I swear, I'm fine.
: pn sty 19, 2026 9:52 pm
Kiedy spytał o bliznę i pokazał ją na swoim ciele, Pilar skinęła głową. Ale już zaraz złapała też za swoją koszulkę i podniosła ją w górę, odsłaniając brzuch i kawałek stanika. Na jej ciele również było kilka siniaków i śladów użytkowania, tylko te jej różniły się od kwiaków Madoxa. Bo kiedy te jego były spowodowane bijatyką i kopniakami, bo walczył o to, co słuszne, o nią, tak Pilar miała na swojej skórze ślady po rękach psychopaty, który zaciskał na niej swoje palce i drapał jej skórę. Było to widać w krótkich przeciągniętych ranach oraz małych lecz mocnych siniakach, które odbijały się po pięć obok siebie — każdy odpowiadający za jeden palec, który Dalton raz po raz w nią wbijał. Zaraz nad nimi znajdowała się blizna po operacji. A zaraz obok kolejna, bo przecież otwierali ją wielokrotnie podczas tamtej wizyty.
— Bo byłam głupia — skwitowała na jego pytanie o to jak zarobiła kulę. Tylko oczywistym było, że ta odpowiedź za nic mu nie wystarczała. — Był pościg. Pieprzony pedofil i morderca uciekał z kolejnym dzieckiem, które uprowadził. W pewnym momencie prawie wjechał w ciężarówkę, stracił panowanie nad kierownicą, auto siadło, a on musiał uciekać pieszo. No i co, a ja zamiast gonić skurwysyna, rozbroić go i zrobić swoją robotę, to w pierwszej kolejności zaczęłam wyciągać przerażone dziecko z samochodu. Straciłam czujność i wtedy dostałam. To tak w skrócie — bo przecież ta historia była o wiele dłuższa, bardziej złożona, ale wszystko miało swoje konsekwencje w tym, że Pilar zamiast trzymać się procedur, to pokierowała się sercem. Była głupia. Temu dziecku nic nie groziło, było po prostu zamknięte w stojącym samochodzie. Oczywiście, że powinna pierwsze unieromić zbiega, upewnić się, że facet już nigdy nikogo nie skrzywdzi, a dzieckiem zająć się potem. Tylko krzyczało, płakało, desperacko waliło w szybkę tak mocno, że Stewart poległa. A potem równie szybko leżała na rozgrzanym asfalcie i wykrwawiała się na śmieć zanim nie przyjechała karetka. Idiotka.
Chociaż akurat Madox mógł coś o tym wiedzieć — o kierowaniu się sercem — bo przecież właśnie to robił przez cały poprzedni wieczór. Nie myślał, po prostu działał. Był na tyle głupi, by oddać za nią życie, byleby tylko jej pomóc, byleby złapać pierdolonego Daltona. Był nierozważny. I chociaż to był kolejny powód, dla którego tak bardzo go kochała, tak równo w tym samym czasie nienawidziła w nim tej cechy. Była zbyt niebezpieczna. Ona również miała ją w sobie.
Skrzywiła się niemiłosiernie na wieść, że galaretka była o smaku suszonej śliwki.
— Ale kurwa obrzydlistwo — aż wystawiła język, a potem szybko zajadła to ostatnim kawałkiem batona. — I dobrze, że ją zjadłeś. W życiu bym tego kurwa nie tknęła — nienawidziła galaretki równie mocno jak wątróbki. Solidarnie uważała, że ktokolwiek wymyślił to jedzenie, powinien smażyć się kurwa głęboko w piekle. Na okrągło i bez przerwy. Aż się Pilara zniesmaczyła, chociaż kiedy Madox zaczął o tych ciasteczkach i czekoladkach, to od razu zrobiło się jej lepiej. Chociaż…
— Przecież ja stąd wyjdę szybciej od ciebie — spojrzała na niego z rozbawieniem. — Ze mnie już wypłukali wszystkie prochy, a ty, cariño… — przedłużyła ostatnie słowo, nachylając się w jego kierunku. — Jesteś po postrzale — przesunęła dłoń na jego ramię, delikatnie, a zaraz potem przeniosła się na jego policzek, wciąż o wiele bardziej chłodny niż zazwyczaj. — I miałeś hipotermię — co znaczyło, że prawie kurwa umarł. Że jego organizm powoli zaczął się wyłączać, działać nieprawidłowo. Przecież musiał zostać na pewno z kilka dni pod obserwacją, musieli monitorować pracę jego serca i innych narządów, by upewnić się, że nic się nie wyjebie. — Ale nie martw się, przyniosę ci jedzonko. Może jakaś galaretkę o smaku wątróbki — zacmokała zadowolona i chociaż wcale nie chciała się od niego odsuwać, pozwoliła mu się objąć, odwracając się i wtulając w jego bok. Przymknęła na moment oczy i nabrała więcej powietrza w płuca, kiedy zaczął na głos zastanawiać się, co takiego zjedzą, kiedy już stąd wyjdą.
