Strona 2 z 3

my favourite game

: wt lut 03, 2026 1:34 pm
autor: Ezequiel García
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

maleducada

my favourite game

: śr lut 04, 2026 2:24 pm
autor: Sofia Torres

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


𝒑𝒂𝒑𝒊

my favourite game

: śr lut 04, 2026 9:22 pm
autor: Ezequiel García
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


my headache

my favourite game

: czw lut 05, 2026 11:12 am
autor: Sofia Torres
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description



𝒑𝒂𝒑𝒊

my favourite game

: czw lut 05, 2026 4:25 pm
autor: Ezequiel García
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Otworzył szafkę pod zlewem, wyciągnął śmietnik i podszedł do roztrzaskanego talerza oraz porozrzucanego makaronu. Chwycił papierowe ręczniki i zgarnął wszystko sprawnie, bez zbędnych ceregieli, wrzucając do kosza. Kolejny ręcznik zamoczył, przetarł podłogę, odstawił śmietnik na miejsce i umył ręce pod zimną wodą z mydłem. Potem otworzył lodówkę. Wyciągnął ryż w stylu meksykańskim, który zrobił sobie wcześniej, wrzucił na patelnię i zaczął podgrzewać. Ostre przyprawy szybko uniosły się w powietrzu, wypełniając mieszkanie znajomym, intensywnym zapachem. Kiedy ryż był gotowy, przełożył go na talerz i położył na nim widelec. Odwrócił się i wtedy zobaczył ją… jego huragan. Uśmiechnął się szeroko. Podszedł do narożnika i postawił jedzenie na stoliku. - Musiałem ci podgrzać posiłek, który zrobiłem sobie wcześniej. Mam nadzieję, że ci będzie smakować - mruknął z rozbawieniem. Po czym uniósł brew, rzucając okiem na pustą przestrzeń tam, gdzie wcześniej był makaron. - Makaron wylądował na podłodze… ale widzę, że tak straciłaś dla mnie głowę, że zaliczyłaś mały epizod utraty pamięci, moja dementko. - Zaśmiał się, usiadł obok niej i nachylił się po talerz, wsuwając go w jej dłonie. Owinął ją ramieniem i spojrzał na nią uważnie… na to, jak pięknie wyglądała w jego ubraniach. Serce zaczęło mu bić mocniej. Dziwne ciepło rozlało się po żyłach, nieproszone. - Joder... Estás tan sexy con mi ropa, pequeña traviesa. - mruknął. Nachylił się i pocałował ją w czubek głowy.

Zabawne, jak jego oryginalne plany w tak nieoczywisty sposób zaczęły się sypać. Przez tę mlodziutką rozbójnicę, która miała być epizodem. Przelotnym kaprysem. Oddechem od tego, co trzymało go za gardło. Miała być czymś prostym, przyjemnym, przewidywalnym w swojej nieprzewidywalności. Zabawą. A tymczasem mieszała mu nie tylko w głowie, ale i w sercu…To było chore. Chore, bo Ezequiel Garcia nie był typem faceta, który daje sobie wmówić, że ktoś może mu namieszać w sercu. Nie był typem, który siada wieczorem i rozmyśla czy mógł zrobić coś inaczej. Zawsze miał plan. Zawsze miał kontrolę. A przy Sofii… kontrola zaczynała mu się wymykać z palców.

I co najgorsze?
Wcale nie był pewien, czy chce ją odzyskać.


