Strona 2 z 2

back to reality

: sob sty 31, 2026 1:55 am
autor: Blair Mayfield
Jakiekolwiek zasady fair play, w związku z ich ślubem, zdawały się już nie obowiązywać — ich matki wodzone przez rok za nos, w końcu zaczęły się buntować i Blair była zdziwiona, że to one pękły prędzej niż dwójka młodych ludzi, obarczonych kolosalną presją. Linia obrony zdawała się wyczerpywać, a wszystkie argumenty, które do tej pory były istotne i niepodważalne, nagle przestały mieć większe znaczenie. Nie dało się ukryć, że dla ich rodziców ślub dzieci miał największe znaczenie i z pewnością był starannie zarządzanym projektem od momentu w którym zauważyli, że się dogadują. Dla niej było to coś więcej, nie były to puste słowa, rzucone na wiatr obietnice, a realne uczucia; a presja sprawiała, że jeszcze bardziej czuła się, jak zamknięty w klatce ptaszek. Denerwował ich ten temat oraz była w stanie zauważyć, że Charlie spiął się na nowo, gdy zaczęła opowiadać o poranku. Ona również odczuwała nieznośne napięcie ilekroć o tym myślała, tym bardziej jeśli wiązało się to z gderaniem nad głową i narzucaniem opinii. Była przekonana, że to psuje tę ślubną atmosferę, którą tak bardzo chciały uzyskać ich matki.
— Raczej nie interesuje ich sprawiedliwość, bo robią z siebie poszkodowane — stwierdziła, w końcu ile razy słyszeli już, jak bardzo niesprawiedliwe w stosunku do rodziny było ich notoryczne przekładanie organizacji ślubu. Przypominając sobie to, Blair po raz kolejny utwierdziła się w fakcie, że jej matka była idealną manipulatorką; dzisiejszym zachowaniem również to udowodniła. Przestały prosić o datę, bo zaczęły ją po prostu kreować w swoich głowach. W ich mniemaniu z pewnością udałoby się zorganizować ceremonię już na wiosnę. Odetchnęła głęboko, by nieco uspokoić kotłujące się w jej głowie myśli. Jego dotyk na jej dłoni dodatkowo sprawiał, że nieco przestawała się tym wszystkim martwić — nie była w tym sama, byli w tym razem, więc razem musieli opracować jakiś plan albo po prostu wziąć się za uzgodnienia wszystkich szczegółów, nim inni zaczną robić to za nich. Uśmiechnęła się lekko na jego słowa, które dodały jej otuchy. Uprowadzenie jego sióstr było najmniejszym problemem i tak jak sam stwierdził, z pewnością nie będą musieli posunąć się do takich kroków. — Masz rację, to na pewno najmniejsze zmartwienie — przytaknęła. Dziewczyny dobrze wiedziały, jakie były ich matki, może nawet jeśli miały plany, to zlitują się nad nią przez sam fakt, że ciężko byłoby się wywinąć w inny sposób.
