prozac and coffee black
: wt lut 24, 2026 1:36 am
Odruchowo pokiwał głową, tak, jakby powiedziała fakt, nie własną opinię.
Początkowo, zamiast odpowiedzieć, zamrugał krótko. Odruchowo. Potem odetchnął raz, drugi, wolno, prawie za wolno, ale widocznie. Ż y ł. Bezwiednie przesunął więc dłonią nieznacznie w górę, potem nieznacznie w dół, jakby potwierdzając własną myśl. Ż y j ę. Czuję. O d d y c h a m. Rzeczywiście oddychał — trochę za równo, rzeczywiście czuł — ceramiczną powierzchnię pod palcami. Ż y ł. Poruszył się więc niespiesznie, poprawiając uścisk dookoła gorącego szkła, po czym jeszcze mocniej zacisnął dłoń.
Przez chwilę myślał o tym, czy to jeszcze cokolwiek znaczy. Rodzina. Relacje. Ciągłe gadanie Toma o odbudowywaniu straconych więzi. Próbował więc, ale nieważne, jak bardzo chciał dostrzec odpowiedź w parze bądź słojach drewna, otoczenie milczało, a on niewiele potrafił zebrać ze swoich strzępków myśli. Kiedy któregoś się czepiał, reszta mu umykała i burzyła koncentrację.
Całą poświęcał więc oddechowi, tak, jakby próbował przekonać się, czy wciąż umie odetchnąć.
Uważnie słuchał tego, co mówiła... tyle że przywiązywał do tego znikomą wagę. Być może dlatego, że zdania, które wypowiadała, odbijały się jak o ścianę. Nagle więc to, co dotychczas mogłoby wydawać się ważne, brzmiało jedynie jak przypadkowe wyrazy. Obce słowa. Wypowiadane bardziej obok, zamiast do niego. Kiedyś by go to zabolało, teraz... Jedynie mimowolnie rozluźnił mięśnie prawej ręki, a potem jeszcze raz napiął, oglądając to, co robi. Nie Ramonę. Nie otoczenie.
Jedynie siebie i swoje ręce.
Dopiero po chwili podniósł wzrok. Obserwował siostrę tym swoim badawczym, aczkolwiek trochę przytłumionym spojrzeniem, tak, jakby sprawdzał, czy to, co mówi, jest atakiem, czy obroną — potem z powrotem przerwał kontakt. Widział nietkniętą jajecznicę, bekon oraz parującą herbatę. Oddychał tym wolniej, im więcej mówiła.
“Odpuść”, usłyszał, a potem powtórzył to jedno słowo kilkukrotnie w myślach, jakby ważąc znaczenie. Brzmiało logicznie, niemniej jednak granice — dotychczas wyznaczane bardzo pewnie — od pewnego czasu albo miękły, albo całkiem znikały. Być może inaczej rzeczywiście by odpuścił, ale…
— Po prostu mówię… — odezwał się spokojnie, o wiele spokojniej, niż powinien, powtarzając to, co powiedział dosłownie chwilę temu. Poniekąd tak, jakby dzięki temu słowa mogły lepiej wybrzmieć, poniekąd — z przytłumienia emocji, odruchów, a także myśli. Czuł się wytrącony z uważności, co chwilę więc o czymś zapominał, z kolei o czymś innym przypominał sobie ni stąd, ni zowąd. Achronologicznie. Nierówno. Pomimo tego, jak spokojnie siedział, czuł się tak, jakby coś ciągnęło go w przeciwne strony. Niekoniecznie potrafił to zdefiniować, niemniej jednak czuł się tak, jakby część myśli walczyła ze sobą, rozpraszając i tak rozsypaną uwagę, a część usuwała się gdzieś w nieświadomość.
Demian odczuwał wyłącznie przejmujący spokój — o b o j ę t n o ś ć. Niekoniecznie przejmował się więc, jeśli coś mu uciekało, a coś wracało jeszcze mocniej i dosadniej. Wręcz przeciwnie, bo, paradoksalnie, jeszcze bardziej się rozluźniał. W takim stanie niewiele z tego, co słyszał, mogło wyprowadzić go z równowagi. Co prawda tęsknił, i to tęsknił naprawdę mocno, za tym znajomym ukłuciem w klatce piersiowej, zwiastującym coś bolesnego, emocjonalnego, ale tym razem nic takiego nie przyszło.
Drgnął mimowolnie, ale widocznie. Chcąc zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie, przede wszystkim zaś — poczucie braku kontroli nad swoim ciałem, najpierw podniósł, a potem cicho odstawił naczynie tak, jakby rozmyślił się z sekundy na sekundę. Marszcząc brwi, przekręcił kubek. Pochylił głowę w bok, bliżej prawego ramienia, szukając innego punktu widzenia Nieważne, co robił, czuł się tak, jakby robił to ktoś inny — być może dlatego tak bardzo ważył każdy ruch. I, być może, dlatego wyglądał tak, jakby to było najważniejsze w całym bożym świecie, ale, prawdę mówiąc, tych parę milimetrów było wyczuwalnych dla niego. Robiło ogromną różnicę.
Odstawił naczynie prosto. Co do milimetra.
Odetchnął głębiej jakby jedna prozaiczna czynność zdjęła mu ciężar z piersi.
— ...że nie chcę — odezwał się jeszcze raz, wreszcie podejmując przerwaną myśl, tak, jakby minął zaledwie ułamek sekundy, chociaż w rzeczywistości cisza przedłużała się w nieskończoność i zaczęła być niewygodna — tak rozmawiać. Powiem ci, jak będę gotów — wtedy dowiesz się pierwsza. Ale nie tak. Nie teraz. Nie po to, żeby było lżej.
