Strona 2 z 4

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: śr sty 14, 2026 8:10 pm
autor: William N. Patel
- A jaki jest twój typ? - pytam. Zbieranie informacji było wpisane w mój zawód, więc i teraz drąże temat, szczególnie, że ten nie wydaje się zbyt drażliwy, raczej luźny, ot taka gadka szmatka - Ja na przykład uwielbiam jak laska robi muzykę, kurwa normalnie majty mi same przez głowę zlatują - mówię całkiem poważnie. Byłem takim groupie tylko w wersji męskiej. Gdyby moja dupa grała koncerty to pojebałbym własną pracę byle tylko balować w pierwszym rzędzie. Jak byłem młodszy to marzyło mi się życie gwiazdy rocka ale los miał na mnie inne plany, którym chcąc nie chcąc musiałem się poddać. Czy żałowałem? Czasem tak, chociaż z pozoru wcale nie miałem na co narzekać. Ludzie nie mieli na jedzenie, a z mojego majątku pewnie mógłbym wykarmić pół afrykańskiej wioski. Świat był czasem w chuj niesprawiedliwy - Alko mamy pod dostatkiem, a noc jeszcze młoda - wzruszam ramionami. Kto wie, może jeszcze nam się zbierze na zwierzenia, nikt nie powiedział, że jutro będziemy cokolwiek pamiętać. Na pytanie czy to ma być wyzwanie, ponownie wzruszam ramionami i uśmiecham się tajemniczo - jeśli tak to traktowała to czemu nie? Nie miałem w planach uwodzić znienawidzonej sąsiadki, ale najwidoczniej 2026 próbował nas zaskoczyć - Myślę, że ciekawiej by było gdybyś to ty próbowała uwieść mnie, czemu to zawsze my faceci musimy się starać? - halo, ja byłem za równouprawnieniem, też się chciałem poczuć kokietowany, a nie się wiecznie uganiać za babami. Śmieję się, może to właśnie było wyzwanie?
- Jeśli zasłużysz - uwielbiałem stać przy garach, serio, gotowanie to była dla mnie czysta przyjemność, szczególnie jeśli miałem dla kogo to robić. W weekendy, kiedy akurat bywałem w domu rodzinnym z chęcią pomagałem mojej mamie, to ona nauczyła mnie, że w kuchni najważniejsze jest serce, naprawdę czuć, jeśli zrobisz coś z miłością, nawet jeśli zupa jest wtedy niedoprawiona a ciasto zakalcowate.
-Ja mam w sierpniu jak coś, pamiętaj żeby mi kupić prezent - śmieję się. Koziorożec i lew, kontrowersyjne połączenie, ale może w tym szaleństwie była jakaś metoda? A potem idziemy korytarzem w kierunku głównej sali i gdy wspomina o tamtej typiarze to zerkam na nią przez ramię - A chuj z nią - macham ręką, kompletnie nie zdając sobie sprawy, że poczta pantoflowa może jutro aż huczeć od plotek - Dwudzieste ósme? Jeeezu, to ty młoda dupa jesteś - kiwam głową. Ja byłem millenialsem, a wiadomo, że nasze ulubione żarciki to mam trzydzieści lat i jestem stary, chociaż tak po prawdzie wcale się tak nie czułem. Patrzyłem na to trochę inaczej, nie wliczałem dzieciństwa do świadomego życia, wtedy byłeś zależny od rodziców, więc idąc tym tokiem myślenia ja miałem jakieś piętnaście lat, ona pewnie ledwie osiem. Dzielę się z nią tą myślą zanim staniemy przy bufecie - No a od kiedy masz trzy nóżki? - parskam śmiechem, to jakiś dziad o lasce mógł powiedzieć, że będzie pił na trzy, my musieliśmy parzyście przecież. Pijemy szybko, krzywiąc się równie mocno, chociaż szczerze miałem jakieś takie wyobrażenie, że spije jak herbatę i poprosi o więcej. Stereotypy.
- O czym? - pytam, szczerze zaciekawiony, obejmując ją nieco mocniej, a na odpowiedź parskam śmiechem - No to będziemy musieli to nadrobić - to już chyba mamy jakieś cztery nóżki w plecy - jedną zaległą i trzy nowe, chyba tak to się powinno liczyć? - Z ciebie też niezła tancerka - komplementuję ją, bo i dobrze się ruszała, albo mi się wydawało, bo wódka zdążyła już dostać się do mózgu. Kiedy zmniejsza między nami dystans, to układam jej ręce na talii i tańczymy teraz tańca ocierańca jak w jakimś dirty dancing dosłownie. Ponad jej ramieniem zerkam na znajomą sylwetkę ciotki i robię kilka kolejnych obrotów, byle dalej od stolików - O niee, nie pozwól jej mnie odbić - proszę, wręcz błagalnym tonem. Nie chciałem jej wymieniać na tą starą raszplę, dobrze mi było w ramionach Charlotte. Tanecznym krokiem cofam się jeszcze kilka kroków i wtedy... BUM! Wpadamy w inną twarda sylwetkę - Ups! Pardon!... - odwracam się i nagle... Kolana się pode mną uginają, bo oto wpadamy wprost na mojego starego. Widzę te minę - usta ściągnięte w wąska kreskę, zmarszczone brwi, kiedyś znaczyło to mniej więcej tyle, że porozmawiamy w domu, teraz? Że zaczynam przesadzać, że pije za dużo, śmieję się za głośno, zachowuje się zbyt rubasznie. Uśmiech momentalnie schodzi z mojej twarzy bo oto stoi przed nami Franklin Patel we własnej osobie. Jeśli ktoś obracał się w środowisku prawniczym to na pewno go znał, był świetny w swoim fachu, nie wiem czy kiedykolwiek przegrał jakąś sprawę a jeśli tak, nie miało to znaczenia, bo nikt o tym nie pamiętał. Ludzie naprawdę go szanowali, roztaczał wokół siebie chłodną aurę wyższości, a ja poczułem się zwyczajnie malutki, jakbym znowu miał naście lat. Nie to, że był jakimś tyranem, ale dystans dało się wyczuć z kilometra. Mocniej zaciskam palce na dłoni Charlotte. On patrzy to na mnie to na nią, chociaż na mnie zdecydowanie mniej przychylnie. Nie wiem co powiedzieć, słowa grzęzną mi w gardle, nawet cioteczka się wycofuje, nagle odbijając w drugą stronę.