W tym momencie, jedzenie było najmniej interesujące ze wszystkich obecnych spraw. Cieszyła się na ich wspólny obiad, ale jednocześnie wszystkie wydarzenia dzisiejszego dnia zaciskały się na jej żołądku i póki co to nie wiedziała, czy była w stanie cokolwiek przełknąć. Tylko na chwilę przeniosła wzrok na kelnera, aby zaraz utkwić spojrzenie w mężczyźnie siedzącym naprzeciwko niej — w pełni ufne, które teraz miało w sobie najwięcej emocji, ponieważ tylko przed najbliższymi była w stanie porzucić chłodną i profesjonalną maskę, bez obawy, że jakikolwiek zmartwiony dryg czy niepewność, zostanie wykorzystane przeciwko niej. Plan Charliego był dobry, lecz jednocześnie nasuwało jej się pytanie; jak długo miało trwać to kupienie sobie czasu? Co wydarzyłoby się późną wiosną? Kolejne plany biznesowe i kolejne przesunięcie terminu, tuż na chwilę przed rozesłaniem zaproszeń? Kolejne pretensje i być może realne groźby? Czy zarzucanie, że są kompletnymi dzieciakami, a nie dorosłymi, na których się kreują? I nim zdążyła odpowiedzieć na jego strategię, zaczął mówić dalej. Jak to możliwe, że w tym momencie dzielili podobne myśli? Dlaczego odsuwali to w czasie? Dlaczego po roku nadal nie umieli wybrać raz a porządnie daty, zabukować jej w kalendarzu i oznaczyć jako nie do ruszenia? W tym momencie kompletnie nie czuła się jak Blair Mayfield, wiceprezes wielkiego przedsiębiorstwa, która codziennie miała zrzucane na barki milion obowiązków. — Nie wiem — odpowiedziała najpierw krótko i dość… nietypowo jak na nią. Jakby się zepsuła, bo przecież ona zawsze miała jakąś odpowiedź. Zawsze umiała jakoś rzeczowo uargumentować, błyskotliwie odpowiedzieć czy na poczekaniu rozwiązać problem. Może dlatego, że teraz była tylko Blair i część jej mózgu przełączyła się na tryb kobiety, która nie zawsze wszystko musi wiedzieć. Czy ty w ogóle tego chcesz? Zdziwiona tym pytaniem, uniosła lekko brwi i utrzymując z nim długie spojrzenie, zaczęła analizować jego słowa, żeby bez dłuższego namyślenia się, sklecić sensowną odpowiedź. — Przede wszystkim, zawsze jestem z tobą szczera — zaczęła, posyłając mu krótki uśmiech; bo co jak co, jednak przed nim nie potrafiła często ukryć swoich emocji. Nawet jeśli skrupulatnie próbowała, to jedno jego pytanie potrafiło zburzyć jej całą maskę, którą próbowała przybrać. — Charlie… kocham cię i oczywiście, że tego chcę. Myślę, że zasłanianie się pracą nieco za bardzo weszło nam w krew — odpowiedziała; w końcu odkąd skończyli studia i wrócili do Toronto, zostali obciążeni odpowiedzialnością firmową. Czy potrafili żyć inaczej? — A skoro praca jest naszym środowiskiem naturalnym, w przeciwieństwie do ślubu, który jest czymś… nowym, to może jest to jakiś mechanizm obronny przed nieznanym — kontynuowała, przenosząc na chwilę spojrzenie na ich dłonie i delikatnie, nieco kojąco, zaczęła gładzić palcami po wierzchu jego dłoni. — Tym bardziej, że presja otoczenia nie sprzyja podjęciu jakiejś decyzji i bardziej mnie to stresuje niż wprowadza w ślubny nastrój — zadrwiła nieco z tego określenia i była przekonana, że prędzej może to być traktowane przez nich jako żart sytuacyjny niż faktyczne określenie, którym mogliby się posługiwać. — Już prędzej poczułabym tę całą aurę uciekając gdzieś z tobą i biorąc ślub nawet i w cholernym Las Vegas, niż na pokaz przed ludźmi, których nawet to zbytnio nie obchodzi. — Było to bardziej niż pewne, że będą tam partnerzy biznesowi, którym rodziny chcieli się pochwalić, że dwie wielkie firmy przechodzą na kolejny etap partnerstwa. Tylko nie o to w tym wszystkim chodziło. Odbierało to kolor wszystkiemu, przez co rzeczywiście, świat stawał się przezroczysty i bez smaku. — Dlaczego za pewnik przyjmujemy, że nic nie będzie już od nas zależało, skoro to właśnie od nas zależy najwięcej? — dodała ciszej, jakby niepewnie i jednocześnie zdradzając swoje ostatnie myśli, które dotyczyły całego tego przytłoczenia przez rodzinę; bo to nie tak, że rodzina nie była dla niej na pierwszym miejscu. Tu kryło się coś więcej. Przechyliła lekko głowę na bok, spoglądając na Charliego z zastanowieniem i uważnie przyglądając się jego twarzy. — A ty masz wątpliwości? — zadała pytanie, które od razu nasunęło się na jej język. — Nie sugeruj się moją odpowiedzią, ty też musisz być wobec mnie szczery. — To ceniła najbardziej i musiała wiedzieć; bo jeśli nie teraz, to kiedy? Zawsze była zainteresowana tym, co siedzi mu w głowie. Z zainteresowaniem słuchała go, gdy z pasją mówił o analizach giełdowych, pomysłach na rozwój firmy i o wszystkich mało istotnych teraz rzeczach, które dotyczyłyby Northland Power — bo teraz była tym najmniej zainteresowana. W tym momencie był Charliem, a nie wiceprezesem.

