Strona 2 z 5

rum ain't gonna fix it

: pt sty 23, 2026 5:04 pm
autor: Pilar Stewart
Może faktycznie im odjebało. Obojgu. Jej po panoszyła się tutaj, jakby była u siebie, kompletnie nie przejmując się konsekwencjami i zalewając alkoholem swoje problemy, z którymi nie miała siły stawić czoła, a jego zaś, bo jej na to pozwalał. Bo kurwa wszystkich ustawiał pod nią, jakby była z porcelany. Jakby klub, goście i cały półświatek zszedł na drugi plan. I zamiast na nią ryknąć, sprawić, że się w końcu ogarnie, to on dawał jej przyzwolenie. Był spokojny. Przyjmował każdy mniej lub bardziej werbalny cios na klatę, a ona to wykorzystywała. I pozwalała sobie na jeszcze więcej.
Tak jak i teraz, kiedy przeszła sama na zaplecze. Zaplecze personelu. Przecież nie była pracownikiem. Nie powinna się tu pałętać. Była jedynie tajną dziewczyną szefa, w dodatku taką sprutą dużą ilością rumu. A jednak tu była. Już przeglądała różne szafki, żeby znaleźć jakiś alkohol, rum najlepiej, którego mogłaby się napić.
Nie chciała trzeźwieć. Tak bardzo kurwa nie chciała trzeźwieć. Bała się, że z chwilą, w której jej głowa zacznie wracać do progu świadomości, te jebane ataki paniki znowu wrócą. Nie chciała, żeby wracały. Nienawidziła tego uczucia. Momentu, w którym jej ciało zalewało palące ciepło, kiedy serce panikowało, ręce zaczynały się trząść, a głowa wymagała na niej ucieczki. Takie uczucie, jakby zaraz miała umrzeć. Odcinało ją. Ale całe szczęście nie przy rumie z Medellin. Był jak lekarstwo. Na głowę i duszę.
Tylko Pilar za nic nie mogła go znaleźć. Wydawało się jej, że był w skrzynce na półce, ale za nic nie mogła jej sięgnąć. Strąciła tyłkiem jakieś orzeszki i paluszki, ale dalej nie mogła sięgnąć skrzynki, nawet kiedy wspinała się na palcach. A w pewnym momencie to wspięła się tak wysoko, że zaraz się zachwiała i znowu wywaliłąby się na tyłek, gdyby nie Noriega, który nagle pojawił się za jej plecami i ją przytrzymał.
Spojrzała na niego przelotnie, kompletnie ignorując pytanie o powrót do domu.
Nie mogę sięgnąć — rzuciła oburzona i wydymała usta, dłonią wskazując na skrzynkę z rumem. — Nawet na paluszkach nie sięgam — a przecież na palcach miałą dobre metr siedemdziesiąt cztery, a to wcale nie było mało! Temu musiała się pożalić. Tylko co z tego, jak on i tak jej pewnie nie pomoże? Czemu miałby jej pomóc, kiedy ona przed chwilą zrobiła mu w klubie kolejną szopkę, a przynajmniej przyczyniła się do niej, bratając się ze świętą Beth, która okazała się jebaną psychopatką. I Pilar już miała mu zamiar o tym powiedzieć, ale wtedy on podszedł jeszcze bliżej i zacisnął palce na jej koszulce. Jego ciepły oddech w ułamku sekundy dał o sobie znać na jej policzku.
Ale mi nic nie jest — jęknęła, bo wcale nie czuła potrzeby, żeby opatrywać jej ranę. Wystarczyło dać jej trochę rumu i z pewnością byłoby wszystko super! Tylko mina Madoxa jasno świadczyła, że nie miał zamiaru z nią więcej dyskutować. A ona chyba też nie miała siły się z nim sprzeczać. — Okej, ale tam — wskazała dłonią na drugą stronę zaplecza, gdzie znajdowała się wielka, wolnostojąca zamrażarka, na której kiedyś już siedzieli, gdy Marco wylegiwał się na podłodze. — Jakoś ciężko mi się stoi — znowu się zachwiała, tylko tym razem nie była nawet bliska wywrócenia się, bo on już trzymał ją mocno, asekurował ją. I patrzył na nią tymi swoimi pięknymi, ciemnymi oczami, których nie dało się nie kochać. — Tam, proszeee — mruknęła pod raz ostatni, a potem kompletnie bez ostrzeżenia, zarzuciła mu dłonie wokół szyi i… się na nim zawiesiła. Jak jakaś kurwa małpka w zoo na drzewie. Nogi też finalnie uniosła, oplatając niezdarnie wokół jego bioder. I ani jej się śniło puszczać, dopóki jej tam nie zaniósł. I w sumie dobrze, że zaniósł, bo już po chwili by pewnie straciła siłę w rękach i puściła, lecąc z gruchotem na ziemię.
Kiedy już klapnęła na górze lodówy, rozluźniła uścisk i przeniosła dłonie na ubabraną, beżową koszulkę, by zaraz zabrać się za guziczki. A dokładniej to guzik, bo z tym jednym jebała się tak długo, nie potrafiąc go odpiąć, że Noriega musiał wziąć sprawę w swoje ręce, bo inaczej siedzieliby tu do rana. Podniosła na niego spojrzenie.
Chyba jednak ty musisz mnie rozebrać — wzruszyła ramionami, bo akurat co do tego nie miała żadnych przeciwwskazań. Ba, nawet od razu zrobiło sie jej cieplej, kiedy jego dłonie znowu wylądowały tak przyjemnie blisko jej ciała, kiedy szorstkie opuszki muskały jej nagą skórę.
Chociaż kiedy wspomniał o blondynce, twarz Pilar z rozmarzonej w moment spoważniała. Chuj, ze on pytał o jej ranę. To nie było ważne, bo teraz jedyne o czym ona myślała, to że jebnięta Beth uderzyła Madoxa.
Maldito idiota Pieprzona idiotka, pokręciła głową, a zaraz potem wbiła spojrzenie w jego twarz. Dokładnie w miejsce, w które uderzyła, gdzie on przecież miał jeszcze założone szwy po tym, jak uratował ją przed Daltonem. Uniosła dłoń do jego policzka i delikatnie pogładziła kciukiem. — Quería golpearla por haberte golpeadoChciałam ją zatłuc za to, że cię uderzyła. Bo naprawdę chciała. I pewnie by to zrobiła, gdyby nie Grigori. Gdyby nie osadził na ramieniu Pilar swojej wielkiej, ruskiej łapy i jej nie powstrzymał.
Nie lubię tych twoich goryli — dodała po chwili, znowu kwasząc się na twarzy. To ile razy oni jej dzisiaj zaszli za skórę i w ogóle w ciągu ostatniego tygodnia, to przecież nie dało się zliczyć. Wpieprzali się tam, gdzie nikt ich nie chciał, nie mówiąc nawet o tym, że psuli całą zabawę!

