First war
: pn sty 26, 2026 5:21 pm
William N. Patel
— Wiesz, że nie oto chodzi — warknęła Charlotte. Nie chodziło o te kwiaty, czy o wino, które miała dostać, tylko o randkę. Normalne, ludzkie wyjście bez żadnych przepychanek, które w żaden sposób nie zostanie przerwane przez nikogo. Miły czas oznaczał seks. Potrzebowała go, naprawdę. Z Williamem miała znaczący problem. Albo darli ze sobą koty, albo urządzali sobie tajski boks mentalnie, albo było święto, którego nie dało się w żaden sposób zignorować takie jak sylwester.
— Przestań zachowywać się jak bachor — burknęła, słysząc jego przedrzeźnianie. Zaraz wywróciła teatralnie oczyma. Im dłużej go słuchała, tym bardziej pojawiała się na jej czole żyłka, która zaczynała pulsować. Wraz z kolejnymi słowami, aż prychnęła — bo kurwa byłeś wtedy normalny — miała w sobie tyle dumy, by to przyznać przed samą sobą. Tak, chciała pocałunku, tak podobał się jej, ale to jedno zachowanie potrafiło wszystko przekreślić — potrafiłeś się zachować i nawet jeśli mi się spodobało, to zmieniam zdanie — nie potrafił. Zachowywał się niczym zakochany nastolatek, ciągnący dziewczynę za włosy i podrzucający żabę — z końskich zalotów wyrosłam w wieku trzynastu lat, Patel — mruknęła, tracąc odrobinę rezon. Kiedyś to się jej to może podobało. Takie przepychanki, obrażanie się, ale tak, zdecydowanie z tego wyrosła. Wręcz z niej kipiała zazdrość, która pękała, jak napompowany balonik z kolejnymi słowami Patela.
— A może i jestem zazdrosna? — stwierdziła wprost Charlotte. Nie była, na pewno nie o niego, ale chciała mu popsuć psychę. Kilka sekund ciszy, aż w końcu parsknęła pod nosem — i co? — zagadnęła z pięknym uśmiechem na twarzy, zakładając sobie kosmyk włosów za ucho — łyso Ci teraz, Patel? — spytała, unosząc delikatnie głowę — tylko ja potrafię się do tego przyznać i przy pierwszej, lepszej okazji nie robię z Ciebie jakiegoś zwyrola — kłamstwo, zrobiła, ale liczyła, że Peach niczego nie przekazała. Nawet brokatem z konfetti chciała go zaatakować. Wszystko byle wrócić do prawdziwej wojny między nimi. Więcej od życia nie potrzebowała., zwyczajnie utrzeć mu nosa, żeby choć przez krótką chwilę się zamknął i nic do niej nie mówił.
— Przestałam być, jak sam zacząłeś — warknęła. Wcześniej mogła wywiesić białą flagę i wręcz nią pomachać. Nie chciała się z nim widywać, choć momentami łapała się na patrzeniu przez Judasza, byle wiedzieć, czy żyje. Znała jego imprezowy styl życia. Czasami wręcz nie wiedziała, co dokładnie powinna z nim zrobić, w jaki sposób go rozwikłać.
Później już weszła do środka. Tak, było jej przykro. Co by nie powiedzieć, nie planowała zepsucia mu kibla. Los się trochę odwrócił, a i ona miała w sobie odrobinę emocji. Wyrzuty sumienia doskwierały jej niesamowicie. Ale kiedy wręczał jej butelkę wina, bukiet, to aż mrugnęła kilka razy oczami, nie wiedząc, co dokładnie się dzieje.
— Nie zachowuj się jak obrażona dzidzia — mruknęła Charlotte, odkładając itemy na blat jakiejś komody. Smród, mróz i ten Will na kanapie. Westchnęła ciężko, usiadła na skraju kanapy, spoglądając na niego smutnymi oczyma — chodź, pójdziemy do mnie — zaproponowała Lotte, kładąc mu dłoń na łydce, by ruszył dupsko — tu albo umrzesz od smrodu, albo od mrozu — jej samej było w pizdu zimno. Nie wiedziała, co było gorsze chłód, czy sraka.
— Rusz dupę i przestań robić z siebie ofiarę — nie był nią, no może odrobinę — twój kibel to nie moja wina — kłamstwo, ale tego nigdy się nie dowie. Musiałaby się dobrze naćpać, by mu to przekazać. Zmieszać koks, trawkę i jakieś MDMA, choć z Williamem nigdy nie wiadomo, co się stanie. Może tak zwyczajnie powinna się od niego odciąć — mam makaron z wczoraj i dużo alkoholu... — zaproponowała, marszcząc delikatnie brwi — jezu, czym Cię skuszę? — spytała, poddając się. Zjebała, wiedziała o tym i chciała to jakoś naprawić.
