Strona 2 z 2

only us, nowhere else

: czw mar 05, 2026 4:51 pm
autor: Giovanni Salvatore
  — Nikt nikogo nie uszkodzi, Navi — odpowiedział z charakterystycznym dla siebie spokojem, ale i słyszalną stanowczością. Jak gdyby miał to być niepodważalny fakt, a nie tylko obietnica. — Nie pozwoliłbym, żebyś w ogóle znalazła się w sytuacji, w której mogłabyś zrobić sobie krzywdę.
  Nie oddawałby jej sterów, gdyby po przeliczeniu, ryzyko wspomnianego wydarzenia, byłoby zbyt wysokie. Było absolutnie niskie. W tych warunkach, w tym otoczeniu, z nim przy możliwości interwencji.
  Musiał nauczyć ją jednej rzeczy, ale nie słowami – jej bezpieczeństwo było dla niego absolutnym priorytetem. Nie mógł tego tak po prostu zapewniać za każdym razem, bo to wcale nie działało. Zwykle brzmiało jak słodka, romantyczna obietnica. A on, choć był złotousty, to o wiele bardziej cenił czyny. I własne oraz cudze rozegrania.
  Od momentu, w którym przesunęła manetkę i łódź ruszyła do przodu, obserwował ją w milczeniu. Nie ingerował, nie poprawiał jej kursu, pozwalając, by przez kilka pierwszych minut sama oswoiła się z reakcją maszyny.
  Zauważał, jak z każdą kolejną chwilą, rozluźnia się coraz bardziej. I początkowy, jak zakładał – stres oraz obawę przed popełnieniem błędu, zastępowało coś zgoła innego. Emocja, którą bezbłędnie rozpoznał. I taka, która zdradzała, że dobrze się bawi.
  Dla niego takie momenty miały jeszcze jeden wymiar. Nie potrafił doświadczać wielu rzeczy w sposób, w jaki robili to inni ludzie. Emocje od zawsze były dla niego czymś bardziej zewnętrznym niż wewnętrznym procesem; czymś, co analizował i rozumiał, ale rzadko czymś, co sam przeżywał w pełni. Zawsze stłumione, nigdy intensywne. Dlatego od dawna nauczył się obserwować je u innych, jakby były językiem, którego sam używał rzadziej, ale który potrafił czytać.
  A u niej działało to szczególnie wyraźnie. Zwłaszcza gdy reakcje były autentyczne, ani wyuczoną powściągliwością, którą pokazywała mu na początku. A kiedy pojawiała się u niej radość intensywna i niemal wyczuwalna, rezonowała w nim w sposób, którego sam nie potrafiłby wywołać bezpośrednio. Nie dlatego, że nagle zaczynał czuć to samo. Raczej dlatego, że jej emocje wypełniały przestrzeń, w której jego własne pozostawały zwykle ciche. I w pewnym sensie było to wystarczające.
  Jej pytanie sprawiło, że przeniósł spojrzenie z wody przed nimi z powrotem na nią.
  — Cumowanie? — powtórzył spokojnie, pozwalając by niewielki, uprzejmy uśmiech uniósł kącik jego ust. — To akurat najprostsza część. Choć pozornie – najtrudniejsza. Największy problem przy cumowaniu polega na tym, że ludzie próbują zrobić wszystko zbyt szybko i zbyt nagle — dodał po chwili.
  To trochę jak z rozgrywaniem ludzi. Z uginaniem ich do własnej woli. Jeśli robiło się to zbyt prędko, zbyt nagle, w zbyt oczywisty sposób, to zwykle się kończyło kraksą.
  Przeniósł spojrzenie na jej dłonie na kierownicy. Zauważył, że trzymała ją już znacznie pewniej niż kilka minut wcześniej.
  — Kiedy będziemy zbliżać się do doku, zdejmiesz gaz prawie do zera — powiedział spokojnie. — Łódź sama zacznie zwalniać. Potem tylko drobne korekty steru. Nic więcej. — Zasadniczo było tam nieco więcej filozofii, ale nie zamierzał nią przytłaczać kobiety. Gdyby to było takie proste, to do patentu żeglarskiego nie trzeba byłoby się przygotowywać, a rozdawanoby go w pakiecie z prawem jazdy. Był jednak na miejscu, więc w razie potrzeby mógł czuwać nad całym procesem i ewentualnie kąt skorygować.
  Ale czy to był moment, by o tym myśleć?
  — To chyba jednak nie twoje zmartwienie na teraz — dodał po chwili, nieco ciszej — na razie nie widzę powodu, żebyśmy wracali. — Zrobił krótką pauzę. Przesunął spojrzeniem po jej twarzy. — Zwłaszcza że najwyraźniej zaczynasz się tym bawić.
  A to było istotne. Istotne dla niego. Giovanni już jakiś czas temu za pewien punkt w sobie podjął opracowanie jej traum i charakteru, który wcale nie był naturalnie ukształtowany. Postanowił wydobyć z niej to, co najlepsze. Bo w końcu zawsze chciało się dla siebie tego, co najlepsze. A skoro ona była nim, to był bardzo zbliżony proces.
  — Cała naprzód, Navi.

