Punta Cana
: pt lut 20, 2026 9:01 pm
Traktowała to jako komplement… to, że nie zamierzał się tak wdzięczyć przed nikim innym. To jak na nią patrzył również i… widziała to i wcale nie była na to obojętna. Ani trochę. Bo gdy tak na nią patrzył śmieszny dreszcz przechodził wzdłuż jej kręgosłupa i za każdym razem uświadamiała sobie, że dawno się tak z nikim nie czuła, że dawno nikt je tak nie traktował. Skłamałaby jakby powiedziała, że to nie było przyjemne. Było, cholernie. I sprawiało, że łatwiej było jej się zaangażować… może nawet zbyt łatwo. Bo przecież doświadczenie powinno ją nauczyć, że prędzej czy później pożałuje, że dystans byłby znacznie bezpieczniejszy… znacznie! Tylko wcale go nie chciała. Lgnęła do niego, pragnęła jego uwagi, zainteresowania i adorowania. Jego pocałunków i dłoni zaciskających się na jej pośladku. Nie czuła się wcale skrępowana tym, że byli wśród ludzi… po pierwsze nie oni pierwsi i ostatni, a po drugie – prawdopodobnie nigdy więcej tu nie wrócą? A nikt ich nie znał, więc mogli sobie pozwolić na więcej. Nawet na brak jakiejkolwiek odległości między nimi na tym parkiecie.
- Nam… oczywiście, że nam. Przecież oboje na tym skorzystamy. – bo jego wdzięczność będzie ich wspólną formą rozrywki i przyjemności… szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę, co dla nich przygotował. Znaczy Darcy nie miała zielonego pojęcia i nawet nie próbowała zgadywać, ale skoro sam o tym pomyślał – musiało mu to chodzić po głowie i musiał mieć na to ochotę. Oboje na tym skorzystają, nie wątpiła!
Odchyliła lekko głowę razem z jego sugestią, a gdy tylko sunął wargami po jej rozgrzanej skórze… znowu zadrżała i mocniej zacisnęła palce na męskiej koszuli – Myślę, że nasz domek jest w bezpiecznej odległości od… wszystkiego. I wszystkich. – zaśmiała się, wyprostowała i spojrzała mu prosto w oczy. Iskierki w jej spojrzeniu nie pozostawiały złudzeń, że jego próby nakręcenia ją zdawały egzamin. Przysunęła się, żeby odezwać się tuż przy męskim policzku, bo nie było potrzeby, żeby ktokolwiek jeszcze ją słyszał – nawet jeśli muzyka i tak była wystarczająco głośna – I zawsze możesz po prostu zamknąć mi usta… będę wtedy cichutko, obiecuję. – zacisnęła lekko zęby na męskim policzku i zaśmiała się – Chodź jeszcze na drinka i wychodzimy. – zadecydowała i nawet nie czekała na jego odpowiedź – złapała dłoń Arvela i pociągnęła go w kierunku baru, żeby zamówić im kolejkę szotów – Ostatnio po tequili całkiem nieźle się bawiliśmy. – wyszczerzyła kły w szerokim uśmiechu, tłumacząc swoje zamówienie – Jakaś jest też w naszym hotelowym barku. – więc właściwie nawet nie musieli wychodzić, chociaż… nie żałowała! Przynajmniej miała swoje prywatne przedstawienie - I tak wiem... nie pasuje do twojej walijskiej natury, ale jak na moje to całkiem nieźle odnajdujesz się w tym egzotycznym klimacie. - i przesadnie dramatyzował przed wyjazdem!
Arvel Cadwalader
- Nam… oczywiście, że nam. Przecież oboje na tym skorzystamy. – bo jego wdzięczność będzie ich wspólną formą rozrywki i przyjemności… szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę, co dla nich przygotował. Znaczy Darcy nie miała zielonego pojęcia i nawet nie próbowała zgadywać, ale skoro sam o tym pomyślał – musiało mu to chodzić po głowie i musiał mieć na to ochotę. Oboje na tym skorzystają, nie wątpiła!
Odchyliła lekko głowę razem z jego sugestią, a gdy tylko sunął wargami po jej rozgrzanej skórze… znowu zadrżała i mocniej zacisnęła palce na męskiej koszuli – Myślę, że nasz domek jest w bezpiecznej odległości od… wszystkiego. I wszystkich. – zaśmiała się, wyprostowała i spojrzała mu prosto w oczy. Iskierki w jej spojrzeniu nie pozostawiały złudzeń, że jego próby nakręcenia ją zdawały egzamin. Przysunęła się, żeby odezwać się tuż przy męskim policzku, bo nie było potrzeby, żeby ktokolwiek jeszcze ją słyszał – nawet jeśli muzyka i tak była wystarczająco głośna – I zawsze możesz po prostu zamknąć mi usta… będę wtedy cichutko, obiecuję. – zacisnęła lekko zęby na męskim policzku i zaśmiała się – Chodź jeszcze na drinka i wychodzimy. – zadecydowała i nawet nie czekała na jego odpowiedź – złapała dłoń Arvela i pociągnęła go w kierunku baru, żeby zamówić im kolejkę szotów – Ostatnio po tequili całkiem nieźle się bawiliśmy. – wyszczerzyła kły w szerokim uśmiechu, tłumacząc swoje zamówienie – Jakaś jest też w naszym hotelowym barku. – więc właściwie nawet nie musieli wychodzić, chociaż… nie żałowała! Przynajmniej miała swoje prywatne przedstawienie - I tak wiem... nie pasuje do twojej walijskiej natury, ale jak na moje to całkiem nieźle odnajdujesz się w tym egzotycznym klimacie. - i przesadnie dramatyzował przed wyjazdem!
Arvel Cadwalader