Strona 2 z 3

I swear, I'm fine.

: pn sty 19, 2026 9:52 pm
autor: Pilar Stewart
Kiedy spytał o bliznę i pokazał ją na swoim ciele, Pilar skinęła głową. Ale już zaraz złapała też za swoją koszulkę i podniosła ją w górę, odsłaniając brzuch i kawałek stanika. Na jej ciele również było kilka siniaków i śladów użytkowania, tylko te jej różniły się od kwiaków Madoxa. Bo kiedy te jego były spowodowane bijatyką i kopniakami, bo walczył o to, co słuszne, o nią, tak Pilar miała na swojej skórze ślady po rękach psychopaty, który zaciskał na niej swoje palce i drapał jej skórę. Było to widać w krótkich przeciągniętych ranach oraz małych lecz mocnych siniakach, które odbijały się po pięć obok siebie — każdy odpowiadający za jeden palec, który Dalton raz po raz w nią wbijał. Zaraz nad nimi znajdowała się blizna po operacji. A zaraz obok kolejna, bo przecież otwierali ją wielokrotnie podczas tamtej wizyty.
Bo byłam głupia — skwitowała na jego pytanie o to jak zarobiła kulę. Tylko oczywistym było, że ta odpowiedź za nic mu nie wystarczała. — Był pościg. Pieprzony pedofil i morderca uciekał z kolejnym dzieckiem, które uprowadził. W pewnym momencie prawie wjechał w ciężarówkę, stracił panowanie nad kierownicą, auto siadło, a on musiał uciekać pieszo. No i co, a ja zamiast gonić skurwysyna, rozbroić go i zrobić swoją robotę, to w pierwszej kolejności zaczęłam wyciągać przerażone dziecko z samochodu. Straciłam czujność i wtedy dostałam. To tak w skrócie — bo przecież ta historia była o wiele dłuższa, bardziej złożona, ale wszystko miało swoje konsekwencje w tym, że Pilar zamiast trzymać się procedur, to pokierowała się sercem. Była głupia. Temu dziecku nic nie groziło, było po prostu zamknięte w stojącym samochodzie. Oczywiście, że powinna pierwsze unieromić zbiega, upewnić się, że facet już nigdy nikogo nie skrzywdzi, a dzieckiem zająć się potem. Tylko krzyczało, płakało, desperacko waliło w szybkę tak mocno, że Stewart poległa. A potem równie szybko leżała na rozgrzanym asfalcie i wykrwawiała się na śmieć zanim nie przyjechała karetka. Idiotka.
Chociaż akurat Madox mógł coś o tym wiedzieć — o kierowaniu się sercem — bo przecież właśnie to robił przez cały poprzedni wieczór. Nie myślał, po prostu działał. Był na tyle głupi, by oddać za nią życie, byleby tylko jej pomóc, byleby złapać pierdolonego Daltona. Był nierozważny. I chociaż to był kolejny powód, dla którego tak bardzo go kochała, tak równo w tym samym czasie nienawidziła w nim tej cechy. Była zbyt niebezpieczna. Ona również miała ją w sobie.
Skrzywiła się niemiłosiernie na wieść, że galaretka była o smaku suszonej śliwki.
Ale kurwa obrzydlistwo — aż wystawiła język, a potem szybko zajadła to ostatnim kawałkiem batona. — I dobrze, że ją zjadłeś. W życiu bym tego kurwa nie tknęła — nienawidziła galaretki równie mocno jak wątróbki. Solidarnie uważała, że ktokolwiek wymyślił to jedzenie, powinien smażyć się kurwa głęboko w piekle. Na okrągło i bez przerwy. Aż się Pilara zniesmaczyła, chociaż kiedy Madox zaczął o tych ciasteczkach i czekoladkach, to od razu zrobiło się jej lepiej. Chociaż…
Przecież ja stąd wyjdę szybciej od ciebie — spojrzała na niego z rozbawieniem. — Ze mnie już wypłukali wszystkie prochy, a ty, cariño… — przedłużyła ostatnie słowo, nachylając się w jego kierunku. — Jesteś po postrzale — przesunęła dłoń na jego ramię, delikatnie, a zaraz potem przeniosła się na jego policzek, wciąż o wiele bardziej chłodny niż zazwyczaj. — I miałeś hipotermię — co znaczyło, że prawie kurwa umarł. Że jego organizm powoli zaczął się wyłączać, działać nieprawidłowo. Przecież musiał zostać na pewno z kilka dni pod obserwacją, musieli monitorować pracę jego serca i innych narządów, by upewnić się, że nic się nie wyjebie. — Ale nie martw się, przyniosę ci jedzonko. Może jakaś galaretkę o smaku wątróbki — zacmokała zadowolona i chociaż wcale nie chciała się od niego odsuwać, pozwoliła mu się objąć, odwracając się i wtulając w jego bok. Przymknęła na moment oczy i nabrała więcej powietrza w płuca, kiedy zaczął na głos zastanawiać się, co takiego zjedzą, kiedy już stąd wyjdą.
Szczerze? Cokolwiek — westchnęła. — Nawet jakiegoś wielkiego burgera z podwójnymi frytkami i potrójnym serem. Zjem wszystko — nawet to niedobre Bandeja Paisa byłoby zajebiste. Wszystko byłoby lepsze niż szpitalna breja, którą ich tutaj karmili. Chociaż z drugiej strony mieli tutaj taki przemiał pacjentów, że pewnie gdyby mieli gotować coś bardziej ambitnego, chyba nie starczyłoby im mocy przerobowych.
Tak jak mocy przerobowych nie miał w sobie Madox, by bawić się w gotowanie. Bo nie miał cierpliwości, bo chciał zawsze wszystko tu i teraz, a nie czekać aż coś się odpowiednio dogotuje. Pilar miała podobnie, chociaż jej też nikt tego po prostu nie nauczył. I przez to szło jej tak bardzo chujowo.
Już wystarczająco mnie zaskakujesz — stwierdziła, kiedy oznajmił, że może kiedyś ją zaskoczy. Przecież on to robił codziennie. Ciągle odkrywał przed nią jakieś nowe częsci siebie, sprawiał, że Pilar zakochiwała się w nim mocniej i mocniej, a czasami też doprowadzał ją tym wszystkim do szału. Był wystarczającą mieszanką wybuchową sam w sobie, by zaskakiwać ją nawet bez większego trudu. Nie musiał uczyć się do tego gotować.
A czy ona chciała?
No pewnie — wzruszyła ramionami i przekręciła się tak, żeby już po chwili móc położyć głowę na jego kolanach. — Bo jak jeszcze gotowanie dla siebie wydaje się… durne, tak nie wiem, gotowanie dla kogoś już jakieś fajniejsze? — spojrzała na niego przelotnie, zaraz potem zgarnęła do rąk jego dłoń. Zaczęła się nią bawić; przeplatać ze sobą palce i muskać opuszkami — Dla ciebie mogłabym się nauczyć. Ja będę gotować, a ty będziesz sprzątać — chyba fair układ? A przynajmniej dla Pilar. Chociaz z drugiej strony może była głupia, wypowiadając te słowa na głos. Bo chociaż oni teraz siedzieli sobie tutaj w najlepsze, tuląc się rozmawiając o przyszłości, przecież oboje zdawali sobie chyba sprawę, że to wciąż nie miało prawa bytu?
Jezu, masz strasznie zimne ręce — zauważyła, nie potrafiąc już dłużej gryźć się w język. Jego skóra chociaż w dotyku wciąż taka sama, cały czas była chłodna, zziębnięta, jakby on ledwo co wrócił ze spaceru po śniegu, kiedy przecież siedział tutaj w swoich zajebistych skarpetkach od Maddie. — Trzeba cię jakoś ogrzać — rzuciła pod nosem, a już po chwili przysunęła sobie jego dłoń do twarzy, by zaraz musnąć ją ciepłymi ustami. Raz. Drugi. Trzeci. Najpierw wierzch dłoni, a zaraz potem środek. Na koniec umieściła ją na swoim brzuchu i wsadziła ją sobie pod koszulkę.

Madox A. Noriega

I swear, I'm fine.

