Strona 2 z 2

i’m perfectly fine

: sob lut 14, 2026 7:13 pm
autor: Dante Levasseur
Było coś na tyle nienaturalnego w tym, że obydwoje najwyraźniej mieli problem z wyrażaniem na głos pewnych pojawiających się w głowie myśli, że w innej sytuacji mogłoby to być w pewien sposób komiczne. Zwykle przecież żadne z nich nie gryzło się za bardzo w język, podczas wspólnych sprzeczek zdecydowanie zbyt często mówiąc aż za dużo i ani przez moment nie zastanawiając się wtedy, czy rzeczywiście zgadzali się w ogóle z wypowiadanymi przez siebie słowami. W obecnych okolicznościach komizmu z całą pewnością nie było, za to chyba można byłoby potraktować to jako świetne potwierdzenie tego, że coś zmieniło się od czasu ostatniej kłótni.
Nie dopytywał, choć jego naturalnym odruchem pewnie mogłoby być coś innego. I chyba nawet nie chodziło tylko o to, że Ivy wyraźnie nie chciała kończyć tego zdania – on też nie był do końca pewien, czy chciałby usłyszeć jego zakończenie. A skoro tak, to… najlepiej było postawić na tak często stosowaną metodę, nawet jeśli ta nie miała prawa zadziałać ani razu. Mimo wszystko – póki coś nie było wypowiedziane na głos, można było udawać, że w ogóle tego nie było.
I chociaż od dłuższej chwili trzymał jej dłoń, kolejny gest był mimo wszystko pewnym zaskoczeniem. Tym zdecydowanie pozytywnym, na krótką chwilę dającym – być może złudne – wrażenie, że wszystko jednak mogło wciąż być w porządku… Poruszył lekko palcami, kciukiem przesuwając po gładkim policzku – wciąż mimo wszystko dość niepewnie, nadal najwyraźniej nie mając pewności, czy faktycznie powinien.
Dziękuję – niewiele więcej mógł jej powiedzieć, rzeczywiście będąc wdzięcznym za pomoc w ustaleniu, co właściwie działo się aktualnie z psem. Nawet jeśli dalsza część jej wypowiedzi brzmiała co najmniej abstrakcyjnie – wypoczynek zdecydowanie nie był zajęciem, w którym miałby jakieś większe doświadczenie. A przynajmniej nie ten statyczny wypoczynek…
To ty będziesz tłumaczyć mu, że jakoś się jednak nazywa – na moment w jego wypowiedzi ponownie pojawił się cień rozbawienia. I chyba można było uznać to za potwierdzenie, że rzeczywiście od dziś pies mógł przestać być po prostu psem, a zostać Murphym. Wprawdzie dość wątpliwym wydawało się to, żeby szczeniak miał się tą zmianą jakoś szczególnie przejąć i nagle zacząć reagować na nadane trochę po czasie imię, ale… przynajmniej udało im się ustalić coś wspólnie, bez konieczności stoczenia o to wojny.
Gorzej, że kolejne słowa Ivy okazały się być dość brutalnym sprowadzeniem na ziemię. Nawet nie zdążył odpowiedzieć na jej tak i uśmiech tym samym gestem, gdy z jej ust padło pytanie… Oczywiście, że w pierwszej chwili coś w jego umyśle postanowiło kategorycznie zaprotestować – nie, w żadnym razie nie chciał rozmawiać o nich. Nie, kiedy obawa przed tym, jak taka rozmowa mogłaby się potoczyć – albo raczej jak mogłaby się skończyć – wciąż była zdecydowanie zbyt silna i kiedy aż nazbyt kuszące było ponowne sięgnięcie po tę nieskuteczną strategię obronną. Mogliby przecież uznać, że to nie był najlepszy możliwy moment. Że mogło to jeszcze trochę poczekać…
Tyle, że nie mogło. I żaden moment nie byłby pewnie dość dobry.
A on prawdopodobnie i tak zbyt długo zwlekał z odpowiedzią na jej pytanie, musząc na moment odwrócić wzrok i przyglądając się z uwagą białej ścianie.
Co właściwie chcesz usłyszeć…? – powrócił spojrzeniem do jej oczu, wciąż walcząc z chęcią zasugerowania przełożenia tej rozmowy na kiedyś. – Że jestem kretynem? To już wiesz, więc nawet nie ma sensu wspominać na głos…
Bo przecież poniekąd do tego właśnie sprowadzał się powód ich ostatniej kłótni – zachował się jak kompletny kretyn, nie zwracając uwagi na możliwe konsekwencje i… właściwie nawet nie miał na to żadnego sensownego usprawiedliwienia. Choć to może nawet lepiej, w końcu coś takiego trudno byłoby jakkolwiek usprawiedliwiać.

