My sweet eighteen
: śr sty 28, 2026 1:34 pm
Jakby ktoś jej pytał, to uważała, że ten drink, który nieświadomie spaczyła, był zajebisty i na pewno w smakował niczym mały Jezusek bosą stópką po podniebieniu stąpał. Może nie był najwyższej klasy i zawodowi barmani by mieli się do czego przyczepić, ale pijani nastolatkowie? Na pewno będą to uważać za prawdziwą ambrozję dla kubków smakowych, skoro i tak głównie pili śmieciowe drinki i rozcieńczone piwo.
— A to nie jest godne pokazania? — spytała, zerkając na szklankę, którą trzymał. Jak na jej, to już mogłaby to pokazać chociażby takiemu Krossowi. Na pewno uznałby jej kunszt. Ewentualnie powiedziałby, że to gówno, jak na doskonałego przyjaciela przystało. Bo chociaż jego laski nie znosiła, tak on był jak wkurwiający momentami brat, którego nigdy nie miała. Oddałaby mu nerkę, ale na pewno nie pilota od telewizora.
A właśnie… o wilku mowa.
Nieświadomie wywróciła oczami, gdy słowa przyjaciela przebiły się przez muzykę w kuchni. Ten to doskonale wiedział kiedy się pojawić i jeszcze w takim stylu.
— Nikt tu nie flirtuje — odpowiedziała dość sucho. Instynktownie zerknęła krótko na swojego trenera, aby zobaczyć czy zareagował jakkolwiek na te gadki. Zaraz jednak obejrzała się do tyłu przez ramię, lustrując spojrzeniem chłopaka, który stał po drugiej stronie kuchennej wyspy.
Brew jej drgnęła wyżej na jego kolejne słowa, bo już czuła, że jej miły trener się zaraz speszy. A ona przecież nic takiego nie robiła. Po prostu spędzali ze sobą czas na imprezie i uczył ją robić drinki, prawda? Doskonale wiedziała przecież, że ma narzeczoną.
Była po prostu miłym gospodarzem, dbającym o gościa.
Najchętniej zabiłaby go spojrzeniem za te wszystkie teksty, ale Kross raczej się nie przejął jej groźnym wzrokiem, który był bardzo wymowny, bo albo wiedział, że go nie zabije, albo spodziewał się wpierdolu za zakrętem. W końcu nie byłby to pierwszy raz jakby mieli się przepychać. Tylko tak, aby Maldita nie widziała, bo znowu by coś sobie dopowiedziała, a jak wiadomo, to ona mogła być jedyną harpią w okolicy chłopaka.
Żeby Raven to jeszcze była nim jakkolwiek zainteresowana.
Śmierdzi tu emerytem.
— Wywalaj, Kross — rzuciła głośniej, odwracając się wymowniej w jego stronę na tym blacie, akurat jak już wychodził. No bezczelny. Żeby ona mu tak randek nie niszczyła. Znaczy… to żadna randka. Ani flirty.
Wróciła spojrzeniem do trenera i uśmiechnęła się łagodnie.
— Byłaby taka szkoda… — powiedziała wielce przejęta. Jak na jej, to mogłaby spokojnie pachnieć tym całym emerytem, bo nie była to żadna obraza. Nie czuła się jakby rozmawiała z dziadkiem, albo była między nimi niewiadomo jaka przepaść pokoleniowa. I to było znaczące.
Zsunęła się z blatu i sięgnęła do jego nadgarstka.
— Chodź, nie jesteś tu barmanem, tylko gościem — powiedziała, nie przyjmując jego jakiejkolwiek odmowy. Jak ktoś będzie chciał sobie zrobić drinka, to powinien dać sobie radę, prawda? — Jako solenizantka, nie przyjmuję „nie” — dodała, uśmiechając się pod nosem.
