i’m perfectly fine
: sob lut 14, 2026 7:13 pm
Było coś na tyle nienaturalnego w tym, że obydwoje najwyraźniej mieli problem z wyrażaniem na głos pewnych pojawiających się w głowie myśli, że w innej sytuacji mogłoby to być w pewien sposób komiczne. Zwykle przecież żadne z nich nie gryzło się za bardzo w język, podczas wspólnych sprzeczek zdecydowanie zbyt często mówiąc aż za dużo i ani przez moment nie zastanawiając się wtedy, czy rzeczywiście zgadzali się w ogóle z wypowiadanymi przez siebie słowami. W obecnych okolicznościach komizmu z całą pewnością nie było, za to chyba można byłoby potraktować to jako świetne potwierdzenie tego, że coś zmieniło się od czasu ostatniej kłótni.
Nie dopytywał, choć jego naturalnym odruchem pewnie mogłoby być coś innego. I chyba nawet nie chodziło tylko o to, że Ivy wyraźnie nie chciała kończyć tego zdania – on też nie był do końca pewien, czy chciałby usłyszeć jego zakończenie. A skoro tak, to… najlepiej było postawić na tak często stosowaną metodę, nawet jeśli ta nie miała prawa zadziałać ani razu. Mimo wszystko – póki coś nie było wypowiedziane na głos, można było udawać, że w ogóle tego nie było.
I chociaż od dłuższej chwili trzymał jej dłoń, kolejny gest był mimo wszystko pewnym zaskoczeniem. Tym zdecydowanie pozytywnym, na krótką chwilę dającym – być może złudne – wrażenie, że wszystko jednak mogło wciąż być w porządku… Poruszył lekko palcami, kciukiem przesuwając po gładkim policzku – wciąż mimo wszystko dość niepewnie, nadal najwyraźniej nie mając pewności, czy faktycznie powinien.
– Dziękuję – niewiele więcej mógł jej powiedzieć, rzeczywiście będąc wdzięcznym za pomoc w ustaleniu, co właściwie działo się aktualnie z psem. Nawet jeśli dalsza część jej wypowiedzi brzmiała co najmniej abstrakcyjnie – wypoczynek zdecydowanie nie był zajęciem, w którym miałby jakieś większe doświadczenie. A przynajmniej nie ten statyczny wypoczynek…
– To ty będziesz tłumaczyć mu, że jakoś się jednak nazywa – na moment w jego wypowiedzi ponownie pojawił się cień rozbawienia. I chyba można było uznać to za potwierdzenie, że rzeczywiście od dziś pies mógł przestać być po prostu psem, a zostać Murphym. Wprawdzie dość wątpliwym wydawało się to, żeby szczeniak miał się tą zmianą jakoś szczególnie przejąć i nagle zacząć reagować na nadane trochę po czasie imię, ale… przynajmniej udało im się ustalić coś wspólnie, bez konieczności stoczenia o to wojny.
Gorzej, że kolejne słowa Ivy okazały się być dość brutalnym sprowadzeniem na ziemię. Nawet nie zdążył odpowiedzieć na jej tak i uśmiech tym samym gestem, gdy z jej ust padło pytanie… Oczywiście, że w pierwszej chwili coś w jego umyśle postanowiło kategorycznie zaprotestować – nie, w żadnym razie nie chciał rozmawiać o nich. Nie, kiedy obawa przed tym, jak taka rozmowa mogłaby się potoczyć – albo raczej jak mogłaby się skończyć – wciąż była zdecydowanie zbyt silna i kiedy aż nazbyt kuszące było ponowne sięgnięcie po tę nieskuteczną strategię obronną. Mogliby przecież uznać, że to nie był najlepszy możliwy moment. Że mogło to jeszcze trochę poczekać…
Tyle, że nie mogło. I żaden moment nie byłby pewnie dość dobry.
A on prawdopodobnie i tak zbyt długo zwlekał z odpowiedzią na jej pytanie, musząc na moment odwrócić wzrok i przyglądając się z uwagą białej ścianie.
