Strona 2 z 2

yeah right, yeah right

: śr sty 28, 2026 11:33 pm
autor: Indie Caldwell
Przecież do niczego takiego nie doszło...
Zamrugała kilka razy w niedowierzaniu, sama nie wiedząc, czy była tymi słowami bardziej zszokowana, czy rozzłoszczona. Nie pomylił się co do tego, że miały rozjuszyć Indie bardziej — miał rację, w stu procentach, bo to pojedyncze zdanie w zupełności wystarczyło, żeby natychmiast wytrącić ją z równowagi.
Ty siebie w ogóle słyszysz? — Nie chciała się znów kłócić, nie próbowała być złośliwa, ale cała cierpliwość do Lucasa skończyła jej się dokładnie w tej samej sekundzie, w której usłyszała te kilka — jak sądziła — bezczelnych słów. Nagle przestało interesować ją to, czy była w tej dyskusji wystarczająco kulturalna. Dosyć już miała uprzejmości. — Do niczego takiego nie doszło? — powtórzyła po nim zgryźliwie. — To jest Twoim zdaniem nic?
Nie zamierzała odpuścić i jak gdyby nigdy nic zostawić temat w spokoju, choć przecież mogłaby — mogłaby wzruszyć ramionami, odwrócić wzrok i zamartwianie się pozostawić Lucasowi, bo w teorii istotnie nie była to jej sprawa. W teorii. W praktyce czuła się za to wszystko równie odpowiedzialna, co on. W końcu do tanga trzeba było dwojga, a cały ten syf był rezultatem ich wspólnych decyzji, więc nie mogła w dobrej wierze umywać od tego rąk i beztrosko pozwolić mu po prostu ten temat przemilczeć. Zwłaszcza, że było to do niego tak okropnie niepodobne, że czuła się tym bardziej zobowiązana do tego, żeby zainterweniować i spróbować przemówić mu do rozsądku.
Ani drgnęła, gdy zerwał się do pionu, przez cały ten czas nie odrywając od niego wzroku nawet na sekundę, również wtedy, gdy stanął z nią twarzą w twarz. Wręcz przeciwnie, przyglądała mu się nawet uważniej, a utkwione w jego twarzy intensywne spojrzenie z każdym kolejnym słowem stawało się coraz bardziej gniewne. Może nawet dałaby radę zachować resztki ogłady, dotąd wychodziło jej to całkiem nienajgorzej (no, przynajmniej jak na nią), ale nie miała okazji się o tym przekonać — pierwsze dwa pytania może i trochę podniosły jej ciśnienie, ale to dopiero ten ostatni komentarz przelał czarę goryczy i sprawił, że puściły jej już wszystkie hamulce.