Charlie Marshall

back to reality

: pn lut 02, 2026 10:58 pm
autor: Charlie Marshall
Czy chciał ślubu? Nie wiedział. Wiedział za to, że chciał jej. Chciał Blair. Chciał jedynej kobiety, która rozumiała wszystkie jego rozterki i nie potrzebowała instrukcji obsługi jego ciężkiego charakteru. Jednak pytanie "Czy chciał tego ślubu?" wracało do niego jak bumerang. Tak samo jak kilka innych pytań. Czy chciał tej szopki dla rodziców? Czy chciał pochwalić się przed partnerami biznesowymi swoją małżonką? Czy chciał, żeby ich matki zarządzały ich ślubem jak projektem? Odpowiedź brzmiała... nie. Nie chciał tego. Było mu z Blair dobrze dokładnie tak, jak było teraz. Uwielbiał ich wspólne noce, gdy świat zewnętrzny przestawał istnieć, i te leniwe poranki, kiedy przez krótką chwilę nie byli wiceprezesami, a jedynie dwójką ludzi dzielących zapach świeżo parzonej kawy. Lubił ich rutynę - wspólne śniadania, podczas których wymieniali uwagi o projektach, a potem rozjeżdżali się do swoich biur, by wieczorem spotkać się w teatrze albo w ich ulubionej restauracji. Ten układ działał bez zarzutu. Czy naprawdę potrzebowali do tego wszystkiego świstka papieru z urzędową pieczęcią? Czy sakramentalne „tak” wypowiedziane przed setką ludzi, których w połowie nawet nie lubili, miało sprawić, że jajecznica rano będzie smakować lepiej? Szczerze w to wątpił. Małżeństwo w ich kręgach nie było zwieńczeniem miłości, a fuzją kapitałów, a on nie czuł potrzeby, by ich prywatna bliskość stała się własnością publiczną. Gdy poczuł jej palce gładzące wierzch jego dłoni, spiął się na moment, by zaraz potem odetchnąć głębiej. Jej szczerość była jak zimny prysznic - otrzeźwiająca i brutalnie prawdziwa. W końcu Charles westchnął ciężko i chwycił za widelec, decydując się w końcu spróbować swojego risotto, skoro już tutaj przyszli i zapłacili za ten spektakl luksusu. Powolne przeżuwanie zawsze pomagało mu myśleć, a rytmiczny ruch szczęki zdawał się nieco stabilizować gonitwę myśli w jego głowie. Ryż był idealnie al dente, kremowy i pachnący truflami, ale w tym momencie smakował jak popiół w obliczu wagi ich rozmowy. Po chwili jednak poczuł, jak pod wpływem jej kojącego dotyku napięcie w jego ramionach zaczęło odrobinę odpuszczać. Słowa o „mechanizmie obronnym” trafiły prosto w punkt, ale to ta pierwsza deklaracja sprawiła, że krew w jego żyłach zaczęła krążyć szybciej. Charlie… kocham cię i oczywiście, że tego chcę. - Ja ciebie też kocham, Blair - odpowiedział miękko, bez wahania. A skoro praca jest naszym środowiskiem naturalnym, w przeciwieństwie do ślubu, który jest czymś… nowym, to może jest to jakiś mechanizm obronny przed nieznanym. Przez moment patrzył na jej dłoń, która tak spokojnie gładziła jego skórę. Ta jedna mała czułość była dla niego ważniejsza niż wszystkie deklaracje, które ich rodziny chciały od nich usłyszeć. - Myślę, że właśnie dlatego to jest takie trudne. To chyba jedyna rzecz w moim życiu, której nie chciałbym upubliczniać - dodał po chwili namysłu. Właśnie w tym momencie, patrząc na odbicie ich splecionych dłoni w wypolerowanym blacie, poczuł, jakby jakaś tama