rum ain't gonna fix it
: pt sty 23, 2026 5:04 pm
Może faktycznie im odjebało. Obojgu. Jej po panoszyła się tutaj, jakby była u siebie, kompletnie nie przejmując się konsekwencjami i zalewając alkoholem swoje problemy, z którymi nie miała siły stawić czoła, a jego zaś, bo jej na to pozwalał. Bo kurwa wszystkich ustawiał pod nią, jakby była z porcelany. Jakby klub, goście i cały półświatek zszedł na drugi plan. I zamiast na nią ryknąć, sprawić, że się w końcu ogarnie, to on dawał jej przyzwolenie. Był spokojny. Przyjmował każdy mniej lub bardziej werbalny cios na klatę, a ona to wykorzystywała. I pozwalała sobie na jeszcze więcej.
Tak jak i teraz, kiedy przeszła sama na zaplecze. Zaplecze personelu. Przecież nie była pracownikiem. Nie powinna się tu pałętać. Była jedynie tajną dziewczyną szefa, w dodatku taką sprutą dużą ilością rumu. A jednak tu była. Już przeglądała różne szafki, żeby znaleźć jakiś alkohol, rum najlepiej, którego mogłaby się napić.
Nie chciała trzeźwieć. Tak bardzo kurwa nie chciała trzeźwieć. Bała się, że z chwilą, w której jej głowa zacznie wracać do progu świadomości, te jebane ataki paniki znowu wrócą. Nie chciała, żeby wracały. Nienawidziła tego uczucia. Momentu, w którym jej ciało zalewało palące ciepło, kiedy serce panikowało, ręce zaczynały się trząść, a głowa wymagała na niej ucieczki. Takie uczucie, jakby zaraz miała umrzeć. Odcinało ją. Ale całe szczęście nie przy rumie z Medellin. Był jak lekarstwo. Na głowę i duszę.
Tylko Pilar za nic nie mogła go znaleźć. Wydawało się jej, że był w skrzynce na półce, ale za nic nie mogła jej sięgnąć. Strąciła tyłkiem jakieś orzeszki i paluszki, ale dalej nie mogła sięgnąć skrzynki, nawet kiedy wspinała się na palcach. A w pewnym momencie to wspięła się tak wysoko, że zaraz się zachwiała i znowu wywaliłąby się na tyłek, gdyby nie Noriega, który nagle pojawił się za jej plecami i ją przytrzymał.
Spojrzała na niego przelotnie, kompletnie ignorując pytanie o powrót do domu.
— Nie mogę sięgnąć — rzuciła oburzona i wydymała usta, dłonią wskazując na skrzynkę z rumem. — Nawet na paluszkach nie sięgam — a przecież na palcach miałą dobre metr siedemdziesiąt cztery, a to wcale nie było mało! Temu musiała się pożalić. Tylko co z tego, jak on i tak jej pewnie nie pomoże? Czemu miałby jej pomóc, kiedy ona przed chwilą zrobiła mu w klubie kolejną szopkę, a przynajmniej przyczyniła się do niej, bratając się ze świętą Beth, która okazała się jebaną psychopatką. I Pilar już miała mu zamiar o tym powiedzieć, ale wtedy on podszedł jeszcze bliżej i zacisnął palce na jej koszulce. Jego ciepły oddech w ułamku sekundy dał o sobie znać na jej policzku.
— Ale mi nic nie jest — jęknęła, bo wcale nie czuła potrzeby, żeby opatrywać jej ranę. Wystarczyło dać jej trochę rumu i z pewnością byłoby wszystko super! Tylko mina Madoxa jasno świadczyła, że nie miał zamiaru z nią więcej dyskutować. A ona chyba też nie miała siły się z nim sprzeczać. — Okej, ale tam — wskazała dłonią na drugą stronę zaplecza, gdzie znajdowała się wielka, wolnostojąca zamrażarka, na której kiedyś już siedzieli, gdy Marco wylegiwał się na podłodze. — Jakoś ciężko mi się stoi — znowu się zachwiała, tylko tym razem nie była nawet bliska wywrócenia się, bo on już trzymał ją mocno, asekurował ją. I patrzył na nią tymi swoimi pięknymi, ciemnymi oczami, których nie dało się nie kochać. — Tam, proszeee — mruknęła pod raz ostatni, a potem kompletnie bez ostrzeżenia, zarzuciła mu dłonie wokół szyi i… się na nim zawiesiła. Jak jakaś kurwa małpka w zoo na drzewie. Nogi też finalnie uniosła, oplatając niezdarnie wokół jego bioder. I ani jej się śniło puszczać, dopóki jej tam nie zaniósł. I w sumie dobrze, że zaniósł, bo już po chwili by pewnie straciła siłę w rękach i puściła, lecąc z gruchotem na ziemię.
