Strona 2 z 2

Under the Golden Arches

: ndz lut 01, 2026 9:47 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Pokiwała głową na słowa o kobietach. Choć wydała się delikatnie... zaskoczona, słysząc o narzeczonej. Czy to z nią nie powinien teraz spędzać czasu? Widzieli się może piąty raz na oczy, a to była ich pierwsza dłuższa rozmowa. Postanowiła nie wchodzić w szczegóły. Nie jej cyrk, nie jej małpy, chociaż... zainteresowało ją to.
Naprawdę? — spytała, przechylając delikatnie głowę. Dla niej sprawy bogaczy wydawały się być z totalnie innej planety — to jak tak właściwie płacicie za... no takie jedzenie? — brzmi trochę naiwnie, marszcząc przy tym delikatnie nosek — kocham płatność telefonem, jest taka prosta — stwierdza finalnie, wzruszając ramionami. Rozmowy o pieniądzach nigdy nie przychodziły jej łatwo, o samej bankowości też. Dla niej pieniądze to były tylko liczby, pozwalające żyć jej z dnia na dzień. Zapłacenie czynszu, rachunków, napełnienie lodówki, no i kolacja w maku po ciężkim dyżurze. Dla niej wzajemne zaufanie nie istniało, kiedy chodziło o pieniądze.
Na pana miejscu bym uważała z kładzeniem łokci na blat — i znów go poprawiła. Widziała gołym okiem, a może tylko to czuła, że ubrania, które miał na sobie warte były całą jej miesięczną pensję. Może nawet więcej? Sama nie wiedziała, za to zaraz pogodnie się uśmiechnęła — Uważam, że wszystko jest dla człowieka, zwłaszcza kiedy jest takie dobre — za-je-bi-ste, ale powtarzać się już nie chciała — nie sprawia to Panu przyjemności? — spytała, wbijając w niego spojrzenie. Liczyła przede wszystkim na szczerość. Gołym okiem widziała, że mu to smakowało. Drugim za to zdawała sobie sprawę, że w życiu by się do tego nie przyznał. Ciekawiło ją tylko, czy Charlie ma na tyle jaj, by móc się przyznać do tego, że lubi śmieciowe żarcie. Może następnym razem zaprosi swoją narzeczoną właśnie tutaj?
Pięć minut i to ona jest prezesem? — dopytała z czystej ciekawości — te pięć minut faktycznie mogą sporo zmienić... — mruknęła pod nosem — ale coś nas łączy, też mam brata bliźniaka — oboje pracowali jako rezydenci. We dwoje na chirurgii. Za to Charles z Cherry razem w firmie. Ciekawe, czy była w tym jakaś magia bliźniaków. Jedyne czego brakowało Ivy to wiedza o znaku zodiaku Marshalla. Wtedy byłaby w stanie ocenić całą jego osobę.
Nie żeby to było moje zdanie! — zaczyna Ivy, czując jak na jej polikach, zaczyna pojawiać się rumieniec. Zaraz dodaje z jeszcze większym zakłopotanie — znaczy jesteś przystojny Charlie, ale to nie jest to, co myślę, kiedy Cię widzę — syn pana Marshall'a. W ten sposób myślała do czasu tej rozmowy, teraz nagle zaczynało coś się zmieniać i ona sama to czuła w żołądku — a koleżanki mają chyba kisiel w gaciach... — wymruczała, strzelając oczami. Charles Marshall miał w sobie wszystko, co chciałaby każda szanująca się kobieta. Odpowiednią twarz, piękne garnitury, głębokie, ciemne tęczówki oraz stabilną sytuację. Tylko ona nie widziała w nim żadnej z tych rzeczy, za to powoli zaczynała widzieć... dobrego człowieka?
Przecież to totalnie normalne. Jestem Ivy i nikt tego nie będzie w stanie zmienić — stwierdziła, jakby była to najbardziej normalna sprawa na całej planecie. Nie miał za co jej dziękować — a ty Charlie... poważny pan wiceprezes — parsknęła. Nie mogła się powstrzymać, aż prawie zakrztusiła się frytką, którą wcześniej zdołała zjeść. Byli sobą. Tylko czy każdy nie zachowywał się w ten sposób? W życiu Ivy zawsze tak to funkcjonowało.