huragan

my favourite game

: czw lut 05, 2026 5:09 pm
autor: Sofia Torres

Była przyczyna, dla której Torres zniknęła tak szybko w łazience. Zdecydowanie większa i poważniejsza niż sama chęć zmycia z siebie potu i.. całej reszty. Musiała na chwilę się odciąć. Uspokoić wirujące myśli, by lepiej nad sobą zapanować. Sofia ubzdurała sobie, że jak już wyładuje oczywiste napięcie, będzie jej łatwiej... obserwując jego twarz po wszystkim powoli docierało do niej, że się myliła. Coś w tym mężczyźnie sprawiało, że miała ochotę poznać go lepiej, bliżej. Dowiedzieć się o nim czegoś więcej- poza tym, że jest od niej starszy i... całkiem nieźle idzie mu w łóżku. To nie była jej standardowa reakcja po zbliżeniach. Zazwyczaj po prostu ubierała się, zamawiała ubera i uciekała do domu. Tym razem... chciała spędzić z nim nieco więcej czasu. Sprawdzić, czy po odkryciu talii swoich intymnych kart jest równie interesujący. Biło od niego jakieś takie dziwne ciepło i troska. Miał w oczach coś, co pozbawiało ją resztek rozumu. Poza tym, to jak ją chwalił, jak na nią patrzył, jak ją zaczepiał... Chwilę potem przez głowę przetoczyła jej się chwilowa podejrzliwość- a co, jeżeli on w ogóle tego nie chciał?
Oblewając się strumieniem zimnej wody śpiewała głośno ten sam tekst, obmywając się pośpiesznie. Z niewyjaśnionej przyczyny chciała dobitnie pokazać, że jest najbardziej pewną siebie kobietą na radarze... wbrew temu, co cicho zaczynała podszeptywać jej podświadomość. Bo co, jeżeli odhaczyła w tym momencie wszystkie okienka w tej pokręconej tabelce? Co, jeżeli on krzyknął już metaforyczne bingo, odebrał nagrodę i nie miał zamiaru jej oglądać? Co, jeżeli faktycznie była dla niego fantazją i chwilową zachcianką? Zanim wylądowali w łóżku (i nie tylko w nim) przyrzekała, że jest jej wszystko jedno i byłaby gotowa na to, by zakończyć tę znajomość po tym jednym, intensywnym momencie... czy to dalej obowiązywało? W celu wybicia sobie z głowy całej tej armii wątpliwości, spędziła pod prysznicem nieco więcej, niż pierwotnie zamierzała.
Kiedy wreszcie wygrzebała się z łazienki, przeczesując palcami wilgotne włosy, zauważyła, że salon wygląda nieco inaczej. Dopiero po chwili dotarło do niej, że zrobili tutaj swoistą rozpierduchę. W czasie, kiedy nie było, on zdążył już posprzątać! Prychnęła rozbawiona pod nosem, wciąż pomrukując pod nosem tę samą melodię. Jakby nie było w tym świecie rzeczy, która ją w tym momencie była w stanie zmartwić, dotknąć. Torres ubrała się w tą emocjonalną, charakterystyczną sobie powłoczkę. Tę samą, która miała ją chronić przed potencjalnym skrzywdzeniem. Wbiła w niego spojrzenie, powoli kierując się w stronę narożnika. Ich spojrzenia się spotkały, a on... uśmiechnął się do niej tak miło i słodko. Jakby żadna z tych bluzg, którymi rzucał przed chwilą tak hojnie, nigdy nie opuściła jego miękkich warg. Odpowiedziała mu równie ciepłym gestem zajmując miejsce na skórzanym meblu.
-Boże, jest tragiczny!- zawołała poprawiając się niemalże pięć sekund po tym, jak zajęła miejsce.- Przykleja się do mnie! Ew! Mam nadzieję, ze regularnie go czyścisz! Coś strasznego! Musimy przejechać się do najbliższego meblowego i wybrać coś lepszego, na tym nie da się siedzieć!-w słowniku Sofi Torres taki plan oznaczał tyle samo co lubię cię, chcę spędzić z tobą więcej czasu, oto propozycja jakiejś wspólnej interakcji, jeżeli ją odrzucisz, wścieknę się. Wlepiła w niego spojrzenie swoich ciemnych oczu, gdy przyszedł do niej z jedzeniem. Ah tak, poprosiła go o jedzenie, zanim poszła pod prysznic.- Przestań gadać głupoty i daj mi wreszcie jeść, Garcia.- odpowiedziała w typowym dla siebie stylu, słysząc jego zaczepkę. Oczywiście, że zapomniała! Jej odpowiedź nie mogła być tego lepszym dowodem. Przejęła od niego naczynie i natychmiast zabrała się za jedzenie, z radością odkrywając, że mężczyzna dążył do ponownego zmniejszenia dystansu między nimi. Mimo to, że przecież coś, co mogło być jego głównym celem, już dawno od niej dostał. Odgarnęła kosmyk mokrych włosów i schowała go szybko za ucho, nie panując na tym, że zupełnie przypadkiem ujawniła swoje zawstydzenie. Dziewczyna, która krzyczała takie perwersje jeszcze chwilę temu, teraz rumieniła się delikatnie, bo Eze zarzucił za nią ramię.- Wiem.- odpowiedziała krótko, starając się nie przywiązywać do tego komplementu większej uwagi, ale jej czerwone policzki same zdradzały jej faktyczny stan.- Kurwa, jak tu ciepło! Masz klimatyzację! Zaraz się zapocę, a przecież dopiero co wyszłam spod prysznica.- mruknęła z charakterystycznym dla siebie oburzeniem, zwalając swój stan na temperaturę pomieszczenia, w razie, gdyby sam ją zauważył. Nie przestając jeść, przerzuciła mu nogi przez uda, przyciskając ramię do oparcia kanapy, wciąż jedząc powoli to, co jej przygotował.- To... jaki masz grafik w tym tygodniu, sal y pimineta?- podjęła ostrożną próbę zaplanowania kolejnego nalotu na Garcia. Stąpała jednak słowami bardzo ostrożnie, nie chciała przecież wyjść na desperatkę, która mu się narzuca.