Pierwsze kilka sekund spędziła w całkowitym milczeniu, nie dlatego, że zabrakło jej słów — akurat miała mu teraz do powiedzenia bardzo wiele, chyba aż za dużo — ale dlatego, że musiała w pierwszej kolejności wziąć wdech i policzyć w myślach do pięciu, starając się odeprzeć przemożną pokusę żeby ordynarnie mu przyjebać. W głębi duszy doskonale wiedziała, że skończyłaby żałując, że było to prawdopodobnie najgorsze, co mogłaby w tej sytuacji zrobić, więc nie zamierzała dać impulsom za wygraną, ale kusiło. Kurwa, strasznie ją kusiło, żeby nie tracić słów na wytłumaczenia i zamiast tego pokazać mu, co o tym wszystkim myślała, przy okazji w ten sposób dając tym wszystkim negatywnym emocjom bardzo potrzebny upust, ale nie mogła. Bardzo.
Wiesz co, Lucas? Pierdol się — warknęła mu prosto w twarz, a choć ton miała napastliwy, wręcz agresywny, w jej głosie wyraźnie było słychać również rozgoryczenie. Bo była kwestia moralności, zasad i robienia tego, co trzeba, ale była też kwestia tego, że było jej tak zwyczajnie, po ludzku przykro, że mówił o tym wszystkim tak, jakby nigdy nie miało nawet najmniejszego znaczenia. Tak, byli pijani, tak, dali się ponieść, ale na tym etapie nie chodziło jej już nawet o samo fizyczne zbliżenie, ale także o słowa, które padły tuż przed. O wyznania, które w ostatnich dniach za wszelką cenę starała się wymazać z pamięci, a o których zapomnieć udawało jej się tylko tymczasowo, głównie tylko wtedy, kiedy była zbyt nietrzeźwa na pamiętanie czegokolwiek. — Pierdol się, Ty i te Twoje jebane wymówki — ciągnęła siłą rozpędu, szturchając go w klatkę piersiową palcem wskazującym, w tym ślepym gniewie zupełnie niezdolna do tego, żeby sobie przerwać. — Chcesz odwracać kota ogonem, to go sobie kurwa odwracaj. Ile tylko chcesz. — Doskonale wiedziała, że popełniła błąd, więc nie miała kłopotu ze słuchaniem tych jego zarzutów; nie mówił niczego, czego sama nie zdążyła o sobie pomyśleć. — Zmieniaj temat, mów mi, że źle zrobiłam, zrzuć winę na mnie, napluj mi w mordę, chuj, nawet mi za to wszystko przypierdol jak chcesz, ale wiesz, że mam rację i wiesz, że żadna z tych rzeczy tego nie zmieni.