Chwyciła swojego drinka i pociągnęła go za sobą w stronę salonu, gdzie znajdowała się zdecydowana większość nastolatków. I ten cholerny debil, który jeździł na drewnianym, bujanym koniku po całym salonie, wraz z okrzykami i śmiechami ludzi dookoła. Widać, że był już mocno nawalony i sprawiało mu to dużą frajdę. Jak to każdemu, imprezowemu błaznowi, który szukał poklasku.
— Malcolm, wypierdalaj z moich paneli — warknęła na niego, a ten odwrócił głowę i zamiast zejść z konika, to na nim zaczął kierować się szybko w kierunku dywanu. Jak taki pies, którego przyłapano na zrobieniu czegoś złego. — Ma tu nie ma być po was śladu, bo jak Pirania wróci, to wszyscy będą mieć przesrane, jasne? — Bo chociaż Raven w szkole była lubiana, to jednak jej matka budziła strach nie tylko w domu. Nawet nauczyciele Heist się jej obawiali. I rodzice innych uczniów.
A inni mogli się spodziewać, że jej matka się na pewno dowie kto był na imprezie. Prędzej czy później, więc lepiej, aby w ogóle się nie domyśliła, że cokolwiek miało miejsce. Wystarczyło, że jej własny ojciec krył jej tyłek.
— To Soren, mój trener i super ziomek. Bądźcie mili i go nie wystraszcie, bo robi też super drinki. — Z jakiegoś powodu, spojrzała tu wymowniej na Krossa. — W co gramy?
— Prawda czy wyzwanie! — powiedział Malcolm, aż wstając chwiejnie ze swojego konika.
— Chyba ruchanie.
— Ten kto się wymiguje pije trzy szoty! — dodał, lustrując groźnie wszystkich, którzy zgłosili chęć gry.
Pociągnęła zachęcająco Sorena do ich upośledzonego kręgu, bo niektórzy siedzieli na ziemi, inni na meblach, a jeszcze inni pod ścianą, ale zdecydowana większość chciała z nimi się bawić. Zwłaszcza będąc po kilku drinkach. I jak już przeszło kilka różnych kolejek z wyzwaniami i zawstydzającymi pytaniami, doszło do Sorena.
— Gdybyś nie miał laski, kto z obecnych najbardziej wpadłby ci w oko? Wszyscy tu są legalni, spoko! — powiedziała ruda koleżanka, której zrobił drinka. Faceta też mógł wybrać.
Soren Morningstar
— A to nie jest godne pokazania? — spytała, zerkając na szklankę, którą trzymał. Jak na jej, to już mogłaby to pokazać chociażby takiemu Krossowi. Na pewno uznałby jej kunszt. Ewentualnie powiedziałby, że to gówno, jak na doskonałego przyjaciela przystało. Bo chociaż jego laski nie znosiła, tak on był jak wkurwiający momentami brat, którego nigdy nie miała. Oddałaby mu nerkę, ale na pewno nie pilota od telewizora.
A właśnie… o wilku mowa.
Nieświadomie wywróciła oczami, gdy słowa przyjaciela przebiły się przez muzykę w kuchni. Ten to doskonale wiedział kiedy się pojawić i jeszcze w takim stylu.
— Nikt tu nie flirtuje — odpowiedziała dość sucho. Instynktownie zerknęła krótko na swojego trenera, aby zobaczyć czy zareagował jakkolwiek na te gadki. Zaraz jednak obejrzała się do tyłu przez ramię, lustrując spojrzeniem chłopaka, który stał po drugiej stronie kuchennej wyspy.
Brew jej drgnęła wyżej na jego kolejne słowa, bo już czuła, że jej miły trener się zaraz speszy. A ona przecież nic takiego nie robiła. Po prostu spędzali ze sobą czas na imprezie i uczył ją robić drinki, prawda? Doskonale wiedziała przecież, że ma narzeczoną.
Była po prostu miłym gospodarzem, dbającym o gościa.