Madox A. Noriega

rum ain't gonna fix it

: pt sty 23, 2026 6:17 pm
autor: Madox A. Noriega
Przez chwilę tylko patrzył jak wspinała się do tej skrzynki, jak zrzucała orzeszki i paluszki, które posypały się po podłodze, ale nawet się nie ruszył. Dopiero jak się zachwiała, to znalazł się przy niej, żeby znowu ją przytrzymać, żeby nie zrobiła sobie krzywdy, jakby rzeczywiście była z porcelany...
Bo on jakoś od tych kilku dni, od jej wyjścia ze szpitala, wcale w niej nie widział tej silnej kobiety, którą zawsze przecież była. Była bardziej jak to dziecko, które nawet na paluszkach nie może dosięgnąć. Madox myślał, że to może przejściowe? Że to tylko taka gorsza chwila, jakiegoś załamania. Nie był nigdy dobry w jakieś poważne rozmowy, zresztą oboje nie byli, i tym sposobem tak unikali tego tematu. Odsuwali go ile się dało. Ale kiedy to będzie już ten moment, że więcej się nie da? Że trzeba będzie to ukrócić? Dzisiaj?
Przesunął spojrzeniem z jej naburmuszonej jak u małej dziewczynki twarzy, na tą skrzynkę na półce.
- Nawet na paluszkach? - pokręcił głową, ale sięgnął do niej przysuwając się do Stewart jeszcze bliżej. Bo chyba był głupi, i on wszystko by jej dał, co tylko by chciała. Traktował ją jak dziecko, jak księżniczkę, jak porcelanową laleczkę. I chociaż Madox przecież zawsze był nieustępliwy, to w tym momencie ulegał jej za każdym razem.
Ale skrzynka była pusta, wiec może taki głupi nie był?
- Chyba się skończył - wzruszył ramionami. Bo może skoro rum się skończył, to jednak będą mogli już wracać do domu. Ale chyba nie mogli. A do tego Pilar twierdziła, że nic jej nie jest, na co Madox tylko strzelił oczami w sufit. A może jednak powinien przyjąć jej taktykę, że bez dyskusji? Spojrzał na nią marszcząc brwi.
I na całe szczęście ona nie chciała już dyskutować, zerknął w kierunku tej lodówki i skinął głową. Już nawet miał się zgodzić, ale Stewart znowu się zatoczyła, a on znowu ją złapał, objął w pasie przyciągając do siebie.
- No widzę... - mruknął na to, że ciężko jej się stoi. Z jednej strony go to rozbrajało, z drugiej to się o nią martwił, bo jeszcze jej nie widział w takim stanie. Przecież pili razem, ale Pilar zawsze była zaradna, opanowana, twarda. A teraz jakaś taka nieznośna.
- Dobrze - powiedział jeszcze zanim na nim zawisła, a kiedy to zrobiła, to przytrzymał ją od razu, poprawił ją sobie zaciskając palce na jej udach, i zaniósł na tą lodówkę. Posadził ją ostrożnie i nawet jeszcze tak samo delikatnie przesunął dłońmi po jej biodrach. Jakby była z porcelany.
- Może być? - zapytał, a zaraz wrócił się po apteczkę, którą zostawił gdzieś tam przy drzwiach, rozłożył ją sobie na zamrażarce obok niej. I przez chwilę przyglądał się, jak siłowała się z guzikiem. Bo to było jakieś takie fascynujące. Taka niezdarna Pilar. Jakby mu ktoś powiedział, że ona nie będzie umiała rozpiąć guzików koszuli, to by go wyśmiał i powiedział, że ona by je wyrwała.
- Lubisz tą koszulę? - zapytał podnosząc na nią spojrzenie znad guzików, do których już sięgnął. Odpiął je powoli, jeden po drugim, chociaż oczywiście nie odmówił sobie tego, żeby jego wytatuowane palce muskały jej gorącą, gładką skórę. Specjalnie ją zaczepiał, na koniec nawet zsunął materiał koszuli z jej ramion, po których przesunął miękko palcami. Chociaż przecież mógł ją na niej zostawić, ale koszula opadła na lodówkę. Ciemne tęczówki utkwił w tych ranach, dopiero kiedy Pilar nazwała Beth tą pieprzoną idiotką, to znowu jego oczy odszukały te jej. Piękne i wciąż szklące, troszeczkę nieobecne.
- A ja myślałem, że chciałaś iść z nią do kościoła - uśmiechnął się delikatnie i na moment przytulił policzek do jej dłoni, przesunął po niej tym szwem, ale zaraz się odsunął i sięgnął do apteczki, żeby wziąć z niej jakieś gazy i płyn do dezynfekcji. Podszedł bliżej ustawiając się miedzy jej udami. Już się zamierzył, żeby psiknąć na te rany środkiem odkażającym, ale na jej kolejne słowa parsknął śmiechem. Krótko, ale szczerze, znowu pokręcił głową.
- Oni też cię nie lubią - stwierdził, bo taka była prawda, że mu cały czas na nią narzekali, że jest nieznośna, że wchodzi mu na głowę i jak oni mieli ją pilnować, kiedy ona wcale nie chciała i jednemu już wykręciła rękę, a drugiemu depnęła na mały paluszek. Pewnie jutro będzie znowu słuchał o tym, że mają jej dość. I znowu dostaną polecenie, że mają na nią uważać.
- Ale wiesz, że oni tu są, żeby pilnować twojego bezpieczeństwa, kiedy mnie nie ma? I Maddie też? - podniósł na nią spojrzenie, na te jej piękne, duże oczy, otoczone kurtyną czarnych rzęs. Mogły się nie lubić z Maddie, ale ona też nie pozwoliłaby, żeby coś jej się stało. No bo mimo, że tak się skarżyła, no to przecież nie było głupia, widziała, jak Madoxowi na niej zależy.
- Zapiecze - rzucił i psiknął antyseptykiem na te jej rany, a później opierając dłoń na jej udzie schylił się nieco, żeby przejechać po nich delikatnie gazikiem. Najdelikatniej jak umiał, ścierając krew. Na większą ranę nawet dmuchnął, ale zaraz podniósł głowę, żeby znowu odszukać jej ciemne, obłędne spojrzenie. To jego już było zdecydowanie bardziej poważne.
- Pilar wiesz, że wszyscy się o ciebie martwią. Ja się martwię - powiedział ostrożnie, nie chciał zaczynać tego tematu, ale jak nie teraz, to kiedy? Może jak będzie trzeźwa? Może powinien poczekać, aż wytrzeźwieje? Wyjął z apteczki dwa opakowania plastrów, jakieś kolorowe i zwykłe i przez chwilę się im przyglądał. Czym to się różniło?
W końcu postawił na te kolorowe w tęcze i jednorożce.