— Szczerze? Cokolwiek — westchnęła. — Nawet jakiegoś wielkiego burgera z podwójnymi frytkami i potrójnym serem. Zjem wszystko — nawet to niedobre Bandeja Paisa byłoby zajebiste. Wszystko byłoby lepsze niż szpitalna breja, którą ich tutaj karmili. Chociaż z drugiej strony mieli tutaj taki przemiał pacjentów, że pewnie gdyby mieli gotować coś bardziej ambitnego, chyba nie starczyłoby im mocy przerobowych.
Tak jak mocy przerobowych nie miał w sobie Madox, by bawić się w gotowanie. Bo nie miał cierpliwości, bo chciał zawsze wszystko tu i teraz, a nie czekać aż coś się odpowiednio dogotuje. Pilar miała podobnie, chociaż jej też nikt tego po prostu nie nauczył. I przez to szło jej tak bardzo chujowo.
— Już wystarczająco mnie zaskakujesz — stwierdziła, kiedy oznajmił, że może kiedyś ją zaskoczy. Przecież on to robił codziennie. Ciągle odkrywał przed nią jakieś nowe częsci siebie, sprawiał, że Pilar zakochiwała się w nim mocniej i mocniej, a czasami też doprowadzał ją tym wszystkim do szału. Był wystarczającą mieszanką wybuchową sam w sobie, by zaskakiwać ją nawet bez większego trudu. Nie musiał uczyć się do tego gotować.
A czy ona chciała?
— No pewnie — wzruszyła ramionami i przekręciła się tak, żeby już po chwili móc położyć głowę na jego kolanach. — Bo jak jeszcze gotowanie dla siebie wydaje się… durne, tak nie wiem, gotowanie dla kogoś już jakieś fajniejsze? — spojrzała na niego przelotnie, zaraz potem zgarnęła do rąk jego dłoń. Zaczęła się nią bawić; przeplatać ze sobą palce i muskać opuszkami — Dla ciebie mogłabym się nauczyć. Ja będę gotować, a ty będziesz sprzątać — chyba fair układ? A przynajmniej dla Pilar. Chociaz z drugiej strony może była głupia, wypowiadając te słowa na głos. Bo chociaż oni teraz siedzieli sobie tutaj w najlepsze, tuląc się rozmawiając o przyszłości, przecież oboje zdawali sobie chyba sprawę, że to wciąż nie miało prawa bytu?
— Jezu, masz strasznie zimne ręce — zauważyła, nie potrafiąc już dłużej gryźć się w język. Jego skóra chociaż w dotyku wciąż taka sama, cały czas była chłodna, zziębnięta, jakby on ledwo co wrócił ze spaceru po śniegu, kiedy przecież siedział tutaj w swoich zajebistych skarpetkach od Maddie. — Trzeba cię jakoś ogrzać — rzuciła pod nosem, a już po chwili przysunęła sobie jego dłoń do twarzy, by zaraz musnąć ją ciepłymi ustami. Raz. Drugi. Trzeci. Najpierw wierzch dłoni, a zaraz potem środek. Na koniec umieściła ją na swoim brzuchu i wsadziła ją sobie pod koszulkę.
Madox A. Noriega
— Bo byłam głupia — skwitowała na jego pytanie o to jak zarobiła kulę. Tylko oczywistym było, że ta odpowiedź za nic mu nie wystarczała. — Był pościg. Pieprzony pedofil i morderca uciekał z kolejnym dzieckiem, które uprowadził. W pewnym momencie prawie wjechał w ciężarówkę, stracił panowanie nad kierownicą, auto siadło, a on musiał uciekać pieszo. No i co, a ja zamiast gonić skurwysyna, rozbroić go i zrobić swoją robotę, to w pierwszej kolejności zaczęłam wyciągać przerażone dziecko z samochodu. Straciłam czujność i wtedy dostałam. To tak w skrócie — bo przecież ta historia była o wiele dłuższa, bardziej złożona, ale wszystko miało swoje konsekwencje w tym, że Pilar zamiast trzymać się procedur, to pokierowała się sercem. Była głupia. Temu dziecku nic nie groziło, było po prostu zamknięte w stojącym samochodzie. Oczywiście, że powinna pierwsze unieromić zbiega, upewnić się, że facet już nigdy nikogo nie skrzywdzi, a dzieckiem zająć się potem. Tylko krzyczało, płakało, desperacko waliło w szybkę tak mocno, że Stewart poległa. A potem równie szybko leżała na rozgrzanym asfalcie i wykrwawiała się na śmieć zanim nie przyjechała karetka. Idiotka.
Chociaż akurat Madox mógł coś o tym wiedzieć — o kierowaniu się sercem — bo przecież właśnie to robił przez cały poprzedni wieczór. Nie myślał, po prostu działał. Był na tyle głupi, by oddać za nią życie, byleby tylko jej pomóc, byleby złapać pierdolonego Daltona. Był nierozważny. I chociaż to był kolejny powód, dla którego tak bardzo go kochała, tak równo w tym samym czasie nienawidziła w nim tej cechy. Była zbyt niebezpieczna. Ona również miała ją w sobie.