𝒔𝒂𝒍 𝒚 𝒑𝒊𝒎𝒊𝒆𝒏𝒕𝒂

my favourite game

: czw lut 05, 2026 7:31 pm
autor: Ezequiel García
W głowie Ezequiela Garcii zaczynał robić się przysłowiowy rozgardiasz. Czuł się tak, jakby cisza, w której żył przez lata, nagle wypełniała się muzyką graną przez mariachi… głośną, bezczelną, wyśmiewającą go prosto w twarz za to, że ktoś taki jak on mógł w ogóle pomyśleć, że będzie złym charakterem w czyjejś opowieści. Nadal nie był pewien, jak odegra się film, który układał sobie w głowie. Chciał w końcu zagrać kogoś, kim tak naprawdę nie był - wejść w rolę, odciąć emocje, zrobić swoje, wyjść bez konsekwencji. Tylko że ta cała złowieszcza otoczka, którą próbował na siebie narzucić, znikała z każdym momentem spędzonym w towarzystwie tej młodziutkiej złośnicy. Z każdą chwilą coraz mniej chodziło o 'zabawę'. Coraz mniej o wyżycie się i zaspokojenie popędów. Coraz bardziej o to, że po prostu… chciał ją poznać. Prawdziwą. Zaczął się zastanawiać, czy ten huragan czasem się zatrzymuje. Czy ona w ogóle miewa momenty ciszy. Czy ta pewność siebie jest jej naturalnym stanem, czy zbroją. Chciał sprawdzić, czy pod tą błyszczącą, pewną siebie wersją Sofii nie kryje się coś jeszcze - coś delikatniejszego, bardziej ludzkiego. Coś, czego nie pokazuje nikomu.
W końcu oni byli z dwóch zupełnie innych światów. Torres urodziła się z pieniędzmi. On musiał je wyrwać życiu z gardła własnymi rękami - dyżurami, ambicją, uporem, krwią i niedosypianiem. Ciekawiło go, jak bardzo będą się różnić w tej kwestii. Czy kiedyś to wyjdzie między nich jak coś niewygodnego. Czy stanie się problemem. Tak jak wiek. Bo wieku nie dało się ignorować, nawet jeśli próbował udawać, że to tylko liczba.