Ivy Harrison

i’m perfectly fine

: ndz lut 15, 2026 9:48 am
autor: Ivy Harrison
Dante Levasseur

Przymknęła na moment oczy, czując ciepło jego dłoni. Wszystko było z nim w porządku. Czuła aparaturę wyznaczającą jego bicie serca, słyszała jego oddechy, a to krótkie głaskanie powodowało, że odpoczywała. Potrzebowała tego, odkąd usłyszała o wypadku. Może w normalnych warunkach rozpoczęłaby się tradycyjna kłótnia, ale coś musiało się zmienić. Ostatnia awantura była znacząca, choć teraz wydawała się całkowicie nieistotna. Niekiedy on leżał praktycznie przykuty do łóżka, a ona w pierwszej chwili obawiała się o stan jego zdrowia.
Może gdyby to ona wychodziła z psem, pamiętała o wszystkich obowiązkach, to nic by się nie stało. Mogła znać predyspozycje do kłopotów Levasseur. Chociaż komicznie przypominał jej złote trio z hp, w końcu on nie szukał żadnych problemów. To one znajdowały go. Przez to w głowie Ivy pojawiały się krótkie wyrzuty sumienia. Irracjonalne myśli, że przecież tylko ukradł leki. Przecież to nie mogło być takie złe, prawda? A jednak było na tyle znaczące, że dalej czuła drzazgę w sercu.
Nie ma za co — stwierdziła Ivy, unosząc delikatnie oba kąciki ust — to też mój pies — dodała już cichszym tonem, bojąc się wypowiadania tego głośno. O Murphy'ego też miała wyrzuty sumienia. Zastanawiała się, ile czasu Dante spędzał ze szczeniakiem. Czy nie czuł się samotny? Czy był najedzony i czy pamiętał o wizycie u weterynarza? Tak wiele spraw, a jednak bała się zajrzeć do mieszkania, by zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Nie była gotowa na konfrontację.
Będziesz miał sporo czasu, by go przyzwyczaić do imienia, gdy będziesz leżał na kanapie — parsknęła jeszcze krótko Ivy, zanim atmosfera zrobiła się gęsta. Nie spodziewała się, że Levasseur wytrzyma długo na kanapie. Może kilka godzin będzie oglądał serial, a potem zacznie kombinować, co można by zmalować. Kiedyś niesamowicie kręciły ją jego umiejętności tworzenia chaosu. Ba, sama uwielbiała się w nim odnajdywać. Patrzeć co się dzieje, kiedy serce zaczynało jej przyśpieszać. Coś się jednak zmieniło.
Zapadająca cisza była najgorszym, co Ivy doświadczyła. U nich w związku przecież nie istniała. Częściej pojawiały się głośniejsze krzyki, będące totalnie nie do uciszenia. Nawet teraz Ivy biła się ze samą sobą w myślach, nie wiedząc, co powinna na to wszystko poradzić. Odezwać się? Obrócić własną prośbę w żart? Wypuściła powietrze z ust, kiedy Dante zaczął mówić. Tylko nie czuła żadnej satysfakcji, a wręcz przeciwnie.
Nie wiem — mruknęła pod nosem blondynka — chciałabym, żebyś powiedział, dlaczego to zrobiłeś — nie dlatego, że jest kretynem, dlaczego postanowił to zrobić. Teraz nie miał żadnej ucieczki, tylko ona mogła wyjść — wiedziałeś, że płakałam i że tu pracuję — stwierdziła Ivy — a zdecydowałeś się to zrobić. Potem w ogóle się nie odzywałeś — to też ją bolało. Żadnego, Ivy czy wszystko jest w porządku? Napisz, gdzie jesteś. Spodziewała się, że wszedł w martwy ciąg melanżu, którego w żaden sposób nie chciał przerywać.
Chciałabym wiedzieć, co czujesz Dante — sama spuściła głowę, wbijając wzrok we własne kolana. To pytanie musiało paść z jej ust, tak samo jak kolejne — Czy ty mnie właściwie kochasz? — jeśli się kogoś kocha, to nie niszczy mu się kariery, prawda? A kiedy druga strona jest w potrzebie, jesteś przy niej.