Pilar Stewart

rum ain't gonna fix it

: pt sty 23, 2026 8:05 pm
autor: Pilar Stewart
Może wyglądała, jakby była z porcelany, ale przecież nie była. No kurwa nie była. A po tym alkoholu to już w ogóle była niezniszczalna. A przynajmniej tak się jej wydawało. Bo nie dość, że nic jej wtedy nie bolało, to i głowa była spokojniejsza. Nie myślała. Nawet nie dopuszczała do siebie tych okropnych myśli, które wywoływały u niej ataki paniki. Było d o b r z e, wiec Pilar za grosz nie przeszkadzał ten stan, w jakim trwała.
Nawet nie przeszkadzało jej to, że nie mogła sama dojść do lodówki. Że zawiesiła się na nim jak małpa i kazała się zanieść. Bo skoro on tak bardzo chciał się o nią troszczyć, chciał się nią zająć, no to proszę bardzo, akurat teraz miał do tego idealną okazję i wywiązał sie z niej całkiem dobrze, bo przecież jej tyłek wylądował na chłodnej powierzchni w jednym kawałku.
Może być — skinęła głową. Co prawda było nieco twarto, ale nie miała zamiaru wybrzydzać. W tym stanie było jej w sumie obojętne. Jakby jej tu kazał dzisiaj spać, to z pewnością też nie miałaby z tym problemu. Bo co to za problem? No żaden.
Czego nie można było powiedzieć o tej nieszczęsnej koszuli, której Stewart za grosz nie potrafiła rozpiąć. Gizuk. Co to był dla niej taki guzik? Niby nic, a jednak okazał się jej jebanym Nemezis, pierdoloną piętą Achillessa, słabym punktem, z którym nie umiała sobie poradzić. Jasne, mogła to rozerwać, ale przecież wtedy nie miałaby w czym wracać, a poza tym…
Lubię ją — mruknęła, spoglądając w dół z konsternacją na twarzy. Nawet oczy przymrużyłą i przekręciła głowę, gdy tak się przyglądała materiałowi. — Wyglądam w niej zajebiście poważnie — oznajmiła nagle i spojrzała na Madoxa. Gniewnie oczywiście, żeby on też mógł zobaczyć, jaka była w niej poważna. Zajebiscie poważna, tak jeszcze w ramach doprecyzowania. Idealna koszulka, żeby podkreślić swoją niezależność i co by wszyscy dokoła brali ją na poważnie. Chociaż ostatnio mało kto brał. Szczególnie, kiedy była taka spruta. No może oprócz tego jednego ochroniarza Madoxa, któremu wykręciła ostatnio łapsko. On już z pewnością brał ją na poważnie!
A sam Madox? Chyba niekoniecznie. Bo kiedy ona mrużyła na niego oczy, on na swojej twarzy malował przeloty uśmiech. Widziała go. Widziała ten bezczelny uśmiech rozbawienia, więc Pilar wydęła swoje usta jeszcze bardziej i czoło nawet zmarszczyła, żeby się wystraszył, ale to chyba nic nie dało, bo on już zaraz dobierał się do jej poważnej koszuli.
Odpinał ją powoli, ostrożnie, jak nie on, a Pilar chociaż wciąż chciała się na niego gniewać, tak nie mogła pozostać obojętna na jego dotyk. Na sposób, w jaki ciało reagowało na jego szorstkie palce. Spuściła wzrok w dół, by przyjrzeć się temu procesowi, jednak gdy jego dłonie wylądowały na jej ramionach, podniosła spojrzenie do jego ciemnych oczu. Tych obłędnie czekoladowych oczu, podczas gdy on pozbawiał jej koszulki. I już nic nie mogła poradzić na oddech który nagle przyspieszył i serce, które wyrwało się do niego w ułamku sekundy.
Do kościoła? — uniosła brew, a wraz z tym i nogi, które zaplotła za jego udami, by zaraz przyciągnąć go do siebie bliżej. — Jak ja jeszcze nawet nie zaczęłam grzeszyć — to z czego miała się spowiadać? Chociaż kiedy on tak ładnie pozbawiał ją koszulki, miała ochotę. Dlatego zaraz podniosła niezdarnie rękę i umieściła ją na torsie Noriegi, by następnie przesunąć nią w dół, aż do materiału spodni. Zahaczyła paznokciem o skórzany pasek i szarpnęła w swoją stronę. — A powiedział mi kiedyś taki jeden, że podobno jestem warta każdego grzechu — ciekawe który. Na pewno żaden z tych wcześniejszych ośmiu, bo oni jedynie ograniczali się do tego, że była śliczna, gorąca, seksowna, ale nigdy warta grzechu. Madox był pierwszym, który jej tak powiedział. I może ciągnęłaby to dalej, może nawet podjęła próbę rozbrojenia chociaż jednego z jego guzików, ale wtedy on powiedział, że jego goryle również jej nie lubili i chcieli, żeby była bezpieczna bla bla bla, a Pilar aż westchnęła głośno.
Przynajmniej w jednej kwestii jesteśmy zgodni — pokręciłą głową. Oni nie lubili jej, ona ich no i kurwa super. Tylko teraz powinien nastąpić ten moment, kiedy ludzie, którzy się nie lubią, się unikają. A oni robili coś zupełnie odwrotnego. Bo przecież łazili za Stewart i ciągle jej pilnowali. — Ale oni nie muszą pilnować mojego bezpieczeństwa, Madox — podniosła na niego spojrzenie i odsunęła się nieznacznie, kiedy on grzebał w apteczce. — Umiem sobie sama poradzić. Całe życie radziłam sobie sama i wcale nie potrzebuje nagle jakiś… goryli, żeby za mną łazili — rzuciła ostrzej, może nawet z lekkim wyrzutem. Czy teraz była dla niego aż taka bezbronna? Była słaba w jego oczach? Ta myśl momentalnie ją ugodziła. Aż odwróciła na moment spojrzenie, wbijając je w jakąś szafkę z syropami. Ostatnie czego chciała, to żeby miał ją za kogoś, kim trzeba się zaopiekować. Przecież umiała się sobą zająć. Umiała walczyć. Ale on chyba uważał inaczej.
Nic nie powiedziała, gdy oznajmił, że może piec. Miała to gdzieś. Chociaż faktycznie piekło. Piekło kurwa jak skurwysyn, ale przecież ona nie była jakimś słabeuszem, za jakiego on ją miał, żeby ją to ruszyło! Dlatego zacisnęła tylko mocniej palce i wciąż na niego nie patrząc, starała się przełknąć pieczenie, które rozpościerało się na całej długości brzucha.
Dopiero kiedy ponownie się odezwał, odwróciła głowę w jego stronę. Dopiero wtedy wbiła w niego ciemne, ogniste spojrzenie. Bo chyba miał świadomość tego, że przecież nie przejdzie obok tego obojętnie.
Jacy wszyscy? — rzuciła, nabierając w płuca więcej powietrza. — Jacy wszyscy, Madox? — powtórzyła, odsuwając się do tyłu. Może jej matka, która zostawiła ją trzydzieści lat temu na wycieraczce? Albo ojciec, którego nigdy nie miała? — I o co się martwią? — to był kolejny temat, którego nie rozumiała. Albo raczej nie chciała rozumieć i dopuścić do własnej świadomości. — Przecież wszystko jest w jak najlepszym porz-ądku — oczywiście, że czknęła na ostatnie słowo. Bo przecież los nie mógł poczekać, aż skończy swoją wypowiedź. Musiał rzucić jej piachem w oczy jeszcze w trakcie. — Wszystko jest okej — powtórzyła już nieco lepiej, chociaż przecież wiedziała, że on i tak jej nie uwierzy. Za każdym razem było to samo. Ona mówiła, że jest okej, a on kiwał głową, chociaż jego oczy mówiły coś zupełnie innego. Więc po co było w ogóle zaczynać ten temat? Jakby nie mogli iść się po prostu razem pobawić?
No kleisz to czy nie? — spytała niecierpliwie, chociaż chyba bardziej po to, żeby zmienić temat. — Daj, ja to zrobię — wystawiła rękę i wyrwała mu z ręki jeden z kolorowych plasterków. Tylko odkleiła to jakoś tak niezdarnie, że zamiast zakleić sobie ranę, to pokleiła sobie całe palce.

Madox A. Noriega

rum ain't gonna fix it

: pt sty 23, 2026 9:05 pm
autor: Madox A. Noriega
Uniósł jedną brew na to jej może być, nie była z porcelany, a jednak obudziła się w niej nagle jakaś księżniczka na ziarnku grochu, skoro twarda lodówka ją uwierała, a jeszcze jakiś czas temu nie przeszkadzały jej nawet wbijające się w poharatane plecy beczki...
Jakiś czas temu.
I może nawet by jej zapytał, czy ma jej przynieść poduszkę, ale ona już grzebała przy tych swoich guzikach, z czym Madox od razu zamierzał jej pomóc. Nie chciał jej zniszczyć tej koszuli, zważając na to, że ją lubiła, ale kiedyś by go to wcale nie obchodziło. Wypuścił jakoś ciężko powietrze z płuc, bo trochę się pozmieniało od tego kiedyś, ale zaraz podniósł na nią spojrzenie. Znowu jedna z jego brwi powędrowała ku górze.
- Zajebiście... poważnie? - powtórzył po niej. On chyba już nigdy nie spojrzy na tę koszulę poważnie, zawsze będzie mu się kojarzyła z tym, jak Stewart nie mogła poodpinać tych guzików, jak się z nimi męczyła. Albo z tą jej miną, którą mu posłała? Groźną? Dla niego wcale, aż się uśmiechnął delikatnie, a później przesunął palcem po tym jej srogim, pomarszczonym czole.
- Zmarszczki ci się zrobią cariño - na chwilę spojrzał w jej piękne, brązowe oczy, ale zaraz już odpinał kolejne guziki. Te maleńkie guziczki, z którymi też musiał się bawić, najgorsza koszula jaką mogła sobie wybrać. Na szczęście leżała już na lodówce, a jakby wpadła za, to może by jej w ogóle nie znaleźli, zerknął nawet na moment w dół, ale zaraz jednak jego ciemne tęczówki odszukały jej obłędne, i takie pijaniutkie oczy.
Kiedy przyciągnęła go do siebie, to przesunął palcami po jej udach, zaczepnie.
- Myślę, że i tak miałabyś się z czego spowiadać - tym razem to on spuścił wzrok na jej dłoń, która oparła się na jego ozdobnej klamrze od paska. Wcale nie musiałaby go dłużej namawiać, czy prowokować, żeby jednak zaraz zaczęli tu grzeszyć, tylko, że Madox miał taką jedną zasadę... od pijanych lasek trzymał się za daleka. Chociaż może biorąc pod uwagę fakt, że to jednak była jego laska?
- Każdego... - powiedział powoli pochylając się w jej kierunku, zawieszając wargi tuż przy tych jej, słodkich, pełnych ustach. A jednak kiedy czknęła, nawet tego nie kontrolując, to się odsunął.
Grzebał w apteczce słuchając jej, może miała rację? Na pewno miała, a jednak nie w takim stanie. Przesunął palcami z gazikiem po tej jej ranie, dociskając trochę mocniej w jednym miejscu, gdzie sączyła się jeszcze krew.
- A może ja potrzebuję? - spojrzał na nią - poza tym, co się tam dzisiaj stało? To jest krew Pilar, a ty nawet nie wiesz, jak to się stało - pokręcił głową i wrzucił gaziki do jakiegoś kosza, który stał obok. Jeszcze przez chwilę patrzył na jej twarz, kiedy odwróciła od niego spojrzenie, ale zaraz sięgał po te plastry.
Nabrał powietrze w płuca, bo może powinien iść za ciosem? Powiedzieć jej, że nie była sobą? Albo taką wersją siebie, o którą on nie potrafił się nie martwić? Przecież zawsze uważał, że ona sobie ze wszystkim da radę, że Maddie by rozłożyła na łopatki jakby chciała, nos złamała jednym dobrze wymierzonym ciosem. A dzisiaj nie umiała nawet sama ustać.
I gdzie ta waleczna Pilar, dla której on stracił głowę?
Tą słabą też kochał, całym sercem ją kochał, całą.
Jacy wszyscy?
Podniósł głowę, wzrok z tej rany przesunął znowu na jej twarz.
- Ja - i może to jej powinno wystarczyć? Bo przecież on był tutaj najważniejszy. W Emptiness.
- Martinez, Eliot, Maddie, ludzie z klubu, z komendy - teraz to on zmarszczył groźnie brwi i wbił w nią spojrzenie - przecież wszyscy widzą co się dzieje Pilar - na pewno widzieli, bo kiedyś chłopaki z ochrony uważali ją za twardą babkę, taką, z którą dla jakiegoś sportu można się nawet poprztykać, a teraz Madox tylko chodził za nimi i powtarzał zostaw - o co się martwią? - znowu pokręcił głową i nawet na moment odłożył te plastry, żeby na nią spojrzeć, żeby wbić w nią to intensywne spojrzenie, bo jak zamierzał być spokojny, to czuł teraz, że ten spokój, jakoś tak z niego spłynął. Na tą nie do końca czystą podłogę chyba.
Już otworzył usta, żeby jej to wyjaśnić, ale wtedy powiedziała to, że wszystko jest w porządku, wszystko jest okej
- Czyli co? Czyli tak już kurwa będzie zawsze? Że będziesz się upijała i szalała z jakimiś przypadkowymi laskami na parkiecie? - warknął, może trochę bardziej niż powinien, ale trochę się tego nazbierało I chyba on już miał dość tego kiwania głową i udawania, że jest dobrze, zamiatania tego pod dywan.
- Nie... - rzucił znowu ostro, że nie będzie kleił tych plastrów, ciężko wypuścił powietrze z płuc przez nos, że mogła to czuć na odkrytych ramionach. I nawet miał się odsunąć, żeby to zrobiła sama, ale jak zobaczył, że klei sobie palce, to zaraz sięgnął do niej.
- Daj mi to - i już odklejał ten plaster z jej palca, przylepił go jej... na czoło. Bo i tak już go pozwijała i zniszczyła. Następny za to, taki z jednorożcem, wylądował na jej brzuchu.
- Nie... podoba... mi... się to - wycedził przez zęby, ale na nią nie spojrzał, bo zaraz kleił następny plaster, a potem kolejny - Tobie to odpowiada Pilar? - tylko na moment uniósł na nią wzrok, bo zaraz naklejał kolejny kolorowy plasterek. Wykleił ich prawie całą paczkę, jeden koło drugiego, i kiedy w końcu skończyć, to te czarne już prawie oczy spoczęły na jej twarz.
- Nie jest w porządku, i nie jest okej - powiedział ręce opierając na jej udach, mocniej.