Nie przestawała go zadziwiać swoim charakterkiem. Uparcie próbowała pokazać mu pazurki, a Ezequiel był gotów przysunąć twarz pod jej szpony i dać się podrapać - choćby po to, żeby zobaczyć, ile w niej ognia, a ile tylko przekory. Parsknął śmiechem na jej komentarz o narożniku. - Po prostu się do niego nie przyzwyczaiłaś! - rzucił, wciąż rozbawiony. - Dopiero mam go dwa lata, ale… - Zerknął na nią i uśmiechnął się cieplej. Nie miał zamiaru przewracać całego mieszkania do góry nogami dla nowo poznanej kobiety… ale z drugiej strony… co mu szkodziło? Nie był typem, który lekką ręką wydaje pieniądze, ale dla niej był gotów zrobić wyjątek. Chociażby po to, żeby poczuła, że jej zdanie ma tu znaczenie. - Możemy kiedyś wyskoczyć do sklepu i wybierzesz taki, na którym przyjemniej będzie ci spędzać tutaj więcej czasu. - mruknął z uśmiechem. Usiadł obok niej i podał jej talerz. - Tylko będziemy musieli też przetestować, czy będę mógł cię wygodnie trzymać w ramionach przez cały film. - dodał, przysuwając ją bliżej i obejmując ramieniem. - no i pieprzyć - zatopił nos w jej mokrych włosach, by po chwili odsunąć się na moment. Wpatrywał się w nią, kiedy jadła powoli ryż, który jej podgrzał. Opuszki jego palców leniwie przesuwały się po jej ramieniu, chciał by czuła się komfortowo przy nim. Zmrużył oczy, bo mógłby przysiąc, że się rumieniła. Ta oliwkowa cera muśnięta różem wyglądała na niej nieprzyzwoicie pięknie, ale nie skomentował tego. Tylko uśmiechnął się do siebie, napawając się tym widokiem. Z rozkojarzenia wyrwało go dopiero jej pytanie. - Już, już… włączam klimatyzację. - sięgnął po pilot.- Tylko żebyś mi się potem nie rozchorowała z tymi mokrymi włosami. - dopowiedział z troską. Kliknął na odpowiedni przycisk. Po kilku minutach chłodniejsze powietrze zaczęło rozchodzić się po mieszkaniu. Oparł się wygodniej, siedząc bokiem do niej, i spojrzał prosto na tę swoją buntowniczkę. - A co do grafiku… jeszcze nie wiem, kiedy wezwą mnie na konsult neurologiczny, ale obiecuję, że tym razem nie zapomnę się do ciebie odezwać. - uśmiechnął się, szczerze. Przez moment zawahał się, jakby ważył słowa. Nie lubił bawić się w zgadywanki. Nie lubił się domyślać. - Sof… wybacz, że o to zapytam, ale nie przepadam za tym, żeby zgadywać lub domyślać się co druga osoba myśli. - jego głos zrobił się niższy, spokojniejszy. - Czy byłabyś skłonna spotykać się tylko ze mną? - Popatrzył na nią uważnie.- Nie jestem wielkim fanem dzielenia się z innymi.