Lucas Miller

yeah right, yeah right

: czw sty 29, 2026 3:39 pm
autor: Lucas Miller
Słyszał się, jednak po części jak przez mgłę. Zdawał sobie sprawę, że jednak pierdolił od rzeczy, że wcale nie miał na myśli tych wszystkich rzeczy, które wyrzucały jego usta, a jednak wciąż w to brnął.
Dlaczego?
Tłumaczył sobie, że tak będzie łatwiej. Łatwiej przynajmniej dla niego, jeśli wmówi jej i przede wszystkim sobie, że to nic nie znaczyło. No bo co? Pocałowali się, prawie przespali po wypiciu flaszki wódki… Tylko prawda jest taka, że to wcale nie było nic. To nie była zwykła nietrzeźwość, która nagle sprawiła, że zachciało im się kolokwialnie pisząc ruchać. Nie. Ten alkohol jedynie odblokował im języki. I to nawet nie w formie fizycznej, a metaforycznej. Sprawił, że w końcu zaczęli r o z m a w i a ć. O sobie, o tym co było i przede wszystkim o tym, co każde z nich czuło jeszcze gdzieś głęboko w sercu. On jak i ona.
To co stało się między nimi wcale nie było zwykłym porywem głupoty, a kurwa aktem prosto z serca, spełnieniem jakiś pragnień ukrytych głęboko pod skórą. I Lucas miał tego świadomość. Wiedział o czym. Czuł to. A jednak stojąc teraz przed nią wciąż kłamał jej prosto w oczy. Wciąż mówił o tym, jakby to było nic. Jakby właśnie jedyne, co ona robiła, to zaciskała na nim nogi.
Wcale tak nie myślał.
A przynajmniej nie w taki sposób. Bo o niej akurat myślał cały czas.
Nie odpowiedział jej na pierwszy wybuch złości. Spodziewał się tego, że zaraz karze mu się pierdolić. Że zrówna go z błotem. Bo przecież taki miała charakter — była narwana, impulsywna, mówiła wszystko, co tylko napatoczyło się jej na język. I przez większość czasu on to w niej tak kurewsko… kochał lubił. Że nie miała nałożonych żadnych filtrów, że jeśli chciało się dowiedzieć, co siedziało w jej głowie, wystarczyło ją nieco rozjuszyć.
Tylko Miler tym razem chyba naprawdę przegiął.
Widział to w jej oczach, które dosłownie zajęły się ogniem. I nijak ten ogień nie przypominał tego z wyjazdu, kiedy obracało się w nim czyste pożądanie. Nic z tych rzeczy. Teraz była tam czysta i niepodważalna chęć mordu.
Pierdol się, ty i twoje wymówki.
Ani drgnął, kiedy wbiła palec w jego klatkę piersiową. Niczym ostatni sadysta, wykonał pół kroku w przód, by wbić sobie jeszcze mocniej pokutę w pierś. By poczuć na sobie jej dotyk. By skupić się na czymś innym niż walące w piersi serce. Słuchał jej uważnie, chociaż usta aż wyrywały się przed szereg, by w końcu jej przerwać.
Skończyłaś? — zapytał, zaciskając dłonie w pięści. Wiedział, no kurwa wiedział, że to ja tylko jeszcze bardziej wkurwi, ale przecież nie mógł się powstrzymać. — Chętnie poszedłbym się pierdolić, ale jakbyś nie zauważyła JESTEŚMY TU KURWA ZAMKNIĘCI — podniósł głos, chyba po raz pierwszy odkąd zaczęli rozmawiać. Próbował być spokojny, jakoś odwracać kota ogonem, ale jemu chyba też już się powoli ulewało, szczególnie, że ona jak zwykle wszystko wyolbrzymiła. — Pobij mnie? Napluj na mnie? Słyszysz się kurwa?! — teraz to on spojrzał na nią jak na wariatkę. Jak na kogoś kto postradał zmysły. Bo co to były za teksty? Na pewno chciał ją kurwa bić. Aż tak go jeszcze nie pojebało. — I niby to mnie pojebało? — prychnął szyderczo, praktycznie jej w twarz, a potem zrobił krok do przodu. — Czego ty właściwie ode mnie chcesz, Indie? Czego oczekujesz? — wbił w nią intensywne spojrzenie, czując, jak krew w żyłach zaczyna autentycznie pulsować. Własne odbicia serca czuł nawet w skroniach. — Mam jej powiedzieć i co? I co potem? Wrócimy sobie do udawania, że nic się nie stało? — znowu zrobił krok w jej stronę. Że cię to wcale nie ruszyło? Czy wtedy już nie będziemy rozmawiać wcale?