w jego umyśle w końcu pękła. Zrozumiał swoje opory. To nie był strach przed ślubem ani nawet przed samą instytucją małżeństwa. Po prostu od zawsze jego życie było na świeczniku. Pierwsze kroki, wybór studiów, każda porażka i każdy sukces - wszystko to stanowiło pożywkę dla plotek, artykułów w prasie branżowej i dumnych, ale chłodnych spojrzeń rodziców. Czuł się jak zapędzony w kozi róg, kiedy tak siedział naprzeciwko Blair w tej restauracji i dyskutowali o salonie sukien ślubnych. - Chyba po prostu... nie chcę tak już, Blair - wyznał. - Przez całe życie byłem częścią czyjegoś planu. Nasze wyjścia, nasze kariery, nawet to, gdzie teraz siedzimy... wszystko jest pod linijkę. A to, co czuję do ciebie, to jedyna rzecz, która jest naprawdę moja. Jest prawdziwa. Boję się, że jak wpuścimy tam te trzysta osób z aparatami i nasze matki z ich harmonogramami, to ta prawda po prostu wyparuje.
Poczuł nagłe, niemal fizyczne zmęczenie tą nieustanną grą pozorów. Spojrzał na Blair i uderzyło go, jak bardzo różniła się ta kobieta siedząca przed nim od tej, którą widywał na oficjalnych bankietach. Ta „jego” Blair miała w oczach zrozumienie, którego nie kupiłby za żadne pieniądze świata. Cholera, naprawdę ją kochał. Kochał ją tak bardzo, że sama myśl o tym, by pozwolić komukolwiek zniszczyć to, co mieli, budziła w nim instynktowną chęć ucieczki. Zacisnął dłoń na jej palcach, a potem uśmiechnął się półgębkiem.
- Wiesz, to Las Vegas... - zaczął, zawieszając głos na moment, by smak tego absurdalnego, a zarazem genialnego pomysłu w pełni do nich dotarł. - Początkowo brzmiało to jak kiepski żart sytuacyjny, ale teraz, im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się całkiem logicznym wyjściem - pochylił się nad stołem, całkowicie ignorując fakt, że w tak wykwintnym miejscu powinien zachowywać nienaganny dystans. Teraz nie było Mayfield i Marshalla. Był tylko on i ona. Blair i Charlie. - Wyobraź sobie ich miny, Blair. Wyobraź sobie ten chaos, gdybyśmy po prostu wrócili któregoś poniedziałku z obrączkami, o których nikt nie wiedział.
Wizja była niesamowicie kusząca. Przez chwilę Charlie pozwolił sobie na luksus, którego nie oferowało żadne menu w tej restauracji. Luksus marzeń o prywatności. Widział to niemal wyraźnie - mała kapliczka, może nawet tandetna i oświetlona neonami, albo po prostu cichy urząd na końcu świata, gdzie nikt nie pytałby o stan konta ani o notowania giełdowe Northland Power. Tylko on w rozpiętej koszuli i ona, bez tej całej warstwy tiulu i makijażu, tylko w zwykłej zwiewnej sukience. Swoją drogą, tak, to było do niego zupełnie niepodobne. Charles przez całe życie był tym "wzorowym synem", który zawsze robił to, czego oczekiwali od niego rodzice. Szkoły, praca, garnitury, nawet to, jak się wypowiadał - wszystko było częścią planu, który ktoś inny dla niego napisał. A teraz? Te nagłe myśli o cichym ślubie w Las Vegas albo na jakichś odludnych Hawajach brzmiały w jego głowie jak szaleństwo. Ale im dłużej o tym myślał, tym bardziej czuł, że właśnie tego potrzebuje. Po prostu odetchnąć i zrobić coś po swojemu, bez pytania nikogo o zdanie.
