najpierw trzeba było zapanować nad jaj paniką, a później nad krwawieniem.
- Tylko zobaczę, dobrze? - jeszcze jedno spojrzenie w jej oczy, a potem zajrzał pod ścierkę pochylając się nad nią. Rana nie była za głęboka, ale długa, ale jak na oko Galena nie trzeba było jej szyć. I to nie tak, że Galen się kompletnie na tym nie znał, bo jednak on z tym swoim zapałem do wszystkiego brał też udział w jakiś kursach z pierwszej pomocy. Ktoś ich zauważył, a raczej krew, której trochę skapnęło na podłogę i zapytał co się stało. Wyjaśnili, a potem ktoś się zaoferował, że może im pomóc, ale Galen stwierdził, że może to zrobić sam. Bo mógł, bo potrafił. Dostali tylko apteczkę i znowu wrócili do szatni...
Mieli pomagać, a oni więcej czasu spędzili tutaj. Ale co poradzić.
- Mara... - zaczął kiedy już posadził ją na ławce i kucnął przed nią, a nawet się podparł jednym kolanem, na którym oparł sobie jej dłoń ze szmatką - podobają ci się moje oczy? - zapytał, jakby nigdy nic i nawet uniósł na nią na moment spojrzenie, ale zaraz je spuścił na jej rękę, chciał ją jakoś zagadać, kiedy on się zajmie jej ręką, proste, tak? - Jak myślisz, jakbyś nie była moją terapeutką, to umówiłabyś się ze mną? - już odsłonił szmatkę i to na niej oparł jej dłoń - bo mam ładne oczy, czy fajną pracę? - zapytał, ale teraz nawet na nią nie zerknął, bo te jego ładne oczy wpatrywały się w jej rękę, a zaraz chwycił płyn do dezynfekcji, i teraz pochylił się nad nią delikatnie - zapiecze, ale nie patrz - wylał na ranę trochę płynu, ale schylił się, żeby podmuchać to miejsce i może to nie było zachowanie medyczne, ale pamiętał jak był dzieciakiem i zdzierał kolana i kiedy niańki mu je dezynfekowały, to jedna też tak robiła. Dłoń się zapieniła, a zaraz Galen delikatnie wytarł ją czystym, sterylnym gazikiem z krwi i resztek płynu.
- Ja bym się z tobą umówił - powiedział jeszcze i znowu na nią spojrzał, a już po chwili naklejał jej na rękę duży plaster. Może nie był to opatrunek super fachowy, ale na pewno był w porządku.
- Już - stwierdził i podniósł się, a kiedy Mara zerknęła na swój opatrunek, to Galen spojrzał na swój wodoodporny, złoty zegarek - musze iść, bo za pół godziny mam ważne spotkanie, a jeszcze powinienem się przebrać - powiedział i przesunął palcami po miękkich włosach - zdzwonimy się, okej? - zapytał, ale nie miał za bardzo wyjścia. Nie zakładał w zasadzie, że zejdzie mu tu tyle czasu. No i... pomimo tych kilku dramatów jak zalanie ciuchów i ta rana na koniec, to nawet miło spędzili ten czas. Ale po prostu Galen musiał iść.
Spoiler
/hej Marka, wiesz, że uwielbiam z tobą grać <3 mara i galen mają super vibe, ale kończę wątki poboczne, żeby się trochę odgrzebać, przepraszam! no i co... i przyjdę po jakiś aktualniejszy jak już będę czyściutka, jak coś to wiesz, łapiemy się ;p
szturchnij mnie tylko, czy chcesz odpisać, czy mam dać zt ; )
Mara Lakefield