love me like
: pt lut 20, 2026 9:11 pm
Dante Levasseur
Tyle że dla Ivy nic nie było wystarczające. Chciała chłonąć każdy aspekt imprezy całą sobą. Rozpierało ją ciepło i energia, a nic nie było dla niej wystarczające. Wypiłaby z cztery kamikadze, by móc poczuć ten imprezowy vibe całą sobą. Wszystko wydawało się bardziej intensywne, aż tęskniła całą sobą za melanżem, za starą Ivy, która bawiła się całą sobą. Teraz na krótki moment ją odzyskała, a on próbował jej tak to po prostu zabrać? Nie było na to opcji.
— Nie wystarczy — mówi finalnie Ivy, marszcząc przy tym delikatnie swoje brwi. Zaraz też nadyma poliki w geście prawdziwego buntu — od kiedy ty jesteś pan poważny? — pyta, przechylając głowę. To jedno zdanie powinno budzić największy niepokój. Ivy nie narzekałaby na poważnego Dante. Potrzebowała wręcz grama stabilizacji, czegoś, co można by uznać za normę. Potrzebowała spokoju nie tylko przez męczące dyżury, a przez całą sytuację. Nie przyznała mu się nigdy do tego, że ma rodzinę w Toronto. Obawiała się tego i żyła w zawieszeniu, póki David nie odkrył jej obecności w mieście.
— A kiedy miałam sobie przypomnieć? — pyta, bo choć mówił to do siebie, jej mózg zdecydowanie zbyt wolno wszystko przetwarzał. Jej myśli wychodziły na wierzch bez żadnego filtra. Zwyczajnie mówiła i bawiła się tak, jakby to miała być ostatnia noc w jej całym życiu — uuuu, impreza — ale w wersji kanadyjskiej. Dobry rytm, genialny DJ została już tylko zabawa, która wydawała się wręcz nieść Ivy w stronę parkietu. I faktycznie ją tam przyniosła. Mimo tego że spadła na dupę, dalej cała była w skowronkach. Zaśmiała się głośno, szczerze, a nawet muzyka nie była w stanie jej zagłuszyć.
— Oczywiście, że tak — stwierdza Ivy i uśmiecha się jeszcze szerzej. Da się właściwie uśmiechać w ten sposób? Samą siebie zaskakuje w tym momencie. Zaraz klepie go delikatnie po policzku. Tak, wszystko było z nią w porządku, ale dopamina naprawdę wiele potrafiła ukryć — a skoro tu jesteś, to idziemy — ścisnęła go za dłoń i już zaczęła ciągnąć go w stronę parkietu. Nic nie byłoby w stanie jej zatrzymać. Świat działał w jej mniemaniu w spowolnieniu, a wszystko było intensywniejsze. Tylko nie ból, on w ogóle się nie liczył. Zresztą co się jej mogło stać? Parę siniaków, po których nie będzie śladu za parę dni.
— UUU impreza — i tak zaciąga go na parkiet, choć przewróciłaby się o własne nogi. Rytm, bit oraz nastrój panujący wśród tłumu wystarcza jej, by puścić dłoń Dante. Bo nie. Nie wyjdzie stąd, dopóki nie poczuje prawdziwego melanżu. Nie lubiła melanżu, chyba że z nim. W końcu nie paliła, chyba że z nim. Tańczyła w klubie i to tylko dla niego — chłopie chyba mamy problem, chyba dla niego to za mocne — krzyczy na cały głos Ivy i choć wydaje się jej, że skacze. To nie, po prostu ugina kolana, bo na tyle ma siłę — chyba to dla niego to juz koniec — krzyczy razem za tłumem i wtedy zdaje sobie sprawę z jednego faktu. Bawi się sama, a powinna z kimś jeszcze. Na przykład ze swoim cudownym facetem.
— Ej, to o Tobie sztywniaku — śmieje się, gdy zdaje sobie sprawę, że tekst piosenki był w punkt. Kto by pomyślał, że Sobel potrafił być tak celny? Żaden — gdzie mój zabawowy facet? — pyta, zabawnie poruszając głową. Skoro już byli na parkiecie, miała zamiar to wykorzystać.