Najchętniej zabiłaby go spojrzeniem za te wszystkie teksty, ale Kross raczej się nie przejął jej groźnym wzrokiem, który był bardzo wymowny, bo albo wiedział, że go nie zabije, albo spodziewał się wpierdolu za zakrętem. W końcu nie byłby to pierwszy raz jakby mieli się przepychać. Tylko tak, aby Maldita nie widziała, bo znowu by coś sobie dopowiedziała, a jak wiadomo, to ona mogła być jedyną harpią w okolicy chłopaka.
Żeby Raven to jeszcze była nim jakkolwiek zainteresowana.
Śmierdzi tu emerytem.
— Wywalaj, Kross — rzuciła głośniej, odwracając się wymowniej w jego stronę na tym blacie, akurat jak już wychodził. No bezczelny. Żeby ona mu tak randek nie niszczyła. Znaczy… to żadna randka. Ani flirty.
Wróciła spojrzeniem do trenera i uśmiechnęła się łagodnie.
— Byłaby taka szkoda… — powiedziała wielce przejęta. Jak na jej, to mogłaby spokojnie pachnieć tym całym emerytem, bo nie była to żadna obraza. Nie czuła się jakby rozmawiała z dziadkiem, albo była między nimi niewiadomo jaka przepaść pokoleniowa. I to było znaczące.
Zsunęła się z blatu i sięgnęła do jego nadgarstka.
— Chodź, nie jesteś tu barmanem, tylko gościem — powiedziała, nie przyjmując jego jakiejkolwiek odmowy. Jak ktoś będzie chciał sobie zrobić drinka, to powinien dać sobie radę, prawda? — Jako solenizantka, nie przyjmuję „nie” — dodała, uśmiechając się pod nosem.
Chwyciła swojego drinka i pociągnęła go za sobą w stronę salonu, gdzie znajdowała się zdecydowana większość nastolatków. I ten cholerny debil, który jeździł na drewnianym, bujanym koniku po całym salonie, wraz z okrzykami i śmiechami ludzi dookoła. Widać, że był już mocno nawalony i sprawiało mu to dużą frajdę. Jak to każdemu, imprezowemu błaznowi, który szukał poklasku.
— Malcolm, wypierdalaj z moich paneli — warknęła na niego, a ten odwrócił głowę i zamiast zejść z konika, to na nim zaczął kierować się szybko w kierunku dywanu. Jak taki pies, którego przyłapano na zrobieniu czegoś złego. — Ma tu nie ma być po was śladu, bo jak Pirania wróci, to wszyscy będą mieć przesrane, jasne? — Bo chociaż Raven w szkole była lubiana, to jednak jej matka budziła strach nie tylko w domu. Nawet nauczyciele Heist się jej obawiali. I rodzice innych uczniów.
A inni mogli się spodziewać, że jej matka się na pewno dowie kto był na imprezie. Prędzej czy później, więc lepiej, aby w ogóle się nie domyśliła, że cokolwiek miało miejsce. Wystarczyło, że jej własny ojciec krył jej tyłek.
— To Soren, mój trener i super ziomek. Bądźcie mili i go nie wystraszcie, bo robi też super drinki. — Z jakiegoś powodu, spojrzała tu wymowniej na Krossa. — W co gramy?
— Prawda czy wyzwanie! — powiedział Malcolm, aż wstając chwiejnie ze swojego konika.
— Chyba ruchanie.
— Ten kto się wymiguje pije trzy szoty! — dodał, lustrując groźnie wszystkich, którzy zgłosili chęć gry.
Pociągnęła zachęcająco Sorena do ich upośledzonego kręgu, bo niektórzy siedzieli na ziemi, inni na meblach, a jeszcze inni pod ścianą, ale zdecydowana większość chciała z nimi się bawić. Zwłaszcza będąc po kilku drinkach. I jak już przeszło kilka różnych kolejek z wyzwaniami i zawstydzającymi pytaniami, doszło do Sorena.
— Gdybyś nie miał laski, kto z obecnych najbardziej wpadłby ci w oko? Wszyscy tu są legalni, spoko! — powiedziała ruda koleżanka, której zrobił drinka. Faceta też mógł wybrać.
Soren Morningstar