Sof

my favourite game

: czw lut 05, 2026 8:13 pm
autor: Sofia Torres

Przewróciła oczyma słysząc argumenty chroniące mebla. Ona sama, po wprowadzeniu się do swojego mieszkania, wyrzuciła z niego całe wyposażenie, które umieścił w nim jej ojciec. Może nie tyle wyrzuciła, co odesłała dla jakiegoś przytułku dla bezdomnych, ale... Nienawidziła szarości. Wszędzie, gdzie była, musiały otaczać ją barwy. W ten delikatny sposób starała się sobie udowodnić, że życie wcale nie jest takie złe i jałowe. Wypierała ciemne myśli kolorem, usiłując wmówić samej sobie, że budzi w niej radość. Westchnęła ciężko, nie przestając jeść. Starała się sprawiać wrażenie, jakby zaczęła ignorować go po pierwszym zdaniu odnośnie... tej abominacji.
-Cholera, byłam strasznie głodna. Zanim przyszłam do Ciebie, pomagałam posprzątać w mieszkaniu Pani Cornwell. Tak się wciągnęłam, że zapomniałam o tym, że powinnam coś wrzucić w żołądek.- zupełnie nieświadomie, przypadkiem wyznała mu swoją prawdziwą przyczynę spóźnienia. Miała dodać coś jeszcze, ale... czy on się właśnie zgodził? Odłożyła widelec prostując się, patrząc na niego z pewnym sceptycyzmem. Jakby zastanawiała się, czy przypadkiem się nie przesłyszała.- Ezequielu Garcia.- zaczęła oficjalnie, po przełknięciu tego, co miała w ustach.- Nie ma siły na tej świecie, która przekonałaby mnie do tego, by położyć się nago, albo chociaż oprzeć o to diabelstwo. Nie przelecisz mnie na tej sofie, przykro mi. Jeżeli więc masz tak głęboką potrzebę rozłożenia mnie w salonie... to naprawdę musimy czym prędzej wymienić ten zapomniany przez boga mebel.- złapała jedną z poduszek i wcisnęła ją pod siebie, zasiadając na niej po turecku, by mieć jak najmniej kontaktu z materiałem, z którego wykonany był narożnik.
Jej ramie zadrżało lekko, gdy zaczął go tak delikatnie dotykać, ale po raz kolejny udała zwyczajnie, że... nic takiego nie miało miejsca. Odchrząknęła cicho i odstawiła talerz na stolik czując, że starczy jej na tą chwilę jej starczy. W duchu obiecała sobie, że będzie odwiedzać go częściej, szczególnie w porach obiadowych, bo jak do tej pory serwował jej naprawdę niezłe żarcie. Powróciła do niego, opierając skronią o jego ramię, wpatrując się w niego ze skupieniem, kiedy przedstawiał jej swój jakże dramatyczny scenariusz.
-To kupisz mi antybiotyk i będziesz odwiedzać mnie w moim epileptycznym koszmarze numer dwadzieścia sześć. Będziesz mi sprzątać, gotować, wietrzyć mi pokój, przebierać pościel... Będziesz robił mi zimne obkłady na czoło, rozmasowywał ścierpnięte od leżenia ciało... Naprawdę nie widzę problemu, Garcia.- zerknęła na niego zupełnie tak, jakby była zaskoczona faktem, że nawet nie wziął tego pod uwagę. Widząc jego kąciki ust wygięte w uśmiechu, sama odwdzięczyła mu się podobnym grymasem. Złapała dłoń drugiej ręki mężczyzny i położyła sobie na udzie, tuż pod linią bokserek, które mu ukradła. Nie było w tym jednak nic erotycznego, raczej czysta potrzeba bliskości i ciepła. Za którymi była w przedziwny sposób stęskniona.
To, o co zapytał ją chwilę potem sprawiło, że Torres dokonała prawdziwego cudu- zamknęła się na chwilę i o ile wcześniej rumieniła się delikatnie, to teraz totalnie spłonęła we własnej czerwieni. Opuściła głowę pozwalając mokrym włosom stworzyć kurtynę ukrywającą desperacko ten najbardziej niewinny akt zmieszania, na jaki było ją stać. Czuła się jak idiotka! Impostorka! Przecież kilka sekund temu grała seksowną żyletę, a teraz jej twarz paliła się jak u uczennicy. Milczała nie mając zielonego pojęcia, jak na to odpowiedzieć. Nikt nigdy tak oficjalnie nie chciał jej tylko i wyłącznie dla siebie. Bywała wciągana w jakieś dziwne sceny zazdrości, już post factum, kiedy ktoś sam postanowił, bez jej udziału, że są razem... Tym razem ktoś... prawdziwy mężczyzna zaproponował jej wyłączność.
Za długo milczała. Za bardzo pogrążyła się w myślach. Coraz perfidniej obnażała przed nim to miękkie miejsce tuż nad sercem, jej słaby punkt. Musiała coś odpowiedzieć! Natychmiast! Musiała zagadać ciszę! Zapchać ją milionem nic nieznaczących zaczepek i pikantnych uwag.
-Skłonna?- powtórzyła po nim jak echo, marszcząc lekko brwi. Nie, nie miała zielonego pojęcia, dlaczego przyczepiła się akurat tego słowa, zamiast odpowiedzieć na jego pytanie. Chyba starała się być tą zaczepną sobą, ale po drodze pogubiła się gdzieś w tej jego pewności siebie.- Dlaczego chciałbyś mieć mnie na wyłączność?- chciała, by to zabrzmiało pikantnie, zaczepnie, niemal perwersyjnie, ale powiedziała to zdecydowanie złym tonem. Zapomniała zmodyfikować swój głos, przyjąć kokieteryjną minę i najlepiej jeszcze oblizać wargi. Była zbyt spokojna, zbyt opanowana, a przy końcu tego pytania lekkie drżenie zdradziło, że to miało być TO pytanie. Jedno z tych, które są jak najbardziej poważne, ale przebrane w jakąś durną, podsycającą nastrój, grę. Zacisnęła wargi, jakby powstrzymując się przed wypowiedzeniem kolejnej pierdoły na głos, wściekła na siebie za to, że to całe rozładowanie napięcia wcale jej nie pomogło. Wręcz przeciwnie, jego towarzystwo rozmiękczało ją jeszcze bardziej.- Jak za mną nadążysz, to w porządku.- dodała szybko, licząc na to, że te słowa zakryją tę niemal desperacką próbę wyciągnięcia od niego słów walidacji. Podjęła też ostateczny argument- przeniosła jego dłoń na swoje biodro, starając się fizycznie zamieszać mu w głowie, odwieźć go od swojego miękkiego rdzenia.