– Co właściwie chcesz usłyszeć…? – powrócił spojrzeniem do jej oczu, wciąż walcząc z chęcią zasugerowania przełożenia tej rozmowy na kiedyś. – Że jestem kretynem? To już wiesz, więc nawet nie ma sensu wspominać na głos…
Bo przecież poniekąd do tego właśnie sprowadzał się powód ich ostatniej kłótni – zachował się jak kompletny kretyn, nie zwracając uwagi na możliwe konsekwencje i… właściwie nawet nie miał na to żadnego sensownego usprawiedliwienia. Choć to może nawet lepiej, w końcu coś takiego trudno byłoby jakkolwiek usprawiedliwiać.
Ivy Harrison
Nie dopytywał, choć jego naturalnym odruchem pewnie mogłoby być coś innego. I chyba nawet nie chodziło tylko o to, że Ivy wyraźnie nie chciała kończyć tego zdania – on też nie był do końca pewien, czy chciałby usłyszeć jego zakończenie. A skoro tak, to… najlepiej było postawić na tak często stosowaną metodę, nawet jeśli ta nie miała prawa zadziałać ani razu. Mimo wszystko – póki coś nie było wypowiedziane na głos, można było udawać, że w ogóle tego nie było.
I chociaż od dłuższej chwili trzymał jej dłoń, kolejny gest był mimo wszystko pewnym zaskoczeniem. Tym zdecydowanie pozytywnym, na krótką chwilę dającym – być może złudne – wrażenie, że wszystko jednak mogło wciąż być w porządku… Poruszył lekko palcami, kciukiem przesuwając po gładkim policzku – wciąż mimo wszystko dość niepewnie, nadal najwyraźniej nie mając pewności, czy faktycznie powinien.
– Dziękuję – niewiele więcej mógł jej powiedzieć, rzeczywiście będąc wdzięcznym za pomoc w ustaleniu, co właściwie działo się aktualnie z psem. Nawet jeśli dalsza część jej wypowiedzi brzmiała co najmniej abstrakcyjnie – wypoczynek zdecydowanie nie był zajęciem, w którym miałby jakieś większe doświadczenie. A przynajmniej nie ten statyczny wypoczynek…
– To ty będziesz tłumaczyć mu, że jakoś się jednak nazywa – na moment w jego wypowiedzi ponownie pojawił się cień rozbawienia. I chyba można było uznać to za potwierdzenie, że rzeczywiście od dziś pies mógł przestać być po prostu psem, a zostać Murphym. Wprawdzie dość wątpliwym wydawało się to, żeby szczeniak miał się tą zmianą jakoś szczególnie przejąć i nagle zacząć reagować na nadane trochę po czasie imię, ale… przynajmniej udało im się ustalić coś wspólnie, bez konieczności stoczenia o to wojny.
Gorzej, że kolejne słowa Ivy okazały się być dość brutalnym sprowadzeniem na ziemię. Nawet nie zdążył odpowiedzieć na jej tak i uśmiech tym samym gestem, gdy z jej ust padło pytanie… Oczywiście, że w pierwszej chwili coś w jego umyśle postanowiło kategorycznie zaprotestować – nie, w żadnym razie nie chciał rozmawiać o nich. Nie, kiedy obawa przed tym, jak taka rozmowa mogłaby się potoczyć – albo raczej jak mogłaby się skończyć – wciąż była zdecydowanie zbyt silna i kiedy aż nazbyt kuszące było ponowne sięgnięcie po tę nieskuteczną strategię obronną. Mogliby przecież uznać, że to nie był najlepszy możliwy moment. Że mogło to jeszcze trochę poczekać…
Tyle, że nie mogło. I żaden moment nie byłby pewnie dość dobry.
A on prawdopodobnie i tak zbyt długo zwlekał z odpowiedzią na jej pytanie, musząc na moment odwrócić wzrok i przyglądając się z uwagą białej ścianie.
– Co właściwie chcesz usłyszeć…? – powrócił spojrzeniem do jej oczu, wciąż walcząc z chęcią zasugerowania przełożenia tej rozmowy na kiedyś. – Że jestem kretynem? To już wiesz, więc nawet nie ma sensu wspominać na głos…
Bo przecież poniekąd do tego właśnie sprowadzał się powód ich ostatniej kłótni – zachował się jak kompletny kretyn, nie zwracając uwagi na możliwe konsekwencje i… właściwie nawet nie miał na to żadnego sensownego usprawiedliwienia. Choć to może nawet lepiej, w końcu coś takiego trudno byłoby jakkolwiek usprawiedliwiać.
Ivy Harrison