Kiedy już klapnęła na górze lodówy, rozluźniła uścisk i przeniosła dłonie na ubabraną, beżową koszulkę, by zaraz zabrać się za guziczki. A dokładniej to guzik, bo z tym jednym jebała się tak długo, nie potrafiąc go odpiąć, że Noriega musiał wziąć sprawę w swoje ręce, bo inaczej siedzieliby tu do rana. Podniosła na niego spojrzenie.
— Chyba jednak ty musisz mnie rozebrać — wzruszyła ramionami, bo akurat co do tego nie miała żadnych przeciwwskazań. Ba, nawet od razu zrobiło sie jej cieplej, kiedy jego dłonie znowu wylądowały tak przyjemnie blisko jej ciała, kiedy szorstkie opuszki muskały jej nagą skórę.
Chociaż kiedy wspomniał o blondynce, twarz Pilar z rozmarzonej w moment spoważniała. Chuj, ze on pytał o jej ranę. To nie było ważne, bo teraz jedyne o czym ona myślała, to że jebnięta Beth uderzyła Madoxa.
— Maldito idiota — Pieprzona idiotka, pokręciła głową, a zaraz potem wbiła spojrzenie w jego twarz. Dokładnie w miejsce, w które uderzyła, gdzie on przecież miał jeszcze założone szwy po tym, jak uratował ją przed Daltonem. Uniosła dłoń do jego policzka i delikatnie pogładziła kciukiem. — Quería golpearla por haberte golpeado — Chciałam ją zatłuc za to, że cię uderzyła. Bo naprawdę chciała. I pewnie by to zrobiła, gdyby nie Grigori. Gdyby nie osadził na ramieniu Pilar swojej wielkiej, ruskiej łapy i jej nie powstrzymał.
— Nie lubię tych twoich goryli — dodała po chwili, znowu kwasząc się na twarzy. To ile razy oni jej dzisiaj zaszli za skórę i w ogóle w ciągu ostatniego tygodnia, to przecież nie dało się zliczyć. Wpieprzali się tam, gdzie nikt ich nie chciał, nie mówiąc nawet o tym, że psuli całą zabawę!
Madox A. Noriega
Tak jak i teraz, kiedy przeszła sama na zaplecze. Zaplecze personelu. Przecież nie była pracownikiem. Nie powinna się tu pałętać. Była jedynie tajną dziewczyną szefa, w dodatku taką sprutą dużą ilością rumu. A jednak tu była. Już przeglądała różne szafki, żeby znaleźć jakiś alkohol, rum najlepiej, którego mogłaby się napić.
Nie chciała trzeźwieć. Tak bardzo kurwa nie chciała trzeźwieć. Bała się, że z chwilą, w której jej głowa zacznie wracać do progu świadomości, te jebane ataki paniki znowu wrócą. Nie chciała, żeby wracały. Nienawidziła tego uczucia. Momentu, w którym jej ciało zalewało palące ciepło, kiedy serce panikowało, ręce zaczynały się trząść, a głowa wymagała na niej ucieczki. Takie uczucie, jakby zaraz miała umrzeć. Odcinało ją. Ale całe szczęście nie przy rumie z Medellin. Był jak lekarstwo. Na głowę i duszę.
Tylko Pilar za nic nie mogła go znaleźć. Wydawało się jej, że był w skrzynce na półce, ale za nic nie mogła jej sięgnąć. Strąciła tyłkiem jakieś orzeszki i paluszki, ale dalej nie mogła sięgnąć skrzynki, nawet kiedy wspinała się na palcach. A w pewnym momencie to wspięła się tak wysoko, że zaraz się zachwiała i znowu wywaliłąby się na tyłek, gdyby nie Noriega, który nagle pojawił się za jej plecami i ją przytrzymał.
Spojrzała na niego przelotnie, kompletnie ignorując pytanie o powrót do domu.
