when cherries bleed
: sob mar 28, 2026 1:40 pm
Devon Koncecny
— Skąd kurwa możesz to wiedzieć? — musiała unieść głos. O ile Charity była w stanie wiele znieść, wiele przeżyć, tak nie potrafiła zrozumieć absolutnie Devona pod jakimkolwiek względem. Był dla niej prawdziwą niewiadomą, a nawet jeśli próbowałaby go zrozumieć, to był jeden problem. Bez wypowiedzenia jakiejkolwiek prawdy nie była w stanie tego zrobić. Wolała zamknąć mu drzwi przed nosem i chociażby przez krótki moment odpocząć. Od niego, od nieustannych teorii spiskowych, od niebezpieczeństwa, które podobno jej groziło.
— Kurwa Devon, ktoś chciał mnie zabić, jak sam pięknie zauważyłeś — ale nie panikowała. Przynajmniej według samej siebie. Za to Koncecny machał jej jedną, za drugą czerwoną flagą — to po co tu jesteś? Dla mnie to zdarzenie, to zwyczajna farsa przygotowana przez Ciebie — żeby wyjaśnić sprawę pocałunku, blablabla. Tylko i ta kwestia w żaden sposób nie została jej rozjaśniona. W oczach jej wręcz płonęła mieszanka wściekłości z obrzydzeniem. Gdyby podpisała ugodę, podobno nie miałaby problemów, tylko ona absolutnie w to nie wierzyła.
— Nie zesraj się Srevon — nie mogła powstrzymać tych słów, kiedy próbował jej wmówić, że straci najbliższych. Ludzie z rodziny Marshall byli zbyt silni, by traktować ich z taką lekkością — gdyby nie ty nie miałabym tego problemu, ani gówna, w którym mnie umieściłeś. Zrozum kurwa w końcu, że mnie nie kręcą żadna półsłówka — niemówienie o problemie nie oznaczało, że on zniknie. Wręcz przeciwnie pojawiał się on ze zdwojoną siłą — nienawidzę kłamców — przypomniała mu ostatni raz, wbijając w niego wrogie spojrzenie. Dla niej nim był. Nie miał ani razu odwagi wypowiedzieć prawdy, a to właśnie o nią chodziło Marshall. Bez tego nie mieli o czym rozmawiać.
— Odważne słowa jak na dziesięciolatka — aż parsknęła, słysząc jego słowa. Nikt nigdy nie nazwał Cherry głupią, zwłaszcza... że absolutnie nie była, biła z niej przedziwna pewność siebie, której każdy mógłby jej pozazdrościć. Miała w sobie na tyle rozumu, by zrozumieć, że ta sytuacja była irracjonalną bombą. Nic jej nie powiedział, ba nawet nie przeprosił za pocałunek i posiadanie kobiety — spierdalaj Devon, zrozum jedno — jeszcze raz uniosła na niego wściekłe spojrzenie brązowych tęczówek — Charity Marshall potrafi poradzić sobie sama — i odeszła, cofając się wprost do budynku firmy. Nawet przez moment nie oglądając się za siebie, dla niej był to koniec.
z/t
— Skąd kurwa możesz to wiedzieć? — musiała unieść głos. O ile Charity była w stanie wiele znieść, wiele przeżyć, tak nie potrafiła zrozumieć absolutnie Devona pod jakimkolwiek względem. Był dla niej prawdziwą niewiadomą, a nawet jeśli próbowałaby go zrozumieć, to był jeden problem. Bez wypowiedzenia jakiejkolwiek prawdy nie była w stanie tego zrobić. Wolała zamknąć mu drzwi przed nosem i chociażby przez krótki moment odpocząć. Od niego, od nieustannych teorii spiskowych, od niebezpieczeństwa, które podobno jej groziło.
— Kurwa Devon, ktoś chciał mnie zabić, jak sam pięknie zauważyłeś — ale nie panikowała. Przynajmniej według samej siebie. Za to Koncecny machał jej jedną, za drugą czerwoną flagą — to po co tu jesteś? Dla mnie to zdarzenie, to zwyczajna farsa przygotowana przez Ciebie — żeby wyjaśnić sprawę pocałunku, blablabla. Tylko i ta kwestia w żaden sposób nie została jej rozjaśniona. W oczach jej wręcz płonęła mieszanka wściekłości z obrzydzeniem. Gdyby podpisała ugodę, podobno nie miałaby problemów, tylko ona absolutnie w to nie wierzyła.
— Nie zesraj się Srevon — nie mogła powstrzymać tych słów, kiedy próbował jej wmówić, że straci najbliższych. Ludzie z rodziny Marshall byli zbyt silni, by traktować ich z taką lekkością — gdyby nie ty nie miałabym tego problemu, ani gówna, w którym mnie umieściłeś. Zrozum kurwa w końcu, że mnie nie kręcą żadna półsłówka — niemówienie o problemie nie oznaczało, że on zniknie. Wręcz przeciwnie pojawiał się on ze zdwojoną siłą — nienawidzę kłamców — przypomniała mu ostatni raz, wbijając w niego wrogie spojrzenie. Dla niej nim był. Nie miał ani razu odwagi wypowiedzieć prawdy, a to właśnie o nią chodziło Marshall. Bez tego nie mieli o czym rozmawiać.
— Odważne słowa jak na dziesięciolatka — aż parsknęła, słysząc jego słowa. Nikt nigdy nie nazwał Cherry głupią, zwłaszcza... że absolutnie nie była, biła z niej przedziwna pewność siebie, której każdy mógłby jej pozazdrościć. Miała w sobie na tyle rozumu, by zrozumieć, że ta sytuacja była irracjonalną bombą. Nic jej nie powiedział, ba nawet nie przeprosił za pocałunek i posiadanie kobiety — spierdalaj Devon, zrozum jedno — jeszcze raz uniosła na niego wściekłe spojrzenie brązowych tęczówek — Charity Marshall potrafi poradzić sobie sama — i odeszła, cofając się wprost do budynku firmy. Nawet przez moment nie oglądając się za siebie, dla niej był to koniec.
z/t