García

my favourite game

: pt lut 06, 2026 3:48 am
autor: Ezequiel García
Siedział bokiem i przyglądał się jej uważnie - jej rysom twarzy, temu, z jaką ochoczością wsuwała w siebie posiłek, który jej przygotował. Uśmiechał się do siebie, jakby ten widok był czymś absurdalnie satysfakcjonującym. Przez moment przemknęło mu nawet przez głowę, że zaraz zrobi dziurę w talerzu, ale z tych myśli wyrwał go jej głos. Spojrzał na nią od razu, słuchając uważnie. - Pani Cornwell? - zapytał zaciekawiony. - Na którym piętrze mieszka? - Nie miał zbytnio pamięci do sąsiadów w apartamentowcu. Poza nią, rzecz jasna! Zmrużył oczy delikatnie, jakby próbował upewnić się, że się nie przesłyszał. - I… przepraszam, ale… sprzątałaś u niej? - dodał, z tym niedowierzaniem, które w sekundę przeszło w coś cieplejszego. Bo w tym samym momencie poczuł w piersi idiotyczne ukłucie - poruszyło go to, że pomaga komuś, nawet jeśli to 'pomaganie pani Cornwell' tłumaczyło jej bezczelne spóźnienie. Już prawie jej za to wybaczył. Prawie. Po chwili uniósł kącik ust i zapytał bezwstydnie, - A oferujesz taki serwis innym sąsiadom? - parsknął śmiechem. - Niekoniecznie… odziana w cokolwiek? - Zaśmiał się, ale to była ta wersja śmiechu, która zdradzała zdecydowanie zbyt żywą wyobraźnię. Sama świadomość, że mogłaby odkurzać jego mieszkanie paradując nago, lub w kostiumie pokojówki. Joder, Garcia. Cálmate.

Garcia znów parsknął, kiedy zauważył, jak wsunęła sobie poduszkę pod tyłek, byle tylko udowodnić mu, jak cholernie nieprzyjemna była dla niej ta kanapa. - Dobrze, dobrze. - uniósł ręce w akcie bezbronności.- Odezwę się i dam znać, kiedy możemy wyskoczyć do sklepu. Nie będę mógł teraz funkcjonować ze świadomością, że nie będę mógł cię tutaj pieprzyć. - przysunął się do niej, przesuwając palcami po jej ramieniu. Uśmiechnął się czule, kiedy poczuł, jak opiera skroń o niego. Była nieprzewidywalna. I chyba właśnie dlatego nie umiał przestać na nią patrzeć.
Uniósł brew i mrugnął kilka razy, jakby naprawdę próbował gdzieś w głowie zakodować, że ona mówiła całkiem… poważnie? Odsunął się delikatnie, by móc na nią spojrzeć z lepszej perspektywy i parsknął niekontrolowanym śmiechem, - Sof, jestem lekarzem. Oczywiście, że się tobą zaopiekuję. Przecież złożyłem przysięgę, której muszę przestrzegać, prawda? - uśmiechnął się, próbując rozegrać to bezpiecznie, wchodząc w czysty profesjonalizm tej sugestii. - Primum non nocere. Po pierwsze…nie szkodzić. - Palnął jakby to nie było nic takiego, a ta oferta wcale, a wcale nie ruszyła go. Tylko że z drugiej strony… chętnie by się zaopiekował panną Torres. Bardzo. Nawet za bardzo.
Co było zabawne, bo przecież to on sam planował ją uwieść. Wcześniej. A może i dalej tak było? Już sam nie wiedział. Miał cholerny mętlik w głowie. Nie potrafił rozróżnić, czy to adrenalina i rozgrzane powietrze w pokoju, czy coś dużo gorszego… coś, co wpełzło mu pod skórę i zaczęło się tam zadomawiać. Bo odkąd weszła w jego życie, Garcia przestał myśleć tak, jak zwykle. I to go wkurwiało. I… jednocześnie cholernie nakręcało.