— Nie mogę sięgnąć — rzuciła oburzona i wydymała usta, dłonią wskazując na skrzynkę z rumem. — Nawet na paluszkach nie sięgam — a przecież na palcach miałą dobre metr siedemdziesiąt cztery, a to wcale nie było mało! Temu musiała się pożalić. Tylko co z tego, jak on i tak jej pewnie nie pomoże? Czemu miałby jej pomóc, kiedy ona przed chwilą zrobiła mu w klubie kolejną szopkę, a przynajmniej przyczyniła się do niej, bratając się ze świętą Beth, która okazała się jebaną psychopatką. I Pilar już miała mu zamiar o tym powiedzieć, ale wtedy on podszedł jeszcze bliżej i zacisnął palce na jej koszulce. Jego ciepły oddech w ułamku sekundy dał o sobie znać na jej policzku.
— Ale mi nic nie jest — jęknęła, bo wcale nie czuła potrzeby, żeby opatrywać jej ranę. Wystarczyło dać jej trochę rumu i z pewnością byłoby wszystko super! Tylko mina Madoxa jasno świadczyła, że nie miał zamiaru z nią więcej dyskutować. A ona chyba też nie miała siły się z nim sprzeczać. — Okej, ale tam — wskazała dłonią na drugą stronę zaplecza, gdzie znajdowała się wielka, wolnostojąca zamrażarka, na której kiedyś już siedzieli, gdy Marco wylegiwał się na podłodze. — Jakoś ciężko mi się stoi — znowu się zachwiała, tylko tym razem nie była nawet bliska wywrócenia się, bo on już trzymał ją mocno, asekurował ją. I patrzył na nią tymi swoimi pięknymi, ciemnymi oczami, których nie dało się nie kochać. — Tam, proszeee — mruknęła pod raz ostatni, a potem kompletnie bez ostrzeżenia, zarzuciła mu dłonie wokół szyi i… się na nim zawiesiła. Jak jakaś kurwa małpka w zoo na drzewie. Nogi też finalnie uniosła, oplatając niezdarnie wokół jego bioder. I ani jej się śniło puszczać, dopóki jej tam nie zaniósł. I w sumie dobrze, że zaniósł, bo już po chwili by pewnie straciła siłę w rękach i puściła, lecąc z gruchotem na ziemię.
Kiedy już klapnęła na górze lodówy, rozluźniła uścisk i przeniosła dłonie na ubabraną, beżową koszulkę, by zaraz zabrać się za guziczki. A dokładniej to guzik, bo z tym jednym jebała się tak długo, nie potrafiąc go odpiąć, że Noriega musiał wziąć sprawę w swoje ręce, bo inaczej siedzieliby tu do rana. Podniosła na niego spojrzenie.
— Chyba jednak ty musisz mnie rozebrać — wzruszyła ramionami, bo akurat co do tego nie miała żadnych przeciwwskazań. Ba, nawet od razu zrobiło sie jej cieplej, kiedy jego dłonie znowu wylądowały tak przyjemnie blisko jej ciała, kiedy szorstkie opuszki muskały jej nagą skórę.
Chociaż kiedy wspomniał o blondynce, twarz Pilar z rozmarzonej w moment spoważniała. Chuj, ze on pytał o jej ranę. To nie było ważne, bo teraz jedyne o czym ona myślała, to że jebnięta Beth uderzyła Madoxa.
— Maldito idiota — Pieprzona idiotka, pokręciła głową, a zaraz potem wbiła spojrzenie w jego twarz. Dokładnie w miejsce, w które uderzyła, gdzie on przecież miał jeszcze założone szwy po tym, jak uratował ją przed Daltonem. Uniosła dłoń do jego policzka i delikatnie pogładziła kciukiem. — Quería golpearla por haberte golpeado — Chciałam ją zatłuc za to, że cię uderzyła. Bo naprawdę chciała. I pewnie by to zrobiła, gdyby nie Grigori. Gdyby nie osadził na ramieniu Pilar swojej wielkiej, ruskiej łapy i jej nie powstrzymał.
— Nie lubię tych twoich goryli — dodała po chwili, znowu kwasząc się na twarzy. To ile razy oni jej dzisiaj zaszli za skórę i w ogóle w ciągu ostatniego tygodnia, to przecież nie dało się zliczyć. Wpieprzali się tam, gdzie nikt ich nie chciał, nie mówiąc nawet o tym, że psuli całą zabawę!
Madox A. Noriega