zupa chmielowa i tragiczne rewelacje
: sob mar 28, 2026 11:26 am
Jak powiedziała to głośno to faktycznie brzmiało kompletnie absurdalnie. Z drugiej strony przecież prawnikiem mogłem być wszędzie, przyjaciele mieliby metę w stolicy, a mieszkanie zawsze mogłem zostawić Peach, albo ostatecznie wynająć innemu ziomeczkowi, dodatkowy dochód zawsze na plus. Poza tym Wendy nawet sobie nie zdaje sprawy jak groźna potrafi być Kovalski przy śmietniku, ostatnim razem jak się tam spotkaliśmy to rzuciła mi w twarz zużytą gumką. Fuj. Krzywię się na tamto wspomnienie i nawet otwieram usta, żeby jej opowiedzieć, ale zanim zdążą ułożyć się w słowa, to dochodzi do mnie klaskanie, na co oczywiście mina rzednie mi jeszcze bardziej - No ale jedyny sensowny! - bronię się. Sensowny w chuj, więcej sensu miały chyba tylko prognozy pogody z fusów po kawie albo krzyczenie na wifi żeby działało szybciej. Wbijam w nią spojrzenie, słuchając uważnie. Bardzo, ale to bardzo nie chcę przyznawać, że ma rację, chociaż miała ją niezaprzeczalnie. To przecież nie mogło się udać. Milczę, z trudem przyjmując słowa prawdy, więc ponownie wzdycham głośno, po czym upijam jeszcze kilka łyków wina, to niebezpiecznie zbliża się do końca - Oczywiście, że może być gorzej, może mnie nienawidzić ze świadomością, że ja jej nie nienawidzę - lepiej było jak obydwoje mieliśmy siebie nawzajem za najgorszych wrogów, jakoś prościej się wtedy żyło - A ty byś chciała żeby Twój wróg miał na ciebie takiego haka? Przecież to można wykorzystać - co prawda jeszcze nie wiem jak do końca, ale na pewno można było, a ja się już niejednokrotnie zdążyłem przekonać, że Lotta bywa nieobliczalna. I szalona. I sam nie wiem co właściwie kręciło mnie bardziej - Godzien wyśmiania? Jakoś mnie to nie przekonuje - przyznaję. Szczerze to już bym chyba wolał żeby jednak przywaliła, to jeszcze dało się znieść, nawet jeśli tamten policzek wymierzony za rogiem rezydencji przy York Mills zdecydowanie bardziej bolał mnie mentalnie niż fizycznie. Niemniej wciąż mniej niż wizja odrzucenia, która wydawała się nad wyraz realna, jeśli tylko skorzystałbym z rad Wendy - Dobra, dobra, tak zrobię - zapewniam, chociaż wcale nie mam zamiaru. W planach raczej przejechanie palcem po globusie by los zdecydował za mnie, na której dzikiej plaży powinienem się ukryć. Co najmniej dwa tygodnie, a potem się zobaczy. Potem to właściwie problem mnie z przyszłości, więc po co się przejmować? Przysuwam się bliżej do Gardner i wsuwam jej dłoń pod rękę, coby się lekko przytulić, opieram głowę na dziewczęcym ramieniu - A jak u ciebie? Wszystko w porządku? - pytam, bo chyba już nie chcę rozmawiać o sobie. Lepszych rad i tak nie usłyszę, z tych nie skorzystam, nie dlatego, że były złe, raczej dlatego, że odważny lew zamienił się w tchórzliwe kocię.
Wendy Gardner
Wendy Gardner