i’m perfectly fine

: ndz lut 15, 2026 11:29 am
autor: Dante Levasseur
Przypisywanie jakiegoś większego znaczenia do całkiem prostego i w zasadzie dość oczywistego zdania, pewnie nie miało żadnego sensu. A jednak trudno byłoby tego nie robić. Zwłaszcza, że też jej pies znaczyło przecież, że przynajmniej nadal mieli coś wspólnego. Co z jednej strony kolejny raz mogło dawać złudne wrażenie, że mimo wszystko wciąż wszystko mogło wrócić do normy – czymkolwiek ta norma miałaby być w ich przypadku. Z drugiej strony – to wciąż było tylko zdanie, które Ivy mogła wypowiedzieć nawet bez większego zastanowienia, zwyczajnie przejęta psem. I dopisywanie mu jakichkolwiek dodatkowych przesłań byłoby zdecydowanie nadmiernym optymizmem.
Wymowne, przeciągłe westchnięcie powinno być wystarczającym komentarzem dla sugestii, że leżąc na kanapie z pewnością znajdzie dość czasu na przyzwyczajanie psa do imienia. To było oczywiste – tak dla niej, jak i dla niego – że na tej nieszczęsnej kanapie wcale nie spędzi zbyt wiele czasu. A jeśli nawet faktycznie miałby być do tego zmuszony, to prawdopodobnie już teraz mógłby uznać to za jedno z najgorszych następstw całego tego wypadku.
Chociaż w kontekście tego, na jakie tory zdążyła zboczyć ich rozmowa, być może nawet bezczynne tkwienie na kanapie wcale nie było taką najgorszą opcją. Bo istniały zdecydowanie gorsze. I choć tego przypomnienia może w pewien sposób potrzebował, to z całą pewnością ani trochę go nie chciał.
Nie wiem, Ivy – o wiele łatwiej byłoby pokusić się o rozwiązanie znacznie bardziej im znane. Przestań robić ze wszystkiego problem, Ivy byłoby przecież o wiele prostsze do wypowiedzenia niż szczere przyznanie, że naprawdę nie było żadnego logicznego powodu, dla którego nie potrafił po prostu poczekać na nią i nie zrobić w tym czasie niczego głupiego. – Nie wiedziałem, że wrócisz w takim stanie i… chyba nawet nie myślałem, że mogą być jakieś konsekwencje. Tym bardziej dla ciebie. Inaczej pewnie mógłby sobie odpuścić i po prostu się ponudzić…