- Wątpliwości? - powtórzył, gdy narzeczona już zdołała wyrwać go z rozmyślań. - Blair, nie mam wątpliwości co do nas. Kocham cię i chcę z tobą być, to się nie zmienia. Mam dość tego, że nasze matki planują nam życie.
Odłożył widelec i spojrzał jej prosto w oczy. W tym momencie Charles poczuł, jakby ogromny ciężar, który dźwigał od lat, w końcu zaczął pękać. Nie chodziło tylko o ucieczkę przed weselem czy matkami; chodziło o odzyskanie siebie. Chciał być kimś więcej niż tylko nazwiskiem na pierwszej stronie działu biznesowego. Chciał należeć do Blair, a nie do oczekiwań otoczenia.

Blair Mayfield

back to reality

: czw lut 05, 2026 11:08 pm
autor: Blair Mayfield
Luksus był dobry do momentu, w którym nie trzeba było zacząć się z nim obnosić; a w ich kręgach ludzie oczekiwali, że niektóre momenty życia będą celebrowane wręcz spektakularnie. Nie mogła skłamać, bo czasami lubiła chodzić na te wystawne bankiety, spotykać się z ludźmi z branży albo poznać kogoś nowego, ważnego. Nie lubiła jednak sztucznie wydawanych imprez i już sama miała okazję uczestniczyć na ślubie, który był robiony pod partnerów biznesowych. Zmyła się stamtąd szybciej niż się pojawiła, a od razu po wyjściu nasunęło się jej jedno pytanie — kto czerpał przyjemność z tego typu wydarzenia? Na pewno nie para młoda, której ruch śledziło setki par oczu plus aparat, a także przynajmniej połowa gości nie czuła się swobodnie. Blair nie potrzebowała tego do szczęścia; ba, przyniesie jej to tylko większą ilość stresu, a tego miała już pod dostatkiem. Dlatego ta rozmowa była ważna, nawet jeśli niosła ze sobą pewien ciężar. Wcześniej nie była świadoma, że brakowało jej takiej szczerości, w której mogli powiedzieć o swoich oczekiwaniach względem ich niedalekiej przyszłości. I dzięki temu czuła, jak ciężar nieco spada z jej ramion i poczuła się zdecydowanie lżej z faktem, że mają podobne odczucia. Zaginęli w świecie pełnym odpowiedzialności i obowiązków, jednak teraz nadeszła odpowiednia chwila, aby nieco się od tego odciąć i zapanować nad swoim życiem — a przynajmniej spróbować, bo jeśli nie, to faktycznie mogą skończyć z ślubem ułożonym równiutko i co do minuty z harmonogramem. Krótka lecz pewna odpowiedź dawała jej uczucie ulgi i myśl, że może nie będzie tak źle, mimo tej całej presji. W końcu mieli siebie, z przymuszoną ceremonią czy na słonecznej plaży, mogli na siebie liczyć bez względu na sytuację.