Pilar Stewart

rum ain't gonna fix it

: pt sty 23, 2026 10:54 pm
autor: Pilar Stewart
A mogło być tak miło.
Nawet bardzo miło, kiedy jeszcze odpinał jej koszulkę, kiedy guzik po guziku dotykał jej nagiej skóry i kiedy spoglądał na nią tymi pięknymi, wielkimi, ciemnymi oczami. I nawet wtedy gdy ona szarpnęła go za spodnie, gdy bezczelnie zaczepiła paznokieć o klamrę jego paska, a on przysunął się jeszcze bliżej, dosłownie na wyciągnięcie ust — wtedy też mogło być miło.
Tak bardzo za nim tęskniła. Za jego dotykiem, za tymi pełnymi ustami, które potrafiły kraść z jej płuc resztki powietrza, za bliskością i tym błyskiem w oku, z którym kiedyś spoglądał na nią prawie zawsze.
Miało być miło.
Ale zaraz wszystko się wyjebało.
Teraz nie było w jego oczach błysku. Była troska. Cała kurwa tona jebanej troski i żalu. Było mu jej ż a l. Użalał się nad nią, a ona nie mogła tego znieść. Jej ciało i umysł nie mogły tego przetrawić. Aż skręcało ją w środku na ten widok. Bo Pilar nienawidziła być słaba. Nigdy nie pokazywała swoich słabości i teraz też nie zamierzała.
Tylko czy chowanie się za alkoholem faktycznie tak wszystko przykrywało?
Chyba nie do końca, skoro on ciągle łaził za nią, obchodził się z nią jak z porcelanową laleczką i kazał swoim gorylom śledzić ją na każdym kroku. Kiedy mówił jej otwarcie, że przecież w s z y s c y się o nią martwią, nie tylko on.
Przewróciła oczami, gdy zaczął wymieniać tych wszystkich. Tak z pewnością ludzie z klubu i Maddie się o nią martwili. Maddie to nachętniej wyjebałaby ją za drzwi i już nigdy więcej na nią nie spojrzała, gdyby nie chodziło o Madoxa. W dupie by ją miała, gdyby nie on. Taką troskę to mogli sobie w dupę wsadzić. I nawet chciała mu to powiedzieć, tylko on wtedy wyskoczył z tym wszyscy widzą, co się dzieje, Pilar, a jej aż serce mocniej zabiło w piersi.
Ale co widzą?! — rozłożyła ręce, wbijając w niego swoje spojrzenie. — Co takiego widzą, Madox? — naciskała. Mówił wiecznie w trzeciej osobie, mówił za innych, a może w końcu zacząłby mówić za siebie? Bo Maddie akurat to pewnie jedyne, co mu mówiła, to żeby ją zostawił i dał sobie spokój. Przecież sama to nawet słyszała kilka razy. Poza tym nie była głupia. A może była. Bo może wszyscy widzieli, podczas gdy ona tak starannie próbowała udawać. Przecież wiedziała, że nie było okej. Czuła to pod skórą, a jednak oszukiwała samą siebie, że miała to wszystko pod kontrolą. Bo przecież musiała. Ona musiała mieć kontrolę. Bo gdyby jeszcze ją straciła, chyba naprawdę rozpadłaby się na kawałki.
Chociaż kiedy on nagle na nią ryknął, kiedy podniósł głos, wyrzucając w końcu coś, co ewidentnie siedziało mu na wątrobie, to na moment naprawdę to poczuła. Jakby coś straciła. Otworzyła szerzej oczy, słuchając go w milczeniu i naprawdę ciężko jej było się nie wtrącić. Szczególnie, że to co mówił trafiało do niej bardzo dokładnie pomimo upojenia alkoholowego, w jakim przecież wciąż trwała.
O co ci chodzi? Mówisz kurwa tak, jakbym piła od miesięcy — spojrzała na niego z wyrzutem. — To już nie mogę pójść sobie na impreze? Nagle ci przeszkadza alkohol? Tobie? Nawet taniec już nie jest okej?! — mówiła jak najęta, podczas gdy on kleił na niej te przeklęte plastry. Zaklejał ranę plasterek po plasterku, jak jakieś kurwa dziecko w przedszkolu, które bawiło się w lekarza i matka przyniosła mu do zabawy zestaw pierwszej pomocy. I chociaż finalnie udawało mu się trafiać w miejsca, gdzie ciągnęła się rana, Pilar wcale mu tego nie ułatwiała, bo jej brzuch jak i klatka piersiowa całe chodziły. W górę i w dół. Energicznie. Szybko. Za szybko.
Bo ona już czuła to doslownie wszędzie — w kościach, żyłach, nawet pod skórą — jak wszystko wymyka się jej spod kontroli. A najbardziej to czuła chyba, że traci jego. Kiedy tak warczał przez zęby, że mu się TO nie podobało. Tylko co to? Jej zachowanie? A może ona już przestała mu się podobać? Bo wolał ją w tej wersji bez żadnych problemów, bez jebanej traumy w głowie, z którą ona próbowała jakoś funkcjonować? Coś zakuło ją w klatce piersiowej.
Z pewnością nie odpowiadają mi twoje pretensje — rzuciła w odpowiedzi na jego pytanie. — I to, że się tu na mnie teraz kurwa wydzierasz, jakbym nie wiadomo co zrobiła, gdzie jedyne co próbuje zrobić to… zapomnieć. — …dobrze się bawić. Nie myśleć tyle, bo jak myślę, to mi, kurwa, źle — i źle było jej również w tamtym momencie. Jakby miała wystarczająco mało problemów, Madox nagle musiał stać się jednym z nich. Albo raczej odwrotnie. To ona było jego problemem. To przez nią zaniedbywał klub. To przez nią się martwił. Przez nią jego pracownicy byli na niego wkurwieni. A teraz i ona była na niego wkurwiona.
Jak ci sie to tak bardzo nie podoba, to co tu jeszcze robisz? — warknęła, wbijając spojrzenie w jego ciemne oczy. — Jak nie jest w porządku i nie jest okej?! Po prostu kruwa powiedz, że masz mnie już dość i miejmy to już z głowy — dodała, czując jak wielka gula rośnie jej w gardle, podczas gdy ciało zaczęło zalewać znowu to nieprzyjemne, znajome już uczucie strachu pomieszanego z gniewem.
Złapała jego nadgarstki, które opierały się jej udach i niezgrabnie spróbowała je z siebie strzepać. Chciała stąd zejść. Odsunąć się. Nabrać jakiegoś dystansu, bo nagle miałą wrażenie, że zaczyna się dusić. Tylko ani drgnął. Dopiero kiedy uderzyła w zgięcie łokci, popuścił, a Pilar mogła się wyślizgnąć. Podpierając się o lodówkę, przesunęła się w głąb zaplecza, a potem przeszła jeszcze kawałek.
Próbowała się uspokoić.
Na marne.
Na marne, bo kurwa jej głowa już działała na pełnych obrotach. Nakręcała się, dopowiadała i autentycznie wariowała. Do tego stopnia, że kiedy w końcu się do niego odwróciła, jej twarz mogła się wydać od razu jakaś bardziej trzeźwa i poważna.
Chyba powinna wrócić do siebie do mieszkania — rzuciła ostro. — Jeszcze dzisiaj zabiorę swoje rzeczy.