Wciąż z całą pewnością nie było to w żaden sposób racjonalne wytłumaczenie dla tego, co zrobił, ale… przecież o to właśnie chodziło – nie chciał wymyślać czegoś, co może i zabrzmiałoby logicznie, może nawet byłoby w stanie jakoś go usprawiedliwić, ale nie miałoby żadnego pokrycia w rzeczywistości. A to, co jej powiedział zdecydowanie było prawdą – o ile konsekwencje, które miałyby uderzać w niego zwykle nie były żadnym przeciwwskazaniem ani czymś, co miałoby go hamować, to jednak rzecz miała się kompletnie inaczej, kiedy chodziło o kogoś, na kim mu zależało. A na Ivy zależało mu z całą pewnością.
Nie chciałem cię wtedy zostawiać. Po prostu… w jakiś sposób to wydawało się być lepsze rozwiązanie. Żeby cię w to nie wciągać. Wiem, że to głupie, ale wtedy widocznie miało jakiś sens – fakt, że nie mógł po prostu wyjść i stwierdzić, że całe to tłumaczenie się i tak nie miało żadnego sensu, zdecydowanie nie był ani trochę komfortowy. Właściwie jedynym wyjściem mogłoby być odpuszczenie sobie i zrezygnowanie z jakichkolwiek dalszych wyjaśnień. Ale to akurat nawet bez większego namysłu brzmiało jak rozwiązanie jeszcze gorsze. Zresztą… skoro już zdecydował się odezwać, jedyną rozsądną opcją zdawało się pociągnięcie tego dalej.
I… to ty wyszłaś, Ivy, w dodatku całkiem wyraźnie dając do zrozumienia, że nie chcesz żadnego kontaktu znów pewnie byłoby łatwiejszą wersją. Ale też nie do końca tym, co faktycznie myślał. – …wcześniej i tak nie umiałbym ci tego wytłumaczyć. A ty nie chciałabyś słuchać.
Tego drugiego mógł się wprawdzie tylko domyślać, ale przypuszczał, że te domysły nie były wcale aż tak bardzo odrealnione. Tym bardziej, że w ciągu minionego tygodnia faktycznie były skutecznym przypomnieniem, żeby zostawić ją w spokoju i dać jej czas. Cokolwiek właściwie miałoby to oznaczać.
Jasne, że cię kocham, Ivy – tego jednego był akurat całkowicie pewny i nie sposób byłoby nie odczytać tego czy to ze spojrzenia, czy też z tonu głosu. Bo w tym przypadku nie musiał jak wcześniej zastanawiać się nad poszczególnymi słowami ani – tym bardziej – nad tym, czy to co mówił miało w ogóle jakikolwiek sens i czy przypadkiem nie pogarszało sprawy jeszcze bardziej. – Tylko… widocznie zazwyczaj fatalnie to okazuję…
W kolejnym zdaniu wróciło już jednak wcześniejsze zawahanie. Po raz kolejny zostało ono zresztą wypowiedziane w kierunku ściany. Choć wciąż nie zmieniało ono niczego w pierwszej części wypowiedzi – kochał ją i w tym momencie nie sądził, by istniała jakakolwiek sytuacja, w której mógłby na to pytanie odpowiedzieć inaczej.

