it's all washin' over me, i'm angry again
: ndz sty 25, 2026 10:31 pm
Wiedziała wystarczająco dużo, żeby uznać psy za lepszych towarzyszy człowieka. I to jej w zupełności wystarczało. Przecież nie było tak, że nienawidziła kotów. Skądże! Gdyby już jakiegoś miała, zapewne kochałaby go całym sercem, z pełnym oddaniem i czułością. A jednak coś w tej ich słynnej niezależności nie dawało jej spokoju. Bo co, jeśli Teddy akurat miałaby ochotę się przytulać, a kot — jak to kot — postanowiłby, że nie, dziękuję, dziś nie? Okropieństwo! Pies był pod tym względem znacznie prostszy. Wystarczył smaczek, jedno odpowiednio dobrane słowo, może pogłaskanie za uchem, aby nie odstępował jej na krok, gotów towarzyszyć jej wszędzie i zawsze. Ta bezwarunkowość była rozczulająca. Zresztą nie było sensu sprzeczać się o miłość do zwierząt, skoro żadna z nich i tak żadnego nie miała. Na szczęście obie były na tyle rozsądne, żeby nie adoptować czworonoga tylko z potrzeby serca. Wiedziały, że miłość to za mało i że potrzebny był jeszcze czas oraz gotowość do codziennej, odpowiedzialnej opieki.
— Na szkoleniach byłyśmy blisko — Teddy wzruszyła lekko ramionami. — Ale nigdy do niczego nie doszło. Jak na początku w grudnia przeniosła się do naszej jednostki, to całowałyśmy się w magazynku. Nieważne — machnęła ręką. Nie widziała powodów, dla których miałaby się spowiadać z tego, co sama zainicjowała. Było, minęło. Ona też nie dopytywała, z kim całuje się April. Nawet wtedy, gdy przyszła do niej z czerwonymi śladami szminki na koszuli. Fair enough czy może jednak powód do sprzeczki?
Kiedy przyjaciółka dolała jej wina, uniosła swój kieliszek w geście toastu i opróżniła go do połowy. Skoro tempo zostało narzucone, nie zamierzała pozostać w tyle.
— Bo ja wiem? — podparła głowę na ręce, którą zaparła o blat. — Przez chwilę wyglądałaś tak, jakby mogło cię to pocieszyć. Jett byłby zachwycony, że nie tylko on nie pała do niej sympatią. Ale skoro jest ci jej szkoda, to w porządku, bo też uważam, że to głupie i że to nie jest jej wina. Jednostki nie szukają ochotników, po prostu odgórnie narzucają, gdzie kogo przydzielić. Cały czas brakuje ludzi. Ciągle ktoś odchodzi albo umiera. To trochę frustrujące — mruknęła i utkwiła wzrok a alkoholu.
Rotacje w remizie były czymś normalnym. Jedni odchodzili na emeryturę, inni przenosili się do większych jednostek, jeszcze inni po prostu mieli dość. Czasem po akcji, która poszła źle, żeby nie powiedzieć fatalnie, ktoś pakował się w milczeniu i znikał bez pożegnania. Teddy była w sto trzydziestej drugiej jednostce już prawie dziesięć lat. To wystarczająco długo, żeby zobaczyć, jak zmienia się cała ekipa. Teraz, po tylu modyfikacjach, była prawdziwą weteranką! Ci młodsi patrzyli na nią z respektem, a niektórzy nawet nie pamiętali, że kiedyś też była nowa. Każde odejście bolało po swojemu. Stary Carl, który zawsze opowiadał te same anegdoty o pożarach z lat dziewięćdziesiątych, po prostu pewnego dnia przyniósł ciasto, klepnął wszystkich po ramieniu i powiedział teraz wasza kolej, młodzi. Potem już go nie było.
— Dam znać, jak będziemy wybierać się do baru przy remizie. Może wtedy będziesz miała okazję poznać Riley — uśmiechnęła zachęcająco i dopiła swoje wino. Tym razem to ona zrobiła im wielką dolewkę. A potem zacisnęła palce na swetrze April i przyciągnęła ją do siebie, skradając jej pocałunek. — Chcesz coś obejrzeć, czy od razu wolisz iść na górę? — zaproponowała, zaczepnie chwytając jej dolną wargę zębami.
April Finch
— Na szkoleniach byłyśmy blisko — Teddy wzruszyła lekko ramionami. — Ale nigdy do niczego nie doszło. Jak na początku w grudnia przeniosła się do naszej jednostki, to całowałyśmy się w magazynku. Nieważne — machnęła ręką. Nie widziała powodów, dla których miałaby się spowiadać z tego, co sama zainicjowała. Było, minęło. Ona też nie dopytywała, z kim całuje się April. Nawet wtedy, gdy przyszła do niej z czerwonymi śladami szminki na koszuli. Fair enough czy może jednak powód do sprzeczki?
Kiedy przyjaciółka dolała jej wina, uniosła swój kieliszek w geście toastu i opróżniła go do połowy. Skoro tempo zostało narzucone, nie zamierzała pozostać w tyle.
— Bo ja wiem? — podparła głowę na ręce, którą zaparła o blat. — Przez chwilę wyglądałaś tak, jakby mogło cię to pocieszyć. Jett byłby zachwycony, że nie tylko on nie pała do niej sympatią. Ale skoro jest ci jej szkoda, to w porządku, bo też uważam, że to głupie i że to nie jest jej wina. Jednostki nie szukają ochotników, po prostu odgórnie narzucają, gdzie kogo przydzielić. Cały czas brakuje ludzi. Ciągle ktoś odchodzi albo umiera. To trochę frustrujące — mruknęła i utkwiła wzrok a alkoholu.
Rotacje w remizie były czymś normalnym. Jedni odchodzili na emeryturę, inni przenosili się do większych jednostek, jeszcze inni po prostu mieli dość. Czasem po akcji, która poszła źle, żeby nie powiedzieć fatalnie, ktoś pakował się w milczeniu i znikał bez pożegnania. Teddy była w sto trzydziestej drugiej jednostce już prawie dziesięć lat. To wystarczająco długo, żeby zobaczyć, jak zmienia się cała ekipa. Teraz, po tylu modyfikacjach, była prawdziwą weteranką! Ci młodsi patrzyli na nią z respektem, a niektórzy nawet nie pamiętali, że kiedyś też była nowa. Każde odejście bolało po swojemu. Stary Carl, który zawsze opowiadał te same anegdoty o pożarach z lat dziewięćdziesiątych, po prostu pewnego dnia przyniósł ciasto, klepnął wszystkich po ramieniu i powiedział teraz wasza kolej, młodzi. Potem już go nie było.
— Dam znać, jak będziemy wybierać się do baru przy remizie. Może wtedy będziesz miała okazję poznać Riley — uśmiechnęła zachęcająco i dopiła swoje wino. Tym razem to ona zrobiła im wielką dolewkę. A potem zacisnęła palce na swetrze April i przyciągnęła ją do siebie, skradając jej pocałunek. — Chcesz coś obejrzeć, czy od razu wolisz iść na górę? — zaproponowała, zaczepnie chwytając jej dolną wargę zębami.
April Finch