Ramona Crowe
Początkowo, zamiast odpowiedzieć, zamrugał krótko. Odruchowo. Potem odetchnął raz, drugi, wolno, prawie za wolno, ale widocznie. Ż y ł. Bezwiednie przesunął więc dłonią nieznacznie w górę, potem nieznacznie w dół, jakby potwierdzając własną myśl. Ż y j ę. Czuję. O d d y c h a m. Rzeczywiście oddychał — trochę za równo, rzeczywiście czuł — ceramiczną powierzchnię pod palcami. Ż y ł. Poruszył się więc niespiesznie, poprawiając uścisk dookoła gorącego szkła, po czym jeszcze mocniej zacisnął dłoń.
Przez chwilę myślał o tym, czy to jeszcze cokolwiek znaczy. Rodzina. Relacje. Ciągłe gadanie Toma o odbudowywaniu straconych więzi. Próbował więc, ale nieważne, jak bardzo chciał dostrzec odpowiedź w parze bądź słojach drewna, otoczenie milczało, a on niewiele potrafił zebrać ze swoich strzępków myśli. Kiedy któregoś się czepiał, reszta mu umykała i burzyła koncentrację.
Całą poświęcał więc oddechowi, tak, jakby próbował przekonać się, czy wciąż umie odetchnąć.
Uważnie słuchał tego, co mówiła... tyle że przywiązywał do tego znikomą wagę. Być może dlatego, że zdania, które wypowiadała, odbijały się jak o ścianę. Nagle więc to, co dotychczas mogłoby wydawać się ważne, brzmiało jedynie jak przypadkowe wyrazy. Obce słowa. Wypowiadane bardziej obok, zamiast do niego. Kiedyś by go to zabolało, teraz... Jedynie mimowolnie rozluźnił mięśnie prawej ręki, a potem jeszcze raz napiął, oglądając to, co robi. Nie Ramonę. Nie otoczenie.
Jedynie siebie i swoje ręce.
Dopiero po chwili podniósł wzrok. Obserwował siostrę tym swoim badawczym, aczkolwiek trochę przytłumionym spojrzeniem, tak, jakby sprawdzał, czy to, co mówi, jest atakiem, czy obroną — potem z powrotem przerwał kontakt. Widział nietkniętą jajecznicę, bekon oraz parującą herbatę. Oddychał tym wolniej, im więcej mówiła.
“Odpuść”, usłyszał, a potem powtórzył to jedno słowo kilkukrotnie w myślach, jakby ważąc znaczenie. Brzmiało logicznie, niemniej jednak granice — dotychczas wyznaczane bardzo pewnie — od pewnego czasu albo miękły, albo całkiem znikały. Być może inaczej rzeczywiście by odpuścił, ale…
— Po prostu mówię… — odezwał się spokojnie, o wiele spokojniej, niż powinien, powtarzając to, co powiedział dosłownie chwilę temu. Poniekąd tak, jakby dzięki temu słowa mogły lepiej wybrzmieć, poniekąd — z przytłumienia emocji, odruchów, a także myśli. Czuł się wytrącony z uważności, co chwilę więc o czymś zapominał, z kolei o czymś innym przypominał sobie ni stąd, ni zowąd. Achronologicznie. Nierówno. Pomimo tego, jak spokojnie siedział, czuł się tak, jakby coś ciągnęło go w przeciwne strony. Niekoniecznie potrafił to zdefiniować, niemniej jednak czuł się tak, jakby część myśli walczyła ze sobą, rozpraszając i tak rozsypaną uwagę, a część usuwała się gdzieś w nieświadomość.
Demian odczuwał wyłącznie przejmujący spokój — o b o j ę t n o ś ć. Niekoniecznie przejmował się więc, jeśli coś mu uciekało, a coś wracało jeszcze mocniej i dosadniej. Wręcz przeciwnie, bo, paradoksalnie, jeszcze bardziej się rozluźniał. W takim stanie niewiele z tego, co słyszał, mogło wyprowadzić go z równowagi. Co prawda tęsknił, i to tęsknił naprawdę mocno, za tym znajomym ukłuciem w klatce piersiowej, zwiastującym coś bolesnego, emocjonalnego, ale tym razem nic takiego nie przyszło.
Drgnął mimowolnie, ale widocznie. Chcąc zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie, przede wszystkim zaś — poczucie braku kontroli nad swoim ciałem, najpierw podniósł, a potem cicho odstawił naczynie tak, jakby rozmyślił się z sekundy na sekundę. Marszcząc brwi, przekręcił kubek. Pochylił głowę w bok, bliżej prawego ramienia, szukając innego punktu widzenia Nieważne, co robił, czuł się tak, jakby robił to ktoś inny — być może dlatego tak bardzo ważył każdy ruch. I, być może, dlatego wyglądał tak, jakby to było najważniejsze w całym bożym świecie, ale, prawdę mówiąc, tych parę milimetrów było wyczuwalnych dla niego. Robiło ogromną różnicę.
Odstawił naczynie prosto. Co do milimetra.
Odetchnął głębiej jakby jedna prozaiczna czynność zdjęła mu ciężar z piersi.
— ...że nie chcę — odezwał się jeszcze raz, wreszcie podejmując przerwaną myśl, tak, jakby minął zaledwie ułamek sekundy, chociaż w rzeczywistości cisza przedłużała się w nieskończoność i zaczęła być niewygodna — tak rozmawiać. Powiem ci, jak będę gotów — wtedy dowiesz się pierwsza. Ale nie tak. Nie teraz. Nie po to, żeby było lżej.
Ramona Crowe