: pn sty 19, 2026 11:56 pm
autor: Madox A. Noriega
Jego spojrzenie spoczęło na jej brzuchu, nie na tej bliźnie po operacji, którą znał, ani na jednej, ani na drugiej, ciemne tęczówki przesunęły się po tych siniakach i zadrapaniach, które zostawił na jej skórze Dalton. Po śladach, które wcale nie powinny istnieć, gdyby on wcześniej zareagował.
Nie słuchał jej, na początku wcale jej nie słuchał, bo znowu wracał myślami do tego pokoju motelowego, do tego jak Dalton...
Był pościg... - dopiero te słowa wyrwały go z zamyślenia, sprowadziły na ziemię. Odrobinę, bo zaraz znowu myślał o tym, że on też stracił czujność... Tylko, że ona za to oberwała. Właściwie oberwali oboje, ale przecież rany Madoxa się szybko zagoją, on zawsze szybko się goił.
A te jej?
Nie te na brzuchu, które mu pokazała, zupełnie inne.
- To nie głupie - stwierdził, bo może on by zrobił to samo? Chociaż może nie przejąłby się tak bardzo dzieckiem, bo jednak Noriega nie przepadał za dziećmi, ale kto wie? W jakimś ludzkim odruchu, w jakimś porywie kierowanym właśnie sercem, może by to zrobił? Tak, jak robił z Daltonem, nie myślał za wiele, po prostu w to szedł, ślepo wierząc, że trop jest właściwy. Czuł, że jest. A potem to już czuł tylko to, że musi go dorwać, nawet jeśli sam miałby to przypłacić życiem. Był głupi.
Chyba oboje trochę byli, jeśli za głupotę uznamy to ich kierowanie się sercem. Ale przecież to nie zawsze było złe. Chociaż gdyby ktoś o to wcześniej zapytał Madoxa, zanim on się tak bardzo temu oddał, zanim się tak bardzo oddał tym porywom serca, w Medellin, to powiedziałby, że to jest pojebane.
On się nigdy nie kierował sercem. A teraz to robił, a najgorsze jest to, że nawet nie uważał tego za głupie.
Głupi za to był ktoś, kto wymyślił galaretkę o smaku suszonej śliwki, a jeszcze głupszy Madox, że to zjadł. Ale jak Martinez nie chciała mu kupić nawet batona, to co miał zrobić? Tych lizaków też już zjadł kilka, ale zostały mu wiśniowe, a wiśniowych nie lubił. Teraz leżały sobie na łóżku, a jednego z nich jadła Pilar, na moment zawiesił spojrzenie na jej pełnych ustach.
- No widzisz jak ja się dla ciebie poświęcam - oczywiście chodziło mu o tą ohydną galaretkę, bo o co innego? Chociaż prawda jest taka, że on był gotowy dla niej wszystko poświęcić, nawet się na tyle, że by jej te wszystkie ciastka, czekolady i inne rzeczy przyniósł od razu, gdyby tylko wyszedł. Tylko, że zaraz ona mu powiedziała, że wyjdzie pierwsza.
Madox wywrócił oczami.
- Ale mi też powiedzieli, że może jutro wyjdę - wszystko by mu pewnie powiedzieli, żeby się już zamknął i odczepił, bo Madox potrafił być upierdliwy. Ale Pilar miała rację, musieli sprawdzić czy jego organizm działa prawidłowo, musieli go dogrzać, a przy okazji jeszcze zrobić całą listę badań, tylko to postanowili mu przekazać już jutro. Jutro mu powiedzą, że jeszcze jeden dzień, a potem jeszcze jeden...
- Mogłabyś mnie przecież sama zszyć - rzucił i wbił ciemne tęczówki w jej piękne, błyszczące oczy - i rozgrzać też - przysunął się do niej bliżej, ale tylko na moment, bo kiedy powiedziała o tej galaretce o smaku wątróbki, to zaraz się odsunął, na tyle, żeby na nią spojrzeć i pokręcić głową - brzmi kurewsko źle, aż mi się zrobiło niedobrze - skrzywił się bardzo, i nabrał mocniej powietrze, kiedy sobie tylko o tym pomyślał, ale zaraz obejmował ją już ramieniem przytulając do siebie. Słuchał jej, tego, że zjadałaby cokolwiek i aż mu w brzuchu zaburczało na myśl o tych burgerach.
- Nie mam telefonu... Bo może Maddie by nam przywiozła? - znowu na nią zerknął z ukosa. Na pewno Maddie w środku nocy by im wiozła burgery do szpitala, prędzej by go opierdoliła od góry do dołu, że ma spać i odpoczywać, a nie siedzieć na dziesiątym piętrze z Pilar dyskutując o tym, co zjedzą najpierw, kiedy już stąd wyjdą.
Chociaż oni i tak by zjedli cokolwiek, pewnie nawet te kanapki Madoxa by ich skusiły, były lepsze niż szpitalne żarcie. A jak się postarał to robił dobre kanapki, nie tylko z dżemem i masłem orzechowym, chociaż te były jego ulubione.
- Ale jak byś się zaskoczyła, gdybyś zamiast kanapki dostała... nie wiem? Omlet? - spojrzał na nią z ukosa wplatając palce w ciemne kosmyki na jej ramieniu, bawił się nimi przekładając je miedzy opuszkami. Omlet chyba był dość trudny, tak się mu wydawało.
Chociaż tego, że Pilar chciała by nauczyć się gotować, to wcale się nie spodziewał. Przechylił na bok głowę, kiedy ta jej spoczęła na jego kolanach, rękę miękko oparł na jej ramieniu.
- Nie wyobrażam sobie ciebie, jak siedzisz w kuchni i gotujesz komuś obiadki - stwierdził, bo tak było, bo jakoś tego nie widział, chociaż... Jakby gotowała dla niego, to na pewno by mu to pochlebiało, na pewno by mu się to podobało. Lubił domowe jedzenie, no i kobiety krzątające się w kuchni też, Debbie czasem mu gotowała. Ale Pilar?
Złączył te swoje chłodne palce z tymi jej i pozwolił jej się bawić swoją ręką. Jego ciemne tęczówki odszukały jej pięknych, brązowych oczu.
- Dobra, lubię sprzątać - chociaż mogła pomyśleć, że kłamie, bo on przecież narobił u niej takiego bałaganu. Zawsze robił bałagan, ale też lubił sprzątać. Jednego dnia potrafił wszystko rozpierdolić, żeby drugiego to wszystko posprzątać i jeszcze przy tym całkiem dobrze się bawić. Co prawda on w tym swoim sprzątaniu zawsze był chaotyczny, ale nie ważne jak, ważne jakie są rezultaty, a były w porządku.
- Karen słabo grzeje - mruknął i nawet zadarł głowę do góry, żeby spojrzeć na kroplówkę, płynęła sobie powoli, kropelka, po kropelce. Na jej kolejne słowa jego wzrok znowu zjechał na jej śliczną buzię. Na te błyszczące oczy, te pełne wargi, za którymi tak tęsknił, a które zaraz musnęły jego dłoń. Zrobiło mu się cieplej, na pewno na sercu, które zaraz zabiło mocniej. Chociaż, kurwa, mógł przysiąc, że ręka też od razu mu się zagrzała, gdy wylądowała na jej brzuchu. Gdy czuł pod opuszkami jej gładką, gorącą skórę. Przesunął palcami wyżej, na te bliznę po postrzale, którą znał, czubki palców wsunął pod jej stanik.
- Od razu cieplej - drugą dłonią sięgnął do jej czoła, z którego zgarnął kilka niesfornych kosmyków, które zrzucił do tyłu, przesunął opuszkami po jej policzku, na usta. Chciał je posmakować. Tak bardzo chciał ją pocałować, ale coś go blokowało. Jakby nie wiedział na ile on sobie może pozwolić. Co nie będzie w niej budziło tych jakiś złych wspomnień, co nie przypomni jej Daltona.
- Wiesz co by mnie ogrzało? - zapytał nagle i zabrał dłoń, chociaż jeszcze jej wierzchem przesunął po jej policzku - wycieczka w jakieś ciepłe kraje. Nie musi być Kolumbia, chociaż to chyba mój ulubiony kierunek - na moment zerknął gdzieś w sufit, ale zaraz znowu spuścił na nią spojrzenie, bo był ciekawy co ona o tym myśli.

Pilar Stewart

I swear, I'm fine.