Indie Caldwell

yeah right, yeah right

: czw sty 29, 2026 11:32 pm
autor: Indie Caldwell
Widocznie zaczęło mi się udzielać — odszczekała mu natychmiast. — Bo ja już nie wiem jak mam z Tobą rozmawiać ani co zrobić, żebyś mnie do kurwy nędzy posłuchał — dodała zaraz z wielkim wyrzutem, tak na wypadek, gdyby tamta pierwsza odpowiedź nie była z jej strony wystarczająco bezczelna.
Zarzut bycia pojebaną co prawda tylko rozdrażnił ją bardziej, ale był Indie trochę potrzebny — dopiero teraz zauważyła, że w którymś momencie wyjaśnienia zaczęły stawać się najzwyklejszymi prowokacjami; odruchowo szukała sobie większej zwady, niż było to konieczne, podświadomie starając się znaleźć sobie jak najwięcej powodów do tego, żeby być na niego zła, bo złość była setki razy łatwiejsza niż to, co rzeczywiście czuła względem Lucasa. Gniew był znajomy, miał sens i jasne granice, równał się czemuś bardzo konkretnemu i przez to stanowił kompletne przeciwieństwo tych okropnie skomplikowanych, nienazwanych emocji, nad którymi nie miała najmniejszej ochoty się teraz pochylać. Wszystko byłoby dużo prostsze, gdyby zwyczajnie go nienawidziła, gdyby unikała go dlatego, że faktycznie nie chciała mieć z nim niczego wspólnego, a nie dlatego, że nie potrafiła wystarczająco dobrze udawać przy nim obojętnej.
Byłoby, ale nie potrafiła. I chyba w głębi duszy wiedziała, że nie mogła zmienić tego żadna durna zaczepka i awantura, więc w końcu od niechcenia wzięła głęboki oddech i spróbowała odrobinę się wyciszyć. Odrobinę.
Czego ty właściwie ode mnie chcesz, Indie? Nie zamierzała odpowiadać.
Czego oczekujesz?
Już się nauczyłam żeby niczego od Ciebie nie oczekiwać — burknęła w odpowiedzi, szybko, nieprzyjemnie i oczywiście bez żadnego zastanowienia. Mogłaby darować sobie przesadnie kąśliwy ton, ale nie potrafiła, nie kiedy nagle znalazła się pod ostrzałem pytań o to, co potem — musiała w jakiś sposób bronić się przed faktem, że na żadne z nich nie miała odpowiedzi. — Nie. W ogóle nie chodzi teraz o to, czego ja chcę — ucięła stanowczo. Może trochę ostrzej niż wypadało, ale potrzebowała żeby faktycznie przyjął to do wiadomości i zrozumiał, bo mówiła to zupełnie szczerze. — Tylko o Charlotte. O to, że chociaż tyle jesteś jej teraz winien — wyjaśniła gdzieś pomiędzy pytaniami, a chociaż wciąż była paskudnie rozemocjonowana, to brzmiała już na chociaż odrobinę spokojniejszą niż te pięć zdań temu. Znaczy, że jej starania zachowania resztek ogłady nie spływały na niczym i całe kurwa szczęście, bo przyhamowanie kosztowało ją absurdalną ilość energii i determinacji.
Wrócimy sobie do udawania, że nic się nie stało? A mieli jakiś wybór?
Że cię to wcale nie ruszyło?
Po raz pierwszy od dobrych kilku minut złamała się i odwróciła wzrok, spojrzeniem uciekając gdzieś w bok, na jedną z półek. Nie chciała o tym rozmawiać, słyszeć też nie. Nie łudziła się, że do tej pory bezbłędnie udawała kompletnie tym wszystkim niewzruszoną, ale nie potrzebowała przypomnienia o tym, że to zauważał. Że chociaż minęło już tyle czasu odkąd ostatni raz mogła nazwać go swoim najlepszym przyjacielem, to i tak znał ją lepiej niż ktokolwiek inny, zbyt dobrze, żeby nabrać się na ten nędzny pozór obojętności, który tak usilnie próbowała dookoła siebie tworzyć. Nie podobało jej się to.
Nie wiem. Nie wiem co potem — przyznała z ciężkim westchnieniem i nutą zrezygnowania w głosie. Nie mogła odpowiedzieć, zasugerować żadnego rozwiązania, bo pojęcia nie miała co potem. Ale problem był taki, że co teraz też nie wiedziała, więc... — A co teraz, w takim razie? — więc nagle odwróciła jego pytanie, wracając do patrzenia mu prosto w oczy. — Co teraz, Lucas? Wrócisz dziś do niej do domu, nic jej o tym wszystkim nie powiesz i co? Co potem? — ciągnęła, posiłkując się jego własną logiką i słowami. — Wrócimy sobie do udawania, że nic się nie stało? — powtórzyła po nim dokładnie, oczywiście nie mogąc darować sobie zbędnej złośliwości i naśladując też jego ton głosu. — No, powiedz mi — naciskała. — Powiedz mi, co teraz? Hm?

