Strona 2 z 2

playing with fire

: sob lut 21, 2026 12:34 am
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Będzie dobrze Ivy wybrzmiewało w jej głowie jak dzwony. Nic więcej nie potrzebowała usłyszeć, oprócz krótkiego zapewnienia jej, że będzie dobrze. Musiało być, skoro Charlie tak mówił. Przyjęła to jako pewnik. Wraz z tymi słowami całe napięcie zaczynało w niej opadać. Naprawdę był dla niej jebaną kotwicą, która trzymała resztki jej świadomości tutaj. Tylko gdzie było to tutaj? W jego aucie? Na ulicach Toronto przepełnionymi ludźmi? Czy tak po prostu i po ludzku w jego ramionach? Tego nie była w stanie stwierdzić.
Za to wiedziała jedno. Działał na nią jak najgorszy narkotyk. Uzależniał ją od siebie swoim ciepłem, spokojem i tym czymś, czego nikt nie był w stanie jej podarować. Spokojem. Wystarczyło to krótkie oddychaj, by jej oddechy stały się głębsze. Jakby bardziej wypełnione tlenem, a wszelakie zmartwienia odeszły na dalszy plan. W końcu tkwili tu razem, trzymając się za dłonie. Wtulając w siebie nawzajem, w poszukiwaniu spokoju, który musiał wybrzmieć. Nie zauważyła jego spojrzenia na telefon. Dla niej bardziej liczyła się jego obecność i to niej uparcie się trzymała. Spod przeszklonych oczu spojrzała jedynie na ich dłonie splecione razem. Choć powinna czuć odrazę do tego widoku, nie była w stanie jej poczuć. Naprawdę chciała, żeby w tej chwili był przy niej. Może dlatego delikatnie uniosła głowę, słysząc jego kolejne słowa.
Tak, naprawdę Cię potrzebuje Charlie — odpowiedziała łamiącym się głosem. W tej chwili nie istniała żadna racjonalna potrzeba, oprócz trzymania go coraz bliżej siebie. Dla niej wręcz wydawało się to tak naturalne jak oddychanie. Wiele była w stanie teraz oddać, by ta chwila trwała w nieskończoność. To krótkie przejechanie kciukiem po jej dłoni powodowało w niej ulgę. Tylko Marshall był dalej myślami niż ona. Wrócił do windy i do jej ucieczki...
Bo to jest trudne... — zaczyna powoli Ivy, ale boi się mówić o tym na głos — mamy kogoś innego — powiedziała cicho — oboje mamy kogoś innego — i to chyba bolało ją najbardziej. W domu czekał na nią Dante. Chyba. Nigdy nie wiedziała, czy spotka go w mieszkaniu, czy na pewno kiedy otworzy drzwi go tam zobaczy. Czasami się wręcz bała, że zniknie z jej życia. Chociaż teraz zaczęła obawiać się też zniknięcia Charliego.
Nie chcę uciekać — głos coraz bardziej jej cichł. Bała się tego, co zaraz powie. Po niektórych słowach nie było już odwrotu — chcę, żebyś był przy mnie — unosi delikatnie kąciki ust. Zdradziła samą siebie. Dosłownie czuła wewnętrzne rozdarcie serca. Nie była w stanie wytłumaczyć tej irracjonalnej potrzeby bliskości. Nigdy nie spotkała kogoś takiego, a jej serce właśnie rozdzierało się na małe kawałeczki. Wtuliła się w niego jeszcze mocniej, a resztę czasu spędzili w ciszy, aż oboje nie wrócili do szpitala.
Tylko on do ojca, a ona do pacjentów.

z/t x 2