No, ale Tobie chyba nie dają tego przywileju wkładania do garnka, a znacznie większe — stwierdziła, zakładając rękę na rękę — nie zastanawiałeś się nigdy nad tym? Ja jestem szczęśliwa. Skończyłam medycynę, robię to, co chcę — miała własną pasję i to właśnie nią starała się spełniać na każdym możliwym kroku. Kochała medycynę oraz tę chwilę przekazywania dobrych informacji. Te uśmiechy, ta satysfakcja potrafiły przegonić każde zmęczenie, które się w niej pojawiło. Teraz przypominała zombiaka, ale po jednej udanej operacji lekarza prowadzącego potrafiła wyjść z siebie z powodu szczęścia.
Wpierw wyremontowałabym cały dom rodzinny i sklep rodzinny ojca — powiedziała bez większego zastanowienia. Dla niej pod każdym względem liczyła się rodzina. Choć nie przyznała się im do mieszkania w Toronto, tak ceniła ich całym sercem. Doskonale wiedziała, że wystarczyłby jeden problem, a ona już siedziałaby u starszej siostry — a jeżeli by coś zostało, to pojechałabym poza Kanadę — takie było jej małe marzenie. Zobaczyć zwierzęta, których tutaj nie było, nakarmić żyrafę, zobaczyć lwa. Proste pragnienia, Charlie na pewno już je odhaczył — teraz jest tak zimno, a ja lubię ciepło... —mruknęła, spoglądając na zimową aurę, panującą za oknem — nie mam zbyt wielkich oczekiwań, moje życie jest dobre — nawet ten nieobecny Dante był dla niej wyjątkowym punktem w życiu. Raz przynosił prawdziwe szczęście, by po chwili zniszczyć je w rozpaczy chaosu. Kłócili się tak bardzo, jak się kochali, nawet jeśli... czasem ją to po prostu męczyło.
A ty byś coś zmienił? — zagadnęła, uśmiechając się szeroko, jakby to było najprostsze pytanie. Poniekąd takim było, nie oczekiwała wielkich zwierzeń. To naruszyłoby ich prostą granicę — ja chyba najbardziej uwielbiam to, że... — na krótki moment zawiesiła głos, spoglądając badawczo na Charliego — czuję takie delikatne iskry. Wiesz o co mi chodzi? Takie promyczki szczęścia, dla których mam ochotę się uśmiechać — wyjaśniła i zanurzyła swoje frytki w mcflurry. Uwielbiony mix. Słodkie i słone. Zimne i gorące. Tak wpatrzyła się w Marshalla, finalnie machając w jego stronę smażonymi ziemniaczkami — zanurz frytki w lodach, spróbuj. Są zajebiste — mogła przypominać teraz kobietę w ciąży, ale niewątpliwie uwielbiała to połączenie. Za każdym razem trzęsły się jej uszy, kiedy tylko go próbowała.

Under the Golden Arches

: czw lut 05, 2026 7:28 pm
autor: Charlie Marshall
Charlie spojrzał na Ivy, czując, jak kolejne warstwy jego starannie wypracowanej powagi kruszeją pod jej wpływem. Ona była jak… powiew świeżego powietrza w pomieszczeniu pełnym dymu. Nie patrzyła na niego jak na wiceprezesa jednej z największych firm w Toronto tylko jak na człowieka, który najwyraźniej potrzebował lekcji jedzenia frytek. Gdyby Cherry go teraz zobaczyła, pewnie turlałaby się ze śmiechu na podłodze. - Zazwyczaj po prostu podpisuję rachunki lub przekazuję je mojemu asystentowi - wzruszył ramionami, ponownie wypowiadając te słowa tak, jakby to była największa oczywistość we wszechświecie. Ivy nie mogła tego wiedzieć, jednak kiedy nosiło się nazwisko Marshall, zaufanie w kwestii pieniężnej stawało się zbędne. Ludzie nie musieli ufać jego intencjom albo urokowi osobistemu - wystarczało im to, że za jego nazwiskiem stał kapitał, który mógłby kupić połowę tej ulicy. W jego świecie pieniądze były ostatecznym argumentem, który uciszał wszelkie wątpliwości. Nie potrzebował „budować zaufania” w banku czy restauracji, bo jego obecność i nazwisko były gwarancją samą w sobie. Tak po prostu działał świat, w którym portfel mówił głośniej niż sumienie.