Lucas Miller

yeah right, yeah right

: sob sty 31, 2026 6:50 pm
autor: Lucas Miller
Już się nauczyłam żeby niczego od Ciebie nie oczekiwać.
Zabolało.
Jej słowa trafiły prosto w serce, a to zaś spowodowało, że wszystkie mięśnie momentalnie się spięły, podczas gdy śledziona wywróciła się do góry nogami. Jak mogła tak powiedzieć? Nie rozumiał. No kurwa nie rozumiał.
Powiedziała tak, która jednego dnia spakowała kurwa cały dorobek i spierdoliła na drugi koniec kraju… i to od niego nie można było nic oczekiwać? Kiedy to on kurwa tęsknił za nią cały, jebany, rok. To on przecież chciał dać im wtedy szanse, chciał żeby spróbowali, żeby może pięknie rozwinęli przyjaźń w coś zupełnie innego. A jednak to Indie była na tyle bezczelna, żeby wytykać mu błędy.
Szkoda, że on te jej wybaczył już dawno temu.
Nie komentował jej słów, chociaż od razu zrobił krok w tył, jakby ona autentycznie i fizycznie uderzyła go w twarz. Zawsze uważał, że można było na niego liczyć. Że można było od niego oczekiwać, bo przeciez Lucas za przyjaciółmi stawał zawsze murem. Za nią stawał murem. A jednak ona jedyne co potrafiła, to mieszać go z błotem.
W jednym miała rację — był to winien Charlotte. Był jej winien szczerość. Wiedział to. No kurwa wiedział, chociaż starannie starał się to wypierać spod własnej świadomości.
Miller zawsze był wierny jak pies. W każdym związku. A jednak z Indie mu się ulało. Uległ. A co gorsza — sam to wszystko zainicjował. Kochał Charlotte, dawała mu poczucie bezpieczeństwa i poczucie stabilizacji w kurewsko niepewnym świecie, tylko problem w tym, że Indie dawała mu wszystko inne. Dawała przyśpieszone bicie serca, ogień i to dziwne porozumienie dusz, które tak mocno kiedyś wierzył, że mieli. Była pierdolnięta, miała niewyparzony język i chociaż to cechy, które powinny ludzi od niej odpychać, jego akurat przyciągały. Intrygowały go. Ciekawiły.
I nawet teraz, kiedy się na niego wydzierała, kiedy spoglądała na niego ognistym spojrzeniem… czuł się bardziej żywy niż kiedykolwiek przy Charlotte. Czuł, jak serce wali mu w piersi, jak krew pulsuje w skroniach, a klatka piersiowa unosi się chaotycznie.
Naciskała na niego.
W y m u s z a ł a reakcje, a on za cholerę nie chciał jej dawać czegokolwiek. Bo chyba bał się, że jak w końcu puści mu język, znowu powie o dwa słowa za dużo.
Kurwa, powiem jej! — ryknął w końcu, łapiąc jej jasne spojrzenie. — Powiem — powtórzył, wyrzucając ręce w górę. — Tylko zejdź już kurwa ze mnie, Caldwell — nerwową ręka przejechał po włosach, a zaraz potem po twarzy, jakby to cokolwiek miało pomóc. Jakkolwiek zebrać te myśli. Na marne.
Tylko ona wcale nie miała zamiaru mu odpuszczać, bo teraz jak nie o Charlotte, to zaś o nich. I znowu na niego naciskała. Znowu wymuszała na nim jakąś reakcję. A od kiedy on kurwa wiedział, co robić? Pytała go, jakby to on był ten mądry w ich duecie, a przecież wiadomo, że mózgiem zawsze była Indie. To ona zawsze wiedziała co robić, kiedy coś im się sypało. Nie Miller.
Co potem?
No powiedz!
Powiedz mi co teraz?

Nie wiem, kurwa! — krzyknął. Głośno. Chyba za głośno. Ale nie potrafił już inaczej. Tak samo jak nie potrafił wytrzymać tego napięcia, które gromadziło się między nimi, w tym zasranym, malejącym z każdym słowem pomieszczeniu. Aż odwrócił się niespodziewanie i… przypierdolił w jedną z półek butem, a kilka paczek kukurydzy runęło na ziemię. — Co mam ci powiedzieć? Co ty kurwa chcesz ode mnie usłyszeć, Indie? — spojrzał na nią przez ramię, a zaraz znowu stał obok niej. — Szambo się wyjebało, co się stało to się stało, czasu już nie zmienimy. I ja nie będę kurwa za nic przepraszać. Bo żeby przepraszać, trzeba jeszcze czuć skruchę i żałować swoich czynów — nachylił się w jej kierunku, zaglądając jej w oczy. — A problem w tym, że ja nie żałuje.