Uśmiechnął się i przybliżył do niej, nachylając się delikatnie, opierając ramieniem o oparcie. - Sof, masz prawo wyboru, prawda? - spojrzał jej prosto w te brązowe ślepia. - Nie mam już dwudziestu lat, jakbyś nie zauważyła… wiem, wiem. Cholernie dobrze się trzymam. - Przejechał wolną dłonią po włosach, uśmiechając się nonszalancko, a potem przetarł twarz, jakby nagle dotarło do niego, co w ogóle wyczynia i wygaduje. No zwariowałem. - De todos modos... - odchrząknął. - Mam swoje lata. I jak sama wspomniałaś kilka dni temu… nie wiem, kiedy zamiast po nową kanapę będę musiał wybierać się po trumnę. - Na moment spoważniał - z wiadomych powodów - ale po chwili zmusił się do niemrawego uśmiechu, jakby nie chciał dać temu zdaniu zbyt dużej władzy. - Więc nie mam ani ochoty, ani zainteresowania walczyć z innymi o twoją uwagę.- Przesunął dłoń na jej udo. - To nie znaczy, że nie będę się o ciebie starał. Wręcz przeciwnie… - Zacisnął palce delikatnie i pochylił się, składając na jej ustach krótki pocałunek - chciał w pewnym sensie złożyć jej obietnicę, że mówi to szczerze. Odsunął się od niej delikatnie, patrząc jej w oczy już poważniej. - Ale to też nie znaczy, że jesteśmy parą. - Uniósł kącik ust. - Estoy seguro de que una noche increíblemente intensa no nos convencerá ni a ti ni a mí para llamarlo oficialmente de ninguna manera. - parsknął śmiechem, po czym jego spojrzenie pociemniało od tej pewności, którą chciał się z nią podzielić. - Pero eso no cambia el hecho de que pronto estarás soñando con que finalmente te pida que seas mía. Ya lo verás. - Puścił jej oczko, uśmiechając się zawadiacko. I zanim zdążyła zebrać powietrze na jakikolwiek atak słowny, uciszył ją kolejnym pocałunkiem. Tym razem dłuższym. Takim, który nie zostawiał miejsca na ripostę, którą za chwilę by go uderzyła. Bo nawet jeśli nie chciał tego nazywać w oficjalny sposób - przynajmniej nie teraz - to gdzieś głęboko już wiedział jedno -nieoficjalnie…

ona była już jego.


