Come closer and see into the trees
: wt sty 27, 2026 5:19 pm
Słysząc jej wersję, prychnął cicho pod nosem. Owszem, może i kiepsko szło mu odczytywanie cudzych intencji, ale za to łączenie kropek było już dla niego zdecydowanie łatwiejsze.
-Jeżeli w taki sposób zdobywasz stałych klientów, to zastanawia mnie, jakim cudem cię jeszcze nie zwolnili.- Przesunął spojrzenie po jej brwiach, badając ich kształt, jakby starał się ją najlepiej zapamiętać. Spojrzał jednak gdzieś w bok, jakby starał się w sobie stłamsić poirytowanie, słysząc jak go tytułuje. Wiedział, że robi to specjalnie, że stara się wycisnąć z niego jakiekolwiek prywatne informacje jak ostatnią porcję pasty do zębów z plastikowej tubki. Poczuł, że coraz bardziej zaczynało go to uwierać... ale nie odezwał się nawet słowem.
Dopiero, gdy jej dłoń wylądowała na jego ramieniu, zmarszczył delikatnie swoje gęste brwi, jakby starając się zrozumieć, w którym momencie stała się aż tak nieodpowiedzialnie pewna siebie. Wystarczyło przyjrzeć jej się raz, by móc wyciągnąć oczywisty wniosek- był od niej wyższy, większy, miał więcej siły. Mógł zrobić coś, co odbiłoby się nie tylko na jej eterycznym ciele, ale i psychice. Był pieprzonym, beznadziejnym ćpunem. Gdyby chwilę przed wejściem do pubu wziął to, co udało mu się dziś nabić, mógłby różnie zareagować na te wszystkie bodźce, którymi tak hojnie go częstowała. Ba, ona z nim grywała. Te zadziorne uśmiechy, gesty i prowokacje... Nikt nigdy nie powiedział jej, do czego zdolni są niektórzy mężczyźni? Ktoś mógłby teraz kłócić się, że przecież ona nie wiedziała nic o nim i miała głęboką wiarę w ludzi. Owszem, ale litości, co wpaja się każdemu obywatelowi od dziecka? By uważać na nieznajomych, trzymać się daleko od typów spod ciemnej gwiazdy. Szczególnie na takich społecznych ścieków jak Swerdlove... Cholera, nawet ten pijaczek starał się dziś przypomnieć jej coś, co z pewnością powtarzał jej któryś z członków rodziny chwilę po tym, jak pomógł jej założyć szkolny tornister. Takie przestrogi nie mają terminu przydatności, a z wiekiem i doświadczeniem nabierają jeszcze więcej sensu.
Nie zwerbalizował jednak swoich przemyśleń.
Chciał ją troszkę nastraszyć, ale nie chciał przecież, by wezwała pomoc. Ostatnie, czego teraz potrzebował, to rewizja przeprowadzona przez jedną z torontońskich świń. Nie, kiedy w kieszeni miał coś, za co mógłby mieć niemałe kłopoty. Ale ona połknęła haczyk... brnęła dalej. Prowokowała. Stawiała mu czoła. Słuchał jej w ciszy doskonale wiedząc, co ma w takiej chwili zrobić. Ten emocjonalny impotent potrafił wyczuć napięcie. To cholerne napięcie, które prowadziło w jednym, bardzo konkretnym kierunku. A ten gest, który wykonała chwilę potem... to było tylko potwierdzenie.
Naparł na nią mocno i szybko, z jakimś przedziwnym zadowoleniem obserwując, jak bierze głęboki wdech. Odbił ją od swojej klatki piersiowej tak, że zmusił ją, by zrobiła kilka kroków w tył. Ale on napierał dalej. Zabierał jej przestrzeń. Zapędzał w kozi róg, jak predator, którym sam jeszcze niedawno temu się mianował. Kiedy jej delikatne plecy odnalazły ścianę, oparł się dłońmi po obu stronach jej głowy, zamykając ją w klatce ze swojego ciała. Dając jej dosadnie do zrozumienia, że popełnia błąd przepychając z nim tą granicę. Nie pisnął jednak ani słowa. Dał jej ostrzeżenie, a ona je zignorowała. Oglądał jej szybko falującą klatkę piersiową z tym samym, nic nie mówiącym ale w jakiś sposób niebezpiecznym grymasem.
-Błąd.- powiedział wreszcie krótko, w odpowiedzi na to ostatnie, gdy nacieszył się już dostatecznie tym toksycznym napięciem. Czuł, że adrenalina i podniecenie zaczynają buzować mu w żyłach, w końcu w każdej chwili mogła go zaatakować w samoobronie, zawołać pomoc, metaforycznie się wycofać, bo w rzeczywistości nie miała już na to przestrzeni.- Ian, jestem Ian. - wyjawił wreszcie czując, że nie zdzierży kolejnego kreatywnego określenia stworzonego przez tę sarnę. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął z niej portfel. Wyciągnął pięćdziesiąt kanadyjskich dolarów i schował portfel tam, skąd go wyjął. Bezczelnie odrzucił jej płaszcz, uchylił dekolt i wsunął jej pieniądze w taki sam sposób, jak ona zrobiła to przed nim dzisiejszego dnia.- To za oba piwa, fatygę i żeby potwierdzić regułę, że ludzie żydzą na napiwkach.- wyjaśnił i wyjął z kieszeni coś jeszcze... tym razem to był telefon. Wręczył jej go, nie odrywając wzroku od jej twarzy, analizując dokładnie każdy grymas, który się przez nią przemknął.- A to... gdybyś potrzebowała kolczyka w dowolnej części ciała, handpoke, albo spędzić czas w towarzystwie lokalnego ćpuna-tatuatora.- tym samym dał jej do zrozumienia, że trafiła swoim celnym strzałem prosto w sedno.