Charlotte Kovalski

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: śr sty 14, 2026 9:35 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Nie mam — stwierdziła finalnie Charlotte, robiąc w głowie przegląd swoich byłych partnerów — po prostu to trzeba poczuć — dodała po kilku minutach, wzruszając ramionami. Nigdy przesadnie nie zastanawiała się nad typem faceta. Bywali niscy, wyżsi, o przeróżnych zawodach i pasjach, chociaż łączył ich jeden wspólny mianownik, byli starsi od niej. — muzycy są totalnymi hotówami, to muszę przyznać. Wystarczyłaby mi wizja grania faceta na instrumencie — Kovalski była łatwa. Wystarczyło zagranie na pianinie, czy gitarze, a jej samej robiło się mokro jak w oceanie. Nie musiałby to być profesjonalny muzyk, ale ktoś kto po prostu gra, przekazuje własne emocje na instrument.
Parsknęła krótko pod nosem. Noc młoda, sporo czasu do północy, a jedyne czego mieli się trzymać to zabawy. Choć jeszcze przez kilka chwil Charlotte musiała trzymać fason. Po północy mało kto będzie, pamiętał, co się działo.
Zastanowię się nad tym — stwierdziła tajemniczo, uśmiechając się. Wleją w siebie jeszcze większą ilość alkoholu i wszystko stanie się możliwe. Zwłaszcza że jej powoli otwierały się oczy. Mógł nie być taki zły, potrafił gotować, prać, a tego wieczoru zachowywał się względnie jak dżentelmen. Był totalnie inny od osoby, którą mijała na klatce schodowej. Może wręcz chciała zasłużyć na posiłek przez niego przygotowany. Sama zaczynała się kręcić we własnych myślach.
Którego dnia? Muszę sprawdzić twój znak zodiaku — czy Charlotte miała w sobie coś ze zodiakary? Momentami tak. Czasami wręcz czuła, że ludzie byli w jakiś sposób przez nie określane. Nienawidziła bliźniąt, uważała je za dwulicowe, z kolei niektóre znaki zodiaku uważała za niewspółgrające z nią — a ty co? Po trzydziestce? To pewnie dupy poznajesz w kolejce do lekarza, a nie w klubie — parsknęła Kovalski, bo doskonale trzymała się tych żartów. Miała przyjaciela starszego od niej, ale zawsze potrafili złapać wspólne flow. Ona wypominała mu bycie starym koniem, a on jej młodą dupą. — trzecia nam wyrośnie, jak wypijemy za mało — stwierdziła, poruszając zabawnie brwiami. Z pewnymi rytuałami się nie dyskutowało. To był jeden z nich. Pijesz, nie zważając na to, co się działo. Jedna, druga, a o czarnobylskiej trzeba zapamiętać. Chociaż mogli wypić za szczęście łóżkowe Williama, czarnobylska to prawie taki kutas.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, słysząc jego śmiech. Nie sądziła, że mogliby złapać tak luźny kontakt. Wystarczyła godzina, by tego wieczoru nie skakać sobie do gardeł. Jeden wylany drink na sukience. Skupiała się na tańcu, łapiąc się na tym, że bardziej niż melodia w głowie wybrzmiewał jej jego dotyk. Na całe szczęście, lub nieszczęście, cioteczka pojawiła się na horyzoncie.
Nie pozwolę — zaśmiała się pod nosem, podążając za nim tanecznym rytmem. Już zdążyła poznać jego ciotkę oraz do czego był zdolny, by nie mieć z nią nic wspólnego. Dała mu się prowadzić, choć alkohol delikatnie zmywał jej osąd i kontrolę.
Chciała móc dalej wywijać do Toxic, a zamiast tego wpatrywała się w Williama, który wyglądał jak zbity z tropu. Dopiero później spojrzała na jego ojca, dreszcze przeszły po jej plecach. Raz patrzyła na jednego, to na drugiego. Znała go, słyszała o nim, a jej marzeniem było zmierzenie się z nim w sądzie. Alkohol wydawał się wyparować jej z ciała, kiedy zobaczyła przed sobą taką szychę.
Williamie Nicolasie Patelu, mógłbyś zacząć kontrolować ilość spożywanego alkoholu? Wszyscy widzą, że dobrze się bawisz. Powiedziałbym, że zbyt dobrze— spytał finalnie chłodnym tonem, mrożącym krew w żyłach. Aż sama Charlotte chwyciła go mocniej za dłoń, przysuwając się bliżej. Finalnie wyciąga dłoń w stronę Franklina
Charlotte Kovalski, miło Pana poznać — ktoś musiał odzyskać rezon, a bała się, że William nie da rady. Sama bała się konfrontacji z własnym ojcem. Była jego niespełnionym marzeniem o przejęciu rodzinnego biznesu. — przepraszam, ale... William próbuje mi dotrzymać kroku w moje urodziny. Proszę mu wybaczyć. Wcześniej rozprawialiśmy o mojej sprawie i dał mi niesamowicie ważną wskazówkę do wygrania sprawy — miała w sobie coś z lizusa, czy prymuski. Wiedziała, co inni chcieli usłyszeć. Czasami zmiękczanie ludzi jej wychodziło, ale pan Franklin ewidetnie nie był zadowolony. Nie z nią chciał rozmawiać.
Nie podał jej ręki, a wrócił spojrzeniem do Williama.
Masz mi coś do powiedzenia? — widocznie ją postanowił całkowicie olać ciepłym moczem. Uniósł wysoko brwi, patrząc wyczekująco na syna — zdajesz sobie sprawę, że bratasz się z konkurencją? A do tego śmierdzisz alkoholem... — spytał, przenosząc wzrok na Charlotte. Straciła praktycznie od razu dawny rezon. Cała się w sobie spięła.

