meow
: śr lut 18, 2026 7:11 pm
Milo Rivera
— Widzę — stwierdza z wyraźną ulgą na sercu i unosi delikatnie kąciki ust. Zwierzęta były bezpieczne, a studenciak JEDNAK na czymś się znał. Chciałaby mu pogratulować, ale w tym momencie szli w stronę kotłowni. Sprawa prądu wydawała się najbardziej priorytetową kwestią w tym momencie. Bez niego nie dałoby się normalnie funkcjonować. Wiedziała o nim ona, ale też na pewno Rivera.
— Nikt tu nie wchodzi — rzuca niemalże od razu, słysząc skrzypnięcie otwierających się drzwi. W piwnicy panowała delikatna wilgoć, a rdza zaczęła wchodzić na metalowe obramowania wejścia — poza tym kto chciałby wkradać się do schroniska? — pyta całkiem sensownie. Normalny, standardowy człowiek nie chciał przebywać tutaj za żadne skarby. W ogóle nie dziwiła się ludziom. W całym budynku rozbrzmiewał hałas szczekających psów. Nie mówiąc już o zapachu, który dla wielu był przytłaczający. Nawet skomlenie psiaków potrafiło doprowadzić ludzi do bólu. No i najważniejsze, co ktoś miałby ukraść z niedofinansowanego na wszystkie sposoby schroniska?
— A masz jakiegoś? — dopytuje, unosząc delikatnie kąciki ust, gdy Milo wykonuje własną robotę. Czasami miała wrażenie, że robi za chodzącą reklamę adopcji. Każdego próbowała do niej domówić. Zawsze o jednego zwierzaka więcej — może wziąłbyś jednego ze sobą? — przechyla delikatnie głowę, a na jej twarzy maluje się uśmiech. Co prawda nie spodziewała się tego, bardziej żartowała. Raczej ktoś przychodzący na robotę do schroniska nie zdecyduje się na zabranie jednego z ich podopiecznych.
A jednak wsunęła mu odpowiednią kopertę, z którą mógł zrobić co tylko zechciał. Może nie była to wielka zapłata, ale jednak należała mu się. Dołożyła nawet tabliczkę czekolady, by o nich pamiętał i następnym razem też ich uratował.
— Jasne, bardzo dziękuję za pomoc — stwierdza finalnie Fernandes, ale po chwili już się śmieje, widząc kota w torbie. Nie dziwiła się kocurowi, że postanowił od nich uciec. Zbyt duża ilość innych kocurów na za małą ilość rąk do głaskania. Musiała sama przyznać, że była pod wrażeniem. Żadne z nich nie zauważyło, kiedy się schował. A teraz? Wręcz z uporem maniaka chciał pozostać w torbie Rivery.
— No właśnie on nazywa się Houdini — parsknęła krótko pod nosem ruda. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy, więc... musiała zadać jeszcze raz bardzo trudne pytanie — to chcesz jednak jednego ze sobą? — pyta i już idzie w stronę wielkiego segregatora z dokumentami adopcyjnymi. Może nawet drobny ekwipunek byłaby w stanie dla niego przygotować.
— Widzę — stwierdza z wyraźną ulgą na sercu i unosi delikatnie kąciki ust. Zwierzęta były bezpieczne, a studenciak JEDNAK na czymś się znał. Chciałaby mu pogratulować, ale w tym momencie szli w stronę kotłowni. Sprawa prądu wydawała się najbardziej priorytetową kwestią w tym momencie. Bez niego nie dałoby się normalnie funkcjonować. Wiedziała o nim ona, ale też na pewno Rivera.
— Nikt tu nie wchodzi — rzuca niemalże od razu, słysząc skrzypnięcie otwierających się drzwi. W piwnicy panowała delikatna wilgoć, a rdza zaczęła wchodzić na metalowe obramowania wejścia — poza tym kto chciałby wkradać się do schroniska? — pyta całkiem sensownie. Normalny, standardowy człowiek nie chciał przebywać tutaj za żadne skarby. W ogóle nie dziwiła się ludziom. W całym budynku rozbrzmiewał hałas szczekających psów. Nie mówiąc już o zapachu, który dla wielu był przytłaczający. Nawet skomlenie psiaków potrafiło doprowadzić ludzi do bólu. No i najważniejsze, co ktoś miałby ukraść z niedofinansowanego na wszystkie sposoby schroniska?
— A masz jakiegoś? — dopytuje, unosząc delikatnie kąciki ust, gdy Milo wykonuje własną robotę. Czasami miała wrażenie, że robi za chodzącą reklamę adopcji. Każdego próbowała do niej domówić. Zawsze o jednego zwierzaka więcej — może wziąłbyś jednego ze sobą? — przechyla delikatnie głowę, a na jej twarzy maluje się uśmiech. Co prawda nie spodziewała się tego, bardziej żartowała. Raczej ktoś przychodzący na robotę do schroniska nie zdecyduje się na zabranie jednego z ich podopiecznych.
A jednak wsunęła mu odpowiednią kopertę, z którą mógł zrobić co tylko zechciał. Może nie była to wielka zapłata, ale jednak należała mu się. Dołożyła nawet tabliczkę czekolady, by o nich pamiętał i następnym razem też ich uratował.
— Jasne, bardzo dziękuję za pomoc — stwierdza finalnie Fernandes, ale po chwili już się śmieje, widząc kota w torbie. Nie dziwiła się kocurowi, że postanowił od nich uciec. Zbyt duża ilość innych kocurów na za małą ilość rąk do głaskania. Musiała sama przyznać, że była pod wrażeniem. Żadne z nich nie zauważyło, kiedy się schował. A teraz? Wręcz z uporem maniaka chciał pozostać w torbie Rivery.
— No właśnie on nazywa się Houdini — parsknęła krótko pod nosem ruda. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy, więc... musiała zadać jeszcze raz bardzo trudne pytanie — to chcesz jednak jednego ze sobą? — pyta i już idzie w stronę wielkiego segregatora z dokumentami adopcyjnymi. Może nawet drobny ekwipunek byłaby w stanie dla niego przygotować.