Sof

my favourite game

: pt lut 06, 2026 11:17 am
autor: Sofia Torres

Dopiero, kiedy podjął temat sąsiadki, Sofia zatrzymała się na chwilę i zawiesiła na moment. Analizowała całą swoją relację z sąsiadką, w ciszy, jakby nagle dotarły do niej rewelacje, o których wcześniej raczej nie myślała. Podrapała się w skroń, patrząc w jakiś punkt na stoliku. To, jak dopytywał dało jej nieco inny sygnał- zaczęła zastanawiać się, czy cała ta relacja z panią C. nie jest przypadkiem jakaś podejrzana.
-Mieszka naprzeciw mnie. Starsza, miła Pani, która w sumie pochodzi z Mississippi, przeprowadziła się tutaj z mężem po tym, jak na świat przyszedł jej najmłodszy syn.- mówiła coraz ciszej, marszcząc brwi z prawdziwą konsternacją wymalowaną na twarzy. Wyglądała, jakby powoli łączyła najbardziej oczywiste kropki.- Tak, oczywiście, że sprzątałam. Uwielbiam sprzątać, szczególnie, jak jestem wkurwiona, a ty... no.- urwała, bo już przecież to sobie wyjaśnili. Machnęła ręką, jakby dając do zrozumienia, że nie ma o to już żadnego żalu. Musiała jednak upewnić się czegoś innego.-Hej, myślisz, że moja sąsiadka może być rasistką, ale przez fakt, że cała rodzina się od niej odcięła jest dla mnie miła, żebym się nią zajmowała?- wyrzuciła z siebie swoje wątpliwości, a słysząc je na głos, przycisnęła otwarte dłonie do obu skroni.- Joder, claro que sí. Dios mío, qué idiota soy.-na pytanie Ezequiela spojrzała na niego karcąco, jakby chciała dać mu do zrozumienia, że to nie jest czas i miejsce na takie żarty. Dotarło do niej, że jej ulubiona sąsiadka (możliwe) widziała ją jako podczłowieka!- Nie wiem, czy cię stać, Garcia, stary zbereźniku.- rzuciła znów machając na niego rękoma tak, jakby chciała go z tą swoją zadziornością przegnać. Oczywiście, że bardzo spodobał jej się ten komentarz. Musiała jednak utrzymać powagę. Plus... odkrywała w sobie coraz pewniej, że nie chciała wszystkiego sprowadzać do seksualnych zaczepek.
Uśmiechnęła się delikatnie, do siebie, totalnie ucieszona faktem, że jej sąsiad faktycznie byłby w stanie zająć się nią w przypadku choroby. Bardzo podobało jej się to, że nie musiała go jakoś szczególnie mocno naciskać, żeby wyciągnąć z niego takie wyznania. Bardzo potrzebowała tej opieki, zainteresowania i... w jakiś sposób podziwu. Miała wrażenie, że jego towarzystwo leczyło w niej coś ,co było chore już od dłuższego czasu. Zszywał rany, które wydawały się być nie do odratowania. Nie odpowiedziała, po prostu spojrzała na niego z dołu, jakby badając, czy mimika jego twarzy zgadza się z tym, co mówił, czy nie wciska jej przypadkiem kitu. Wszystko wskazywało jednak na to, że Garcia był teraz szczery.
Dalszego wywodu słuchała ze skupieniem, obserwując cały ten teatrzyk min i gestów, który jej serwował. Miała wrażenie, jakby stawał na wyżynach swojej ekspresyjności tylko i wyłącznie po to, by utrzymać jej, wypraną internetem, zdolność koncentracji uwagi. Prychnęła pod nosem, do tych myśli, uśmiechając się do niego rozbawiona. Podczas jego wywodu podświadomie naśladowała jego nastrój- raz to się uśmiechając, raz poważniejąc... zupełnie nad tym nie panowała. Czuła się trochę, jak kukiełka w jego rękach- gotowa zaśpiewać tak, jak tylko jej rozkaże.
-Czekaj.- zaczęła powoli, patrząc na niego, nieco pogubiona. Musiała upewnić się, że dobrze rozumiała jego przekaz.- Chcesz przyjaźni z plusem, ale na wyłączność? Do tego chcesz ze mną flirtować?- mówił dalej, a ona coraz bardziej patrzyła na niego jak idiotę. Pozwoliła mu się zamknąć, ale tylko na chwilę.
Nim na dobre dotarły do niej jego słowa, on naparł swoimi wargami na jej usta. Bez nawet chwilowego zawahania odwzajemniła ten gest, skupiając się na jego przesłaniu całą sobą. Nie było łatwo. Starała się zrozumieć prawdziwe intencje mężczyzny, co nie było wcale takie łatwe, bo jego pragnienia wydawały się sobie wzajemnie wykluczać. Coraz więcej myśli kręciło jej się w głowie. Nie mogła ich ignorować i po prostu się z nim całować! Złapała za jego ramiona, dystansując go od siebie. W jednej chwili wszystko to, co myślała jeszcze przed chwilą na jego temat, zostało zwyczajnie podważone. Odpaliła się w niej pewnego rodzaju panika. Czy Ezequiel pokazywał jej właśnie perfidnie, że jest taki, jak każdy inny chłopak w jej życiu? Że różni go od nich tylko jego cholerny wiek? To, plus kilka wymuszonych komplementów? Poczuła się naprawdę dotknięta.
-Czekaj, czy ty się właśnie przyznałeś, że chcesz mnie wjebać w situationship? Pff!- odsunęła się od niego gwałtownie, mierząc go wzrokiem, jakby szukała szczeliny, z której uciekała mu reszta honoru. - Jesteś bezczelny! Chcesz mnie pieprzyć bez zobowiązań, kręcić się koło mnie jak ci się zachce i jednocześnie nie nazywać tego w żaden sposób, żeby przypadkiem nie zamknąć sobie wolnej furtki, jak spodoba ci się ktoś inny, ale jesteś zbyt terytorialny, żeby się mną dzielić?- mówiła coraz głośniej i szybciej, podnosząc tę typową dla siebie burzę.- Oh pewnie! Łechtanie ego tym, że małolata do ciebie wypisuje i męczy cię o spotkanie idealnie pomaga w tym wieku samoocenę, no nie? Jeżeli nie chcesz niczego ze mną na poważnie, to jak masz czelność w ogóle pytać mnie o wyłączność, Garcia?! Joder, pendejo!- odsunęła się od niego, siadając niemalże w kącie kanapy, krzyżując mocno ręce na piersi.- Jak chcesz mieć kogoś, kto będzie cię bezwarunkowo uwielbiał, nie będzie oczekiwał od ciebie niczego konkretnego, lizał po pysku, kiedy masz na to ochotę i kręcił ci się pod nóżkami TO SOBIE KUP KURWA SZCZENIACZKA!
Zerwała się z kanapy i pomaszerowała szybko do swoich własnych ciuchów, które odłożył w bezpieczne miejsce podczas sprzątania. Złapała je niedbale, przyciskając do siebie. Gdyby miała fizyczną możliwość ciskania błyskawic, to pewnie by to robiła.
-Dobranoc, Garcia! Rzeczy oddam ci, jak je wypiorę.- rzuciła się nerwowo do wyjścia, przeklinając siarczyście pod nosem..

García