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: czw sty 15, 2026 2:34 pm
autor: William N. Patel
Wychodziło na to, że trochę jestem w jej typie. Pewnie miała okazję słyszeć jak gram przez ściany, a jeśli nie, to mogę zapewnić, że niebawem się to zmieni. Muzyka to było coś co kochałem całym sercem, to matka zaszczepiła we mnie miłość do sztuki, uczyła mnie pierwszych akordów i dźwięków. Może brakowało mi do profesjonalisty i raczej nie nadawałbym się do filharmonii, ale już do dusznego, jazzowego klubu jak najbardziej. Zresztą w wolnych chwilach kręciłem się po lokalnych barach i grałem ze znajomymi muzykami. Wspólne jam sessions było lepsze niż seks, lepsze niż narkotyki, budowało całkiem inną intymność, wyzwalało energię, której nie da się opisać, to trzeba było poczuć.
- A co ty jesteś jakąś zodiakarą czy coś? - pytam. Ja byłem, jeśli ona też lubiła takie bzdety to wychodziło na to, że mamy ze sobą więcej wspólnego niż nam się wydaje - Trzeci, lew - co więcej znałem nawet swój znak księżycowy i ascendent. Dodatkowo horoskop chiński, numerologia, mbti i wszystkie inne takie pierdolety.
- No, albo jak jeżdżę od rana autobusem bez celu, żeby tylko żaden smarkacz nie usiadł - wiadomo, komunikacja miejska od rana pełna emerytów, wiem, bo bez kitu też jeżdżę i się wiecznie zastanawiam gdzie oni wszyscy podążają? Chyba od pętli do pętli, byle kogoś wkurwić na dobry początek dnia. W auto nie wsiadałem póki nie musiałem, byłem beznadziejnym kierowcą. Taksówki? Ostateczność, jak już byłem naprawdę spóźniony bo musiałem przed wyjściem jeszcze zmyć naczynia albo wstawić pranie. Albo ułożyć buty w idealnym rządku - Podoba mi się ten tok myślenia - miałem jakieś dziwne wrażenie, że mogłem właśnie trafić na osobę, która dotrzyma mi tempa, przynajmniej jeśli chodzi o wlewanie w siebie kolejne porcje alkoholu. Może ja też miałem jakieś polskie korzenie? Jakaś siódma woda po kisielu, dziad albo pradziad? Kto wie.
Wystarczyło jedno chłodne spojrzenie bym momentalnie poczuł się trzeźwy jak świnia, a gdy do moich uszu dotarł ten oficjalny ton, to dosłownie mnie sparaliżowało. Jeśli zwracał się do mnie pełnym imieniem i nazwiskiem to wiedziałem, że grubo przesadziłem. To musiał być niecodzienny widok, przynajmniej dla Charlotte - ja, człowiek, który zawsze miał jakąś odpowiedź na końcu języka teraz stał bez sensu i nie mógł wydusić z siebie ni słowa. W głowie totalna pustka. Naprawdę doceniam jej gest, że próbowała jakoś rozładować napięcie, chociaż chyba do końca nie zdawała sobie sprawy z kim ma do czynienia. Czy miałem mu coś do powiedzenia? Zdecydowanie nie - Z konkurencją? Nie jesteśmy w sądzie - niektórzy bardzo poważnie traktowali takie imprezy, mój ojciec zdecydowanie należał do takich osób. Miał nienaganną opinię, zawsze elegancki i poważny, alkohol spożywał chyba tylko w domowym zaciszu, z dala od ciekawskich oczu. Otwiera usta żeby znowu mnie skarcić, ale dosłownie w tym momencie pojawia się przy nas kolejna osoba. Jedyna, która potrafi nad nim zapanować i być może jedyna, z którą naprawdę się liczył - Tu jesteś, kochanie! Szukałam cię!... - moja mama była jego zupełnym przeciwieństwem - łagodna, energiczna, pełna gracji, charakter zdecydowanie miałem po niej. Wsuwa mu rękę pod ramię i przytula się do jego boku, a ojciec jakby momentalnie potulnieje. Zerka na mnie, ale więcej uwagi poświęca mojej towarzyszce, mierzy ją od góry do dołu, ze szczerą ciekawością, nie tak jak jeszcze przed chwilą jej małżonek. Chrząka cicho - To jest Charlotte. Charlotte Kovalski - przedstawiam ją - Charlotte Kovalski! O rety, jak ty wyrosłaś! Ostatni raz widziałam cię jak byłaś taka malutka, pewnie nawet nie pamiętasz. Wyglądasz fantastycznie, skarbie - śmieje się perliście, tak głośno, że całą salę wypełnia jej radosny chichot. Potem wyciąga smukłą, szczuplutką dłoń w kierunku dziewczyny - Anabelle Patel - przedstawia się, obrzucając Lottie czarującym uśmiechem. Może trochę przypominał mój - Czy mój mężuś będzie na tyle uprzejmy żeby załatwić mi kieliszek szampana? Tylko szybko, zanim mi wszystko wypiją, no już, idź, idź - klepie go po ramieniu, a ojciec tylko kiwa głową, nie mógłby jej odmówić. Rzuca mi ostatnie krótkie spojrzenie i oddała się w kierunku bufetu - Och, bywa strasznym ponurakiem - kręci z rozbawieniem głową, ciemne, gęste pukle tańczą wokół jej chudej twarzy, nieznacznie pochyla się ku nam, by dodać półszeptem - Jak miał trzydzieści lat to też chodził że mną na dancingi, ale najwidoczniej zapomniał wół jak cielęciem był - kolejna salwa śmiechu. W międzyczasie poprawia mi klapy marynarki - Bawcie się póki jesteście młodzi, potem zaczyna strzykać w kolanach - puszcza nam oczko - Oho, już tu wraca, to na mnie pora, miło było cię poznać, Charlotte, może wpadniesz kiedyś do nas na obiad? Może w przyszłym tygodniu? Robię wspaniałą lasagne - zapewnia, widziała, że dobrze się razem bawimy, być może w jej głowie pojawiła się już jakaś nadzieja na to, że ktoś w końcu mnie ogarnie? Potem znika, wychodząc ojcu na przeciw, żeby już przestał nas męczyć. Trochę poprawiła mi humor, ale i tak wiedziałem, że to wszystko odbije się echem w murach rodzinnego domu. Dopiero teraz luzuję uścisk na dłoni Charlotte - To nie był dobry pomysł, muszę się przewietrzyć - mówię, chociaż chyba bardziej do siebie niż Kovalski. Ruszam w kierunku wyjścia na korytarz i dalej do głównych drzwi, na Charlotte nawet nie czekam, muszę zapalić i już w drodze sięgam do kieszeni po papierośnice, wyciągając z niej jednego, ręcznie skręconego papierosa. Umieszczam go w ustach.