— Też nie chciałabym wystawiać tego na pokaz — odpowiedziała cicho, wzdychając pod nosem. Choć w pewnym momencie byli pchani przez rodziców w swoim kierunku, tak jednak ich relacja nie była pod publikę; kochali się, a Charlie był jej ulubioną osobą, pokrewną duszą. W zabieganej codzienności doceniała momenty jak ten, kiedy potrafili odciąć się od swoich codziennych obowiązków i być dwójką ludzi, którzy z przyjemnością potrafią celebrować wspólny czas. — Zawsze irytowało mnie bycie kartą przetargową, ale wykorzystywanie w tym celu naszej relacji to grabież w biały dzień. — W końcu była to pewnego rodzaju kradzież najpiękniejszych wspomnień; a przynajmniej takie powinny one być. Powinno się wspominać ten dzień z uśmiechem na twarzy, wcześnie wyczekiwać go z ekscytacją, a nie mieć z tyłu głowy, że przynajmniej już jest po wszystkim. Czy mogli mieć inne myślenie, skoro zaraz okaże się, że nie za wiele mają do powiedzenia w temacie własnego ślubu? Mogła znieść tę manipulację nią samą, jednak bolało ją, gdy w komplecie dochodziło jej prywatne życie. — Tym bardziej nie powinniśmy pozwolić im, żeby nam to odebrali. Cały czas robimy coś dla innych, więc może czas zrobić coś dla siebie… Nie tylko w kwestii ślubu, ale może też powinniśmy nieco bardziej rozdzielać to, co powinniśmy od tego co chcemy. Jakieś baby steps w tym kierunku. Co szalonego możemy zrobić, oprócz ślubu w Las Vegas? — spełnianie cudzych oczekiwań było męczące, zwłaszcza jeśli czasami przeczyło z tym, co się myślało. Podzielała jego myśli — oni byli jedyną prawdą w tym całym korporacyjnym świecie, który niejednokrotnie był manipulowany i zakłamany. To właśnie dlatego na jego widok zawsze się uśmiecha, nawet i w sali konferencyjnej; to przy nim była w stanie się otworzyć i to z nim dzieliła jedyne momenty w ciągu dnia, kiedy potrafiła odetchnąć. Tak działała osoba, którą się kochało, a Blair nie chciała sprzedawać tego innym. Nie chciała dawać innym do wglądu jej szczerego spojrzenia czy spokojnego uśmiechu, gdy byli razem prywatnie — bo w końcu tym powinien być ich ślub, kompletną prywatą, a nie imprezą firmową.
To wszystko odbierało jej apetyt, jednak przypomniała sobie słowa, że na pusty żołądek żadnej wojny się nie wygra, dlatego spróbowała swojego ravioli, doceniając jego orzeźwiający smak, lecz jednocześnie nie czerpiąc z tego takiej przyjemności, jakby mogła. Spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, gdy wspomniał o Las Vegas; była to metafora, a po chwili dotarło do niej, że nieświadomie mogła to być najlepsza opcja ze wszystkich.
— Przysięgam, że nie musisz mnie zbyt długo namawiać. W zasadzie, nie musisz w ogóle. — W końcu sama to powiedziała, mimochodem, ale jednak przeszło jej to przez myśl. Parsknęła krótkim śmiechem. Było to abstrakcyjne, ale oczami wyobraźni widziała, jaki wywołałoby to zamęt. — Spaliliby się z tej wściekłości. Już widzę tę dyscyplinarną rozmowę, że nie daliśmy im się pokazać. Przepraszam, nam się pokazać — rzuciła, kręcąc głową z niedowierzaniem. W końcu ten argument też istniał — odwracanie kota ogonem i pokazywanie, że to wszystko było dla ich dobrej przyszłości. Spójrzmy prawdzie w oczy, ale czym mogą zaimponować starzy ludzie? Mogą robić milion bankietów, imprez charytatywnych czy gal, ale nadal nie mieli czym przyciągnąć spojrzenia. Kolejne wydane miliony na szczytne cele przyniosą kolejne złote artykuły na temat tego, jak hojna była firma; ale co po kolejnym wpisie, skoro każdy to wie? — Czemu by w zasadzie tak nie zrobić? Możemy w ogóle spróbować zakomunikować, że ślubu publicznego nie będzie. Albo tak jak mówisz, postawić ich przed faktem dokonanym — zasugerowała, może nieco nieśmiało, bo jednak było to sprzeczne z ich łatką idealnych dzieci. Na starość zdecydowali się na bunt i nieco niezależności — w końcu lepiej późno niż wcale? Wizja w jej głowie wyglądała bardzo podobnie jak ta jego, może nieco stereotypowa, wyjęta rodem z filmu, lecz to właśnie to sprawiało, że było to tak normalne i oczywiste. Przewidywalne i w tym wszystkim spokojne, na własnych warunkach, bez niewygodnych strojów i spięcia organizacyjnego. — Powinni się cieszyć, że już zaręczyny poszły po ich myśli. Znaczy, częściowo po ich myśli, a dokładnie to za drugim razem. Pewnie w ich wyobrażeniu to po raz pierwszy powinieneś uklęknąć na środku charytatywnego balu, a ja powinnam posikać się ze szczęścia, że każdy na to patrzy. — Nie mogła powstrzymać się od wywrócenia oczami. Dobrze wspominała ich zaręczyny, bo Charlie postanowił zrobić to w sposób przeciwny niż były oczekiwania; dzięki temu tylko oni dzielili te wspomnienia, a nie cała śmietanka biznesowa Toronto. Może powinni pielęgnować tę tradycję i ślub zrobić w podobny sposób? Pojawiało się coraz więcej pozytywnych argumentów.