: wt sty 20, 2026 12:53 am
autor: Pilar Stewart
Niby to nie głupie, a jednak w tym samym czasie cholernie nieodpowiedzialne. Bo przecież pierwszą rzeczą, jaką uczyli cię w szkole policyjnej, to by nie podejmować impulsywnych decyzji. By wszystko zawsze mieć przemyślane — mieć przygotowany plan A, B i najlepiej też C i D. A przede wszystkim, to żeby kierować się głową, a nie sercem i emocjami. Bo kiedy człowiek pozwalał uczuciom przejmować kontrolę, robił kompletne głupoty. I to właśnie zrobiła wtedy Pilar, za co prawie przypłaciła życiem.
On również to zrobił. Poświęcił się dla niej. I to wcale nie raz. To nie była jedna decyzja podjęta pod wpływem chwili — to była cała seria zdarzeń, gdzie on ponad własne zdrowie przekładał jej bezpieczeństwo. Czasami zupełnie bezpodstawnie. Jak wtedy, kiedy pojechał z Eliotem do domku nad jeziorem. Przecież nie musiał. Pilar była już wtedy w szpitalu pod nadzorem. Doskonale pamiętała, kiedy popatrzył jej głęboko w oczy, wychodząc z pokoju i powiedział, że zaraz do niej wróci.
Prawie nie wrócił wcale.
I ten fakt bolał ją chyba najbardziej. Że gdyby jemu coś faktycznie się stało, chyba by sobie tego nie wybaczyła. Chyba umarłaby razem z nim, z pierdolonej tęsknoty i poczucia winy. Chociaż przecież nawet teraz ona je czuła — to pierdolone poczucie winy. Wiedziała, że to przez nią. Gdyby pozwoliła mu coś z tym zrobić zaraz po tym, jak znaleźli zdjęcia, może nic z tego nie miałoby miejsca. A zaś gdyby nie wysłała do niego tych smsów z baru, siedziałby bezpiecznie w domu. Była na siebie zła. Obwiniała się. Chociaż teraz, przy nim, starała się odsunąć to wszystko na bok i katować się dopiero, kiedy wróci sama do sali. Bo tu miała być randka. Miało być m i ł o. Tak jak teraz, kiedy dyskutowali sobie o jedzeniu.
Omlet brzmi zajebiście — uśmiechnęła się na samą propozycję. — Ale przecież ja nawet nie jadłam jeszcze towich popisowych kanapek. Co jeśli one też będą zajebiste? — Pilar nie była wybredna. Lubiła proste jedzenie i wyraziste smaki, naprawdę nie potrzebowała wiele do szczęscia, szczególnie, gdyby to właśnie Madox poświęcił swój czas, by coś dla niej zrobić. Nawet jeśli ograniczałoby się to tylko do nałożenia dżemu i masła orzechowego na kawałek tosta.
Wbiła w niego ciemne spojrzenie, gdy oznajmił, że nie wyobraża sobie jej w kuchni, a zaraz potem zmrużyła oczy.
To lepiej zacznij! — uniosła wolną rękę i dźgnęła go w klatkę piersiową. Dokładnie w miejsce, które zdobił piękny, czarny lew. — Na pierwszy ogień: zupa — no to sobie wymyśliła. Pilar i robienie zupy. Chociaż wydawało się to nawet proste? Może gdyby miała odpowiedni przepis? Albo znalazła taki, który był zajebiście prosty. Na necie z pewnością była masa instruktażów dla debili. Poza tym, wiadomo, że nie zaczęłaby od Ramenu jak jakiś Galen Wyatt, tylko czegoś prostszego. Może jakiś krem z kalafiora albo pomidorowa? One wydawały się na pierwszy rzut oka całkiem łatwe do przyrządzenia. Szczególnie, że Madox zaraz zgodził się być odpowiedzialnym za sprzątanie. A to już był scenariusz idealny, bo Pilar nie-na-wi-dzi-ła biegać z odkurzaczem.
Lubiła za to, kiedy ją dotykał. Gdy jego szorstkie opuszki, których teksturę znała już na pamięć sunęły po jej ciele — powoli, delikatnie, ostrożnie. W jego dotyku nie było tego ognia, co zawsze, nie szarpał jej skóry, nie przygryzał, a jednak nawet to lekkie podejście sprawiało, że jej ciało zalewał przyjemny dreszcz. Ta dobra fala ciepła.
Sama z początku nie wiedziała, jak to przyjmie. Jak zareaguje, kiedy przekroczą granicę tulenia się i trzymania za ręce, ale przy nim wcale nie bała się tego sprawdzić. Spróbować. Wręcz z desperacją chciała, żeby przetarł te szlaki, które spalił Dalton. Żeby namaszczył ją swoim dotykiem.
Od razu mi cieplej.
Mi też — wyszeptała cicho, ledwo słyszalnie, zawieszając spojrzenie na jego ciemnych oczach, podczas gdy jego palce przesunęły się nieco wyżej — na miejsce, w którym miała blizny po postrzale, a zaraz potem pod materiał cienkiego stanika. Innego niż ten koronkowy, który miała ubrany wczoraj. Całe szczęście Martinez przywiozła jej z mieszkania świeże ciuchy i bieliznę. Tamtą Pilar kazała jej spalić. Szkoda, że jeszcze jej głowy nie mogła spalić, by zapomniała to wszystko raz a dobrze.
Chociaż kiedy on zajmował jej myśli swoim dotykiem było jej lepiej.
Za to kiedy zabrał rękę, żeby wspomnieć o wakacjach, Stewart poczuła momentalny chłód.
DejarZostaw, złapała jego dłoń. — Por favor — poprosiła, chociaż wyszło z tego bardziej żałosne błaganie niż prośba. I znowu umieściła ją sobie na brzuchu. Przesunęła dokładnie na miejsce, w którym miała ślady po Daltonie i docisnęła tam jego palce. Jedyne, które chciała czuć; po których chciała mieć ślady.
A zaraz potem poprowadziłą ją do stanika, przy którym wcześniej się zatrzymał, patrząc na niego wielkimi oczami. P r o s i ł a go o to, by jej dotykał.
Wycieczka w ciepłe kraje brzmi… dobrze — wróciła w końcu do tematu. Bo przecież też by chciała. Tyle się ostatnio działo, że może faktycznie miło byłoby w końcu odpocząć? Bo przecież Medellin wcale nie można było zaliczyć do odpoczynku. Tam było tak dziko i intensywnie, że przecież w ani jedną noc nawet się nie wyspali. Ba, w jedną to nawet wcale nie spali. — Gdzieś, gdzie jest plaża — przymknęła oczy, również osadzając dłoń na jego brzuchu. Pierwsze zaczęła bawić się jego koszulką, chociaż już po chwili wdarła się pod materiał. — Jakiś domek tuż przy wodzie — mruknęła, czująć pod palcami jego wyraźne mięśnie. — Drinki w kokosie, tańce na plaży do rana… I ten błogi, święty spokój. Czy to w ogóle było możliwe?

Madox A. Noriega

I swear, I'm fine.

: wt sty 20, 2026 1:22 pm
autor: Madox A. Noriega
To trochę pomagało.
To, że byli razem, że rozmawiali sobie na te błahe tematy, że było miło, odsuwało na moment te czarne myśli, to poczucie winy, które wciąż przygniatało ich oboje. No ale właśnie, czy to nie wróci, kiedy już pójdą pojedynczo do swoich sali, kiedy znowu w tych szpitalnych łóżkach będą się zadręczać? Może powinni o tym porozmawiać? Może powinien ją zapewnić, że nie ma w tym wcale jej winy, a ona powinna mu powiedzieć, że jego też nie. Bo przecież to Dalton. To wszystko Nick Dalton, pierdolony psychopata, którego stała się ofiarą. A może oboje się stali?
Chciał poruszyć ten temat.
Ale jakoś nie umiał.
Może jeszcze nie teraz? Tylko kiedy będzie odpowiednia pora? Nie wiedział, tak jak wcale nie wiedział, jak robi się omlet, ale brzmiał zajebiście, no i to tylko jajka, a to mu wychodziło coraz lepiej, jajko na twardo już umiał, sadzone nauczył się w Medellin, kolejnym krokiem mógł być omlet.
- Moje kanapki są zajebiste - powiedział od razu - ale wyobraź sobie kanapki z omletem... czy tego się nie je z kanapką? - Madox też nie lubił jakiś dziwnych dań, najprostsze rzeczy, a nie jakiś pasztet z wątróbki dla bogoli, albo sushi, które mu proponowała Cherry, nie jego bajka.
To on już wolał zupę.
Kiedy Pilar powiedziała, że taką mu ugotuje, to uśmiechnął się szeroko.
- Ajiaco? - zapytał od razu - ale jak ugotujesz ajiaco i ona będzie smakowała chociaż w połowie jak zupa mojej ciotki, to nie wiem. Chyba wtedy to już będę musiał się z tobą ożenić - pewnie w Kolumbii to była prosta zupa, skoro się tak nią zajadali, ale tak naprawdę, to chyba tak nie do końca. Dużo różnych rzeczy, dużo się działo. Madox to by pewnie nie doczekał aż by się ugotowała chociażby kukurydza, bo już by go to zanudziło.
Chociaż te rozmowy o zupie go nie nudziły, miały w sobie coś takiego przyjemnego, jakiś taki spokój, jakby, kurwa, rzeczywiście ta zupa na ten moment to była najważniejsza kwestia w ich życiu.
A były przecież ważniejsze, na przykład to, do jakiej granicy on się mógł posunąć? Sprawdzał to powoli, delikatnie muskając chłodnymi opuszkami palców jej gorącą, gładką skórę. Skórę, na której jednak czuł te zadrapania, nie chciał o tym myśleć.
To jej mi też, odganiało na chwilę te czarne scenariusze. A jednak kiedy jego palce zahaczyły o materiał stanika, to zabrał rękę, jakoś tak po prostu, nie zastanawiając się nad tym wcale, jakby tak miało być. Dopiero to jej zostaw, dopiero to proszę, sprawiło, że spuścił na nią wzrok, na jej piękną twarz, na te oczy. Jakby z nich chciał wyczytać, czy tego chciała, ale przecież te pełne wargi, które układały się w te słowa. Chciała.
Ale czy on chciał?
To nie było takie proste, to siedziało gdzieś w głowie. I jak on się przecież nigdy niczego nie bał, to teraz trochę się bał, żeby nie odskoczyła od niego jak od tego dziadka w windzie. Albo, żeby nie wróciły do niej jakieś wspomnienia Daltona. Bo kurwa do niego wracały, cały czas.
To jak mu powtarzał, że on nie jest dla niej dobry, że ją wykorzystuje. Przecież to było gadanie psychopaty, Noriega w ogóle nie powinien się tym przejmować. Od kiedy on się w ogóle przejmuje takimi rzeczami? A dzisiaj się przejmował.
Gdy docisnęła jego palce do tych zadrapań, które czuł, które nie były śladami, po nim, tylko właśnie po Daltonie, nabrał mocno powietrze w płuca. Wypuścił je dopiero znowu zahaczając czubkami palców o jej bieliznę. Przez chwilę walczył ze sobą, czy znowu nie zacząć tego tematu, czy nie powiedzieć jej, żeby poczekali aż to się zagoi, że przecież mogą poczekać, dać sobie chwilę. Nawet na moment odchylił do tyłu głowę i oparł ją o zimną ścianę. Dwa uderzenia serca, wolne, spokojne.
W końcu jednak znowu spuścił na nią spojrzenie, na tę swoją dłoń, która przesunęła się leniwie po linii jej bielizny.
- Też tak sądzę, no i tam moglibyśmy... Nie musielibyśmy nic udawać, nie? - ciemne tęczówki znowu odszukały jej piękne, czekoladowe oczy. Bo tutaj przecież powinni.
Ustalili, że powinni udawać. Chociaż czy ta wczorajsza akcja wszystkiego nie komplikowała, nie psuła?
Ciężko to było stwierdzić. Na posterunku pewnie już wszyscy wiedzieli, no bo jednak... Czy jakby Madox nie była w niej tak kurewsko zakochany, to pojechałby do tej chatki?
W Emptiness wiedziała tylko Maddie, kazał jej nikomu o tym nie wspominać. Wiedział pewnie jeszcze Lopez, którego tu postawił. Może inni nie?
Może.
- Plaża? Chciałabyś poleżeć na plaży, trochę się poopalać, wygrzać? - zapytał, a jego dłoń przesunęła się wyżej, na jej pierś, musnął ją opuszkami palców przez materiał, delikatnie. Chociaż jej dłoń na brzuchu czuł dość intensywnie, pewnie dlatego, że mało tam było miejsc, które nie były obolałe, których nie zdobiły siniaki.
- Ach, te drinki w kokosie, zapomniałem o nich w Medellin - bo już o tym chyba rozmawiali o drinkach w kokosie, które mieli pić na urlopie w Medellin. Tylko, że ten wyjazd do Kolumbii w ogóle nie miał w sobie nic z urlopu. Tyle się tam działo. Ktoś wiecznie czegoś od nich chciał. Tyle rzeczy musieli tam ratować.
Madox niczego nie żałował, nawet sekundy, a jednak ta wizja z domkiem tuż przy wodzie brzmiała dobrze.
- Jak wyjdziemy to czegoś poszukam, albo jak Maddie przyniesie mi nowy telefon, obiecała, że jutro przyniesie - właściwie to nie chciała mu dać tego telefonu, bo on miał odpoczywać, ale wkręcała jakieś bajki, że dzisiaj nie ma jak, że jutro. Wszyscy mu wkręcali jakieś bajki, żeby tylko nie narzekał i nie pytał, czy już może iść do domu. Chociaż przy Pilar nie marudził.