Na pana miejscu bym uważała z kładzeniem łokci na blat. Przez ułamek sekundy w jego spojrzeniu mignęło rozbawienie, którego nie potrafił stłumić. Nikt, absolutnie nikt od czasów jego surowej nauczycielki w podstawówce, nie odważył się zwrócić mu uwagi na etykietę przy stole - a już na pewno nie w miejscu, gdzie podłoga kleiła się od rozlanego szejka, a powietrze pachniało spalonym olejem. Oczywiście, jeśli Ivy w ogóle chodziło o etykietę. Może chodziło jej o to, że mógłby pobrudzić marynarkę jedzeniem? Nie miał zamiaru w to wnikać, był to nieistotny szczegół, po prostu posłusznie zabrał łokcie z blatu i wyprostował się na niewygodnej kanapie. Nie sprawia to Panu przyjemności? Spojrzał na Ivy, która z taką pewnością siebie wbijała w niego wzrok, że aż poczuł się odrobinę niezręcznie. - Sprawia - wyznał nagle, a to jedno słowo brzmiało w jego uszach niemal jak zdrada stanu. Uśmiechnął się do niej, ale w głębi duszy poczuł nagłe, niespodziewane ukłucie. Pytanie Ivy - to proste, banalne wręcz pytanie o przyjemność - skłoniło go do zajrzenia w tę część umysłu, w którą dawno nikt nie zaglądał. Charles zdał sobie sprawę, że nie pamiętał, kiedy ostatnio ktokolwiek zapytał go o to, czego on chciał albo co by mu odpowiadało. Nikt nie pytał go o chęci czy satysfakcję - pytano o wyniki, o terminy, o strategię i o to, co należy zrobić, a nie o to, co zrobiłby dla swojej przyjemności. Jedynym wyjątkiem była Blair, ale nawet jej pytania miały teraz ciężar ołowiu. Czy chcesz tego ślubu? To pytanie wracało do niego w każdej wolnej chwili, a on wciąż nie znał odpowiedzi. Czy go chciał? Wiedział, że chciał Blair. Chciał kobiety, która go rozumiała, która była jego jedynym sojusznikiem w tej złotej klatce. Ale czy chciał tej całej szopki, którą narzucały im matki? No nie. A czy istniało inne rozwiązanie z tej sytuacji? Chyba też nie. Na szczęście, Ivy powiedziała coś, co go zainteresowało. A więc też miała brata bliźniaka. - Wiesz, to w sumie całkiem fajne. Miło wiedzieć, że coś nas łączy - uśmiechnął się. A potem nie mógł nie unieść brwi i się nie roześmiać na jej kolejne słowa, no słowo daję. Nie żeby to było moje zdanie! Znaczy jesteś przystojny Charlie, ale to nie jest to, co myślę, kiedy Cię widzę. A koleżanki mają chyba kisiel w gaciach... Zmrużył oczy i wlepił w nią wzrok. - A co myślisz, gdy mnie widzisz? - złapał ją za słówka i napił się kolejnego łyka coli, która na pewno miała pełno cukru. Nie interesowało go zdanie jej koleżanek. Ich nie chciał poznać tak, jak chciał poznać Ivy, mimo że sama myśl o tym wydawała się zakazana. Przechylił głowę na bok i zignorował wibrowanie telefonu w kieszeni. A ty Charlie... poważny pan wiceprezes. Cóż, gdyby był poważnym panem wiceprezesem, pewnie odebrałby telefon, a tego nie zrobił. Jednak ta myśl nie przeszkodziła mu w tym, żeby się znów się roześmiać. Śmiech w towarzystwie Ivy przychodził mu bardzo łatwo. No, ale Tobie chyba nie dają tego przywileju wkładania do garnka, a znacznie większe. Odstawił colę i oparł się o niewygodne oparcie, patrząc na nią z autentyczną fascynacją. Ivy była zmęczona, wyglądała jak cień człowieka po tym dyżurze, a mimo to biła od niej pewność, której on nigdy w pełni nie posiadał. - Zazdroszczę ci tego, że wiesz, po co rano wstajesz - powiedział nagle, lustrując ją wzrokiem. Nawet nieco spoważniał. Miała w sobie tyle pasji. Sama otwarcie mówiła, że była