Navi Yun

only us, nowhere else

: czw mar 05, 2026 8:44 pm
autor: Navi Yun
Nie pozwoliłbym, żebyś w ogóle znalazła się w sytuacji, w której mogłabyś zrobić sobie krzywdę.
To to. To była ta różnica, która tak bardzo namieszała w jej życiu. To było to, przez co postanowiła zmienić całkiem swoje życie, porzucić wszystko co miała i znała do tej pory, aby uciec z tym człowiekiem, o którym wcześniej nic nie wiedziała, do Kanady.
Bezpieczeństwo. Priorytety.
Fakt, że dbał o nią bardziej, niż jej dawny mąż kiedykolwiek wcześniej. Była jego żoną przez lata, a ani razu nie myślał o tym, aby zapewnić jej bezpieczeństwo. Gnębił ją, poniżał. Znęcał się nad nią psychicznie i fizycznie, wielokrotnie zaznaczając swoją wyższość, bo w tamtym małżeństwie, to on był najważniejszy. Jego komfort, jego cele, jego zachcianki.
Nigdy jej.
A Giovanni nawet w momencie jak była ledwie jego asystentką okazał jej więcej zainteresowania, niż ktokolwiek w jej rodzinie. Dał jej pracę. Znalazł ją w Tajlandii. Wydarł z piekła i uświadomił, że może więcej niż to, na co jej pozwalano. Człowiek z pieprzonej mafii. Ktoś, kto stał na samej górze w jej hierarchii. Ktoś, kto jest tak niebezpieczny, że powinno się go unikać szerokim łukiem, bo mógł zniszczyć życie tobie oraz twoim kolejnym pokoleniom. Ktoś z kim nie chciało się mieć żadnych układów… a ona weszła w najpoważniejszy jaki mogła.
To właśnie ten Diabeł, był dla niej bardziej człowiekiem, niż ktokolwiek wcześniej.
I to właśnie z tego powodu całkowicie w nim przepadła.
Teraz znajdowała się w momencie swojego życia o którym nigdy wcześniej nie myślała. I była szczęśliwa. Zwyczajnie, po ludzku. Nie dlatego, że znalazła się w raju na ziemi, zamieszkując rezydencję na wodzie. Tylko dlatego, że miała kogoś przy kim czuła się swobodnie i bezpiecznie, bo to właśnie tego całe życie jej brakowało. I, o ironio, znalazła tu u boku Giovanniego Salvatore.
Kto by się spodziewał?
Wysłuchała jego odpowiedzi i instrukcji, instynktownie przeskakując spojrzeniem w kierunku oddalonego doku. Obawiała się, że jeśli będzie miała samodzielnie tam wycelować, to zniszczy nie tylko łódź, ale też drewniane molo.
Nic więcej — powtórzyła, przetwarzając sobie w głowie wszystkie informacje. Zwolnienie i pozwolenie, aby łódź dopłynęła sama. Nie brzmiało skomplikowanie, ale w teorii wiele rzeczy wydawało się łatwe.