Pilar Stewart

I swear, I'm fine.

: wt sty 20, 2026 4:52 pm
autor: Pilar Stewart
Nie było odpowiedniego momentu, żeby poruszyć ten temat. On najzwyczajniej w świecie nie istniał, bo Pilar nie miała zamiaru poruszać go kiedykolwiek. Trwała w swojej fazie wyparcia, wmawiała sobie, żę to wszystko było jedynie złym snem. A przecież o snach nie trzeba było dyskutować, prawda? One nie były p r a w d z i w e i to, co się stało też nie było. Czy to było odpowiednie zachowanie z jej strony? Oczywiście, że nie. Ale co ona miała zrobić, jak chociaż najmniejsza myśl o tym wszystkim wywoływała u niej atak paniki? Sprawiała, że momentalnie nie mogła oddychać, a serce waliło jak oszalałe, jakby miała zaraz kurwa umrzeć. Nie była w stanie tego przepracować. W ogóle nie była w stanie przyznać się przed sobą, żę to wszystko naprawdę sie stało.
Dlatego zachowywała się jak gdyby nigdy nic. Dlatego rozmawiała o robieniu kanapek i zupie. Bo w każdym innym wypadku rozleciałaby się na milion kawałków. Albo oszalała. Któraś z tych opcji.
Chyba zasada jest taka, że kanapki można jeść ze wszystkim — oznajmiła, zastanawiając się, czy omlet faktycznie by pasował. Ale pewnie by pasował, bo skoro kładło się na nie jajka, to czemu by nie rozfyrtlane jajka z patelni? — I nie mam pojęcia, co to ​​Ajiaco, ale brzmi jak zajebiście skomplikowana zupa — z tego co zauważyła w Medellin mało mieli na stole potraw, które składały się z jednego lub dwóch składników — raczej były to skomplikowane połączenia smaków, więc może na razie Pilar powinna zostać przy jakiejś pomidorowej albo tym kremie z kalafiora. Tak na start. Małymi kroczkami.
Tak jak małymi kroczkami oni powoli przekraczali granice dotyku. Czegoś, co jeszcze dwa dni temu przychodziło im z dziecinną łatwością, a teraz? Teraz Pilar widziała to jego zawahanie. Widziała w jego oczach, że on sam nie był pewien. Tylko czego? Czy chce ją jeszcze dotykać? Bo może już nie chciał? Może fakt, że miała na sobie ślady po innym mężczyźnie kompletnie go zniechęcał? Może ona go zniechęcała?
Nakręcała się.
Po raz pierwszy w życiu zgubiła w sobie tą charakterystyczną pewność siebie, z którą szła przez życie i była niepewna. Niepewna własnego ciała.
Przyjrzała mu się uważnie, kiedy odchylił głowę do tyłu, kiedy oparł ją o chłodną ścianę, a z jego pełnych ust wyleciało gęste powietrze. Miał wątpliwości? Ona wcale ich nie miała. Chciała go. Tak samo mocno jak przed tym całym gnojem, jak nie jeszcze bardziej. Bo przecież nic takiego się nie stało.
Starała się skupić na jego słowach — na rozmowie o wakacjach, piaszczystej plaży i braku udawania — chociaż czuła, jak wzdłuż ciała przechodzi chłodny dreszcz, a głowa wcale nie zwalnia.
Nie musielibyśmy — powtórzyła zaraz po nim, przytakując. Tam i tak nikt ich nie znał. Nie wiedział, że ona była psem, a on zadawał się z półświatkiem. Ba, mogli sobie nawet wymyślić kompletnie inne osobowości i robić, co im się będzie żywnie podobać. — Chociaż moglibyśmy poćwiczyć… udawanie. No wiesz, nieznajomych. Ty siedziałbyś przy barze, popijał whisky, a ja podeszłabym zamówić rum, kompletnie rozbita, bo właśnie dowiedziałam się, że mój narzeczony zdradził mnie z jakąś stewardessą — zadarła na moment głowę, spoglądając na kroplówkę — …Karen. Ty postawiłbyś mi drinka i powiedział, że zasługuje na coś lepszego — snuła nieistniejący scenariusz, błądząc dłonią po jego ciele. Mogłoby być ciekawie. W ich stylu. Albo mogłaby mu zrobić jakąś scenę zazdrości, rzucić talerzem przy wszystkich, mogliby powydzierać sie przed publiką, żeby na powrót do Toronto być gotowym. A jak nie gotowym, to chociaż mieć jakieś fajne wspomnienia z wyjazdu. Chociaż plaża też brzmiała świetnie. No może minus to opalanie, bo jednak Pilar to nie umiała leżeć i nic nie robić przez dłużej niż pięć minut.
Tak, i od razu do tego czytać książki i budować zamki z piasku — prychnęła, bo już widziała, jak oni by tam faktycznie tylko leżeli i nic nie robili. Z pewnością od razu umieliby się gdzieś zakręcić, skoczyć na jakąś zajebistą imprezę i przy okazji uratować świat. Bo niby jak było w Medellin? — Nawet bez tych drinków w kokosie było idealnie — rzuciła, łapiąc jego ciemne spojrzenie. Bo taka była prawda. Pilar nie żałowała ani chwili spędzonej w kolumbii. Nawet te ich wzloty i upadki były przecież po co i z ręką na sercu nie zamieniłaby ich na nic innego. Najlepszy weekend w jej życiu.
Ty poszukaj, a ja sie w ogóle dowiem, czy dostanę urlop — rzuciła w odpowiedzi na to, że jak tylko Maddie dostarczy mu telefon, to Noriega weźmie się za szukanie dla nich wakacji. — Chciałabym już za dwa dni wrócić do pracy, chociaż Martinez ma z tym jakiś kurwa problem — westchnęła z wyrzutem, bo przecież już dwa razy dzisiaj zdążyła się z nią o to pokłócić. A co Pilar niby miała robić? Siedzieć w domu? Może jeszcze tym, który był plądrowany przez Daltona? Bo przecież nikt nie wiedział, że miała w planach przeniesienie się do Madoxa. NIkt nie mógł tego wiedzieć. Miała więc siedzieć sama? Wiadomo, że wolała wrócić do pracy i nie mieć czasu myśleć. Tak samo jak nie miała zamiaru iść na żadną terapię, o której Martinez wierciła jej dziurę w brzuchu. Przecież nic się nie stało. No tylko czy na pewno?
Złapała więcej powietrza w płuca, kiedy jego palce w końcu wspięły się po materiale stanika i musnęły jej pierś. Jego dotyk był delikatny, ledwo odczuwalny i chociaż miała świadomość, że wynikało to po części z troski, tak wciąż gdzieś z tyłu głowy miała tą myśl, że on już może sam nie wiedział, czy dalej ją chciał? Że może to wszystko co sie stało jakoś odebrało im ten ogień, który potrafili rozpalać?
Nie mogła przestać o tym myśleć.
Wierciło jej to w głowie tak wielką dziurę, że już po chwili zerwała się z miejsca i uklękła tuż przed nim, wbijając kolana w materac. Nachyliła się w jego kierunku, czując ciepły oddech na własnych policzkach, podczas gdy oczy wodziły po jego twarzy; raz skupiając się na obłędnych tęczówkach, a zaraz potem pełnych. rozchylonych wargach.
Dlaczego jeszcze mnie nie pocałowałeś?