Ivy Harrison

i’m perfectly fine

: ndz lut 15, 2026 1:29 pm
autor: Ivy Harrison
Dante Levasseur

Ta rozmowa musiała się w końcu odbyć. Oboje wydawali się zdawać sobie z tego doskonale sprawę. Przymknęła na moment oczy, zastanawiając się, co dokładnie powinna mu powiedzieć i w jaki sposób się zachować. Finalnie westchnęła cicho. Każde wypowiadane przez niego słowo było jak piasek wpadający do oka. Nie dało się przed nim ukryć, a był bardziej uwierający, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Może dlatego prychnęła, bo znów ta cała sprawa ją zabolała na nowo. Jakby ktoś właśnie sypał sól na świeżą ranę.
Po prostu Ci się nudziło? — powtórzyła za nim i jeszcze mocniej ją to zabolało. Bardziej niż sama po sobie się spodziewała. Przegryzła dolną wargę, bo przecież wiedziała, że nie powinna go denerwować. Wznoszenie kłótni zaraz po wypadku hamowało ją, choć serce wydawało się bić tak samo szybko jak wcześniej — Dante... — zaczyna z łamiącym się głosem Harrison. Dla niej ta kradzież była irracjonalna. Może nie była bogata, ale przecież dbała, by ich lodówka zawsze była pełna. Mógł w niej znaleźć wszystko, nawet gotowe pojemniki z obiadami, przyzwalała mu na melanże, a jednak... kradzież ze szpitala zabolała ją wręcz podwójnie — twoje czyny naprawdę mogą mieć konsekwencje. Tego powinieneś się nauczyć przez dwadzieścia pięć lat życia — stwierdziła finalnie Ivy. Nie był dzieckiem, nawet nie był już nastolatkiem. Podobno przebudowa mózgu kończyła się w wieku dwudziestu pięciu lat. Wtedy wszystkie neurony w mózgu miały już otoczkę mielinową, pozwalająca na sprawne komunikowania się całej sieci. Najpóźniej łączyły się te odpowiadające za racjonalne myślenie. Może u Levasseur'a poszło coś nie tak? Lub ten proces dalej trwał.
Wiesz, jaki jest twój największy problem? — zaczyna Ivy, odwracając przez moment głowę. Powoli do jej oczu zaczynają napływać łzy. Czuła, jakby zderzyła się właśnie ze ścianą, ale nie chciała pod żadnym pozorem jej opuszczać, tylko trzymać się jej tak długo, na ile to będzie możliwe — nie potrafisz ze mną rozmawiać. Albo oboje tego nie potrafimy — ona też nie potrafiła. Nie był jedynym winnym. Tyle że Ivy była bardziej dojrzała? Podobno kobiety zawsze dorastają szybciej — jaki to miało sens? Nie zostałabym złapana ze złodziejem leków? — spytała, wbijając w niego spojrzenie swoich błękitnych tęczówek. Chciała usłyszeć, co się działo w jego głowie. Dowiedzieć się, co dokładnie się pod nią kryło, by go zrozumieć.
A potem by mu wybaczyć.
Czemu zakładasz coś za mnie? — spytała, marszcząc brwi. Mogła być zasadnicza oraz chłodna przy ich poprzednim spotkaniu, co nigdy nie zmieniło jej uczuć wobec niego. Kochała go i nie chciała tego ukrywać, jej miejsce było przy nim — wtedy nie chciałam rozmawiać, a później wpadłeś w ciąg melanżu, prawda? Dlatego się nie odzywałeś — miała gorzki ton, bo zdawała sobie sprawę, jak to wyglądało oraz w jaki sposób spędzał czas bez niej. Była wręcz pewna, że wyłączył jakiekolwiek wyrzuty sumienia, kiedy ona biła się sama ze sobą we własnych myślach.
Na pewno? — nawet tego nie była absolutnie pewna. Choć zmarszczyła krótko brwi, patrząc na niego. Po kolejnych słowach mu w to uwierzyła. Ona też go kochała, inaczej nie byłaby teraz tu przy nim. To nim powinna się zająć bez dwóch zdań — Dante... nie możemy cały czas być tacy — kłócący się, nie rozumiejący się nawzajem, choć łatwiej jest to powiedzieć niż cokolwiek z tym zrobić — zależy mi na Tobie, naprawdę — powiedziała spokojnym tonem, unosząc delikatnie oba kąciki ust ku górze — jak na nikim innym — do nikogo innego nie przyszłaby do łóżka po takim... incydencie. W głowie powoli zaczynała go na nowo bronić. Bo faktycznie... skąd miał wiedzieć, co tak właściwie się z nią stanie? No właśnie, nie mógł.
Mogę się przytulić? — spytała cicho, czekając na pozwolenie. Nie chciała się kłócić. Do tamtej sytuacji też nie chciała wracać. Teraz liczył się tylko Dante oraz jego zdrowie.

