in search of something real
: sob mar 14, 2026 2:22 am
Theodore mimowolnie pochylił głowę w bok, dopiero po sekundzie uświadamiając sobie, co robi. Wyprostował się, ale o tym, jak bardzo analizował usłyszane słowa, mimo wszystko świadczyło krótkie zawieszenie. Wolniejszy oddech, wolniejsze mruganie, wolniejsze ruchy.
Niecodzienna zmiana? Być może.
O p t y m a l n a? Jak najbardziej.
Milczał więc — zarówno w pierwszym, jak i drugim oraz trzecim odruchu. Dopiero potem, przypatrując się Santorini, zaczął m y ś l e ć. Czy powinien odpowiedzieć, czy nie. Co wypada, a co nie; co panna Elena chciałaby usłyszeć, a czego nie. Bez względu na to, jak skutecznie dotychczas wycofywał się z takich sytuacji, teraz m y ś l a ł: o konwenansach, praktykach społecznych, szczególnie tych niefunkcjonalnych.
Co sam, prawdę mówiąc, nie do końca rozumiał.
Mimowolnie odwrócił się, widząc podchodzącą kelnerkę, po czym podziękował krótkim skinieniem głowy. Ostatecznie uznał odpowiedź za niefunkcjonalną, niepotrzebną wręcz, upił więc łyk wody, aby przepłukać usta, zanim zacznie jeść. Jedzenie pachniało zachęcająco. Przewidywalnie.
Milczał trochę dłużej, niż powinien.
Trwało to dokładnie trzy sekundy.
Dokładnie tak dużo czasu — j e d e n, dwa, t r z y — potrzebował, aby sklasyfikować usłyszane pytanie. Racjonalne. Uprzejme. Nieinwazyjne. Dotyczące faktów z przeszłości, faktów, o których mógł sobie przypomnieć, które r o z u m i a ł. Nie emocji. Historii.
Chwycił więc widelec, wcześniej obracając talerz o pół centymetra, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara.
— Nie. Ojciec był policjantem, a matka dość często zmieniała pracę — odezwał się może niezbyt głośno, ale tonem pewnym, mocnym, s z c z e r y m, dopiero teraz podnosząc wzrok. Poruszył się niespokojnie, widząc wyczekujące spojrzenie, mimowolnie przesuwając palcami prawej dłoni wzdłuż białego, ceramicznego brzegu talerza.
Chcąc dobrać optymalne słowa, Theodore podniósł nóż, po czym ukroił kawałek mięsa.
— Pracowała w administracji, sprzedaży, potem, przez pewien czas, w banku. Nic związanego z prawem kryminalnym, ale zajmowała się nami... mną — poprawił się niemal natychmiast. Bezwiednie napiął mięśnie, zaciskając palce trochę mocniej na widelcu.
— Teraz moja kolej — powiedział, tym razem trochę za szybko, bez tak charakterystycznego, kilkusekundowego opóźnienia. Pochylił głowę, jakby szukał w talerzu odpowiedniego sformułowania. Wszystkie dźwięki nagle stały się za głośne: uderzanie sztućców o talerze, śmiech, skrzypnięcie potrącanego właśnie krzesła.
Odetchnął głębiej, powoli, zanim podniósł wzrok.
— Dlaczego balet, panno Eleno? Był wyborem czy konsekwencją?
Elena Santorini
Niecodzienna zmiana? Być może.
O p t y m a l n a? Jak najbardziej.
Milczał więc — zarówno w pierwszym, jak i drugim oraz trzecim odruchu. Dopiero potem, przypatrując się Santorini, zaczął m y ś l e ć. Czy powinien odpowiedzieć, czy nie. Co wypada, a co nie; co panna Elena chciałaby usłyszeć, a czego nie. Bez względu na to, jak skutecznie dotychczas wycofywał się z takich sytuacji, teraz m y ś l a ł: o konwenansach, praktykach społecznych, szczególnie tych niefunkcjonalnych.
Co sam, prawdę mówiąc, nie do końca rozumiał.
Mimowolnie odwrócił się, widząc podchodzącą kelnerkę, po czym podziękował krótkim skinieniem głowy. Ostatecznie uznał odpowiedź za niefunkcjonalną, niepotrzebną wręcz, upił więc łyk wody, aby przepłukać usta, zanim zacznie jeść. Jedzenie pachniało zachęcająco. Przewidywalnie.
Milczał trochę dłużej, niż powinien.
Trwało to dokładnie trzy sekundy.
Dokładnie tak dużo czasu — j e d e n, dwa, t r z y — potrzebował, aby sklasyfikować usłyszane pytanie. Racjonalne. Uprzejme. Nieinwazyjne. Dotyczące faktów z przeszłości, faktów, o których mógł sobie przypomnieć, które r o z u m i a ł. Nie emocji. Historii.
Chwycił więc widelec, wcześniej obracając talerz o pół centymetra, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara.
— Nie. Ojciec był policjantem, a matka dość często zmieniała pracę — odezwał się może niezbyt głośno, ale tonem pewnym, mocnym, s z c z e r y m, dopiero teraz podnosząc wzrok. Poruszył się niespokojnie, widząc wyczekujące spojrzenie, mimowolnie przesuwając palcami prawej dłoni wzdłuż białego, ceramicznego brzegu talerza.
Chcąc dobrać optymalne słowa, Theodore podniósł nóż, po czym ukroił kawałek mięsa.
— Pracowała w administracji, sprzedaży, potem, przez pewien czas, w banku. Nic związanego z prawem kryminalnym, ale zajmowała się nami... mną — poprawił się niemal natychmiast. Bezwiednie napiął mięśnie, zaciskając palce trochę mocniej na widelcu.
— Teraz moja kolej — powiedział, tym razem trochę za szybko, bez tak charakterystycznego, kilkusekundowego opóźnienia. Pochylił głowę, jakby szukał w talerzu odpowiedniego sformułowania. Wszystkie dźwięki nagle stały się za głośne: uderzanie sztućców o talerze, śmiech, skrzypnięcie potrącanego właśnie krzesła.
Odetchnął głębiej, powoli, zanim podniósł wzrok.
— Dlaczego balet, panno Eleno? Był wyborem czy konsekwencją?
Elena Santorini