Przeniosła na niego spojrzenie, a kąciki ust uniosły się delikatnie. Oczywiście, że zauważył, że samo pływanie łodzią zaczęło sprawiać jej przyjemność. Zwłaszcza, że się z tym nie kryła. Na początku ukrywała każdą z emocji. Radość, smutek, złość, rozgoryczenie, irytację… ale odkąd zajmowała miejsce przy jego boku, pozwalała sobie na to, aby czuć. I nie być tą idealną, niewzruszoną marionetką, którą musiała być przy boku Subina.
Może trochę… — Albo nawet bardzo.
Uśmiechnęła się szerzej na polecenie. Usiadła wygodniej na swoim siedzeniu i już pewniej zaciągnęła manetkę, nie obawiając się przyspieszenia, które miała maszyna. Jej włosy rozwiały się na wszystkie strony, a krople wody uderzały ją w twarz, osadzając się na policzkach, okularach przeciwsłonecznych oraz białej, letniej sukience.
Nie wiedziała ile czasu minęło, jak pływali, ale chciała zobaczyć jak najwięcej podwodnego życia, które mijali po drodze. I naprawdę dobrze się bawiła. Przy skrętach, przy uderzeniach w niewielkie fale, które wyrzucały łódź wyżej czy gdy nabierali prędkości, do której się przekonywała, łamiąc swoją własną niepewność.
W końcu zaczęło się ściemniać, a słońce zaczęło zachodzić za horyzontem. Woda pokryła się fioletowo pomarańczowym kolorem, a łódź zwolniła, praktycznie zatrzymując się w miejscu. Bujana jedynie pojedynczymi falami, które wcześniej sama wzburzyła.
— Ale tu pięknie — mruknęła, obserwując okolicę, która zapierała jej dech w piersiach. — Zostańmy tu na chwilę — poprosiła. Tylko przez chwilę chciała zatrzymać na tym swoje spojrzenie. Jakby jutro miało tego nie być.
Przesunęła się ostrożnie z siedzenia za sterami, do tego obok, bardziej rozbudowanego, na którym się znajdował. Nie spieszyło jej się do apartamentu, nawet jeśli zmęczenie po podróży wciąż było wyczuwalne.
Nauczyłeś mnie jeździć autem, a teraz pływać łodzią motorową — zaczęła, przysuwając się do niego, aby grzbietem oprzeć się o jego klatkę piersiową, a swoje spojrzenie móc utkwić w widoku zachodzącego słońca. — To kiedy jakaś awionetka? — spytała, zadzierając nieco głowę, co by zerknąć na niego z ukosa. — Żartowałam, żadnych awionetek. — Wolała to podkreślić, bo wiedziała, że kto jak kto, ale on był w stanie zapewnić jej przyspieszony kurs latania. I nie było to takie absurdalne.