Skrzywiła się niemiłosiernie na wieść, że galaretka była o smaku suszonej śliwki.
— Ale kurwa obrzydlistwo — aż wystawiła język, a potem szybko zajadła to ostatnim kawałkiem batona. — I dobrze, że ją zjadłeś. W życiu bym tego kurwa nie tknęła — nienawidziła galaretki równie mocno jak wątróbki. Solidarnie uważała, że ktokolwiek wymyślił to jedzenie, powinien smażyć się kurwa głęboko w piekle. Na okrągło i bez przerwy. Aż się Pilara zniesmaczyła, chociaż kiedy Madox zaczął o tych ciasteczkach i czekoladkach, to od razu zrobiło się jej lepiej. Chociaż…
— Przecież ja stąd wyjdę szybciej od ciebie — spojrzała na niego z rozbawieniem. — Ze mnie już wypłukali wszystkie prochy, a ty, cariño… — przedłużyła ostatnie słowo, nachylając się w jego kierunku. — Jesteś po postrzale — przesunęła dłoń na jego ramię, delikatnie, a zaraz potem przeniosła się na jego policzek, wciąż o wiele bardziej chłodny niż zazwyczaj. — I miałeś hipotermię — co znaczyło, że prawie kurwa umarł. Że jego organizm powoli zaczął się wyłączać, działać nieprawidłowo. Przecież musiał zostać na pewno z kilka dni pod obserwacją, musieli monitorować pracę jego serca i innych narządów, by upewnić się, że nic się nie wyjebie. — Ale nie martw się, przyniosę ci jedzonko. Może jakaś galaretkę o smaku wątróbki — zacmokała zadowolona i chociaż wcale nie chciała się od niego odsuwać, pozwoliła mu się objąć, odwracając się i wtulając w jego bok. Przymknęła na moment oczy i nabrała więcej powietrza w płuca, kiedy zaczął na głos zastanawiać się, co takiego zjedzą, kiedy już stąd wyjdą.
— Szczerze? Cokolwiek — westchnęła. — Nawet jakiegoś wielkiego burgera z podwójnymi frytkami i potrójnym serem. Zjem wszystko — nawet to niedobre Bandeja Paisa byłoby zajebiste. Wszystko byłoby lepsze niż szpitalna breja, którą ich tutaj karmili. Chociaż z drugiej strony mieli tutaj taki przemiał pacjentów, że pewnie gdyby mieli gotować coś bardziej ambitnego, chyba nie starczyłoby im mocy przerobowych.
Tak jak mocy przerobowych nie miał w sobie Madox, by bawić się w gotowanie. Bo nie miał cierpliwości, bo chciał zawsze wszystko tu i teraz, a nie czekać aż coś się odpowiednio dogotuje. Pilar miała podobnie, chociaż jej też nikt tego po prostu nie nauczył. I przez to szło jej tak bardzo chujowo.
— Już wystarczająco mnie zaskakujesz — stwierdziła, kiedy oznajmił, że może kiedyś ją zaskoczy. Przecież on to robił codziennie. Ciągle odkrywał przed nią jakieś nowe częsci siebie, sprawiał, że Pilar zakochiwała się w nim mocniej i mocniej, a czasami też doprowadzał ją tym wszystkim do szału. Był wystarczającą mieszanką wybuchową sam w sobie, by zaskakiwać ją nawet bez większego trudu. Nie musiał uczyć się do tego gotować.
A czy ona chciała?
— No pewnie — wzruszyła ramionami i przekręciła się tak, żeby już po chwili móc położyć głowę na jego kolanach. — Bo jak jeszcze gotowanie dla siebie wydaje się… durne, tak nie wiem, gotowanie dla kogoś już jakieś fajniejsze? — spojrzała na niego przelotnie, zaraz potem zgarnęła do rąk jego dłoń. Zaczęła się nią bawić; przeplatać ze sobą palce i muskać opuszkami — Dla ciebie mogłabym się nauczyć. Ja będę gotować, a ty będziesz sprzątać — chyba fair układ? A przynajmniej dla Pilar. Chociaz z drugiej strony może była głupia, wypowiadając te słowa na głos. Bo chociaż oni teraz siedzieli sobie tutaj w najlepsze, tuląc się rozmawiając o przyszłości, przecież oboje zdawali sobie chyba sprawę, że to wciąż nie miało prawa bytu?
— Jezu, masz strasznie zimne ręce — zauważyła, nie potrafiąc już dłużej gryźć się w język. Jego skóra chociaż w dotyku wciąż taka sama, cały czas była chłodna, zziębnięta, jakby on ledwo co wrócił ze spaceru po śniegu, kiedy przecież siedział tutaj w swoich zajebistych skarpetkach od Maddie. — Trzeba cię jakoś ogrzać — rzuciła pod nosem, a już po chwili przysunęła sobie jego dłoń do twarzy, by zaraz musnąć ją ciepłymi ustami. Raz. Drugi. Trzeci. Najpierw wierzch dłoni, a zaraz potem środek. Na koniec umieściła ją na swoim brzuchu i wsadziła ją sobie pod koszulkę.
Madox A. Noriega