szczęśliwa. Była... no... wow. Po prostu wow. Charlesowi Marshallowi zabrakło słów. Kiedy Ivy zaczęła wymieniać, co zrobiłaby z fortuną, Charles poczuł dziwne ukłucie gdzieś w środeczku. Jej marzenia były tak... czyste. Żadnych jachtów, żadnych udziałów w konkurencyjnych spółkach czy licytowania nieruchomości w Monako. Remont domu ojca i wakacje w ciepłym kraju. Słuchał tego z niemym podziwem, czując się niemal zawstydzony tym, jak bardzo egoistyczne i przyziemne były jego własne cele. - Też lubię ciepło - odparł krótko. Ivy nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo skłaniała go do rozmyślań nad jego własnym życiem. Była takim szczęśliwym, jasnym promyczkiem. Zaczynał szczerze wątpić w swoje życiowe priorytety. Na pytanie o to, czy sam by coś zmienił, zawahał się. To było najprostsze i jednocześnie najtrudniejsze pytanie świata. - Czy bym coś zmienił...? Wszystko i nic jednocześnie - przyznał cicho, patrząc w przestrzeń. - Chciałbym mieć ten twój luksus wyboru.
Po chwili przyglądał się w ciszy, jak blondynka zanurza frytkę w McFlurry. Wyglądało to co najmniej dziwnie (tak samo jak połączenie smakowe w jego wyobraźni), ale sposób, w jaki o tym mówiła - o tych iskierkach i promyczkach szczęścia - był zaraźliwy. Kiedy machnęła mu frytką przed nosem, przez sekundę walczył ze swoim wewnętrznym głosem rozsądku, który krzyczał o kaloriach, savoir-vivre i godności wiceprezesa, ale ostateczne... poczęstował się frytką i powoli zanurzył ją w lodowym sosie. - Iskry, tak? - zaśmiał się, unosząc frytkę z lodową mazią w stronę ust. - Dobra, Ivy. Skoro twierdzisz, że to jest klucz do szczęścia, to nie mogę odmówić, ale jeśli dostanę od tego skrętu kiszek, będziesz musiała mnie ratować.
W końcu włożył frytkę do ust. Przez chwilę analizował mix słonego tłuszczu i lodowatego cukru i...
- O cholera... - mruknął, uśmiechając się szeroko. Połączenie nie należało do topki jego jedzeniowego rankingu, ale... - To jest... zadziwiająco dobre. Myślę, że właśnie poczułem promyczek.
Przez moment, patrząc na roześmianą Ivy nad kubkiem topniejących lodów, Charles Marshall, wiceprezes potężnego imperium, poczuł się po prostu jak Charlie - facet, który w środku nocy siedział w fast foodzie i po raz pierwszy od lat nie zastanawiał się, co wypadało, a co nie. Ciepło bijące od dziewczyny i absurdalna słodycz na języku sprawiły, że świat zewnętrzny wydał mu się nagle odległy i dziwnie... nieistotny.

Ivy Harrison

Under the Golden Arches

: czw lut 05, 2026 10:41 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Oh... zapomniałam, że jesteś poważnym biznesmenem Charlie — śmieje się zaraz sama Ivy. Im dłużej rozmawiała z Charlsem, tym bardziej zdawała sobie sprawę, z jak obcych dla siebie światów pochodzili. Dla niej telefon, dla niego reputacja oraz asystent. Wydawało się to dla niej prawdziwą abstrakcją, której nie była w stanie jasno wyjaśnić. Świat wielkich pieniędzy był dla niej obcy, wręcz chłodny. Czasami myślała, że szpitalne korytarze ją przerażały, ale nie do końca tak było. Odnalazła swój prawdziwy lęk, a był nim brak pieniędzy. Jako młodsza widziała swoimi błękitnymi tęczówkami jak rodzice wyliczali grosz do grosza. Utrzymanie ósemki dzieci nie mogło przyjść im łatwo, zdawała sobie z tego doskonale sprawę, dlatego zawsze szanowała wartość pieniądza. Co przy sposobie ich rozdysponowywania przez Marshalla wydawało się jej wręcz śmieszne.