Madox A. Noriega

I swear, I'm fine.

: wt sty 20, 2026 6:11 pm
autor: Madox A. Noriega
- Jest bardzo prosta - powiedział od razu na to jej stwierdzenie na temat Ajiaco, chociaż prawda jest taka, że Madox w życiu by jej nie ugotował. Ale ciotki robiły ją często, na szybko, na co dzień, więc chyba musiała być prosta?
Tak jak proste była dla niego to, że nie podchodził do niej z tym charakterystycznym ogniem. Ale to przecież zupełnie nie dlatego, że jej nie chciał. Chciał bardzo i teraz to już sobie nie wyobrażał innej kobiety w swoim życiu, bo on tylko ją chciał. Do tego stopnia, że życie by za nią oddał. Znowu. Jakby musiał. Sto razy jeszcze.
Tylko to było coś innego niż ten postrzał, gdzie ona zaraz po wszystkim znowu opatrywała mu rany, gdzie skończyli w tym czerwonym pokoju, w jego klubie. Bo teraz skończyli w szpitalu, prawie oboje przypłacając to wszystko życiem. W sterylnym, cichym szpitalu, gdzie każdy im powtarzał, że będzie dobrze, że potrzeba czasu.
Madox nie umiał się tutaj odnaleźć, nie umiał się w tym wszystkim odnaleźć. Nie wiedział jak ma się zachować. Dać jej czas? Dać jej wszystko?
Cały ten ogień, który przecież wiecznie wybuchał w jednej chwili. Tylko, że w nim jakby teraz jeszcze wcale nie było tego ognia. Martwił się.
A on się nigdy nie martwi, tylko bierze wszystko jakie jest, teraz, już, w tej chwili. Sam jej to wiecznie powtarzał, że wszystko inne go pierdoli, bo liczy się tylko ona.
No i liczyła się.
Tak bardzo, że on też pierwszy raz w życiu nie wiedział jak się zachować, jak to wszystko rozegrać.
- Brzmi fajnie - powiedział i nawet uśmiechnął się delikatnie, bo jakby nie musieli udawać, to rzeczywiście mogło by być fajnie, lżej. Na jej kolejne słowa wywrócił oczami, ale zaraz utkwił je z powrotem w jej ślicznej twarzy.
- Tylko nie whisky, to już wolę tequilę jeśli mamy udawać - whisky pił rzadko. Właściwie też wtedy kiedy grał. Jakiegoś gangusa, który nie zadowoli się rumem, chociaż w Emptiness mieli najlepszy rum w mieście. Nie wymieniłby go na nic innego.
- Ale chuj... - rzucił na temat tego narzeczonego zdrajcy - ale Karen w sumie są gorące, trochę się nie dziwię... - też zerknął na kroplówkę, której tam już było coraz mniej, a później na Stewart - bo zasługujesz - przesunął palcami po jej policzku, zgarnął z niego kilka tych ciemnych niesfornych kosmyków zakładając je jej za ucho. Przechylił na bok głowę.
- Chociaż wiesz, że ja lubię improwizację, więc nie musimy ćwiczyć - na pewno wiedziała - no i skoro nie musielibyśmy tam udawać... To wiesz, może wreszcie mógłbym powiedzieć do barmana, widzisz tą piękną dziewczynę przy tamtym stoliku, to moja kobieta, zrób jej drinka na najlepszym rumie... Albo może bym się pobił z jakimś hiszpańskim księciem, bo podrywał moją dziewczynę? Bo bym mógł - pokazał jej czubek języka, dla niego to też był fajny scenariusz, gdzie oni nie musieliby się tak wiecznie chować po kątach. Jak teraz na przykład.
Chociaż wcale nie było tutaj tak źle, zdecydowanie lepiej niż na dole.
Jej kolejne słowa skwitował śmiechem, krótko, ale szczerze.
- Nauczyłabyś się pleść wianki, a ja malować akwarelami, a wieczorem przy zachodzie słońca ćwiczylibyśmy jogę - znowu parsknął śmiechem. Leżenie na plaży i zamki z piasku w ogóle nie były w ich stylu, chociaż Madox to akurat lubił wygrzewać się na słońcu, po trzech drinkach, mógłby na nim nawet może trochę poleżeć.
Niekoniecznie w kokosie, tak jak w Medellin, były przecież drinki, bez koksa, ale Pilar i tak powiedziała, że było idealnie. Dla niego też. Lepiej niż sobie wyobrażał, nawet jeśli było kilka takich rzeczy, których wolałby uniknąć, jak jego wstrząs mózgu, czy jej postrzał.
Ale z drugiej strony, gdyby nie to, to czy oni by się tak do szaleństwa w sobie zakochali? Kiedy wtedy się przekonali, że jedno za drugie weszłoby w ogień.
To się nie zmieniło.
Zmarszczył brwi, kiedy powiedziała o tym urlopie, już otworzył usta, bo pewnie chciał powiedzieć, że dostanie, że powinna dostać, ale ona wtedy wypaliła, że zaraz chce wracać do pracy.
- Za dwa dni? - powtórzył po niej - Pilar... - zaczął i znowu westchnął jakoś ciężko. Już jej chciał powiedzieć, że przecież nie musi, że kurwa... Należy jej się odpoczynek. Jakaś taka chwila dla siebie, z dala od posterunku, gdzie przecież widywała się z Daltonem, gdzie wszyscy wiedzieli co się stało. I będą pytać.
Tak jak Martinez, która cały czas ich pouczała, jak Eliot, który powtarzał, że muszą o tym porozmawiać.
Ale Madox też chyba nie chciał o tym jeszcze rozmawiać. Sunął delikatnie palcami po jej gorącej skórze, ledwo muskał ją opuszkami, rysując na jej skórze jakieś esy i floresy. Nie skupiał się na tym. Po prostu to głowa sama sprawiała, że ten dotyk był taki... subtelny.
- Przemyśl to jeszcze - skończył spokojnie, nie chciał się z nią kłócić i dochodzić, co powinna zrobić. Ale kurwa może powinien? Może nie powinien znowu odpuszczać?
Może nawet by jej to powiedział, bo kiedy klęknęła przed nim, to mocniej oparł palce na jej przedramieniu, zacisnął je, ale ona wtedy wypaliła z tym pytaniem dlaczego jeszcze jej nie pocałował? Nie spodziewał się go, więc w pierwszej chwili ściągnął do siebie brwi.
- Bo... - zaczął twardo, ale co miał jej powiedzieć? Bo bał się, żeby jej nie speszyć, żeby nie odskoczyła od niego? Jak on się przecież nigdy niczego nie bał.
- Nie wiem - znowu wypuścił ciężko powietrze z płuc - nie wiedziałem, czy mogę... - ciemne tęczówki odszukały jej piękne, czekoladowe oczy - czy chcesz? - druga jego dłoń wylądowała na jej policzku, przesunął po nim chłodnymi opuszkami, oparł ją na jej karku. Przysunął się do niej, chciał ją pocałować, kurewsko chciał ją pocałować. Ale przecież wiedział, że jak to zrobi, to on już się nie będzie umiał tak pilnować.
- Dobra, chuj... - wypuścił z płuc powietrze nosem, a jego palce mocniej zacisnęły się na jej gładkiej skórze - po prostu... jak coś będzie nie tak, to mi powiedz - jeszcze raz spojrzał w jej duże, błyszczące oczy, a później w końcu to zrobił. Najpierw lekko muskając jej pełne, ciepłe wargi, delikatnie, raz, drugi i trzeci. Tylko ten trzeci pocałunek był już zdecydowanie bardziej zachłanny, intensywny. Palce z jej ramienia momentalnie przeniósł na plecy wsuwając je pod materiał jej bluzki.

Pilar Stewart

I swear, I'm fine.

