pure disaster
: wt lut 10, 2026 6:02 pm
William N. Patel
W tamtym momencie nic nie obchodziło Charlotte bardziej niż złość. Wiele była w stanie przyjąć na siebie. Nazywanie jej kluseczką, odstraszanie od niej mężczyzn, dogryzania, zgryźliwości, ale na pewno nie bronienie skończonego skurwysyna, którym był jej własny ojciec. Uderzyła go, tylko w ogóle jej nie ulżyło. Wręcz przeciwnie w jej oczach płonęły prawdziwe płomienie, które nawet na krótki moment nie chciały zgasnąć. Nie dało się ich zatrzymać w żaden sposób.
Aż William nie zaczął mówić. Kłamał. Musiał kłamać. Był przecież nałogowym kłamcą, a nawet jego własny ojciec nie był nim w żaden sposób zadowolony. Widziała przecież, co się działo, w jaki sposób funkcjonował. Normalni ludzie się tak nie zachowywali. Przecież widział ją w tamtym momencie, kiedy padała ta propozycja. Mroziła jej dalej skórę, kiedy tylko o nim myślała. Poniedziałkowe spotkanie. Jednak ta złość powoli topniała z każdym kolejnym słowem, a zamiast niej pojawił się żal, którego już nie była w stanie ukryć w żaden sensowny sposób. Bo co jeżeli... co jeżeli tym razem mówił prawdę? Pewnie tylko dlatego dała mu skończyć.
Serce łamało się jej na milion kawałków. Był dla niej nikim. Spokojnie byłaby w stanie wypowiedzieć to głośno, a jednak to ona była tą złą. Czy źle go zinterpretowała? Wiele myśli pojawiło się w jej głowie, a choć chciała cokolwiek powiedzieć, to pierwszy raz zamknęła usta. Im dłużej mówił, tym większą odrazę w niej wzbudzał. Zniszczy ją i jej matkę? Proszę bardzo, może pierwszy raz zobaczy, że nie jest pierwszą, lepszą prawniczką, a i ona byłaby w stanie go zniszczyć jednym mrugnięciem oka. Przecież tyle by wystarczyło, prawda? Być silną oraz wierzyć w to, co słyszała. Chcąc, czy nie chcąc, wraz z kolejnymi słowami został jej wrogiem.
Pięście zaciskała coraz mocniej. Nienawidził jej, ona go też. Jeśli faktycznie mieli zetrzeć się w sądzie, to zobaczy ją i jej matkę w pełnej okazałości. Chociaż w gruncie rzeczy nie była gotowa na taką walkę, bo przed wszystkim nie widziała w nim wroga, nawet jeśli go w ten sposób określała. Tylko jej duma nie pozwoli jej na przeproszenie. Stała kilka minut, zanim odszedł, a jej włosy i ramiona pokryły się do końca białym puchem.
— Obyś się kurwa nie przeliczył — mruczy finalnie dla samej siebie pod nosem — zobaczymy, kto pożałuje... — tylko ona sama w to nie wierzyła. Nie miała zamiaru mieć z nim niczego wspólnego, najlepiej jakby po prostu zniknął. Tak jak ona z bankietu, kiedy pojawiła się taksówka. Pierwszy raz mógł poczuć prawdziwą ciszę, nieważne, co działo się w jego apartamencie, ona nie wychodziła. Siedziała w samotności, dalej płacząc, bo została złamana. Głównie przez ojca, ale nie tylko jego.
z/t x 2
W tamtym momencie nic nie obchodziło Charlotte bardziej niż złość. Wiele była w stanie przyjąć na siebie. Nazywanie jej kluseczką, odstraszanie od niej mężczyzn, dogryzania, zgryźliwości, ale na pewno nie bronienie skończonego skurwysyna, którym był jej własny ojciec. Uderzyła go, tylko w ogóle jej nie ulżyło. Wręcz przeciwnie w jej oczach płonęły prawdziwe płomienie, które nawet na krótki moment nie chciały zgasnąć. Nie dało się ich zatrzymać w żaden sposób.
Aż William nie zaczął mówić. Kłamał. Musiał kłamać. Był przecież nałogowym kłamcą, a nawet jego własny ojciec nie był nim w żaden sposób zadowolony. Widziała przecież, co się działo, w jaki sposób funkcjonował. Normalni ludzie się tak nie zachowywali. Przecież widział ją w tamtym momencie, kiedy padała ta propozycja. Mroziła jej dalej skórę, kiedy tylko o nim myślała. Poniedziałkowe spotkanie. Jednak ta złość powoli topniała z każdym kolejnym słowem, a zamiast niej pojawił się żal, którego już nie była w stanie ukryć w żaden sensowny sposób. Bo co jeżeli... co jeżeli tym razem mówił prawdę? Pewnie tylko dlatego dała mu skończyć.
Serce łamało się jej na milion kawałków. Był dla niej nikim. Spokojnie byłaby w stanie wypowiedzieć to głośno, a jednak to ona była tą złą. Czy źle go zinterpretowała? Wiele myśli pojawiło się w jej głowie, a choć chciała cokolwiek powiedzieć, to pierwszy raz zamknęła usta. Im dłużej mówił, tym większą odrazę w niej wzbudzał. Zniszczy ją i jej matkę? Proszę bardzo, może pierwszy raz zobaczy, że nie jest pierwszą, lepszą prawniczką, a i ona byłaby w stanie go zniszczyć jednym mrugnięciem oka. Przecież tyle by wystarczyło, prawda? Być silną oraz wierzyć w to, co słyszała. Chcąc, czy nie chcąc, wraz z kolejnymi słowami został jej wrogiem.
Pięście zaciskała coraz mocniej. Nienawidził jej, ona go też. Jeśli faktycznie mieli zetrzeć się w sądzie, to zobaczy ją i jej matkę w pełnej okazałości. Chociaż w gruncie rzeczy nie była gotowa na taką walkę, bo przed wszystkim nie widziała w nim wroga, nawet jeśli go w ten sposób określała. Tylko jej duma nie pozwoli jej na przeproszenie. Stała kilka minut, zanim odszedł, a jej włosy i ramiona pokryły się do końca białym puchem.
— Obyś się kurwa nie przeliczył — mruczy finalnie dla samej siebie pod nosem — zobaczymy, kto pożałuje... — tylko ona sama w to nie wierzyła. Nie miała zamiaru mieć z nim niczego wspólnego, najlepiej jakby po prostu zniknął. Tak jak ona z bankietu, kiedy pojawiła się taksówka. Pierwszy raz mógł poczuć prawdziwą ciszę, nieważne, co działo się w jego apartamencie, ona nie wychodziła. Siedziała w samotności, dalej płacząc, bo została złamana. Głównie przez ojca, ale nie tylko jego.
z/t x 2