Nie mogła powstrzymać ciepła, które czuła na serduszku. Naprawdę go kochała i skoczyłaby za nim w ogień. U niej również nie podlegało to żadnym wątpliwościom, a teraz tym bardziej czuła, że przepadała i jakby zakochiwała się w nim jeszcze bardziej. Potrzebowała tej rozmowy i teraz wiedząc o tym wszystkim, zdecydowanie będzie chciała doprowadzić do tego, żeby ich wyjątkowy dzień był naprawdę wyjątkowy i zrobiony po swojemu. — Czasami w gorsze dni myślę, że naprawdę mam do nich wiele żalu. Wiadomo, że niektóre aspekty są słodko-gorzkie, ale za relację między naszymi rodzinami akurat jestem wdzięczna. Przynajmniej miałam ułatwione, żeby znaleźć cię w tym świecie — stwierdziła z lekkim rozbawieniem, lecz mówiła kompletnie szczerze. Nawet jeśli ich rodzice to wszystko zaplanowali, nawet jeśli bez tego nie złapaliby tak dobrego kontaktu, to końcowo naprawdę była wdzięczna. Poznała swojego kompana, powiernika sekretów, swoją miłość, ale przede wszystkim najlepszego przyjaciela od lat.

Charlie Marshall

back to reality

: ndz lut 08, 2026 12:16 am
autor: Charlie Marshall
Prawda była taka, że Charles kochał luksus. Uwielbiał nienagannie skrojone garnitury, które leżały na nim jak druga skóra, dźwięk silnika szybkiego auta i zapach ekskluzywnych restauracji. Lubił też obdarowywać Blair prezentami - biżuterią, która lśniła na jej szyi, czy drobiazgami, które kupował bez okazji, bo taki właśnie był jego język miłości. Chciał dawać jej wszystko, co najlepsze, ale dzisiejsza rozmowa uświadomiła mu, że najcenniejszą rzeczą, jaką mogli sobie podarować, był czas. O ile czas był rzeczą. W ich świecie czas był raczej towarem deficytowym, przeliczanym na dolary, udziały i kolejne fuzje. Dziś jednak, siedząc naprzeciwko Blair, Charles poczuł, że ta wspólna godzina miała większą wartość niż najdroższy zegarek, który miał na nadgarstku. Bo co z tego, że mógł kupić jej niemal wszystko, skoro najtrudniej było wygospodarować moment, w którym oboje mogliby po prostu odetchnąć bez zerkania na powiadomienia w telefonie? Słuchał uważnie wszystkich jej słów, grzebiąc widelcem w swoim risotto. Tym bardziej nie powinniśmy pozwolić im, żeby nam to odebrali. Cały czas robimy coś dla innych, więc może czas zrobić coś dla siebie… Nie tylko w kwestii ślubu, ale może też powinniśmy nieco bardziej rozdzielać to, co powinniśmy od tego co chcemy. Jakieś baby steps w tym kierunku. Co szalonego możemy zrobić, oprócz ślubu w Las Vegas? Wiedział, że ich rodzice potrafili zamienić w transakcję handlową nawet tak intymne chwile, jak przysięga małżeńska. A przysięgą małżeńską w Las Vegas mało kto chciał się pochwalić. - Masz rację. "Baby steps" - powtórzył z lekkim uśmiechem, przyznając jej rację co do odzyskiwania kontroli nad ich życiem. - Zacznijmy od tego, że na następną rodzinną kolację po prostu się spóźnimy. Albo w ogóle na nią nie dotrzemy, bo uznamy, że wolimy zostać