: wt sty 20, 2026 7:01 pm
autor: Pilar Stewart
Może faktycznie tam nie musieli udawać?
Może ten wyjazd to właśnie było jedyne miejsce, gdzie mogli być w stu procentach po prostu sobą? Ich najbardziej narwaną, impulsywną i gorącą wersją siebie? Taką, która w niczym nie musi się powstrzymywać; która mogła siać zamęt, jeśli tylko chciała, bo przecież i tak nikt ich tam nie znał. On mógł powiedzieć barmanowi, że tam siedziała jego kobieta, a ona mogła w kolejne do toalety być dumna, że ten jeden hot facet przy ladzie, na widok którego inne tak mocno wzdychały, to właśnie jej mężczyzna.
Nie musieliby udawać, że im na sobie nie zależy. Że to wszystko co ich łączy były im kompletnie obojętne. Bo przecież nie było. A już na pewno nie dla Pilar. Bo ona nigdy w życiu tak dla kogoś nie przepadła. Nigdy nie miała osoby, o której myślała zaraz przed pójściem spać i tuż po przebudzeniu. O której zastanawiała się, czy miał dobry dzień, czy był szczęśliwy, czy dużo się uśmiechał. Którego desperacko chciała uszczęśliwić, rozgrzewać do czerwoności i wkurwiać jednocześnie. Bo przecież to normalnie nigdy nie szło w parze, a jednak u nich działało. Na ich własny, pojebany sposób. I na takim wyjeździe oni mogli mieć to wszystko. Aż westchnęła głośno, rozmarzając się na moment.
Chętnie skopałabym dupę jakieś hiszpańskiej księżniczce, która chciałaby poderwać mojego faceta — uśmiechnęła się przelotnie. Tak, zdecydowanie ten scenariusz podobał się jej jeszcze bardziej niż zgrywanie nieznajomych w barze. To przecież mogli robić z Toronto, a nawet pewnie powinni. Dobrze, że chociaż tutaj mogli sobie poleżeć w spokoju, odcięci od świata. Jeszcze. — Chociaż w Hiszpanii jest teraz jakieś marne osiem stopni, to raczej nici z wylegiwania się na słoneczku — zauważyła. Nie sprawdzała ile dokładnie, ale przecież o tej porze roku w Europie wcale nie było ciepło. Musieli więc chyba rozejrzeć się za jakimś innym miejscem docelowym na ten wymarzony urlop.
Widziała jego reakcje, kiedy wspomniała o pracy. Nie umknęło jej uwadze to jego głośne westchnienie i sposób, w jaki wypowiedział jej imię. Karcąco. Jakby wcale nie pochwalał jego pomysłu. Tylko co ona miała ze sobą zrobić?
Ale nad czym się tu zastanawiać? — złapała jego ciemne spojrzenie. — Co innego mam robić? Przecież nie mogę być wiecznie taka… — zawiesiła na moment głos. — Bezużyteczna — i chyba tutaj bolało ją najbardziej. Że ona w tej całej sytuacji była tak kurewsko b e z u ż y t e c z n a. Nie zrobiła nic. Nawet kurwa palcem nie kiwnęła, żeby jakoś pomóc. Była w tym wszystkim bierna, a przecież Pilar nienawidziła bierności. Szczególnie kiedy to ona doprowadziła do tego, że wszyscy dookoła zarobili kulki. Za nią.
I znowu zaczęło się w niej wzbierać to uczucie paniki. Pierdolonego przerażenia, które zalewało jej ciało… i które ona tak desperacko chciała zdusić bliskością z Madoxem. Dlatego już po chwili klęczała przed nim, patrzyła mu głęboko w oczy i pytała czemu wciąż jej nie pocałował. Bo kolejna niewiadoma byłaby chyba gwoździem do trumny. I kiedy on z początku powiedział to nie wiem, Pilar złapała więcej powietrza w płuca.
Nie wiesz, czy chcesz? — jej głos był cichy, ledwie słyszalny, jakby bała się odpowiedzi. Tylko on zaraz wyjaśnił, że nie wiedział, czy mógł. Czy ona chce? Przecież ona chciała tylko jego. Nikogo innego. Zawsze i kurwa na zawsze. Dosłownie o d d y c h a ć bez niego nie potrafiła.
Kiedy osadził szorstką dłoń na jej twarzy, Stewart mimowolnie się w nią wtuliła. Naparła na nią głową, jakby chciała przykleić ją sobie do policzka. Czuła się przy nim bezpiecznie. Czuła, że był jej jedyną taką przystanią, która potrafiła uziemić ją w ułamku sekundy, choćby samym dotykiem, obecnością.
HazloZrób to, wyszeptała, wpatrując się jego obłędnie czekoladowe oczy. Mogła sama to zrobić. Przecież mogła go pocałować, a jednak czekała. Potrzebowała potwierdzenia, że i on tego chciał. Że nie stała się dla niego obca po tym wszystkim, co miało miejsce.
I dostała je zaraz po chwili.
Jego usta były miękkie, ciepłe, a do tego cholernie słodkie. Smakowały tęsknotą i czekoladowym batonem, który jeszcze przed chwilą tak ochoczo wcinał. I chociaż pocałunek był delikatny, czuły, Pilar poczuła jak wzbiera się w niej przyjemne ciepło. Charakterystyczny prąd przemknął po kręgosłupie, gdy jej dłonie również przesunęły się z jego klatki piersiowej na silne ramiona, gdy szarpnęła go do siebie, dając mu jasno do zrozumienia, że tego chciała. Jego chciała. Jak niczego innego na świecie. Dlatego kiedy zrobił to za trzecim razem, już nie miała żadnych hamulców.
Uniosła się na krótką chwilę, by jedną nogę przełożyć na drugą stronę jego ud; by usiąść na nim okrakiem i zacisnąć nogi. By poczuć go gdzie tylko się dało, podczas gdy szorstka dłoń już błądziła pod materiałem jej koszulki.
Jej dłonie również nie pozostawały bierne, bo podczas gdy usta pogłębiały pocałunek, palce zgrabnie wyślizgnęły się w blond włosy. Zacisnęła je mocno, delektując się znajomą teksturą. Sposobem, w jaki końcówki przyjemnie drażniły jej skórę.
Serce zabiło jak oszalałe. W jednej chwili naparła na niego całą sobą, dosłownie przyklejając się do napiętej klatki piersiowej, tracąc powietrze w jego ramionach.
Te amo mucho Tak bardzo cię kocham, rzuciła pomiędzy pocałunkami. A całowała go z całą zachłannością i tęsknotą, jaką w sobie miała. Z całym tym kalejdoskopem emocji. A najbardziej to z miłością, która rozsadzałą ją od środka. Która mieszała się z tym wszystkim, co siedziało w głowie. Do tego stopnia, że na krótki moment jedna z tych czarnych myśli mimowolnie ulotniła się przez jej usta. — Lamento que hayas tenido que pasar por todo esto por mi culpaPrzepraszam, że musiałeś przez to wszystko przejść przeze mnie. Chociaż pierwsze na usta cisnęło się jej jeszcze bardziej bezpośrednie przepraszam, że prawie cię zabiłam.

Madox A. Noriega

I swear, I'm fine.