Charlotte Kovalski

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: czw sty 15, 2026 4:48 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Była zodiakarą. Może nie w stu procentach z krwi i kości. Miała swoje przeczucia. Czasami los ludzi wydawał się być zapisany w gwiazdach. Ona też to czuła. Momentami była w stanie ocenić człowieka, stwierdzając, jakie fluidy od niego biją. Chociaż z jednym wydawała się pomylić. O ile denerwowały ją mieszkaniowe rytuały Williama, tak przy dłuższej rozmowie był inny.
Troszeczkę — odparła, pokazując palcami bardzo małą porcję. Tak naprawdę wierzyła w te cechy. Lew pasował do Patela. Od razu widziała w nim jego oczy, chociaż nie mogło jej to delikatnie umknąć. Uniosła wyżej kąciki ust, czując dziwną ekscytację. Koziorożec i Lew. Dziwne połączenie, chociaż może na ten jeden wieczór się sprawdzi. Na datę już tylko skinęła głową. Spróbuje zapamiętać, o ile alkohol jej na to pozwoli.
Puściła mu krótkie oczko. Jeśli chodziło o zabawowy tryb, to było jej największe nemesis. Następnego dnia często czuła wstyd, zwłaszcza kiedy opowiadała taksówkarzowi o jakiejś filozoficznej dyspucie, próbując powstrzymać się od puszczenia pawia. Widocznie faktycznie dobrali się, gdy wchodziła w grę czysta za-ba-wa.
Zdążyła otworzyć usta. Chciała powiedzieć, że nie jest żadną konkurencją. Młodej prawniczki nikt nie był w stanie poważnie traktować. Zdawała sobie z tego sprawę. Ludzie traktowali ją pobłażliwie ze względu na płeć, wiek, a nawet powiązania z ojcem. Jak miałaby trafić do szanowanej się kancelarii prawniczej, gdyby nie miała odpowiedniego nazwiska? Często ludzie jej to wypominali. Ona sama zdawała sobie z tego doskonale sprawę.
Kolejne zdziwienie przyszło, kiedy pojawiła się nowa osoba. Charlotte spojrzała na nią badawczo, próbując dojść do tego, co się właściwie działo przed jej oczyma. Rodzice Patela byli tak od siebie różni. Jeden chłodny, a drugi aż emanował pozytywną energią. Tym razem powstrzymała się od powiedzenia czegokolwiek. Skinęła głową, uśmiechając się, gdy ją przedstawiał. Z tego całego stresu wzdryga się, kiedy do uszu dochodzą jej kolejne słowa kobiety. Znała ją? Brwi momentalnie uniosły się jej ku górze.
Miło Panią poznać — mówi jedynie krótko, ściskając jej dłoń. Krótko, grzecznie. Jednak w brzuchu czuje delikatne wiercenie. Patel był zdecydowanie bardzo złożoną postacią, aż zaczęła się zastanawiać, czy chciałaby go poznać. Spotkanie z rodzicami sprawiło, że finalnie poczuła się całkowicie trzeźwo. Nie komentowała słów dotyczących ponuraka, tanecznych podboi ojca Willa.
Jak będzie chciał mnie zabrać, to z chęcią przyjdę. Miłego wieczoru — dodaje na odchodne Kovalski, by w ciągu sekundy wrócić wzrokiem do Williama. Chciała mu coś powiedzieć, już otwierała usta, a on ruszył w stronę drzwi.
Poczekaj na mnie — krzyknęła za nim, unosząc swoją sukienkę ku górze, by móc zrównać się z nim, chociaż na moment krokiem. Dopiero kiedy zatrzymał się na dworze, westchnęła ciężko. Widocznie nie tylko ona miała ciężko z rodzicami — dasz mi proszę fajkę? — spytała, robiąc przy tym uroczą minę. Na takich imprezach, wielkich galach starała się nie palić. Jednak nawet w niej poprzednia sytuacja wzbudzała dziwny lęk.
Dobrze się czujesz? Mogę Ci jakoś pomóc? — spytała cichym tonem, unosząc wzrok na Patela. Nerwowo się uśmiechnęła, bo choć na co dzień się nie znosili, to ten krótki przebłysk sympatii sprawił, że chciała otoczyć go opieką.

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: czw sty 15, 2026 6:22 pm
autor: William N. Patel
Nie reaguję na jej krzyki, zatrzymując się dopiero na zewnątrz. Ciężkie wrota zamykają się za nami z donośnym skrzypieniem, a skórę atakuje chłód wieczora. Ciarki przebiegają mi po plecach. W ustach mam kiepa, a gdy i ona prosi o papierosa wyciągam w jej kierunku papierośnicę - A satysfakcjonują cię skręty? - mamrotam, przytrzymując fajkę kącikiem ust. W środku kręcone szlugi, krótkie i zgrabne, a w bibułkach aromatyczny, mocny tytoń. Czekam aż się poczęstuje po czym chowam puzderko do kieszeni, w zamian wyciągając zapalniczkę - ciężką, srebrną, z wygrawerowanym lwem, otwieram ją jednym ruchem i odpalam płomień, najpierw podsuwając go dziewczynie, a potem odpalając własnego papierosa. Zamykam zapalniczkę z głośnym kliknięciem i zaciągam się mocno dymem - jest gęsty i dosłownie czuję jak wypełnia całe moje płuca. W odpowiedzi na jej troskę wzruszam ramionami - Jebany wampir, wyssał ze mnie całą życiową energię - wzdycham przeciągle - Zawijam stąd po północy, jedziesz ze mną? Złapiemy taksówkę do centrum - proponuję, bo nie mam ochoty tu być. Niemniej podobno szykował się wyjebisty pokaz, a ja lubiłem fajerwerki, szkoda byłoby go przegapić, chociaż tak po prawdzie miałem ochotę zniknąć stąd od razu - Sory, że musiałaś na to patrzeć - szczerze to było mi trochę wstyd, że dałem się zrobić jak dziecko, nie lubiłem okazywać słabości i zwykle tłumiłem w sobie takie emocje, ale tym razem wzięło z zaskoczenia. Chyba nie byłem gotów na taką konfrontacje, szczególnie w towarzystwie Charlotte. Trochę się bałem, że pewnego dnia może wykorzystać to przeciwko mnie - Ech, całkowicie wytrzeźwiałem, do dupy - szczerze to miałem kurewską ochotę iść sobie "przypudrować" nosek, ale po pierwsze nie miałem ze sobą towaru, a po drugie jeszcze by coś przyuważyła, a nie ufałem jej aż tak, żeby się nadto uzewnętrzniać - Nie jest ci zimno, czy coś? - pytam, bo miała tylko tą sukienkę, mnie wciąż grzały nerwy, co zresztą było widać po zaczerwienionych policzkach. Powoli palę papierosa przyglądając się Charlotte w dłuższym milczeniu - Dzięki, że chciałaś mi pomóc, naprawdę to doceniam, może nawet w ramach wdzięczności zacznę segregować śmieci - śmieję się. Albo zrobię jej jakiś dobry obiad, to w sumie nie był taki zły pomysł, muszę go zachować. Gdzieś z oddali zaczynają dochodzić do nas dźwięki zbliżającego się tłumu, więc zerkam na zegarek na nadgarstku - Zbliża się północ, zejdźmy trochę niżej - wolałem sobie darować sztuczne życzenia i jeszcze bardziej sztuczne uśmiechy, więc schodzę w dół schodów i skręcam w bok, chowając się gdzieś w alei krzaków. Zmrożona, kamienna ścieżka skrzypi pod butami - Jakie postanowienia na nowy rok? - pytam. Przed zamkiem robi się coraz głośniej, słychać trochę więcej śmiechów i podekscytowanych rozmów, garstka dzieciaków, którym udało się dotrwać do północy goni się po okolicy, a powietrze wypełniają ich piski. Ściągam ostatniego bucha papierosa i wyrzucam niedopałek w śnieg. Wsuwam dłonie w kieszenie, bo zaczynają mi marznąć. Coś przychodzi mi do głowy, więc uśmiecham się delikatnie do dziewczyny. W tle słychać już odliczanie.
Dziesięć!...
- Ej, Kovalski - zaczepiam ją, podchodząc nieco bliżej.
Dziewięć!...
- A czy ty słyszałaś
Osiem!...
- Że o północy trzeba kogoś pocałować? Inaczej pech cały rok, jak mur beton - zapewniam, kiwając głową.
Siedem!...
- Tak, wiem, świnie musiałyby zacząć latać, żebyś mnie pocałowała - wywracam oczami, wracając do rozmowy w kiblu.
Sześć!...
Nieopodal słychać tupot małych, dziecięcych stóp, gdzieś w okolicy muszą się ganiać.
Pięć!...
Cztery!...
Trzy!...
Zbliżam się jeszcze bardziej i unoszę dłonie do dziewczęcej twarzy, delikatnie opierając palce na jej policzkach.
Dwa!...
Dosłownie w tym momencie, gdzieś z boku, ponad krzakiem coś wystrzeliwuje w powietrze i nie jest to fajerwerek, tylko... Kurwa, nie wierzę.
Jeden!...
Oto świnie zaczynają latać - ktoś, zapewne to dziecko, które kręciło się w pobliżu podrzuca do góry maskotkę w kształcie świnki Peppy. Sam jestem zaskoczony, ale takich sygnałów chyba nie powinniśmy ignorować - To chyba znak - mówię szeptem i pochylam się w jej kierunku
Szczęśliwego Nowego Roku!...