w domu i zamówić sushi. To będzie nasz mały bunt - puścił jej perskie oczko jak za starych, dobrych czasów licealnych, kiedy jeszcze byli nieodpowiedzialnymi dzieciakami i uciekali z lekcji, żeby spędzić czas w pokoiku szkolnego radiowęzła. Sami. We dwoje. Zaczął się zastanawiać, w którym momencie to utracili. Tę radość i chęć łamania zasad. Może w momencie, w którym oboje skończyli studia i zaczęli kariery? - Panno Mayfield, zaraz naprawdę zacznę przeglądać loty - rzucił z błyskiem w oku, celowo używając jej nazwiska w ten przekorny sposób, jakby już teraz ćwiczyli ich mały teatr przed rodzicami. Powoli kończył swoje risotto - nawet nie zdawał sobie sprawy, ile czasu już tu siedzieli, bo miał wrażenie, że tylko chwilę. Zerknął na zegarek i westchnął. Godzina minęła bezlitośnie szybko. Nie żałował ani sekundy. Słowa Blair o zaręczynach wywołały u niego szczery uśmiech - pamiętał doskonale tamten wieczór, kiedy z premedytacją zignorował oczekiwania wszystkich dookoła, byle tylko móc zobaczyć jej autentyczną reakcję, a nie tę wyuczoną pod publiczkę. - Jeśli to była nasza pierwsza udana partyzantka, to ślub powinien być ostatecznym zwycięstwem - zaśmiał się na samo wspomnienie miny swoich rodziców, gdy oznajmił ich, że zaręczył się z Blair. Na wakacjach. Gdy byli sami, we dwoje. Bez wścibskich oczu. Kiedy wspomniała o wdzięczności za to, że ich rodziny ich połączyły, Charles poczuł to samo ciepło, które biło od niej. Nawet jeśli fundamenty ich relacji zostały wylane przez wyrachowanych rodziców, to oni sami zbudowali na nich coś, co przetrwało każdą korporacyjną burzę. Ścisnął mocniej dłoń Blair i uśmiechnął się do niej ciepło. - Znalezienie ciebie w tym całym cyrku to była jedyna rzecz, która nadała temu wszystkiemu sens - rzekł, patrząc jej prosto w oczy. Kochał ją. Całym sercem. Blair była jedyną osobą, przy której nie musiał niczego udowadniać; jedyną, przy której mógł być sobą. Dokończył ostatni kęs, czując, że ta rozmowa poukładała w nim więcej, niż mogłaby jakakolwiek sesja z psychoterapeutą. - Niestety, rzeczywistość upomina się o swoje - mruknął z wyraźną niechęcią, odkładając sztućce i wskazując na zegarek. - Muszę cię odwieźć, zanim twoi asystenci uznają, że porwałem cię do tej Nevady już teraz - dodał, nawiązując do tematu ich rozmowy - ślubu w Las Vegas. Przywołał kelnera krótkim, pewnym gestem. - Proszę wysłać rachunek do biura Northland Power, na moje nazwisko - rzucił, po czym wstał i odsunął krzesło dla Blair, kładąc jej na moment dłoń na plecach. Pomógł włożyć jej płaszcz, sam również starannie narzucił swój, po czym ruszyli na parking do jego auta. Żartowali jeszcze przez kilka chwil o ślubie w Las Vegas, zanim ostatecznie odwiózł ją pod biuro i pożegnał długim, czułym pocałunkiem. Gdy wyszła z auta, poczekał, aż zniknęła za szklanymi drzwiami i dopiero wtedy ruszył w stronę firmy. Niestety.

ztx2

Blair Mayfield