Indie Caldwell

yeah right, yeah right

: sob sty 31, 2026 11:33 pm
autor: Indie Caldwell
Zauważyła.
Oczywiście, że zauważyła, że chyba trochę przesadziła. Od razu, wcale nie tylko dlatego, że cofnął się o krok. Znała ten moment, znała urażone spojrzenie, w końcu był to nie pierwszy i nie ostatni raz, choć tym razem wyjątkowo trudno było tą świadomość zignorować, bo wcale nie chciała tego mówić. Wcale też w to zresztą nie wierzyła, ale nie potrafiła sobie teraz przerwać. Problem był taki, że Indie nie znała innych form samoobrony niż bezwzględny atak, a musiała w jakiś sposób poradzić sobie z jego słowami, odwrócić uwagę — i własną, i Lucasa — od tego, jak wielki i realny miały na nią wpływ. Od tego, jak kurewsko ją to wszystko bolało, jak w głowie nadal niosło się echo tego, co powiedział wcześniej, jak wracało to do niej niczym pierdolony bumerang, że to wszystko nic takiego nie znaczyło, że do jednego tak naprawdę się sprowadzało. Mało tego, mówił jej o tym wszystkim w taki sposób, że czuła się skończoną idiotką za sam fakt, że kiedykolwiek w ogóle dała sobie szansę pomyśleć inaczej.
Kurwa, powiem jej! Pokiwała głową. Powiem. Dobrze.
I najpewniej właśnie tam powinna była się zatrzymać, tak też najprawdopodobniej by zrobiła, gdyby nie to, że te wszystkie skrajne emocje obdzierały ją z resztek samokontroli. Sama już nie do końca wiedziała, po co naciskała dalej, co próbowała w ten sposób osiągnąć, nie była też pewna, co takiego chciała od niego usłyszeć, ale potrzebowała jakiejś porządnej reakcji, odrobiny szczerości, czegokolwiek prawdziwego. I udało jej się, zrobiła to bezbłędnie — naprawdę przydał jej się tutaj wrodzony talent do przeginania, jak zawsze była w tym niepokonana — ale chyba nie do końca to spodziewała się usłyszeć.
A problem w tym, że ja nie żałuję.
Na końcu języka miała już kolejną obelgę, zaległą jeszcze sprzed kilku słów temu, ale zbiło ją to z tropu tak bardzo, że całkowicie zapomniała co tak właściwie zamierzała powiedzieć i zamilkła. W ciszy patrzyła się na niego zupełnie bezrozumnie, nie do końca obecnie, zupełnie jakby w głowie do rozwiązania miała teraz wyjątkowo trudne równanie i... raczej nie radziła sobie z nim najlepiej, o ile w ogóle. Nie rozumiała już niczego, ani jednej pierdolonej rzeczy — sprzecznymi sygnałami mącił jej w głowie już od dawna, ale tymi słowami zdezorientował Indie tak mocno, że przez chwilę autentycznie nie wiedziała co myśleć, o tym co powiedzieć nawet już nie wspominając.
Problem był w tym, że nie żałował. Co?
Nie miała pojęcia jak długo milczała, ale trawiła to powoli, dłużej i okazało się, że od początku była to zwykła strata czasu, bo ostatecznie skończyła tylko bardziej pogubiona.
Po co mi to mówisz? — spytała wprost. Cicho, tym razem bez krzty złośliwości czy gniewu w głosie, zupełnie poważnie i przede wszystkim szczerze, bo nie wiedziała, pojęcia nie miała. Oboje dobrze wiedzieli, że nie powinien; że to była w tej sytuacji jedna z tych rzeczy, które dla dobra wszystkich stron wypadało zostawić dla siebie, przemilczeć, zwłaszcza jeśli chcieli rozmawiać o jakimkolwiek powrocie do normalności. Ale przede wszystkim: niczego nie mogła z tą wiedzą zrobić. Niczego. Zupełnie. — I czy jej też zamierzasz? Czy znowu tak sobie tylko mówisz, ja znowu się na to nabiorę, a jutro to znowu też jednak będzie nic wielkiego? — O dziwo nie podniosła głosu wcale, tym razem zachowując zaskakujący spokój, ale brzmiała równie nieustępliwie co wcześniej. — Nie zamierzam być... nie będę niczyją kochanką, Lucas. Nawet Twoją.

Lucas Miller