Charlotte Kovalski

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: czw sty 15, 2026 7:26 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Zimno otrzeźwiło ją jeszcze bardziej. Po ciele przeszły dreszcze i choć chciała wrócić po płaszcz, nogi wędrowały jej mimowolnie za Patelem. Dziwny był ten wieczór, skoro martwiła się o znienawidzonego sąsiada. Chciała móc zobaczyć ten sam uśmiech, którym obdarzył ją wcześniej, kiedy wspólnie tańczyli, albo kiedy rozmawiali w toalecie.
Tak, może nie wyglądam, ale nie jestem wybredna — stwierdziła, zabierając szluga i wkładając go od razu do ust. Podsunęła się pod ogień, a następnie mocno zaciągnęła papierosem. Aż kaszlnęła kilka razy, czując mocny tytoń. Nie takiego smaku spodziewała się. Na co dzień paliła cienkie papierosy. Takie pety paliła na studiach, gdzie moc miała największe znaczenie. W ciszy wzięła kilka pierwszych buchów, poruszając nerwowo ramionami, by ogrzać się, choć na krótki moment.
Mój ojciec jest podobny, jak nie gorszy — rzuciła luźno, a sekundę później znów wciągała dym. Znów kaszlnęła, ale tym razem z szoku. Nie spodziewała się takiej propozycji. Kilka razy mrugnęła oczami, analizując to, co się przed chwilą stało — chcesz, żebym z Tobą pojechała? — spytała, nie wierząc w to, co słyszała. Podeszła bliżej niego, kładąc mu dłoń na czole — chory jesteś? Dzień się kończy — a wraz z nim ich niepisany sojusz o braku wojny — chyba że go przedłużamy? — dopytała, unosząc obie brwi ku górze. Odwróciła głowę, by nie patrzeć mu w twarz. Czuła wewnętrzną sprzeczność. Chciała móc się z nim jeszcze bawić, by ten wieczór nie miał końca.
Nie ty powinieneś przepraszać — stwierdziła Charlotte praktycznie od razu. Nie czuła, by Patel zrobił błąd. Dobrze się bawili, wielu gości pewnie zwróciło na nich uwagę, ale jej to nie przeszkadzało. Plotki same się wygaszą, a oni wrócą do nienawidzenia się nawzajem — wiesz, jesteś całkiem w porządku — dodała, wypuszczając kłęb dymu z ust. Trochę ta chmura przypominała ich. Teraz wszystko było w porządku, by po chwili zniknąć. Mogła się o niego martwić, ale trzeźwi nic sobie nie powiedzą.
Nie tylko ty — parsknęła krótko, kręcąc głowa. Zbyt dużo dramatu jak na sylwestrową noc — jest, ale nie dałeś mi chwili, żebym chwyciła kurtkę — a ona tak po prostu za nim wyszła. W tamtej chwili pozbyła się jakichkolwiek myśli. Istniał w jej głowie jedynie William i zwykła troska z nim związana.
Martwiłam się — mruknęła cicho pod nosem, unosząc na niego wzrok — i dalej to robię — choć chwila z ojcem wydawała się być zaledwie cieniem tego wieczoru, coś gryzło ją w sercu. Sama musiała postawić się całą sobą, żeby móc wybrać własną karierę zawodową. Od tamtego momentu wszystko w jej rodzinie zaczynało się komplikować.
Jasne — kiwnęła głową, ruszając za nim. Gdzieś po drodze wyrzuciła peta w śnieg. Sam widok większej ilości ludzi wydawał się mało atrakcyjny, zwłaszcza gdy oboje nie byli w odpowiednim humorze — nie wchodzić ze starym gównem w nowy — piękne postanowienie, nawet opróżniła brzuch przed wyjazdem na imprezę — nie chodzi o Ciebie — zaśmiała się krótko Charlotte, próbując do końca rozluźnić atmosferę. Szła za nim, pocierając się o ramiona. Zimno doprowadzało ją do szału.
Słucham? — spytała, odwracając głowę. Wyczekiwała już kolorowych świateł na niebie. Zamiast tego na jej twarzy pojawiło się zdziwienie. Nie sądziła, że podejdzie do niej, ani że zaczepi ją takimi słowami. Serce praktycznie jej zamarło. Nie słyszała nic oprócz kwestii dotyczącej pocałunku i latających świń.
Sama nie potrafiła zrozumieć, dlaczego nie uciekła. Mogła się odsunąć, odepchnąć go mocno. Nie wyrazić zgody, a zamiast tego wpatrywała się w jego ciemne oczy, gdy chwycił ją za policzki. Oszalała. Przełknęła nerwowo ślinę, przysuwając się bliżej.
Latająca świnia.
Zdążyła zauważyć ją kątem oka, kiedy musnęła wargami jego ust. Wtedy już zamknęła oczy. Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba. Tak musieli przywitać Nowy Rok. Nawet jeśli bardziej niż o fajerwerkach zaczęła myśleć o jego ustach.
Szczęśliwego Nowego Roku, Will — powiedziała krótko, odsuwając się na milimetry — nie wierzę, że świnie zaczęły latać — mruknęła, unosząc kącik ust. Czy żałowała? Tak. W tym wszystkim najgorsze było to, że chciała więcej.
A co gorsze, że mi się to spodobało — wyszeptała, odsuwając się na kilka kroków od niego. Oszalała? Zwariowała? Czy świnie naprawdę latały? Na niebie błyszczały fajerwerki. Chwilę patrzyła na nie w ciszy, po czym wróciła do mężczyzny, wtulając się w niego — jest zimno, okej? — nie przytuliłaby się do niego z powodu uczuć, czy jakiejś chemii. Tylko się całowali, u dorosłych ludzi to nic nie znaczyło.
Jedziemy do klubu, czy do baru? — spytała, przegryzając dolną wargę. Nie wierzyła samej sobie, że chciała pojechać akurat z nim. Co gorsze podobał się jej się ten pocałunek, a myśli zaczęły krążyć dookoła Williama.