Przyjemność uwalnia dopaminę, a ona jest bardzo zdrowa — uśmiechnęła się szerzej. Dla niej sprawa była jasna. Zawsze trzeba było redukować stres, niezależnie od tego, co działo się dookoła. Chwila zatrzymania się nikomu nie zrobiła krzywdy, a z małych rzeczy mamy się cieszyć. Filozofią Ivy było chwytanie dnia. Póki miała powody do radości, to starała się je okazywać. McDonald's zdecydowanie do nich należał.
To prawda — kiwnęła głową, uśmiechając się przez kilka sekund jeszcze mocniej. Aż chciała dodać, że to pewnie będzie ostatnia rzecz. Czuła dysonans, który wybrzmiewał między słowami. Miewała wrażenie, jakby znajdowali się na innych planetach. Zwłaszcza gdy dopytywał ją o jej zdanie, na jej twarzy wymalował się jeszcze większy rumieniec i na krótki moment straciła całkowicie rezon.
Syna mojego pacjenta — stwierdza finalnie, choć tej nocy coś się między nimi zmieniło. Ona sama to czuła. Nie była to jedynie relacja oficjalna, a zaczynali się poznawać. Śmieszył ją swoim poważnym spojrzeniem na życie, kiedy ona była taką małą wróżką, rozświetlającą dzień — a kogo miałabym widzieć? — może nie wyglądała, ale sama też lubiła łapać innych ludzi za słówka. Zwłaszcza kiedy ktoś sam jej to podarował. Miała starsze i młodsze rodzeństwo, musiała się jakoś przed nimi bronić.
A ty nie wiesz? — pyta ze zadziwiającą szczerością w głosie. Sama nie wie, co powinna powiedzieć. Trochę ją to poruszyło. Każdy człowiek powinien mieć powód, dla którego wstaje rano. Inaczej nie byłaby w stanie funkcjonować. Kiedyś nie myślała, że wybierze pracę lekarza, a teraz to była jedyna droga. Traciła pacjentów, ale za każdym razem widziała w tym naukę. Kolejnych nie straci z powodu błędnej diagnozy, czy błędów początkującej osoby. Da sobie radę, pójdzie naprzód, w ten sposób powinna funkcjonować — praca w rodzinnej korporacji nie sprawia Ci przyjemności? — odrobinę ją to dziwiło. Miała wrażenie, że osoba na takim poziomie miała mnóstwo wyborów. Mogła popełniać błędy, dla niej było to niemożliwe.
Druga rzecz nas łączy — dodaje nagle Ivy, uśmiechając się szeroko. To mógł zostać ich mały rytuał. Liczenie ile jeszcze ich połączy, zanim Christopher stanie na nogi i już nigdy się nie zobaczą. Ich znajomość miała widoczny termin ważności — z twoimi pieniędzmi musisz go mieć. Mnie dalej ogranicza kredyt studencki — nie był on wielki, a jednak utrudniał funkcjonowanie. W połączeniu z wielkim dzieckiem w domu oraz z psem stanowił spory wydatek dla niej.
Zdecydowanie iskierki — stwierdza, kiwając głową. Jakoś poczuła się wewnętrznie dumna, że zmusiła tak wysoko postawioną osobę do zjedzenia frytek z mcflurry — i bardzo dobrze, teraz zostałeś prawdziwym klientem restauracji pod złotymi łukami — oświadczyła z dumą, podając mu dłoń. Powinna załatwić jeszcze dyplom i jakąś przypinkę. Wtedy cała sceneria zostałaby dopełniona.
Tak jedli jeszcze dobre dwadzieścia minut, rozmawiając na poważne i lżejsze tematy. Śmiali się głośno, zajadali się tłustym jedzeniem, a później tak po prostu odwiózł ją do domu. Ledwo weszła do jego auta, usiadła i już odpłynęła do krainy snu. Obudził ją, dopiero pod samym jej mieszkaniem. Szybko wybiegła z luksusowego samochodu do drzwi od klatki schodowej, by po chwili zniknąć za jej drzwiami.

z/t x 2