: wt sty 20, 2026 10:06 pm
autor: Madox A. Noriega
- Nie miałaby szans - on też się uśmiechnął, ale nie doprecyzował, czy księżniczka nie miałaby szans z Pilar, czy jednak poderwać jej faceta? A może i to i to? Bo Madox przecież był w niej też tak kompletnie zakochany, że żadne księżniczki nie miały szans.
- To znajdę inny kierunku - rzucił od razu, Hiszpanię mogli sobie zostawić na lato, jak będzie cieplej, a póki co wybrać jakiś egzotyczny kraj. Oni nawet pasowali z tymi swoimi temperamentami do jakiejś egzotyki, na pewno by się tam odnaleźli.
I Madox nawet już chciał coś zasugerować, ale z tematu wakacji sprawnie przeszli na pracę. Noriega też pewnie długo z dala od swojej by nie wytrzymał, ale i tak postanowił się odezwać. Spróbować.
- Mogłabyś... nie wiem, pomóc mi w klubie na przykład? - jeszcze chciał coś dodać, zaproponować coś jeszcze, mogłaby posiedzieć u niego i pouczyć się gotować. Tam zawsze ktoś był, było bezpiecznie, tylko wtedy Stewart powiedziała to słowo, które jakoś tak go uderzyło, źle mu brzmiało.
Bezużyteczna.
- Loca - pokręcił głową, a później jakoś tak odruchowo sięgnął do jej policzka, żeby oprzeć na nim rękę, pewniej - jesteś najbardziej... - jak miał jej to powiedzieć, że jest najbardziej użyteczna? Dziwnie to brzmiało, więc przez chwilę się zastanowił, nabrał w płuca powietrze.
- Jesteś w chuj potrzebna, mi, wszystkim jesteś potrzebna, ale teraz chciałbym, żebyś trochę... - znowu się zawiesił, bo znowu musiał to dobrze rozegrać, odpowiednio ubrać w słowa - skupiła się na mnie - no bo tego mu chyba nie odmówi? Jakiegoś takiego mniej myślenia o pracy, a bardziej o nim? Chociaż kurwa czy oni jeszcze mało o sobie myśleli? Kiedy wszystko co robili, to robili przecież dla siebie nawzajem.
Jedna jego brew skoczyła do góry, kiedy zapytała o to, czy on nie wie czy chce ją pocałować. Wątpiła w niego?
- Estúpido - znowu pokręcił głową, bo on przecież też chciał tylko jej. Ale może też był głupi, że tak z tym zwlekał, że tak się wahał, zastanawiał.
Bo nad czym tu się zastanawiać, skoro ona sama tak do niego lgnęła, skoro sama tego chciała, tak samo jak on.
Zrobił to, złączył ich spragnione siebie usta w czułym pocałunku. Czekał na to. Czekał od momentu, kiedy przyszedł do niej do sali, kiedy z jego ust padło to bezgłośne te amo, które ona mu potwierdziła. Tylko wtedy przecież był tam Eliot, była Martinez, ta doktorka, wszyscy tam byli. A teraz na tym szpitalnym korytarzu byli tylko oni. Następny pocałunek był zachłanny, stęskniony, gorący. Chociaż wciąż jeszcze bił od niego ten dziwny chłód, to całował ją do utraty tchu.
Kiedy usiadła na nim okrakiem, to zacisnął palce na jej pośladkach, jeszcze ją na sobie poprawiając, przyciągając bliżej, tak, że jej falująca w już przyspieszającym oddechu pierś, wylądowała na tej jego, na tym dzikim odważnym lwie. Przesunął palcami po jej udach, po biodrach, pod materiał koszulki. Na gorący brzuch, na którym czuł te wszystkie blizny... Po Daltonie. Ale już go to nie obchodziło.
Bo już kurwa nawet jedna zbłąkana myśl nie dotyczyła Nicka. Wszystkie kręciły się tylko wokół niej.
- Yo también te amo - ja Ciebie też kocham, wymruczał w jej usta, między kolejnymi pocałunkami, a już po chwili, zszedł ustami niżej, na jej linię żuchwy na szyję. Chociaż kolejne słowa, które opuściły jej pełne, słodkie usta, sprawiły, że na moment się zatrzymał, podniósł na nią spojrzenie. Na te jej piękne, czekoladowe oczy. Znowu chciał jej powiedzieć, że zrobiłby to jeszcze sto razy, dwieście, ile byłoby trzeba... Tak jak wtedy, kiedy zarobił tę kulkę. I pod lodem też by wylądował. Nawet jeśli...
Przez moment myślał, że to już koniec, że wcale nie wypłynie, była taka chwila, że ją już pożegnał, gdzieś tam w swojej głowie. Ale niczego nie żałował. Nawet przez chwilę.
Teraz też chyba nie chciał żałować, bo przesunął palcami wyżej podwijając materiał jej koszulki, ściągając ją z niej przez głowę.
- No por ti, para ti - nie przez ciebie, dla ciebie, jego spojrzenie znowu odszukało jej ciemne, duże oczy otoczone kurtyną tych czarnych rzęs. Dłonie znowu przesunęły się powoli po jej brzuchu, po tych bliznach zostawionych przez Nicka Daltona, siniakach na jej skórze, która paliła go pod chłodnymi opuszkami. Spuścił na nie wzrok, nabierając mocno powietrze w płuca.
- Haría cualquier cosa por ti, Pilar - wszystko bym dla Ciebie zrobił, Pilar, to była prawda. I gdyby nie Eliot, który tam z nim wtedy był, to on może by zabił tego Nicka Daltona, w tej chatce. Na pewno by go zapierdolił wtedy w motelu, gdyby nie przyjechała policja. Nawet by się nad tym nie zastanowił, tylko to zrobił, kiedy ona leżała na tym wielkim łóżku, taka bezbronna.
Schylił się, żeby musnąć wargami, siniak, który miała tuż nad linią stanika, na piersi, po tym zwyrolu. Zrobił to delikatnie, czule. Potem kolejny gdzieś na obojczyku.
- Todo mio - cała moja, mruknął prosto w jej szyję, którą też zasypywał pocałunkami, każdy siniak, każde zadrapanie, powoli, z miłością. Zupełnie inaczej niż Nick Dalton.
Szarpnął się, bo chciał ją położyć na tym materacu, tylko, że kiedy jej plecy go dotknęły, to Madox sięgnął do niej i wyrwał sobie tą kroplówkę wisząca przy suficie, i chociaż w pierwszej chwili tego wcale nie zauważył, to ciepła krew z przedramienia, spłynęła po jej nagim brzuchu.

Pilar Stewart

I swear, I'm fine.

: wt sty 20, 2026 11:07 pm
autor: Pilar Stewart
Słyszała, co do niej mówił. Dochodziło to do jej świadomości — o tym, że była potrzebna, jemu, wszystkim dookoła — ale wcale tego do siebie nie dopuszczała. Madox mówił jej teraz powiedzieć nawet milion komplementów, setkę pięknych słów, ale ona i tak wiedziała swoje. Wiedziała, że zawiodła. Że jej prywatna głupota sprowadziła ich do tej tragedii i naraziła jego życie. I to kurwa nie raz, a DWA razy.
D w a.
Dwa razy prawie zginął.
Przez nią.
I ta świadomość ją przygniatała. Męczyła jej duszę do tego stopnia, że myśląc o tym, czuła autentyczny fizyczny ból. Chciała sobie obiecać, że już nigdy do tego nie doprowadzi, ale czy to nie byłaby obietnica rzucona na wiatr? Przecież nie mogła być tego pewna, nie kiedy on był tak… nierozważny. Kiedy ona nie miała na to żadnego wpływu. Bo przecież była wtedy w pokoju, leżała na pierdolonym łóżku, kiedy Dalton celował mu między oczy. Kontaktowała, ale wciąż nie mogła się ruszyć.
B e z u ż y t e c z n a.
A potem, kiedy Madox jechał za nim nad jezioro, kiedy znowu ryzykował swoim cennym życiem, ona leżała w szpitalu i spała. Spała kurwa. Kiedy on topił się w lodowatym jeziorze, kiedy kończyło mu się powietrze, kiedy jego serce z każdą sekundą biło coraz słabiej... ona spała.
B e z u ż y t e c z n a.
Przez moment chciała mu o tym powiedzieć. Wyjaśnić mu swój punkt widzenia, nawet jeśli miałby go nie zrozumieć, ale on wtedy powiedział, że powinna skupić się na nim.
I Pilar faktycznie to zrobiła. Skupiła się na nim. Skupiła się na sposobie, w jaki ją całował, jak jego dłonie błądziły po jej ciele, jak muskał rany na skórze, które zostawił po sobie Dalton. Jego dotyk koił, uspokajał ją, a jednak w tym samym czasie wyzwalał wszystkie skrajne emocje.
Jęknęła cicho prosto w jego usta, kiedy zacisnął palce na jej pośladkach i przysunął jeszcze bliżej, utwierdzając ją tylko w przekonaniu, że nie chciała być nigdzie indziej niż w jego ramionach. Czuła go na biodrach, udach, uwielbiała kiedy błądził po jej ciele, jakby odkrywał je po raz pierwszy.
Na moment naprawdę zapomniała, że byli w szpitalu. Na dziesiątym piętrze, kompletnie opuszczonym korytarzu, na który nikt nie zaglądał do momentu, w którym helikopter nie transportował krytycznego pacjenta, na łóżku, ustawionym naprzeciwko wielkiego okna tuż za plecami Pilar gdzie rozpościerała się zapierająca dech w piersiach panorama Toronto. Chociaż jej ten dech odbierało już coś zupełnie innego, a dokładniej jego usta, które zaraz zaczęły schodzić niżej, wzdłuż szyi. Usta, z których chwile temu padła ta najpiękniejsza deklaracja miłości. Już nie kochali się po prostu, teraz już robili to bardzo. I on ją równie bardzo, jak ona jego. Tak bardzo, że już po chwili Pilar skończyła bez koszulki. Na szpitalnym, kurwa, korytarzu. Ale kto by się tym przejmował? Na pewno nie oni.
Chociaż kiedy powiedział to nie przez ciebie, dla ciebie, Pilar trochę się przejęła. Bo przecież jedno wcale nie wykluczało drugiego. On robił to dla niej, ale to wcale nie znaczyło, że wszystko miało swoją genezę w jej winie. I Stewart miała tego pełną świadomość.
Madox, yo… Madox, ja… zaczęła, chociaż wielka gula w gardle pomieszana z nierównym oddechem sprawiła, że na moment się zawahała. — Casi te matoJa cię prawie zabiłam, wydyszała ledwie słyszalnie, kompletnie niekontrolowanie, zaciskajać powieki. Nie brzmiało to dobrze. Chujowo nawet. Tak chujowo, że coś zakuło ją w klatce piersiowej, kiedy te słowa w końcu opuściły jej usta. — Mi estupidez casi te mata Moja głupota prawie cię zabiła, dodała, katując się tym na okrągło i okrągło w głowie, podczas gdy on trwał teraz przed nią i całował wszystkie siniaki na jej ciele. Z czułością i tą pieprzoną bezwarunkową miłością. Nie zasługiwała na to. Na niego. Na tą całą troskę, którą jej dawał i dobre serce. Wszystko by dla niej zrobił. Aż wszystko.
Sięgnęła dłońmi do jego twarzy, która konsekwentnie była schowana pomiędzy jej piersiami, która tak starannie zajmowała się jej posiniaczoną skórą i ujęła jego policzki. Pociągnęła go w górę by na nią spojrzał. By dotarło do niego, że ona wcale nie rzucała tych słów na wiatr.
¿No entiendes que no sobreviviría si algo te pasara?Nie rozumiesz, że ja bym tego kurwa nie przeżyła, jakby coś ci się stało? Głos się jej złamał. Minimalnie, jednak wciąż słyszałnie. I przez coś stało ona wcale nie miała na myśli postrzałów w ramię czy biodro. Miała na myśli jego cenne życie, które dla niej w tym momencie było priorytetem. Jedynym, co ją obchodziło. A on z tak wielką łatwością wystawiał los na próbę. Testował kurwa wszechświat, jakby wcale nie przejmował się tym, że któraś z tych kulek mogłaby być tą ostatnią.
Wzdrygnęła się, gdy jej plecy dotknęły chłodnego materaca. Tylko nawet nie miała czasu zastanawiać się, co to mogło oznaczać, bo już po chwili poczuła na brzuchu ciepłą ciecz. Uniosła nieznacznie głowę i może nawet miałaby to w dupie — przecież krew towarzyszyła im na co dzień — ale jej wcale nie było trochę. Ciekła z jego dłoni, zalewając nie tylko jej rozgrzaną skórę ale także materac.
Kurwa, trzeba to zatamować — zerwała się z miejsca i już po chwili stała na nogach, podnosząc z podłogi kolorową koszulkę, którą Madox jeszcze chwile temu z niej zrzucił. Zwinęła ją w rulon i zaraz przystawiła do miejsca, w którym jeszcze kilka sekund temu była gruba igła. Jej oddech był płytki, cholernie nierówny, a kropelki krwi z jej brzucha chowały się teraz w materiale jej szarych dresów. Podniosła spojrzenie na Madoxa, a zaraz potem na kroplówkę, która… wciąż wisiała jak gdyby nigdy nic na lampie.
Karen chyba jednak zrobiła się zazdrosna — stwierdziła, przyciskając materiał jeszcze mocniej, by zastopować krwawienie. Zaraz potem odsunęła ją nieznacznie, by zobaczyć skąd wzięłą się aż tak kolosalna ilość krwi, i tak jak myślała, igła rozcięła mu skórę i tym samym żyłe jeszcze bardziej. Wybornie.