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: czw sty 15, 2026 9:48 pm
autor: William N. Patel
- Jeszcze gorszy? Współczuję - no to chyba łączyło nas coś jeszcze, obydwoje wiedzieliśmy jak wygląda dorastanie pod surowym okiem głowy rodziny, ciekawe ile mieliśmy wspólnego ale wcześniej najwidoczniej zbyt byliśmy zaaferowani kłótniami by dać się poznać - No, chcę - przyznaję. Jasne, mógłbym sobie znaleźć inne towarzystwo na mieście, pewnie nie byłoby z tym problemu, ludzie dopiero teraz zaczynali prawdziwe imprezki, ale w sumie mam jakieś dziwne wrażenie, że trochę by mi jej brakowało. Zezuję na jej rękę, kiedy dotyka mojego czoła - Dzień się kończy jak pójdziesz spać - przecież logiczne, północ była tylko umowną godziną. Uśmiecham się krótko, miała rację, to mój stary zachował się jak kompletny chujek psując wieczór nie tylko mi. Może to ja powinienem zrobić mu burę? Chociaż znając mamę, to nie będę musiał, zrobi to za mnie - Ty też - jak była pijana to nawet dało się z nią pogadać, faktycznie umiała imprezować, chociaż z początku nie chciało mi się w to wierzyć, była dobrym kompanem. Przez myśl mi przeszło żeby jej oddać swoją marynarkę, ale potem powiedziała, że się martwiła i trochę mnie to zamurowało. Nic nie odpowiadam tylko ponownie się uśmiecham, to miłe, tak bardzo, że chyba nawet się zarumieniłem, chociaż w razie czego mogę to zgonić na zimno.
- W sumie dobre postanowienie - ja chyba nie miałem żadnych, po tylu latach życia wiedziałem już, że i tak ich nie dotrzymam. Raz postanowiłem sobie, że zacznę chodzić na siłownię, nawet nie kupiłem karnetu. Potem wtóruje jej śmiechem, znowu robi się jakoś przyjemniej, a ja już prawie zapominam, że jeszcze przed chwilą byłem taki spięty.
Mija północ, a nasze usta łączą się w pocałunku, najpierw krótkim, przerwanym kilkoma słowami wepchniętymi gdzieś pomiędzy, potem trochę dłuższym, trochę bardziej namiętnym. Nie odsunęła się i nie dała mi w ryja, więc chyba zwycięstwo? Nie chce się chwalić, ale naprawdę umiałem się całować, lata doświadczeń i praktyki, robiłem to nienachalnie ale czule, sama zresztą przyznała, że jej się podobało - Szczęśliwego Nowego Roku, Charlotte - mówię, dopiero kiedy się od siebie odsuwamy. Jeszcze przez chwilę patrzę jej w twarz, chociaż niebo już rozświetlają fajerwerki. Zerkam w górę, podobnie jak i ona w ciszy obserwując tysiące kolorowych świateł. Naprawdę mieli rozmach, skurwysyny. Wokół huki oraz strzały, głośne życzenia składane w eter, a między gwiazdami wijące się serpentyny iskier. Wygląda to przepięknie. Czuję, że się do mnie przytula, więc otulam ją połami marynarki - Okej, okej - spektakl dobiega końca, ostatnie, największe ognie gasną na firmamencie - Do baru, a potem się zobaczy - w sumie nie miałem planów, imprez w mieście pewnie było pod dostatkiem - Chodźmy po płaszcze, zamówię nam ubera - dopiero teraz wypuszczam ja z objęć i sięgam po telefon, żeby zamówić przejazd. Będzie za piętnaście minut, akurat żeby się odziać. Ruszamy spowrotem do zamku, od razu kierując się do szatni. Odbieramy nasze płaszcze i w drugą stronę, właściwie już mamy wychodzić, ale nieopodal wyjścia, tuż przy drzwiach magazynku stoją duże skrzynki z butelkami, część pustych, jednak przysięgam, że widzę przynajmniej jedną pełną - Poczekaj - zatrzymuję Charlotte, opierając jej rękę na ramieniu. Zbliżam się do skrzynek, w magazynku słuchać jakiś ruch, ale obsługa musi być zbyt zajęta, żeby zwrócić na mnie uwagę, zresztą biorę pierwszą pełną flaszkę, która wpadnie mi w ręce i truchtem wracam do dziewczyny - Przyda się na drogę - zdążyło mi już zaschnąć w ustach, chyba od tego całowania. Uber już na nas czeka, więc otwieram przed Kovalski drzwi i ładujemy się do środka - Witajcie przyjaciele, koniec imprezki? - pyta hinduski kierowca, który patrzy na nas w lusterku. Na twarzy ma okulary w kształcie 2006, pewnie wozi je od dwudziestu lat - Właściwie to dopiero początek, zmieniamy miejscówkę, strasznie tu sztywno - wywracam oczami, w międzyczasie zapinając pas. Facet pyta gdzie nas rzucić - No a gdzie są najlepsze imprezki? - pytam, na co uśmiecha się szeroko - Oooo, to ja już wiem, będziecie zadowoleni - zapewnia i rusza z podjazdu. Ja wyciągam butelkę - Można tu pić? - wolę się upewnić, nie chce żeby nas wysadził gdzieś po drodze - Można, można, tylko mnie częstujcie, bo ja już dzisiaj swoje wypiłem - macha ręką, ale widząc nasze zdziwione miny, szybko dodaje - Żarcik - mnie to w sumie jebie, mógł wydoić wiadro, byle dowiózł nas na miejsce.