Tyle że dla Ivy nic nie było wystarczające. Chciała chłonąć każdy aspekt imprezy całą sobą. Rozpierało ją ciepło i energia, a nic nie było dla niej wystarczające. Wypiłaby z cztery kamikadze, by móc poczuć ten imprezowy vibe całą sobą. Wszystko wydawało się bardziej intensywne, aż tęskniła całą sobą za melanżem, za starą Ivy, która bawiła się całą sobą. Teraz na krótki moment ją odzyskała, a on próbował jej tak to po prostu zabrać? Nie było na to opcji.
— Nie wystarczy — mówi finalnie Ivy, marszcząc przy tym delikatnie swoje brwi. Zaraz też nadyma poliki w geście prawdziwego buntu — od kiedy ty jesteś pan poważny? — pyta, przechylając głowę. To jedno zdanie powinno budzić największy niepokój. Ivy nie narzekałaby na poważnego Dante. Potrzebowała wręcz grama stabilizacji, czegoś, co można by uznać za normę. Potrzebowała spokoju nie tylko przez męczące dyżury, a przez całą sytuację. Nie przyznała mu się nigdy do tego, że ma rodzinę w Toronto. Obawiała się tego i żyła w zawieszeniu, póki David nie odkrył jej obecności w mieście.
— A kiedy miałam sobie przypomnieć? — pyta, bo choć mówił to do siebie, jej mózg zdecydowanie zbyt wolno wszystko przetwarzał. Jej myśli wychodziły na wierzch bez żadnego filtra. Zwyczajnie mówiła i bawiła się tak, jakby to miała być ostatnia noc w jej całym życiu — uuuu, impreza — ale w wersji kanadyjskiej. Dobry rytm, genialny DJ została już tylko zabawa, która wydawała się wręcz nieść Ivy w stronę parkietu. I faktycznie ją tam przyniosła. Mimo tego że spadła na dupę, dalej cała była w skowronkach. Zaśmiała się głośno, szczerze, a nawet muzyka nie była w stanie jej zagłuszyć.
— Oczywiście, że tak — stwierdza Ivy i uśmiecha się jeszcze szerzej. Da się właściwie uśmiechać w ten sposób? Samą siebie zaskakuje w tym momencie. Zaraz klepie go delikatnie po policzku. Tak, wszystko było z nią w porządku, ale dopamina naprawdę wiele potrafiła ukryć — a skoro tu jesteś, to idziemy — ścisnęła go za dłoń i już zaczęła ciągnąć go w stronę parkietu. Nic nie byłoby w stanie jej zatrzymać. Świat działał w jej mniemaniu w spowolnieniu, a wszystko było intensywniejsze. Tylko nie ból, on w ogóle się nie liczył. Zresztą co się jej mogło stać? Parę siniaków, po których nie będzie śladu za parę dni.
— UUU impreza — i tak zaciąga go na parkiet, choć przewróciłaby się o własne nogi. Rytm, bit oraz nastrój panujący wśród tłumu wystarcza jej, by puścić dłoń Dante. Bo nie. Nie wyjdzie stąd, dopóki nie poczuje prawdziwego melanżu. Nie lubiła melanżu, chyba że z nim. W końcu nie paliła, chyba że z nim. Tańczyła w klubie i to tylko dla niego — chłopie chyba mamy problem, chyba dla niego to za mocne — krzyczy na cały głos Ivy i choć wydaje się jej, że skacze. To nie, po prostu ugina kolana, bo na tyle ma siłę — chyba to dla niego to juz koniec — krzyczy razem za tłumem i wtedy zdaje sobie sprawę z jednego faktu. Bawi się sama, a powinna z kimś jeszcze. Na przykład ze swoim cudownym facetem.
— Ej, to o Tobie sztywniaku — śmieje się, gdy zdaje sobie sprawę, że tekst piosenki był w punkt. Kto by pomyślał, że Sobel potrafił być tak celny? Żaden — gdzie mój zabawowy facet? — pyta, zabawnie poruszając głową. Skoro już byli na parkiecie, miała zamiar to wykorzystać.