i’m perfectly fine

: ndz lut 15, 2026 3:04 pm
autor: Dante Levasseur
Problem polegał najpewniej na tym, że jak dotąd w zasadzie nigdy nie zdarzyło mu się zmierzyć z jakimikolwiek poważniejszymi konsekwencjami. A przynajmniej nie takimi, które rzeczywiście mogłyby wywrzeć na nim jakieś większe wrażenie. Nawet jeśli jako nastolatek spędził na komisariacie zdecydowanie więcej czasu niż przeważająca część jego rówieśników, to… wciąż trudno byłoby mówić o jakichkolwiek realnych konsekwencjach. Zwłaszcza, że w tamtym czasie postrzegał to raczej jako możliwość zagrania na nerwach ojczymowi i uparte udowadnianie mu, że jakiekolwiek próby wychowania go na ludzi z góry były skazane na niepowodzenie. Po czasie… prawdopodobnie postrzegał to dokładnie w ten sam sposób.
Kłótnia z Ivy – ta pierwsza poważna – mogła być w zasadzie pierwszym zderzeniem się z konsekwencjami, które faktycznie mogły mieć na niego wpływ.
Przymknięcie na moment oczu, a ostatecznie ponownie odwrócenie wzroku musiało jej wystarczyć za twierdzącą odpowiedź na jej pytanie. Nie chciał powtarzać tego na głos ponownie – za każdym kolejnym razem brzmiało to coraz bardziej idiotycznie i tak samo on czuł się zwyczajnie głupio z tym wyjaśnieniem. Z drugiej strony… powstrzymanie się przed powiedzeniem tego ponownie, znacznie minimalizowało też ryzyko, że tym razem rzeczywiście miałby sięgnąć po to łatwiejsze wyjście z każdej ich rozmowy. Przecież go znała. Doskonale wiedziała, że większość jego idiotycznych pomysłów brała się właśnie z tego – nudził się, potrzebował żeby coś się działo. Bez zwracania uwagi na konsekwencje.
Tyle, że aktualnie naprawdę trudno było mu uważać to za jakkolwiek sensowne usprawiedliwienie. Możliwe, że nigdy nim nie było.
Zazwyczaj ze sobą nie rozmawiamy – nie sposób byłoby nie uśmiechnąć się cierpko przy tym stwierdzeniu. Bo rzeczywiście – w każdych innych okolicznościach dawno już któreś z nich zdążyłoby podnieść głos i chwilę później kompletnie pogrzebać szanse na wyjaśnienie sobie czegokolwiek.
Nie potrzebowałaś wtedy, żeby dokładać ci jeszcze to. A tym bardziej żebyś musiała tłumaczyć się przeze mnie z czegoś, o czym nawet nie miałaś pojęcia… – chociaż to była kolejna kwestia, która wypowiadana na głos zaczynała tracić jakikolwiek sens, w tamtym czasie chyba faktycznie miała go nieco więcej. Zresztą, nawet teraz musiałby przyznać, że prawdopodobnie nie byłby w stanie znaleźć żadnego dobrego rozwiązania tamtej sytuacji. Możliwe, że takiego po prostu nie było – nie po tym, jak już zdecydował się zabrać cokolwiek ze szpitalnej apteki.
Ta rozmowa nie mogła być w żadnym stopniu prosta już z samego założenia, odkąd tylko temat zboczył na te niewygodne dla obojga tory. Co gorsza, stawała się tym trudniejsza, im wyraźniejsze były łzy w oczach Ivy. Bo o ile czuł się beznadziejnie już z samym poczuciem winy za wszystko to, co między nimi się wydarzyło, tak… jeszcze gorzej czuł się ze świadomością, że w zasadzie nic nie mógł z tym zrobić. Niezależnie od tego, jak bardzo chciałby ją w tym momencie tak po prostu objąć, nawet ten prosty gest był aktualnie poza jego zasięgiem.
Raczej dlatego, że nie chciałem usłyszeć, że nie chcesz rozmawiać – skoro już miał postawić na szczerość, to nie powinien robić tego tylko częściowo. Wprawdzie powodów, dla których za każdym razem odkładał telefon odpuszczając sobie próby kontaktu z nią, mogłoby znaleźć się sporo, ale… ten chyba rzeczywiście był tym, który przeważał za każdym razem. – Zresztą… wiesz, jak to by się skończyło. Tego też nie chciałem.
Jaka była szansa na to, że w ciągu minionego tygodnia byliby w stanie porozmawiać ze sobą na spokojnie? Prawdopodobnie zerowa. Obydwoje chyba powinni mieć tego świadomość. Tak samo jak tego, że jeszcze mniejsze byłyby ich szanse na wyjaśnienie sobie czegokolwiek.
Nie wiem czemu myślisz, że musisz o to pytać – uśmiechnął się szczerze po raz pierwszy od dłuższej chwili. Sytuacja wciąż nie była ani trochę łatwa, ale… ostatnie wypowiedziane przez nią zdania i tak zmieniały ją wystarczająco. To już nie była wzmianka o wspólnym psie, w której trzeba byłoby doszukiwać się czegoś więcej. To było coś, co rzeczywiście pozwalało odetchnąć z ulgą wiedząc, że mimo wszystko nie zamierzała tak zupełnie przekreślać ich.