— Wiesz, że nie oto chodzi — warknęła Charlotte. Nie chodziło o te kwiaty, czy o wino, które miała dostać, tylko o randkę. Normalne, ludzkie wyjście bez żadnych przepychanek, które w żaden sposób nie zostanie przerwane przez nikogo. Miły czas oznaczał seks. Potrzebowała go, naprawdę. Z Williamem miała znaczący problem. Albo darli ze sobą koty, albo urządzali sobie tajski boks mentalnie, albo było święto, którego nie dało się w żaden sposób zignorować takie jak sylwester.
— Przestań zachowywać się jak bachor — burknęła, słysząc jego przedrzeźnianie. Zaraz wywróciła teatralnie oczyma. Im dłużej go słuchała, tym bardziej pojawiała się na jej czole żyłka, która zaczynała pulsować. Wraz z kolejnymi słowami, aż prychnęła — bo kurwa byłeś wtedy normalny — miała w sobie tyle dumy, by to przyznać przed samą sobą. Tak, chciała pocałunku, tak podobał się jej, ale to jedno zachowanie potrafiło wszystko przekreślić — potrafiłeś się zachować i nawet jeśli mi się spodobało, to zmieniam zdanie — nie potrafił. Zachowywał się niczym zakochany nastolatek, ciągnący dziewczynę za włosy i podrzucający żabę — z końskich zalotów wyrosłam w wieku trzynastu lat, Patel — mruknęła, tracąc odrobinę rezon. Kiedyś to się jej to może podobało. Takie przepychanki, obrażanie się, ale tak, zdecydowanie z tego wyrosła. Wręcz z niej kipiała zazdrość, która pękała, jak napompowany balonik z kolejnymi słowami Patela.
— A może i jestem zazdrosna? — stwierdziła wprost Charlotte. Nie była, na pewno nie o niego, ale chciała mu popsuć psychę. Kilka sekund ciszy, aż w końcu parsknęła pod nosem — i co? — zagadnęła z pięknym uśmiechem na twarzy, zakładając sobie kosmyk włosów za ucho — łyso Ci teraz, Patel? — spytała, unosząc delikatnie głowę — tylko ja potrafię się do tego przyznać i przy pierwszej, lepszej okazji nie robię z Ciebie jakiegoś zwyrola — kłamstwo, zrobiła, ale liczyła, że Peach niczego nie przekazała. Nawet brokatem z konfetti chciała go zaatakować. Wszystko byle wrócić do prawdziwej wojny między nimi. Więcej od życia nie potrzebowała., zwyczajnie utrzeć mu nosa, żeby choć przez krótką chwilę się zamknął i nic do niej nie mówił.
— Przestałam być, jak sam zacząłeś — warknęła. Wcześniej mogła wywiesić białą flagę i wręcz nią pomachać. Nie chciała się z nim widywać, choć momentami łapała się na patrzeniu przez Judasza, byle wiedzieć, czy żyje. Znała jego imprezowy styl życia. Czasami wręcz nie wiedziała, co dokładnie powinna z nim zrobić, w jaki sposób go rozwikłać.
Później już weszła do środka. Tak, było jej przykro. Co by nie powiedzieć, nie planowała zepsucia mu kibla. Los się trochę odwrócił, a i ona miała w sobie odrobinę emocji. Wyrzuty sumienia doskwierały jej niesamowicie. Ale kiedy wręczał jej butelkę wina, bukiet, to aż mrugnęła kilka razy oczami, nie wiedząc, co dokładnie się dzieje.
— Nie zachowuj się jak obrażona dzidzia — mruknęła Charlotte, odkładając itemy na blat jakiejś komody. Smród, mróz i ten Will na kanapie. Westchnęła ciężko, usiadła na skraju kanapy, spoglądając na niego smutnymi oczyma — chodź, pójdziemy do mnie — zaproponowała Lotte, kładąc mu dłoń na łydce, by ruszył dupsko — tu albo umrzesz od smrodu, albo od mrozu — jej samej było w pizdu zimno. Nie wiedziała, co było gorsze chłód, czy sraka.
— Rusz dupę i przestań robić z siebie ofiarę — nie był nią, no może odrobinę — twój kibel to nie moja wina — kłamstwo, ale tego nigdy się nie dowie. Musiałaby się dobrze naćpać, by mu to przekazać. Zmieszać koks, trawkę i jakieś MDMA, choć z Williamem nigdy nie wiadomo, co się stanie. Może tak zwyczajnie powinna się od niego odciąć — mam makaron z wczoraj i dużo alkoholu... — zaproponowała, marszcząc delikatnie brwi — jezu, czym Cię skuszę? — spytała, poddając się. Zjebała, wiedziała o tym i chciała to jakoś naprawić.