Charlotte Kovalski

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: czw sty 15, 2026 11:21 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Zamilknęła, kiedy myślała o własnym ojcu, żołądek miał ochotę się jej cofnąć. To była dla niej niezwykle trudna relacja. Nigdy nie była w stanie nikomu w pełni o niej opowiedzieć. Własnemu rodzeństwu torowała trasę do wolności, ale sama za nią zapłaciła sporą cenę.
Patrzyła na niego krótko z ciekawością w oczach. Coś w nich błyszczało i powoli nie dało się tego ukryć. Mogła wrócić po północy do domu, okryć się ciepłą kołderką i nie myśleć o trudnych sprawach, czy tym wieczorze. Zamiast tego krótko uśmiechnęła się, kiwając głową na zgodę. Niech wyruszą na podróż życia, zwiedzą wspólnie Toronto nocą. Dobry był z niego, jak dotąd towarzysz i powinna z tego korzystać, póki nie pójdą spać. Noc była młoda, William miał rację, a następnego dnia... mogli w pełni żałować wspólnie spędzonego czasu.
Najlepsze postanowienie. Zapomnieć o starych troskach i zmartwieniach, a w nocy rok wejść z otwartą głową. Na tym mogła skupić się Kovalski. Patel trochę jej to umożliwiał. W jego towarzystwie zaczynała czuć się beztrosko i wolno. Mieli przed sobą całą noc.
Zwycięstwo, czy przegrana? Charlotte nie potrafiła się zdecydować. Spoglądała na Williama ciekawskim spojrzeniem, próbując zrozumieć, co dokładnie chodziło mu po głowie. Pocałowali się. Ciekawiło ją, co dokładnie o tym myślał. Czy był podobnie zmieszany co ona? Świnie miały latać i poleciały. Absurd całej sytuacji przechodził ją samą. Podobnie jak sprzeczne uczucia, z którymi nie wiedziała, co powinna począć.
Nie była w stanie patrzeć w fajerwerki. Bardziej skupiła się na nim oraz na błysku świateł na niebie w jego oczach. Widocznie alkohol jeszcze na nią działał, skoro tak bezwstydnie się do niego przytulała. Czuła się w ramionach Patela odprężająco, choć przez chłód miała dreszcze.
Tak jest szefie — stwierdziła, salutując. Barowa wycieczka po najlepszych lokalach wydawała się być dobrym wyjściem, nawet jeśli nie trafiliby na imprezę. Czasem spontaniczne akcje i wydarzenia miały w sobie najpiękniejszy czas. Jaki Nowy Rok taki cały rok? Pewnie to nie zwiastowało ich pogodzenia się na stopie lokatorskiej, ale... jedna noc nie mogła nic zmienić. Za to ona radośnie ruszyła za nim do środka. Przy szatni założyła płaszcz, czapkę i szalik. Zaczynała przypominać psiarę, którą tak często widywał na spacerach z białymi chmurkami.
Zatrzymuje się, gdy dotyka jej ramienia. Lekko zbita z tropu, marszczy brwi. Parsknęła krótko, kiedy zdała sobie sprawę o co dokładnie mu chodziło. No tak, na drogę zdecydowanie im się przyda coś więcej.
Wesołego Nowego Roku — rzuca Charlotte na wejście, chociaż otwierając auto, patrzy na wnętrze ze zdziwieniem. Różowe i pluszowe wykończenie auta. Gdzie oni się pakowali? Cóż, w Toronto nic nadzwyczajnego nie mogło się stać. Wchodzi do środka, szybko zapinając pasy.
Wyglądała jak ten mem z pikachu, gdy kierowca rzucił o piciu z nimi. Nie, słaby kawał jak na dzisiejszy wieczór, zwłaszcza że za ten przejazd zapłacą milion monet jak to w noworoczną noc. Charlotte szybko chwyta za butelkę i odkręca ją, by napić się szybkich, większych łyków. Finalnie wzdycha z zadowolenia.
Przepraszam, a po co panu różaniec? — nie żeby miała coś do kościoła, ale pluszowe wnętrze, trzymanie różańca na kierownicy, nawet u lekko podchmielonej Lotte powodowało zapalenie się czerwonej, ostrzegawczej lampki. W dzieciństwie czuła się podobnie, jedząc brokułową pastę matki. Całe życie wmawiała jej, że to jedzenie z cukierków. Nigdy więcej jej nie uwierzyła.
A to taki zwyczaj. Co wam puścić? O, obecny hit młodzieży wam puszczę — rzucił kierowca, ruszając z pałacu, a w głośnikach wybrzmiewała kanadyjska wersja antycznego napaleńca od kutas records. Ten wieczór nie mógł być bardziej irracjonalny. Świnie latały, a Charlotte właśnie słuchała, że ktoś się komuś spuścił na sandały.
Zdążyli przejechać kilka minut, a Lotte położyła głowę na ramieniu Willa. Niby dla wygody, niby by wyglądali na zakochaną parę. Przechyla się, by wyszeptać mu wprost do ucha.
On chyba nas gdzieś wywozi — powiedziała szeptem, tak by ich nie usłyszał. Chociaż ryk antycznego napaleńca o tym, że najpiękniejsze w życiu są chuje, chyba skutecznie ją wyciszył. Za to Charlotte była cała spięta. Cała sytuacja była największym absurdem. Bała się hinduskiego taksówkarza, trzymającego różaniec i słuchającego o ogolonych jajach.

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: pt sty 16, 2026 5:04 pm
autor: William N. Patel
Rozglądam się po taksówce, wnętrze jakże stylowe, najbardziej mi się podoba ta puchowa tapicerka, od razu mam przed oczami filmy z lat 70. Alfonsi mieli takie auta. Potem zerkam na różaniec i nieco dokładniej przyglądam się kierowcy. Dopiero teraz zauważam, że ma na sobie marynarkę w cekiny - Klepiesz koronki jak jedziesz? - pytam, a on się śmieje. Przez chwilę nasze spojrzenia krzyżują się w lusterku, ale przez te jego zabawne okulary nie widzę źrenic, po tym najlepiej poznać na ile ktoś jest trzeźwy. Puszcza nam muzykę, a ja marszczę brwi - Co to za gówno? Serio młodzież słucha teraz takich rzeczy? - dziwię się, bo nie znam. Uwielbiałem muzykę, ale nie taką, zaś kiedy Charlotte opiera mi się na ramieniu i szepcze do ucha, to zerkam na nią z ukosa, sięgam ręką do dziewczęcego kolana, żeby ją trochę uspokoić - Spokojnie - dla mnie nie wyglądał groźnie. Miał wąsy jak Freddie Mercury i i turbo krzaczaste brwi, ale tak na oko to był z głowę niższy ode mnie, poskładał bym go w trzy sekundy, szczególnie, że umiałem się bić. Trenowałem kiedyś boks, jakbym mu zasadził prawy sierpowy to by się chyba nakrył kopytami. Ale pochylam się do przodu, zaglądając do kierowcy między fotelami - A gdzie właściwie jedziemy? Ile to będzie kosztować? - pytam, ale chłop tylko macha ręką żebym się nie martwił, po czym wykrzykuje głośno - O, patrzcie! Weźmiemy go? - poboczem idzie postać odziana tylko w równie różowy i równie puchaty co tutejsza tapicerka szlafrok, zielony, brokatowy cylinder oraz grube skarpety i japonki - Nie!... - rzucam, równie głośno, ale facet wcale mnie nie słucha w zamian zatrzymując się obok gościa i zapraszając go do środka. Koleś, bo teraz już widać, że to samiec, wsiada z przodu, na powitanie strzela mi w twarz konfetti, więc odsuwam się, na nowo opierając o fotel - Szczęśliwego Nowego Roku! Gdzie jedziecie? - pyta, kiedy ruszamy dalej. Ja milczę, czekając aż kierowca nas oświeci i tym razem faktycznie zdradza jakieś konkretne info - Wiozę ich do Spectrum - mówi z szerokim uśmiechem, a gość w kapeluszu reaguje bardzo entuzjastycznie - Zajebiście! To zabieram się z wami - kiwa łbem. Odwracam twarz w kierunku Charlotte i unoszę jedną brew - Znasz to miejsce? - ja nie znałem, pierwsze słyszę o jakimś Spectrum, ale oni obydwoje wyglądają jakby doskonale je znali i było co najmniej podekscytowani. Odbieram od dziewczyny butelkę i unoszę ją do ust, a gdy typek zlewający się z tapicerką to widzi to odwraca się w naszą stronę - Co tam pijecie z tyłu? Weź polej łyka bo strasznie zaschło mi w gardle - wyciąga z kieszeni pomięty, papierowy kubek i wystawia w moją stronę między siedzeniami, a ja mu polewam, bo w sumie czemu nie? - A co to jest to całe Spectrum? - może od niego się czegoś dowiemy? Uchyla usta, ale kierowca wchodzi mu w słowo - Posuńcie się, dobra? - dopiero teraz zauważam, że zatrzymuje się przy kolejnym dziwaku, który biegnie poboczem machając rękami jakby miał odlecieć - Nie no, kurwa, jaja se robisz? - ale kolejny pasażer już ładuje się do auta od strony Charlotte i teraz jedziemy w piątkę. Ten jest jeszcze dziwniejszy - cały ubrany na szaro, z kartonem na głowie, teraz, w delikatnym świetle ulic widzę, że na pudełku wymalowany jest dziób i oczy gołębia - Gruuuu! Jestem gołębiem! Gdzie jedziecie? - pyta, a obydwoje z przodu odpowiadają w tym samym momencie do Spectrum, na co reaguje podobnie jak poprzedni, że zajebiście i jedzie z nami - Nie no kurwa, czy tylko ja nie wiem co to jest to całe Spectrum? - ponawiam pytanie, a gość przebrany za gołębia wpatruje się w Lottie i zagaduje - Chcesz założyć ze mną gniazdo? - czy my właśnie trafiliśmy do jakiegoś samochodu wariatów czy o chuj tu chodzi?