𝔩𝔬𝔰𝔱 𝔠𝔞𝔲𝔰𝔢
-Jeżeli w taki sposób zdobywasz stałych klientów, to zastanawia mnie, jakim cudem cię jeszcze nie zwolnili.- Przesunął spojrzenie po jej brwiach, badając ich kształt, jakby starał się ją najlepiej zapamiętać. Spojrzał jednak gdzieś w bok, jakby starał się w sobie stłamsić poirytowanie, słysząc jak go tytułuje. Wiedział, że robi to specjalnie, że stara się wycisnąć z niego jakiekolwiek prywatne informacje jak ostatnią porcję pasty do zębów z plastikowej tubki. Poczuł, że coraz bardziej zaczynało go to uwierać... ale nie odezwał się nawet słowem.
Dopiero, gdy jej dłoń wylądowała na jego ramieniu, zmarszczył delikatnie swoje gęste brwi, jakby starając się zrozumieć, w którym momencie stała się aż tak nieodpowiedzialnie pewna siebie. Wystarczyło przyjrzeć jej się raz, by móc wyciągnąć oczywisty wniosek- był od niej wyższy, większy, miał więcej siły. Mógł zrobić coś, co odbiłoby się nie tylko na jej eterycznym ciele, ale i psychice. Był pieprzonym, beznadziejnym ćpunem. Gdyby chwilę przed wejściem do pubu wziął to, co udało mu się dziś nabić, mógłby różnie zareagować na te wszystkie bodźce, którymi tak hojnie go częstowała. Ba, ona z nim grywała. Te zadziorne uśmiechy, gesty i prowokacje... Nikt nigdy nie powiedział jej, do czego zdolni są niektórzy mężczyźni? Ktoś mógłby teraz kłócić się, że przecież ona nie wiedziała nic o nim i miała głęboką wiarę w ludzi. Owszem, ale litości, co wpaja się każdemu obywatelowi od dziecka? By uważać na nieznajomych, trzymać się daleko od typów spod ciemnej gwiazdy. Szczególnie na takich społecznych ścieków jak Swerdlove... Cholera, nawet ten pijaczek starał się dziś przypomnieć jej coś, co z pewnością powtarzał jej któryś z członków rodziny chwilę po tym, jak pomógł jej założyć szkolny tornister. Takie przestrogi nie mają terminu przydatności, a z wiekiem i doświadczeniem nabierają jeszcze więcej sensu.
Nie zwerbalizował jednak swoich przemyśleń.
Chciał ją troszkę nastraszyć, ale nie chciał przecież, by wezwała pomoc. Ostatnie, czego teraz potrzebował, to rewizja przeprowadzona przez jedną z torontońskich świń. Nie, kiedy w kieszeni miał coś, za co mógłby mieć niemałe kłopoty. Ale ona połknęła haczyk... brnęła dalej. Prowokowała. Stawiała mu czoła. Słuchał jej w ciszy doskonale wiedząc, co ma w takiej chwili zrobić. Ten emocjonalny impotent potrafił wyczuć napięcie. To cholerne napięcie, które prowadziło w jednym, bardzo konkretnym kierunku. A ten gest, który wykonała chwilę potem... to było tylko potwierdzenie.
Naparł na nią mocno i szybko, z jakimś przedziwnym zadowoleniem obserwując, jak bierze głęboki wdech. Odbił ją od swojej klatki piersiowej tak, że zmusił ją, by zrobiła kilka kroków w tył. Ale on napierał dalej. Zabierał jej przestrzeń. Zapędzał w kozi róg, jak predator, którym sam jeszcze niedawno temu się mianował. Kiedy jej delikatne plecy odnalazły ścianę, oparł się dłońmi po obu stronach jej głowy, zamykając ją w klatce ze swojego ciała. Dając jej dosadnie do zrozumienia, że popełnia błąd przepychając z nim tą granicę. Nie pisnął jednak ani słowa. Dał jej ostrzeżenie, a ona je zignorowała. Oglądał jej szybko falującą klatkę piersiową z tym samym, nic nie mówiącym ale w jakiś sposób niebezpiecznym grymasem.
-Błąd.- powiedział wreszcie krótko, w odpowiedzi na to ostatnie, gdy nacieszył się już dostatecznie tym toksycznym napięciem. Czuł, że adrenalina i podniecenie zaczynają buzować mu w żyłach, w końcu w każdej chwili mogła go zaatakować w samoobronie, zawołać pomoc, metaforycznie się wycofać, bo w rzeczywistości nie miała już na to przestrzeni.- Ian, jestem Ian. - wyjawił wreszcie czując, że nie zdzierży kolejnego kreatywnego określenia stworzonego przez tę sarnę. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął z niej portfel. Wyciągnął pięćdziesiąt kanadyjskich dolarów i schował portfel tam, skąd go wyjął. Bezczelnie odrzucił jej płaszcz, uchylił dekolt i wsunął jej pieniądze w taki sam sposób, jak ona zrobiła to przed nim dzisiejszego dnia.- To za oba piwa, fatygę i żeby potwierdzić regułę, że ludzie żydzą na napiwkach.- wyjaśnił i wyjął z kieszeni coś jeszcze... tym razem to był telefon. Wręczył jej go, nie odrywając wzroku od jej twarzy, analizując dokładnie każdy grymas, który się przez nią przemknął.- A to... gdybyś potrzebowała kolczyka w dowolnej części ciała, handpoke, albo spędzić czas w towarzystwie lokalnego ćpuna-tatuatora.- tym samym dał jej do zrozumienia, że trafiła swoim celnym strzałem prosto w sedno.
𝔩𝔬𝔰𝔱 𝔠𝔞𝔲𝔰𝔢