Ivy Harrison

i’m perfectly fine

: ndz lut 15, 2026 9:32 pm
autor: Ivy Harrison
Dante Levasseur

W standardowych warunkach pewnie zaczęłaby trzaskać drzwiami. Nuda była jej najgorszym wrogiem. Nie jej własna, a jej mężczyzny. Co miała mu odpowiedzieć? Krótko strzeliła oczyma, powstrzymując własną irytację. Nie powinna teraz na niego krzyczeć, nie powinna nic mu wypominać. Serce trzaskało się jej na milion kawałków, kiedy tylko na niego patrzyła. Teraz liczyło się jedno. Dante. Nie ona i uczucia, trzymające głęboko w sercu.
No to powinniśmy... — zaczyna finalnie Ivy, wpatrując się w Dante w milczeniu. Pozwoliła, by ta cisza zapadła na kilka niezręcznych sekund, ale finalnie zdecydowała się dodać — tak chyba robią inne pary, co? — oni pod wieloma względami byli wyjątkowi. Rzadko kiedy się zgadzali, każda najmniejsza kwestia potrafiła sprawić, że wybuchała kłótnia wszech czasów. Czasami Harrison bała się spoglądać sąsiadom w oczy. Widziała te ich spojrzenia pełne niezrozumienia i troski. Tylko że ona nigdy nie potrafiłaby przestać być z Dante. Kłótnie, kłótniami, ale był dla niej jak powietrze. Bez niego żyło się dużo trudniej, a choćby chciała odetchnąć pełną piersią, to nie byłaby w stanie tego zrobić, gdyby nie był u jej boku. Ivy panicznie bała się samotności, a między krzykami zdarzały się dobre chwile, na których zawsze skupiała się najbardziej.
I tak musiałam to zrobić — stwierdziła, patrząc mu w oczy z dosyć poważną miną. Zostawił ją, a ona musiała rozwiązywać problemy, które powstały przez niego. Chwilę patrzyła na niego w ciszy, zastanawiając się, co dokładnie powinna powiedzieć. Rozmowa z lekarzem prowadzącym, przyznanie się do wyskoku jej chłopaka, było najgorszą rzeczą, która przeżyła. Smith patrzył na nią, jakby oszalała. W końcu jakim cudem zgubiła kartę przy mężczyźnie, który postanowił okraść szpital? To nie trzymało się kupy. Pewnie jedynie przez wzgląd na dotychczasową wzorową rezydenturę została jedynie zawieszona, a i to odbiło się na niej. Bała się patrzeć ludziom w oczy. Zarówno pacjentów, jak i rezydentów — użyłeś mojej karty i schowałeś się w kantorku razem ze mną Dante — przypomniała mu, gdyby mógł o tym zapomnieć — mogli mnie wywalić z rezydentury — to przerażało ją najbardziej. Stracenie wszystkich lat przez jeden wyskok. Gdzieś głęboko w sercu bała się powtórki. Tylko wizja przykutego do łóżka Levasseura wydawała się zmieniać jej perspektywę. Nie była w jego życiu przez tydzień, a on doprowadził się do takiego stanu.
Pociągnęła delikatnie nosem, próbując powstrzymać łzy. Bolało ją to. Zarówno jego widok, to co zrobił, jak i fakt, że nie wiedziała, czy powinna być przy jego boku. Przecież... na moment to ona przekroczyła granicę.
Pewnie bym to powiedziała, ale... — zawahała się na moment. Wbiła swoje paznokcie w kolano, by móc się uspokoić, choć na moment — to nie ja powinnam w takiej sytuacji się starać — stwierdziła finalnie, unosząc wzrok. Sama nie była niewinna, ale mówienie mu o tym teraz, nie wchodziło w grę — wiem, ale to była konsekwencja twojego działania Dante — tego nie dało w żaden sposób się ukryć. Jego działania miały na nią realny wpływ. Tak jak psa uznałaby za drobnostkę, tak kradzieży leków już nie mogła — nie mogę odpowiadać cały czas za twoje czyny — czuła wewnętrzną sprzeczność. Przecież sama się niedawno obwiniała za stan Dante.
Uniosła delikatnie kąciki ust, słysząc jego kolejne słowa. Powoli podniosła się z krzesła, by zaraz położyć się obok niego. Delikatnie skulona, próbując unikać miejsc, gdzie mogłaby sprawić mu ból. Mogła być sobie wdzięczna za znajomość anatomii oraz jego przypadku. Dopiero ten krótki gest sprawił, że odpłynęła. Finalnie czuła jego ciepło, a dłoń ułożyła na jego torsie, by móc czuć pod opuszkami palców bicie jego serca. Był cały i to się najbardziej liczyło.
Kocham Cię Dante — mruknęła finalnie, unosząc delikatnie głowę, by móc spojrzeć mu w oczy — naprawdę — przez moment położyła na nim głowę — jak boli, to powiedz... — nawet teraz w tak czystej chwili nie potrafiła myśleć o samej sobie — nie chcę Cię zranić — bo przecież liczyło się jego zdrowie, prawda? Ona wszystko przetrwa.