Madox A. Noriega

rum ain't gonna fix it

: pt sty 23, 2026 11:54 pm
autor: Madox A. Noriega
Dużo słów mu się cisnęło na usta - widzą, że się zmieniłaś? Widzą, że nie możesz tego przetrawić? Widzą, że coś jest nie tak? Zamknął na moment oczy myśląc nad tym, dwa szybkie uderzenia serca, zanim znowu na nią nie spojrzał.
- Widzą co robisz Pilar - jeszcze starał się to powiedzieć spokojnie, z tą całą troską, z tym zmartwieniem w głosie. Ale to rzeczywiście w nim narastało, bo w zasadzie... to przecież jego zawsze nie obchodzili wszyscy. Nigdy się tym nie przejmował, innymi. Ale teraz przejmował się ją. Tym, że sobie nie radziła z tym, co się stało.
I chociaż on przecież tak bardzo chciał jej jakoś pomóc, wszystko by oddał, żeby jej pomóc, to nie bardzo wiedział jak. Co się robi w takich sytuacjach?
Na pewno się tego tak nie zostawia.
No i tym razem już nie zamierzał tego tak zostawić. Powiedział o co mu chodziło, chyba dość dobitnie, tylko, że ona to zaraz zaczęła obracać przeciwko niemu. Aż te jego ciemne oczy zrobiły się jeszcze bardziej czarne, zacisnął mocno szczękę. Bo oczywiście, że nie piła od miesięcy, ale to nie był jednorazowy wybryk, tylko kolejny. Jemu nigdy nie przeszkadzał alkohol, on potrafił wypić drinka do śniadania, ale przecież...
- Pilar kurwa... przecież wiesz o co mi chodzi - warknął znowu - nie o to picie i o imprezy, możesz iść tam tańczy kurwa do rana, pić do rana, tylko... Tylko nie z takiego powodu z jakiego to robisz - aż jej te plastry jakoś źle poprzyklejał z tego wszystkiego, ale przynajmniej rany pozaklejał. Nie było już krwi. Przesunął palcami czule i miękko po jej brzuchu. Bo mógł się na nią wydzierać, ale przecież nie robił tego w złej wierze. Przecież on wciąż i zawsze był po jej stronie. Jakby teraz znowu miał za nią pójść, za Nickiem Daltonem, wiedząc, że wyląduje pod lodem i prawie umrze, to by poszedł, bez zastanowienia.
Z pewnością nie odpowiadają mi twoje pretensje, poderwał głowę do góry, żeby spojrzeć na nią z wyrzutem.
- To co? Ja już nie mam kurwa prawa się odezwać, mam ci na wszystko przytakiwać i patrzeć jak pakujesz się w kolejny gnój? Pojebało cię Pilar? - wydzierał się, znowu się na nią wydzierał. Serce biło mu szybko, dawno tak szybko nie pompowało krwi, bo przecież ono prawie stanęło, a teraz galopowało w tym dzikim rytmie. Już chciał jej powiedzieć, że przecież ostatnią rzeczą, którą on by chciał, to żeby było jej źle, bo taka jest prawda. Ale to co kurwa lepiej było jak piła? I on miał na to patrzeć, pozwolić, żeby to trwało miesiące, żeby dobrze się bawiła...
Jej kolejne słowa trafiły w niego bardziej niż ten plaskacz Beth, bo co, bo on się cały czas dla niej stara, wszystko dla niej rzuca, wszystko i wszystkich jej podporządkowuje, a ona mu tak łatwo wyrzuciła, że ma jej dość?
Jakby zupełnie nie wierzyła w niego i jego uczucia do niej.
- Nie wiem co... - mruknął i te czarne już prawie oczy zatrzymał na jej pięknych, brązowych, tak mu zawsze bliskich, a dzisiaj jakiś tak bardzo odległych. Nie chciał jej puścić, ale kiedy wbiła mu palce w dół łokciowy, to puścił, zabrał rękę, pozwolił jej się wyswobodzić. Przez moment patrzył w jej plecy. Nie no kurwa, przecież on doskonale wiedział co tutaj robił. I nigdy nie miałby jej dość. Całym sercem ją kochał, jak nikogo innego na świecie, a ona co? A ona wciąż tego nie rozumiała? Nawet po tym co zrobił?
Zrobił krok w jej kierunku i już chciał jej to wytłumaczyć, powiedzieć, że przecież mu na niej kurewsko zależy, tylko, że ona wtedy powiedziała o tym mieszkaniu.
- Nawet nie ma takiej opcji - znowu odezwał się dość ostro i już znowu stał obok niej, przy niej, tak, że unosząca się w przyspieszonym oddechu klatka piersiowa prawie dotykała tej jej - zostajesz u mnie - sięgnął do jej nadgarstka, żeby zacisnąć na nim palce - nie mam ciebie dość... - odezwał się już odrobinę spokojniej, chociaż wciąż jeszcze nie do końca, splótł jej palce ze swoimi - i nie zostawię cię, bo cię kurwa kocham, nie wiem czy to ci się podoba, czy już nie - spojrzał jej znowu w oczy, a tę jej dłoń, oparł sobie na karku, swoje obie ułożył na jej policzkach, nakierowując jej twarz prosto na swoją - i nie rozumiem w ogóle jak możesz we mnie wątpić i w to, że ja zawsze jestem po twojej stronie - powiedział powoli i oparł na moment skroń o jej czoło. Przymknął oczy nabierając mocno powietrze w płuca. Szorstkimi opuszkami przesunął po jej twarzy na szyję, oparł je na jej ramionach.
- Nie chcę, żeby było ci źle, ale tak też nie jest dobrze Pilar - no nie było, bo to nie było bawienie się dobrze, dobrze to oni się bawili w Medellin, na tym weselu, gdzie obrywali po dupach, a mimo wszystko stawiali czoła każdej przeciwności losu, razem. A teraz...
Teraz on też czuł, że ją traci. Tylko nie mógł jej stracić, nie pozwoliłby na to. Jeszcze przez moment patrzył w jej duże, błyszczące oczy, ale w końcu się odsunął. W końcu przesunął palcami po jej ramionach, zahaczając nimi o jej dłonie, ale ją puścił.
- Jeśli chcesz iść tańczyć, to ja poczekam. Będę na ciebie czekał ile trzeba - z jakiejś szafki wyciągnął nawet klubową koszulkę i jej ją podał. Już jej powiedział wystarczająco, i teraz tylko od niej zależało, co z tym zrobi. Bo przecież nie mógł za nią decydować, nie mógł jej zmuszać. Nie chciał. Bo oni przecież zawsze szli ramię, w ramię, dzieli wszystko na pół. I ten jej ból też dzielili, tylko każde z innego powodu. Ona przez to co się stało. A on przez to co się działo teraz.

