Czuła się podle. W głowie odtwarzała własne gesty i słowa, coraz bardziej przekonana, że zachowała się jak kompletna kretynka. Jak ktoś, komu zależy tylko na szybkim numerku, a potem nerwowo szuka ubrania, unika spojrzeń i marzy już tylko o tym, żeby jak najszybciej wrócić do domu. Ta myśl bolała ją najbardziej, bo przecież to nie był seks z kimś przypadkowym. To była April. A im dłużej o tym myślała, tym bardziej narastało w niej poczucie winy. Sama sprowadziła tę chwilę do czegoś banalnego, choć w głębi wiedziała, że znaczyła o wiele więcej. I to właśnie ta sprzeczność między tym, co było naprawdę, a tym, jak się zachowała, sprawiała, że czuła się jeszcze gorzej. Była pewna, że po czymś takim April spojrzy na nią jak na kretynkę — co by się akurat zgadzało — a potem uprzejmie każe jej wypierdalać. Ale nic takiego się nie wydarzyło.
Patrzyła, jak przyjaciółka wciska na siebie koszulkę, jednym uchem wpuszczając sprostowanie o
obcych babach. Skąd jej się to w ogóle wzięło? Ach, no tak. Teddy nie miała pojęcia, dlaczego bez przerwy rzucała w kierunku Finch te same przytyki. Beznadziejne zagranie. Wypominała jej nie wiadomo co i po co, choć wcale nie była od niej lepsza. To, że przez piętnaście lat słuchała o podbojach przyjaciółki, wcale nie upoważniało Darling do tego, żeby dopiec jej na każdym kroku. Nie mogła mieć pretensji, że była kochliwa, bo przecież to niczego między nimi nie zmieniało. Czasami zastanawiała się, czy to nie ona sama zbyt mocno idealizowała ich przyjaźń, wkładając w nią więcej znaczeń, niż ona kiedykolwiek zamierzała.
Teddy drgnęła, gdy April podeszła bliżej i złapała ją za rękę. I tak pewnie nigdzie by nie poszła. Nie mogła jej zrobić tego w urodziny. Ani w żaden zwykły dzień też nie. W przeciwieństwie do niej. W przeciwieństwie do niej. O, to też mogłaby wypomnieć. Cisnęło jej się na język, że z jakiej racji ma zostać, skoro ona wtedy wyszła, ale w ostatnim momencie tak mocno zagryzła policzek od środka, że aż poczuła w ustach metaliczny posmak krwi. Chryste, kiedy zrobiła się taka złośliwa?
—
Dobrze — powiedziała ochryple, bo z tego wszystkiego zaschło jej w gardle. W pierwszym odruchu chciała się rozebrać, ale i tak nie miała na sobie kurtki, a topu przecież nie ściągnie. Odwróciła się do biurka i sięgnęła po szklankę z niedopitym ginem, którą opróżniła jednym haustem. Drugą dłoń wciąż zaciskała na palcach April, jakby obawiała się, że kiedy ją puści, to ona sobie gdzieś pójdzie. Pewnie do którejś z tyk swoich dup. Teddy, ogarnij się.
Odstawiła pustą szklankę na blat i spojrzała na przyjaciółkę.
Tylko... Tylko co? No co? Przecież to nie takie trudne, żeby powiedzieć wprost, że chciała, żeby została. Zawsze tyle paplała, a nagle usta odmówiły jej posłuszeństwa? Kurwa. Znowu się czepiała.
Zarzekanie się przez Finch, że potrafiła myśleć o czymś innym niż seks, sprawiło, że brwi Teddy powędrowały do góry.
—
Naprawdę? —
udowodnij. Oczywiście, że potrafiła. Zawsze dobrze bawiły się w swoim towarzystwie, a przecież do niedawna nie było żadnego seksu. —
Zagraj mi coś ładnego — zarządziła. No jasne, bo teraz to był pieprzony koncert życzeń. —
I zaśpiewaj — dodała, posyłając jej lekki, ale szczery uśmiech.
Puściła jej dłoń. Dosyć niechętnie, ale nie mogła przecież grać jej na gitarze pięknych utworów jedną ręką. Usiadła na łóżku, czekając aż April wyjmie gitarę i do niej dołączy.
April Finch