i’m perfectly fine

: pn lut 16, 2026 4:22 pm
autor: Dante Levasseur
Nie dało się zaprzeczyć, że sąsiedzi prawdopodobnie byliby im bardzo wdzięczni, gdyby dla odmiany nauczyli się wreszcie wyjaśniać wszelkie nieporozumienia jak przystało na dwoje dorosłych ludzi. Nikt z postronnych raczej nie chciał regularnie uczestniczyć w ich kłótniach – ani tych poważniejszych, ani tych kompletnie bezsensownych, zaczynających się od zwykłych drobnostek. Co ważniejsze – pewnie byłoby to zdrowsze dla nich samych. I bez wątpienia dawałoby to większe szanse na wypracowanie jakiegoś porozumienia w codziennych kwestiach. Nie tego wymuszonego, kiedy jedna ze stron po prostu sobie odpuszczała, a takiego, do którego rzeczywiście mogliby dojść wspólnie.
Tylko… to faktycznie było w ich przypadku możliwe?
Przynajmniej jest jakaś szansa, że to może się czasami udać… – to, co wybrzmiało w jego wypowiedzi niewiele wprawdzie miało wspólnego z rozbawieniem, jednak mimo wszystko ton tego spostrzeżenia nie pozostawał całkowicie poważny. Chociaż było w tym coś prawdziwego – skoro tym razem rzeczywiście byli w stanie ze sobą porozmawiać, niezależnie od tego jak trudna była to rozmowa, być może naprawdę istniała szansa, że mogłoby się to udawać częściej. O ile nie była to po prostu wyjątkowa sytuacja, wymuszona przez niecodzienne okoliczności…
Nie wiedział jednak, co mógłby odpowiedzieć na jej kolejne słowa. Zdawał sobie sprawę z tego, jak niewiele brakowało do tego, by stał się odpowiedzialny za zrujnowanie wszystkich jej starań związanych z karierą medyczną. Problem w tym, że zdał sobie z tego sprawę zdecydowanie za późno – nie biorąc tego nawet pod uwagę wtedy, gdy tym konsekwencjom mógłby całkowicie zapobiec. Nie przez bezsensowne próby trzymania jej z dala od tego, co się zadziało, a po prostu nie ulegając idiotycznemu pomysłowi.
Właśnie dlatego to mogło mieć sens tylko wtedy… – po czasie jakiekolwiek próby minimalizowania szkód, jakie niosło za sobą jego lekkomyślne zachowanie pozostawały po prostu głupie, co słusznie zauważył już wcześniej. Choć przynajmniej wyglądało na to, że tym razem rzeczywiście mógł wyciągnąć jakieś wnioski na przyszłość. Pozostawało jedynie mieć nadzieję, że okażą się one dość przekonujące, by mógł zapamiętać je na dłużej. – Jak duże miałaś przeze mnie problemy?
Bał się zadać jej to pytanie wcześniej i teraz też miał wątpliwości, czy faktycznie chciał usłyszeć jej odpowiedź. Ale… mimo wszystko przynajmniej tyle był jej przecież winien. Mimo tego, że niewątpliwie byłoby to całkiem wygodne, nie mógł za każdym razem całkowicie uciekać przed odpowiedzialnością. Zwłaszcza, że w tej sytuacji to ona niesłusznie ponosiła tę odpowiedzialność przez niego. A skoro tak, to zupełnie nieistotne stawało się to, co sam mógłby uważać za wygodne.
Trudno też byłoby nie przyznać jej racji w kolejnej kwestii. Lub raczej – bardzo łatwo byłoby się z nią nie zgodzić, nawet wbrew sobie. W każdej innej sytuacji. Ta jednak nie przypominała za bardzo żadnej z dotychczasowych, jakie mogłyby się pomiędzy nimi wydarzyć. Krótkie przytaknięcie też było więc czymś nowym – bez prób zaprzeczania, czy choćby dalszego tłumaczenia się i wspominania o tym, ile razy chciał do niej zadzwonić lub pisał wiadomości. Tyle, że każda z nich okazywała się niewiele warta zaraz po jej napisaniu, więc ostatecznie żadna nigdy nie została wysłana. I… paradoksalnie, może nawet w jakiś pokrętny sposób okazało się to dla nich lepsze.
Też cię kocham. I… nie chcę więcej robić ci problemów… – deklaracja na pewno była szczera, choć sam pewnie podświadomie musiał zdawać sobie sprawę z tego, że wcale nie tak prosta to spełnienia, jak mogłoby się wydawać. W tym momencie, mając ją obok siebie, może jednak mógłby przynajmniej przez chwilę wierzyć, że mogło się to udać. I nawet jeśli próba objęcia jej zdrową ręką nie mogła obejść się bez mimowolnego cichego syknięcia, na pewno nie chciał, żeby się odsuwała. Przynajmniej na moment mógł przytulić policzek do jej włosów, czując jej ciepło tuż obok siebie i faktycznie mogąc wreszcie dopuścić do siebie myśl, że mimo idiotycznego błędu nie stracił jej zupełnie.
Choć pewnie wciąż był to moment zdecydowanie zbyt krótki zanim musiała wrócić do spraw, które wciąż toczyły się poza szpitalną salą – pies, obowiązki i wszystko inne, czego nie dałoby się po prostu ignorować.

/ zt

Ivy Harrison