Charlotte Kovalski

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: pt sty 16, 2026 6:19 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Zmarszczyła brwi, słysząc o tym gównie. Sama na początku tak myślała, co ty żeś muzyku, a właściwie generatorze, stworzył. Jednak im dłużej wsłuchiwała się w rytm piosenki, tym bardziej potrafiła zrozumieć, jak wielkie było to arcydzieło. Williamowi nic nie powiedziała, jedynie zaczęła krótko stukać palcem w rytm muzyki.
Uniosła tylko na moment głowę. Spokojnie? Dla niej ta sytuacja przypominała komedię, którą puszczała w ramach guilty pleasure. Widocznie ta noc z Patelem mogła tym dla niej być. Przyjemnością z wyrzutami sumienia. Spięcie przeszło jej dopiero, kiedy dotknął jej kolana. Spojrzała w bok, próbując uspokoić się. Przecież nie mógł ich wywieźć do lasu. Do tego czasu zdążyliby wyskoczyć z taksówki, uciec, gdzie pieprz rośnie.
Uniosła się delikatnie do przodu, w momencie padania pytania, gdzie jadą. Tego chciała się dowiedzieć. Do baru w Toronto. Tyle już wiedzieli, ale to machanie w ogóle ją nie uspokoiło. Powodowało wzrost ostrożności. Wyprostowała się, przegryzając dolną wargę. Nawet alkoholu nie chciała już pić, musiała być w pełni sprawna, by móc analizować i nie dać się ponieść szaleństwu nocy hinduskiemu taksówkarzowi, odmawiającemu koronki.
Ale poddała się impulsowi, znowu chwytając za butelkę, kiedy wsiadł nowy pasażer. Zmierzyła go chłodnym wzrokiem, nerwowo ruszając nogą. Takie sytuacje musiały się źle skończyć. Prawdziwy zjazd dziwaków zadział się w taksówce. Mogliby otworzyć cyrk, pokazując nowe osobowości Toronto.
Wesołego Nowego Roku — mruknęła Charlotte, czując się nieswojo. Dwóch na dwóch? Może jednego zdołałaby kopnąć prosto w krocze, wykonać akrobacje, albo zrobić fikołka, by poszczali się ze śmiechu. Wcześniej alarm w głowie jej wariował, teraz powoli zaczynał przechodzić poza skalę. Krótka wymiana zdań ją jedynie utwierdzała. Znała wszystkie miejsca bary w Toronto, kluby zresztą też. W czasie studiów bywała ich stałym bywalcem.
Nie — mruknęła cicho Kovalski, marszcząc brwi — może jednak nas gdzieś wywożą? — spytała ciszej, tak by tylko on usłyszał. Zaraz w głośnikach taksówki poleciał kolejny wielki hit. Tym razem Rihanna z Umbrella. Trochę się rozluźniła, bo obawiała się wysłuchania religijnych przebojów. Z Hindusem z różańcem nigdy nic nie wiadomo.
Parsknęła śmiechem, widząc papierowy kubeczek. Absurd gonił za absurdem. Chociaż w tym gronie zaczynała się już rozluźniać. Choć musiało paść pytanie, co to Spectrum. Aż chciała powiedzieć szpital psychiatryczny, bo badają tam ludzi w różnym spektrum, ale się powstrzymała.
Miej mnie w opiece — mruknęła, słysząc o przesunięciu. Praktycznie od razu odpięła pasy, przysuwając się jeszcze bliżej w stronę Williama. Tym razem chwyciła go za rękę, bo nieznajomy... przypominał gołębia. Raz po jakiejś imprezie, wracając komunikacją miejską, spotkała faceta utożsamiającego się jako łosoś. Zapraszał ją na tarło. Nie chciała powtórki z rozrywki, wtedy musiała spierdalać na złamanych obcasach.
Słucham? — spytała, robiąc wielkie oczy. ZBUDOWAĆ GNIAZDO? Nie, musiała się przesłyszeć, zacisnęła mocniej dłoń Patela. Przez jej ciało przechodziły dreszcze — mam już gniazdo. To mój chłopak — odpowiedziała pewnym siebie tonem, przynajmniej próbowała, pokazując palcem Williama. Świnie mogły latać, a ona swobodnie mogła powiedzieć, że William jest jej facetem. Wszystko byle pozbyć się zagrożenia. Wtedy zauważyła światło. Ktoś dzwonił do gołębia.
Gołębiu, ktoś dzwoni do twojego... ptasiego radia? — zagadnęła Charlotte, pokazując mu palcem na spodnie. Kierowca bujał się do Rihanny, różowy zaczął badać schowki w aucie, a człowiek-ptak chwycił za telefon, odpalając głośnomówiący.
Gruuu? — zaczął, a z telefonu padło pytanie o grzywacza. To chyba jakiś gatunek gołębia? Nie znała się na tym, ale dla niej ten gatunek był chodzącym, latającym szczurem — Sójka? — wygruchał — słucham? Tak, dalej chcę twojego gniazda! — krzyknął na całe auto, a kobieta ptak zaczęła mu ćwierkać przez telefon — co?! — krzyknął zdziwiony i zaraz dodał — każesz mi spierdalać do Afryki?! — nie potrafiła zrozumieć tego pytania. Przez telefon wydobywał się jedynie ptasi śpiew. Nagle bum.
I spierdolił.
Otworzył drzwi, wywalając się wprost na jezdnię, gdy auto pędziło.