Pilar Stewart

rum ain't gonna fix it

: sob sty 24, 2026 1:12 pm
autor: Pilar Stewart
Przecież wiesz o co mi chodzi.
Wiedziała. Podskórnie doskonale o tym wiedziała, a jednak świadomie wybrała trwać w tej chorej fazie wyparcia. Zapijać niewygodne myśli alkoholem i na siłę sprawić, żeby wszystko było okej. Bo przecież musiało być okej. U niej zawsze było. Zawsze Pilar była od rozwiązywania problemów, zawsze ta najbardziej stabilna psychicznie, ta, która niczego się nie bała i bez najmniejszego problemu łamała innym nosy jednym uderzeniem. Ta która wstawiała się za słabszych.
Tylko teraz to ona była ta słaba.
I to za nią trzeba było się wstawić.
A jej kurewsko to nie pasowało. Ostatnie czego chciała, to przyznać się do tego, że sobie nie radziła. Nawet nie przed nim, a przed samą sobą. Bo w tym wszystkim ona najbardziej kłamała i udawała właśnie we własnej głowie. Katowała się desperackim brakiem akceptacji do zaistniałej sytuacji, a jego krzyki wcale w tym wszystkim nie pomagały.
Już nie była spokojna — teraz wszystko w niej wrzało. Panika mieszała się ze złością, a klatka piersiowa falowała niebezpiecznie szybko. Zupełnie jak wtedy, kiedy po przebudzeniu musieli dać jej solidną dawkę środków uspokajających, żeby sprzętu do monitorowania rytmu serca nie wyjebało poza skalę.
I teraz też by go pewnie wyjebało. Bo stojąc przed nim, na tym zasranym zapleczu i słysząc te ciągle pretensje, czuła jak wszystko wymyka się jej spod kontroli. Jak napięcie w ciele narasta do tego stopnia, że i głowa traciła powoli jakiekolwiek hamulce. A gwoździem do trumny było to ostatnie pojebało cię, Pilar? Aż nabrała w płuca jeszcze więcej powietrza, czując, że zaraz się z niej uleje.
Żebyś wiedział, że mnie pojebało! — ryknęła równie mocno co on. Tak mocno, że on w końcu skończył nawijać. I dobrze. Bo ona wcale nie skończyła. — Pojebało mnie bo ktoś, komu kurwa ufałam, naćpał mnie pierdoloną tabletką gwałtu, Madox! — pierwszy raz powiedziała to na głos. Pierwszy raz te słowa opuściły jej usta. I chociaż wciąż nie była do końca trzeźwa, uderzyły kurewsko mocno. Aż się cofnęła jeszcze o krok do tyłu, jakby własne słowa ją odrzuciły. — Bo doskonale kurwa pamiętam, jak nie mogłam się ruszyć, jak słyszałam wszystko, co mówił, co ze mną zrobi, czułam, jak mnie… jak mnie dotykał, jak rozbierał, całował — cała aż drżała, chociaż wciąż dzielnie stała. Stałą i mówiła. Bo teraz kiedy zaczęłą, już tego nie kontrolowała. Była kompletnie nakręcona, ledwo łapiąc powietrze w płuca. — A potem jeszcze jak chciał władować kulkę w łeb jedynej osobie, którą kocham. Zabić kurwa. Na moich oczach. A ja nie mogłam nic z tym zrobić. Nie mogłam się ruszyć do chuja! — oczy zaszkliły się jej w ułamku sekundy. Na całej jej twarzy nale wylał się cały ten żal i ból, chociaż to wszystko co z niej wychodziło, to i tak było jakieś marne dwadzieścia procent z tego wszystkiego, co chowała w sobie. Patrzyła mu prosto w oczy, chociaż cały obraz powoli zaczął się zamazywać. — Leżałam tam jak jebane warzywo, prosząc kurwa los, żebym mogła umrzeć razem z tobą — nie chciała tego mówić na głos. Naprawdę nie chciała. Ale była w takim stanie, że nie potrafiła kontrolować słów, które po prostu wylatywały z jej ust. Za to mogła się zaraz odwrócić. Pociągnęła nosem i w całym tym amoku złości, przyjebała nogą w jedną z półek. Mocno. A zaraz potem jeszcze raz, aż worek limonek spadł na ziemię, a cystrusy rozsypały się po podłodze. — Więc tak, masz racje. Pojebało mnie. Pojebało mnie kurwa do tego stopnia, że jak tylko o tym wszystkim myślę, to…. zaczynam się dusić. Nie moge kurwa oddychać — tak jak teraz. Teraz też już nie potrafiła tego robić. Łapała powietrze płytkimi haustami, walcząc z całej siły z tym pieprzonym atakiem paniki, który znowu się w niej wzbierał. Nienawidziłą tego uczucia. Kurwa jak ona go nienawidziła. Tej chwili, kiedy ciało przejmowało nad nią kontrolę. Kiedy sama nie mogła nic zrobić. I może faktycznie by się rozpadła, lada moment na jego oczach. Kiedy powiedziała mu, że jeszcze dzisiaj się wyniesie, żeby nie musiał na to wszystko patrzeć.
Tylko on wcale jej nie zostawił.
Nie przytaknął, jak to ciągle robił w ostatnim czasie.
Zamiast tego od razu znalazł się przy niej. Stanął tak blisko, że czuła jego oddech na swojej twarzy. I chociaż ten jego również był przyśpieszony i tak nijak miał się do tego pędu, w jaki wpadła Pilar. Bo ona dosłownie nie mogła oddychać, chociaż kiedy był tak blisko, kiedy n a r z u c a ł jej swój rytm, było jakby trochę lepiej?
Starała się skupić na tym, co mówił. Jak zapewniał ją, że wcale jej nie zostawi, jak zaraz splótł ich palce ze sobą, jak powtórzył znowu, że ją kocha, ujmując jej twarz w swoje szorstkie dłonie… to wszystko pomagało. Pomagało jej się uziemić i chociaż w jakimś stopniu wrócić do tu i teraz. A kiedy przystawił skroń do jej czoła, na moment zamknęła oczy. Wtuliła się w jego dłonie, skupiła na cieple jego ciała. I znowu ją ratował. Tym razem od własnej głowy.
Może faktycznie była bezbronna i krucha?
Może zgubiła się w tym wszystkim do tego stopnia, że już nie było odwrotu?
A jednak on wciąż był przy niej. Kochał ją. I ona też go kochała. Kurwa, jak bardzo go kochała. Całą sobą. Tak bardzo, że kiedy w końcu się od niej odsunął, kiedy wykonał te kilka kroków w tył, Pilar aż minimalnie się skuliła.
Nie chce iść tańczyć — rzuciła w końcu cicho. Nic już nie chciała robić bez niego. Bo to wszystko nie miało sensu. Chociaż wciąż nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy po tym wszystkim, co powiedziała. Po tym jak pokazała mu, jaka słaba była.
Dlatego wodziła wzrokiem po podłodze. Nawet koszulkę odebrała od niego jakoś koślawie i zarzuciła niezdarnie na siebie. A potem jej wzrok spoczął na tych wszystkich rozsypanych limonkach.
Posprzątam to — mruknęła głupio i przy okazji pociągnęła nosem. Przeczesała jeszcze włosy, zaciągając je za uszy, a już po chwili schylała się po jedną z limonek. Chociaż schylała to za duże słowo, bo tak naprawdę ona przyklapła na podłodze i dopiero wtedy sięgnęła po cytrusa. Jednego na razie, bo reszta była za daleko.