Madox A. Noriega

I swear, I'm fine.

: śr sty 21, 2026 12:16 am
autor: Madox A. Noriega
Zawsze był nierozważny, i to wcale nie tak, że przy Pilar stał się bardziej. Może odrobinę?
A może wcale. Bo przecież on taki już był, nie myślał, działał, nie roztrząsał, tylko szedł na przód. Może to się trochę zmieniło, bo kiedy dzisiaj siedzieli tutaj na tym korytarzu na dziesiątym piętrze, to trochę jednak myślał o tym co się wydarzyło, trochę to roztrząsał.
Do momentu, w którym ona nie zajęła wszystkich jego myśli. Kiedy nie zaczęły się kręcić tylko wokół tych jej słów Te amo mucho, bo on też kochał ją bardzo.
Wcale nie uważał, że jest bezużyteczna, bo to przecież nie była jej wina, w ogóle. Przecież ona nie wiedziała co planuje Dalton, a to, że podał jej jakieś prochy, dał ich jej za dużo... To wszystko była wina Nicka Daltona. Karetka przyjechała w ostatniej chwili, a jakby była później?
Przecież ona też walczyła o życie, walczyła o oddech.
Oboje stoczyli walkę, oboje ją wygrali, może nie powinni tego rozdrapywać? Madox nie lubił rozdrapywania ran, chociaż dzisiaj robił to cały dzień, cały dzień się obwiniając, że nie zareagował wcześniej.
Ale to przejdzie. Jemu to na pewno przejdzie, łatwo. Bo nie ma co oglądać się wstecz. Tak zawsze żył, bez oglądania się za siebie. Patrząc tylko w przyszłość.
A teraz ta przyszłość mogła już być tylko... lepsza?
Powinna być lepsza. Bo przecież na to zasługiwali. (nie widzę tu świetlanej, lepszej przyszłości, ale cóż)
Może chociaż przez chwilę mogli pożyć złudną nadzieją o lepszym jutrze.
Zapomnieć o tym co się wydarzyło, zabić te nieprzyjemne myśli, kolejnymi gorącymi pocałunkami, takimi, które smakowały jeszcze lepiej niż te dwa dni temu. Jakby miały w sobie jeszcze więcej tej miłości. Więcej niż wtedy, kiedy musiał jej tłumaczyć, że on żadnej swojej byłej nie powiedział tego, że ją kocha. Bo czy teraz Pilar miałaby jakiekolwiek wątpliwości, że to co do niej czuł było wyjątkowe? Jedyne w swoim rodzaju? Chyba nie.
I te pocałunki też takie były, blendowały w sobie ten ich typowy ogień, ale też miłość, taką prawdziwą, jedyną w swoim rodzaju.
Z taką właśnie miłością sunął szorstkimi opuszkami po jej gładkiej skórze. Skórze, której fakturę znał na pamięć, a która teraz była nieco inna. Jakby uczył się jej od nowa, ale z takim samym zapałem jak poprzednio, jak za każdym razem.
Kochał ją. Bardzo. W każdym pocałunku, który smakował jej skórę, który zostawiał na niej mokre ślady i budził te znajome iskry pod skórą. Iskry, które on też już czuł, z każdym jej dotykiem na chłodnej wciąż skórze. Skórze naznaczonej siniakami, czuł jej palący dotyk jeszcze intensywniej. Tak właśnie jak lubił, przecież.
Lubił ją też bez koszulki, dlatego wcale się nie zastanawiał, kiedy ją z niej ściągał. Co z tego, że w szpitalu?
Chociaż może to nie było najlepsze miejsce na takie ekscesy?
Zastanowił się jedynie moment, kiedy zaczęła, kiedy jej pełne, gorące wargi opuściło jego imię.
- - Ty, ale co? Na moment podniósł na nią spojrzenie, ale tylko na chwilę, chociaż przez myśl mu przeszło, że może jednak nie? Nie jest gotowa?
Z tymi jej kolejnymi słowami spuścił głowę, wypuścił powietrze z płuc prosto w jej pierś, bo z jednej strony mu ulżyło, że jednak nie chodziło o to, że jego dotyk jej nie odpowiada. Ale z drugiej...
Wcale tego nie rozumiał. Bo przecież to nie ona. To Nick Dalton mierzył do niego z broni. Nick Dalton chciał z tej chorej zazdrości rozwalić mu łeb. Zrobić krzywdę, tak jak jej zrobił.
Siniaki, ślady po ugryzieniach, po jego palcach, które sunęły po jej ciele, bez krzty delikatności. Brutalnie, ale nie mając w sobie nic z tej agresywnej, dzikiej, nieokiełznanej miłości, którą oni też się dzielili. Bo Nick Dalton nie kochał. A może kochał? Ale bez wzajemności.
Nie tak jak oni, gdzie oddawali sobie wszystko. I teraz też Madox liczył, że ona w końcu się w tym zatraci, w tych pocałunkach, odda mu je. Tylko, że ona już ciągnęła do góry jego głowę. Jego ciemne tęczówki momentalnie odszukały jej piękne, czekoladowe oczy. Oczy, w których widział, że ona rzeczywiście się tym przejmowała.
- Entiendo...no pasaría - rozumiem... nie stałoby się, to dopiero było rzucanie słów na wiatr. Bo Madox... on zawsze był nieostrożny. Zawsze pchał się tam, gdzie wcale nie powinien. Robił to, co mogło go dużo kosztować. Sięgnął do jej policzków, żeby oprzeć na nich na moment dłonie.
- Pilar yo... no sé hacerlo de otra manera - Pilar ja... nie umiem inaczej, powiedział kompletnie szczerze, bo taka była prawda. Przecież on nie umiał inaczej żyć, bez ryzyka. Bez tej myśli, że kiedyś coś przypłaci życiem. Tylko, że... akurat ona była jedyną taką rzeczą, z którą warto by było to życie oddać. Jedyna na świecie.
Do tego stopnia, że w pierwszej chwili wcale się nie przejął tym bólem ręki, ani nawet tym, że poczuł spływającą po niej krew, dopiero kiedy Stewart zwróciła na to uwagę, to spuścił spojrzenie z jej twarzy na dół, na swoją rękę.
- Mierda... - mruknął i zaraz podniósł ją do góry, teraz to już spłynęła mu po całej ręce. Krew. Wszędzie krew. Na materacu, na ręce i na jej brzuchu.
Przycisnął mocniej tę jej koszulkę opierając palce na jej dłoni.
- Karen to zawsze coś odpierdoli - wywrócił oczami zerkając na kroplówkę, ale zaraz przeniósł spojrzenie na Stewart, na jej oczy. Serce biło mu szybko, od tych kilku godzin, kiedy zwolniło krytycznie, ono jeszcze chyba tak nie biło. Nie rwało się tak, do niej.
Nawet do niej sięgnął ręką, tylko, że to już chyba był koniec, bo ta krew wcale nie chciała przestać lecieć. No i rana wyglądała źle. Aż mu się zrobiło jakoś słabo.
Powoli się zsunął z łóżka, żeby stanąć na ziemi, a krew kapała już na podłogę. Dużo krwi, jak na taką ranę.
- Idę na dół - stwierdził, ale zaraz usiadł z powrotem na łóżku, bo znowu mu się zrobiło słabo.
Dzisiaj był słaby, a ta krew i jeszcze do tego myśli, że zaraz znowu go będą kłóć, bo przed nim jeszcze kilka kroplówek, wcale nie pomagały.
- Boli - mruknął jak jakieś dziecko, bo jak wcześniej mu to nie przeszkadzało, żaden ból mu nie przeszkadzał, tak teraz to poczuł. Bolała go ręka. A miał uważać na tę kroplówkę.

Pilar Stewart