Madox A. Noriega

rum ain't gonna fix it

: sob sty 24, 2026 2:30 pm
autor: Madox A. Noriega
Żebyś wiedział, że mnie pojebało, chociaż brzmiało to źle, to czekał na to jedno zdanie. Na to aż ona wreszcie przestanie zaprzeczać, chować wszystko za tym jest dobrze, i się przyzna, że nie jest. Bo przecież nie było.
I chociaż w tym szpitalu, na tej ich pierwszej pojebanej randce, odsuwali od siebie te myśli o tym, co się wydarzyło, i chociaż on jej wtedy pozwolił. Właściwie pozwalał do tej pory, przytakując tylko, to czekał na to, żeby w końcu mu powiedziała prawdę. Przyznała się, co jest nie tak...
A z każdym kolejnym zdaniem, które opuszczało jej pełne wargi okazywało się, że dużo. Kurewsko dużo. Te wszystkie słowa trafiały do niego równie boleśnie, zacisnął dłoń w pięść. Bo znowu żałował, że jej przed tym nie uchronił, że nie pojechał do Daltona od razu, kiedy znaleźli te zdjęcia. Ale przecież... czasu już nie cofną, stało się. Teraz trzeba było tylko to jakoś przetrawić. Chociaż wiedział, że to nie będzie łatwe, jego to ruszało, to, że Dalton jej dotykał, że chciał... Nie mógł myśleć o tym, co on chciał zrobić, bo wtedy żałował, że go po prostu nie zatłukł. Mógł na tym jebanym lodzie strzelić mu w głowę, tak jak Nick chciał przecież jemu, w tym motelu. A on wycelował w udo. I to też zrobił trochę dla niej, żeby później nie musiała patrzeć w oczy mordercy. Madox nie był mordercą.
Ale żałował, naprawdę żałował, że nie rozwalił mu łba wtedy w tym motelu. Mało brakowało.
Chciał coś powiedzieć, od razu chciał jej powiedzieć, że to nie jest jej wina, że te prochy tak działają, nie mogła nic z tym zrobić. Bo była ofiarą kurwa psychopaty. Jebanego zwyrodnialca, który to wszystko zaplanował. Który dzień wcześniej udawał jej przyjaciela, a w głowie już miał ten cały pojebany plan. Ale nie chciał jej przerywać, nie w momencie, kiedy ona po raz pierwszy wyrzucała z siebie to wszystko.
Wodził za nią spojrzeniem, kiedy kopała w półkę, kiedy się miotała, odwracała od niego, chociaż serce rwało się w piersi jak szalone, do niej. Chociaż chciał być obok niej. Bo przecież nie miał zamiaru odejść, nie miał zamiaru pozwolić na to, żeby ona z tym wszystkim została sama. Nie była sama. Od tego pierwszego pierdolonego smsa, którego mu napisała, to nie była sama. Bo on cały czas był z nią. Cały czas o niej myślał, i wszystko co zrobił tamtego wieczorku, robił tylko dla niej.
I teraz też już znowu stał przy niej, blisko, tak, że czuł to przyspieszone bicie jej serca, czuł ten galopujący oddech na twarzy, to wzrastające w niej uczucie, które starał się stłumić opierając dłonie na jej policzkach, lekko. Opierając skroń o jej czoło. Pokazując, że był obok, dla niej. I starał się ją zrozumieć. Do tego stopnia, że gotowy był znowu pozwolić jej iść na parkiet.
Ale nie chciała, patrzył na nią ale nie nachalnie, po prostu ciemne tęczówki zatrzymały się na jej twarzy, jakby tylko czekał, na to, kiedy ona to odwzajemni, kiedy podniesie na niego spojrzenie.
- A co chcesz Pilar? Chcesz tu zostać? Chcesz stąd jechać? - zapytał łagodnie. Pozostawiając jej decyzję. Bo przecież teraz już mogła za siebie decydować, mogła robić co chciała, a on nie mógł jej zabraniać, nie mógł jej kazać, mógł tylko... być z nią.
Więc kiedy powiedziała, że to posprząta, to wziął z półki jakiś koszyk na owce i przykucnął z nim obok niej. Wrzucił do niego jedną limonkę.
- Ja... wiem, że... - zaczął, chociaż tak naprawdę nie wiedział, zupełnie nie wiedział, jak ma jej to powiedzieć, usiadł obok niej na podłodze. Sięgnął ręką do jej kolana. Chciał jej powiedzieć, że to już jest przeszłość, to się stało, już tego nie zmienią, nie cofną, nie naprawią. Ale teraz mogli tylko być tu, teraz, patrzeć w przyszłość. Tylko, że on przecież wiedział, że łatwo jest to powiedzieć. Bo zapomnieć nie jest wcale takie proste. Zwłaszcza, że Pilar zawsze była silna, zawsze decydowała za siebie, a wtedy co? Wtedy leżała tam jak jebane warzywo, prosząc kurwa los, żebym mogła umrzeć razem z nim.
- A może pójdziemy coś zjeść? Albo może coś zamówimy? - zapytał nagle i sięgnął po kolejną limonkę - albo weźmiemy te limonki i zrobimy limonada de coco? Co myślisz? - nie chciał jej ciągnąć za język, nie chciał, żeby do tego wracała, i tak już powiedzieli dużo. Po prostu chciał dać jej wybór, bo przecież teraz go miała. Przecież już mogła o wszystkim decydować. O sobie przede wszystkim, czy będzie się tym dalej dołować, dalej to zapijać, czy jednak postara się z tym inaczej walczyć.
Kurwa. No przecież ona umiała walczyć, jednym dobrym ciosem złamać nos.
- Jak chcesz, to możemy iść też potańczyć, ale dzisiaj jest chujowy DJ - znowu na nią spojrzał, wrzucając do koszyka już ostatniego cytrusa - co tylko chcesz Pilar - wstał z ziemi i wyciągnął do niej rękę. Cały czas ją do niej wyciągał, bo chciał jej pomóc się z tym zmierzyć, tylko, nie za bardzo wiedział jak.
Chociaż wiedział już jedno, wiedział, że to ją tak gryzło, to, że nie mogła wtedy nic zrobić, doprowadzało do szału.
Teraz mogła. Mogła robić, co chciała.

Pilar Stewart

rum ain't gonna fix it

: sob sty 24, 2026 3:34 pm
autor: Pilar Stewart
Ciężko było się przed nim otworzyć. Powiedzieć te wszystkie słowa. Chociaż z pewnością i tak było to łatwiej zrobić po alkoholu, który wystarczająco rozwiązywał język, niż jakby miała to zrobić na trzeźwo, patrząc mu prosto w oczy.
Wiedziała, że kochał ją za to, jaka była silna. Przecież nie raz jej o tym mówił. I ona już zawsze chciała taka być w jego oczach. Nie chciała, żeby widział w niej słabe ogniwo. Kogoś, komu wiecznie trzeba pomagać. Kogoś, kto potrafił sobie sam poradzić.
No tylko na ten moment ona chyba naprawdę nie potrafiła. Nie potrafiła uporządkować w głowie myśli, które odbijały się energicznym echem w jej głowie. Które raz po raz zaczynały docierać do ośrodka jej świadomości, siejąc absolutne spustoszenie. I gdyby nie on, gdyby nie Madox, sama nie wiedziała, gdzie by właśnie była.
Bo pomimo tego, że ona sukcesywnie odpychała go od siebie przez te ostatnie dni, on wciąż był. Znosił jej milczenie z rana, tak bardzo przecież do niej niepodobne, bo akurat Stewart zawsze miała dużo do powiedzenia, a potem znosił jej pijaństwo, które było chyba jeszcze gorsze od ciszy. Kładł ją do łóżka i przykrywał szczelnie kołdrą. W nocy głaskał ją po głowie, kiedy budziłą się kompletnie przepocona i nie mogła oddychać. Robił to wszystko ze stoickim spokojem. Aż do dzisiaj. Bo dzisiaj wyjebało to całe szambo. I nawet wtedy — kiedy ona tak ewidentnie go od siebie odepchnęłą z tej całej niemocy — on wciąż stał przy niej. Koił, uspokajał, przyjmował na klate słowne ciosy, a po tym wszystkim jeszcze usiadł koło niej i zaczął zbierać pierdolone limonki, które ona wysypała w przypływie braku kontroli.
Nie ciągnął dalej tematu, za co była mu wdzięczna. Bo prawda była taka, że nie było nic, co mógłby jej powiedzieć. To nie twoja wina, Pilar? Przecież dobrze wiedziała, że to jej wina. Jej głupoty i naiwnej wiatry w Daltona, że przecież na pewno dało sie to jeszcze jakoś wyjaśnić. Nie przejmuj się, Pilar? Oczywiście, że będzie się przejmować, bo to nie była rzecz, którą można było zapomnieć z dnia na dzień. Zachował się najlepiej, jak tylko mógł — po prostu był. I to szczerze było lepsze niż najpiękniejsze słowa, jakie mogły opuścić jego usta. Ten właśnie drobny gest w postaci przyklapnięcia z nią na podłodze i pozbierania limonek znaczył dla niej więcej niż wszystkie nie przejmuj sie i będzie dobrze razem wzięte.
Przyglądała się uważnie, jak ładował cytrusa do pudełka i dopiero jego seria pytań sprawiła, że podniosła na niego spojrzenie. Że zawiesiła je na tych obłędnie pięknych czekoladowych oczach.
Co chcesz, Pilar?
Nie wiem — mruknęła z początku. Myślała, że wie. Myślała, że chciała się bawić i upić do nieprzytomności kolejny wieczór już z rzędu, ale teraz? Teraz już wcale nie była tego taka pewna. — Chcę stąd jechać — wybrała w końcu jedną z opcji, które przed nią postawił. Nic tu po nich. I tak już pół klubu patrzyło na nich podejrzliwie po tych wszystkich scenach, które miały miejsce w loży i przy barze. Chociaż zaraz po chwili on już nawijał o robieniu lemoniady i to też zabrzmiało jakoś tak… dobrze. — Limonada de coco? — powtórzyła zaraz po nim, przyglądając mu się wciąż lekko smutnymi oczami. Wyglądała trochę jak zbity pies, który w dodatku ściskał w ręce limonkę i sam nie wiedział, co właściwie chciał zrobić ze swoim czasem. Daj jej tak wiele wyboru — zjedzenie czegoś, zamówienie… przecież ona wiecznie była głodna. — A co zjeść? — dopytała ewidentnie zainteresowana. Dopiero kiedy pomyślała przez dłuższą chwilę o jedzeniu uświadomiła sobie, że ona przecież prawie nic dzisiaj nie zjadła. Jedynie dwie kanapki, które Madox zostawił jej rano na talerzu z dżemem i masłem orzechowym. Poza tym jedno, wielkie nic. — Na przykład jakiegoś wielkiego burderga z frytkami? — oczy się jej lekko zaświeciły, a brzuch wydał z siebie jednoznaczny dźwięk oznajmiający, że zdecydowanie zgadzał się z tym pomysłem.
Sięgnęła po kolejną limonkę, tylko była ona pod jednym z regałów i Pilar musiała się prawie położyć, żeby ją dosięgnąć. Zrobiła to jednak leżąc na boku, bo resztkami świadomości pamiętała o wielkiej ranie na brzuchu. Jeszcze tego by teraz brakowało, żeby znowu zaczęła się jej z tego sączyć krew.
Stęknęła głośno, wciskając łapę pod półkę i wraz z zielonym cytrusem wyciągnęła również wielki kłębek kurzu, który zaplątał się jej w palce. Dobrze, że na co dzień nie bała się gryzoni, bo wyglądało to co najmniej jak jakiś szczur.
Jednak nie wiem, czy chce tą lemoniadę — mruknęła, próbując wyplątać palce z tego wielkiego kłaka. Może powinni zostawić sobie te limonki na tego jednego drinka, którego serwowali specjalnym gościom, jak wtedy Arthurowi. — Powinieneś rozdać tym twoim gorylom po miotle i niech tu ogarną. W końcu by się na coś przydali — niewielka złośliwość, fuknięta pod nosem, bo chociaż Stewart była już nieco bardziej spokojna, wciąż miała do nich żal za to nadmierne obchodzenie się z nią jak z dzieckiem. Poza tym, Noriega sam powiedział, że nie lubili się ze wzajemnością.
Wkurwiał ją już tej kłak. Aż machnęłą ręką energicznie w powietrzu i chociaż z dłoni faktycznie się go pozbyła, teraz on wylądował na jej… włosach. Podniosła spojrzenie na Noriegę, kiedy spytał, czy chciała iść potańczyć.
Nie chce tańczyć — westchnęła głośno i tym razem złapała jego dłoń. Po raz pierwszy tego wieczoru, chociaż on wyciągał ją już do niej niezliczoną ilość razy. Jak wszystko co robił, dla niej. Niezależnie od tego, jak bardzo ona nie odpierdała, on stał obok, z tą wyciągnęła, wytatuowaną ręką. Był. Czekał. Gotowy dać jej to, czego chciała.
Co tylko chcesz, Pilar.
I kiedy ona w końcu podniosła się do pionu, kiedy stanęła blisko i zajrzała mu głęboko w oczy, w te oczy pełne miłości i troski, to tak naprawdę chciała już tylko jednego.
Ciebie — wyrzuciła w końcu z siebie, a wolną dłoń — dokładniej palec wskazujący — wbija w jego klatkę piersiową. Przysunęła się, podnosząc nieznacznie na palcach, by znaleźć się bliżej jego twarzy. By znowu móc poczuć na zaróżowionych policzkach jego ciepły oddech. — Ciebie i burgera. Naraz — oto były jej pragnienia i skryte żądania.

Madox A. Noriega

rum ain't gonna fix it

: sob sty 24, 2026 4:53 pm
autor: Madox A. Noriega
Kiedy stwierdziła, że nie wie co chce, to też nie nalegał, nawet na nią nie spojrzał, dając jej przestrzeń do zastanowienia, chwilę, żeby jednak się zdecydowała. Sama.
Mogli tu zostać, i tak już wszyscy w klubie wiedzieli, że on siedzi tu z nią na zapleczu, cała obsługa, bo przecież jeszcze po drodze zabronił, żeby ktokolwiek tu wchodził, no i kazał im radzić sobie samym. Coraz lepiej sobie radzili, a Maddie była świetna. Zrzędziła i truła mu dupę, ale przy tym pomagała jak nikt inny. Bo przecież to zawsze Madox pilnował tych imprez tematycznych, a dzisiaj go tam nawet na chwilę nie było. Dzisiaj Emptiness żyło swoim życiem.
I to wcale nie miało się zmienić, bo kiedy Pilar powiedziała, że chce stąd jechać, to pokiwał głową. Nic tu po nich.
- To taka lemoniada z limonki i z kokosa, do tego lód i mleko skondensowane, zajebista, nic lepszego nie piłaś - od razu jej wytłumaczył, chociaż jeszcze można by się sprzeczać, czy jednak medelliński rum nie był lepszy. Jego ciemne tęczówki zatrzymały się na jej pięknych, smutnych oczach. Wyciągnął rękę, po limonkę, którą ściskała, z którą nie wiedziała co ma zrobić. No ale jak to co? Lemoniadę.
- A co chcesz? Bo ja nie wiem - też powiedział od razu. Chociaż prawda jest taka, że on zjadłby cokolwiek, bo dzisiaj też zdążył tylko kupić jakąś kanapkę, kiedy jechał do tego mechanika, a i tak zjadł pół, bo drugie pół zostawił w swoim aucie. Pokiwał głową na tego burgera z frytkami i też aż zaburczało mu w brzuchu.
- Brzmi zajebiście, z tej knajpy koło domu? - była tam taka, gdzie Madox to już pewnie miał jakieś zniżki dla stałych klientów, bo on przecież wiecznie tylko stołował się na mieście, no albo kanapki, ale na samych kanapkach by nie wyżył.
Wpatrywał się w nią, kiedy sięgała po tą limonkę pod regałem i nawet przez chwilę chciał jej powiedzieć, że jej pomoże, że zrobi to za nią, ale przecież była dużą dziewczynką, i nawet zgrabnie jej to wyszło, żeby nie uszkodzić tych plasterków, której on tak misternie jej naklejał na brzuchu. A gdy wraz z owocem wyciągnęła ten kłąb kurzu, to parsknął, krótko, ale nie mógł się powstrzymać. Chociaż, przecież nastrój wcale nie był... zabawowy.
- Wygląda jakby coś tam zdechło - szczur właśnie, albo mysz - chyba kupię nam do domu nowe - stwierdził i nawet sięgnął do niej, żeby jej z tym pomóc, ale ona wtedy powiedziała o tych jego ochroniarzach i Madox przechylił na bok głowę. Znowu się uśmiechnął, trochę blado, ale jednak.
- A widziałaś łapę Grigoria, przecież by jej tam nie wcisnął - stwierdził. Chociaż sam fakt posprzątania tu może nie był taki zły. Ale znając życie, to by pewnie to zrobili powierzchownie. Może on się powinien za to wziąć?
Z tych myśli wyrwał go dopiero ten kłak, który wylądował na jej pięknych, ciemnych włosach kudłach, znowu parsknął, ale w końcu sięgnął do niej, żeby go zdjąć, tylko teraz jemu się przykleił do palców, machnął ręką, ale to nic nie dało.
- Kurwa... - rzucił, a w końcu wytarł go o spodnie, gdzieś z tyłu, odkleił się, to najważniejsze, chociaż mógł mu teraz wisieć gdzieś przy tyłku. Zebrał się z ziemi, poprawiając i wyciągnął do niej rękę. Tylko, że tym razem już ją złapała. Pociągnął ją do góry.
- No i dobrze, może kiedyś przyjdziemy na salsę? - on też wcale nie chciał tego tańczyć, jakieś hity disco, zupełnie nie jego klimat. Chociaż parkiet był pełny, Maddie miała rację, co do tych wieczorów tematycznych, że zawsze znajdą się jacyś amatorzy. Zwłaszcza, że Emptiness było ostatnio naprawdę popularne. I to nie tylko zła sława. Po prostu plasowało się w czołówce najlepszych klubów w Toronto. Co wieczór było dużo ludzi, nawet na tygodniu. Ale to lepiej bo wtedy te półświatkowe rzeczy po prostu ginęły w tłumie.
A Madox teraz ginął znowu w tym jej przenikliwym spojrzeniu, w jej pięknych, czekoladowych oczach, które znowu były mu bliskie. Cały czas były, nieważne jak bardzo by go od siebie odpychała. Przyciągnął ja mocniej do siebie obejmując w pasie. Znowu się delikatnie uśmiechnął.
- To jedno już masz, a drugie trzeba zamówić - kiedy znalazła się tak blisko niego, że czuł na ustach jej ciepły oddech, to pochylił się bliżej, żeby te jej pełne, gorące wargi musnąć swoimi, krótko, czule. Ale zaraz się odsunął i sięgnął do kieszeni, wyjął telefon. Znowu odrzucił jakiś nietutejszy numer, który dobijał się już do niego kilka razy. Dał jej swój telefon, odblokował go kciukiem.
- Zadzwonisz? Tam jest zapisane burgery chata, czy coś takiego. Dla mnie jakiś na ostro, podwójny... - znowu się do niej pochylił opierając szorstki policzek o jej czoło i przesunął palcem po wyświetlaczu telefonu, żeby jej znaleźć odpowiedni numer - a ja powiem tylko Maddie, że idziemy. Gdzie masz kurtkę? - kiedy mu powiedziała, to on jeszcze raz przytulił ją do siebie, a zaraz wyszedł z zaplecza. Bo rzeczywiście powinni powiedzieć, że się zbierają, biorąc pod uwagę fakt, że kiedy tylko wyszedł to barmanki już zaczęły, że brakuje im jakiegoś syropu, który jest na zapleczu, i jak one mają pracować. Madox chciał zabrać swoje rzeczy i te Pilar i zniknąć zanim Maddie go złapie, miał tylko wspomnieć o tym chłopakom i za barem. Ale się nie udało, bo ona od razu go wypatrzyła i już zaczęła coś tam, że się do niego dobijają z Meksyku.
A Meksyku? Dziwne.
Obiecał, że oddzwoni i znowu ruszył na zaplecze, zbywając Maddie. Stanął tylko, żeby pomóc Stewart założyć kurtkę, on tą swoją zakładał w biegu, ciągnąc ją przy okazji do tylnego wyjścia, tego przez zaplecze, żeby Maddie ich nie złapała.

Pilar Stewart