Giovanni Salvatore

only us, nowhere else

: pt mar 06, 2026 3:55 pm
autor: Giovanni Salvatore
  Od chwili, w której przestał traktować ją jako zmienną wymagającą kontroli, a zaczął postrzegać jako ten intergralny element własnego systemu, zmieniło się w nim znacznie więcej, niż kiedykolwiek planował dopuścić. Początkowo była dla niego jedynie interesującą. Fascynowała go wtedy z powodów czysto intelektualnych i walorów estetycznych. I nawet on, człowiek który przez lata uczył się i budował swoją pozycję na zdolności przewidywania ludzkich reakcji, manipulowania nimi i wykorzystywania ich słabości, nie był w stanie przewidzieć, jak bardzo ten układ wymknie się spod kontroli
  Droga od jego chłodnej fascynacji do momentu, w którym jej bezpieczeństwo stało się dla niego priorytetem nie była prostą. Z początku było to czysto logiczne działanie. Ochrona zasobu, niczym pies. Czegoś, co należało do niego. Czegoś, co raz posiadł. Potem ochrona elementu, który coraz głębiej wnikał w elementy jego codzienność. A w końcu coś, co wymknęło się prostym kategoriom strategicznym. Wiedział tylko jedno: odkąd uznał ją za część własnej konstrukcji, część samego siebie, nie dopuszczał scenariuszy, w których mogłoby jej się coś stać.
  Dlatego obserwowanie jej teraz, gdy siedziała przy sterze, z włosami rozwianymi przez wiatr i z uśmiechem, który pojawiał się coraz częściej, miało dla niego znaczenie większe, niż sam mógłby kiedykolwiek przypuszczać. Widział wyraźnie zmianę, która w niej zachodziła, cały ten proces który miała za sobą. A on nigdy nie planował być dla niej bohaterem ani wybawcą. Nigdy nie interesowała go rola rycerza, który wyciąga kobietę z opresji. Interesowało go coś znacznie bardziej egoistycznego i mało altruistycznego. Interesowało go manipulowanie rzeczywistością. Uwielbiał naginać świat tak, by układał się zgodnie z jego wolą. Uwielbiał kontrolę. Zdobywać, mieć i wykorzystywać.
  Gdy się zatrzymali z jej zamiarem pozostania tam przez dłuższą chwilę, nie odpowiedział. Ani też się nie sprzeciwił. Pozwolił jej zadecydować o kursie, o przystankach. I teraz o przerwie. Przeniósł jednak spojrzenie z turkusowej laguny na kobietę.
  Była estetyczna.
  A on od zawsze miał słabość do rzeczy estetycznych. Nawet teraz, gdy na jej skórze połyskiwały krople wody, a czarne włosy były zmierzwione przez wiatr, wyglądała jak element który idealnie wpasowywał się w jego poczucie estetyki. Nawet w tym lekkim nieładzie po rejsie, pozostawała dokładnie tym typem widoku, który przyciągał jego uwagę bardzo skutecznie. Który cieszył jego oko. Który był wart aprobaty.
  Jej słowa o przebytej z nim nauce sprawiły, że w kąciku jego ust pojawił się ten sam, krótki uśmiech, który rzadko zdradzał prawdziwe emocje, który był bardziej wyuczony, ale był częścią jego ja. Za to na całą tę kolejną część o awionetce najpierw unioósł brew, a dopiero później zabrał głos.
  — Ale to nie byłby problem — odpowiedział spokojnie, pozwalając swojemu uśmiechowi pozostać na chwilę dłużej w kąciku ust.
  Wiedziała przecież, musiała wiedzieć, że nie było dla niego wielu rzeczy niemożliwych. Zwłaszcza jeśli chodziło o coś, czego chciała ona.
  Objął ją, gdy chwilę wcześniej do niego przywarła. Po wypowiedzialnych słwoach pochylił się nieco, najpierw muskając ustami czubek jej głowy, a potem przesuwając oddech niżej, wzdłuż linii jej ucha. Pozwolił aby ciepło jego oddechu osiadło na jej skórze, zanim dotknął wargami miejsca tuż za nim.
  — Devi ancora imparare una cosa — powiedział cicho, sięgając wargami jej karku, pozwalając by jego głos był nieco stłumiony przez bliskość. — Non esiste niente che tu non possa avere. — Jego usta przesunęły się minimalnie po jej skórze, muskając ją z kontrolowanym, sensualnym wyczuciem. Zostawił jeszcze jeden ślad powyżej jej karku, na granicy jej włosów. — Sei la mia donna — dodał ciszej, pozwalając by jego oddech owiał ją. — E la mia donna è la regina del mondo. — Ostatnie słowa wypowiedział nisko, chropowatym wręcz głosem. Złożył kolejny, przedłużony pocałunek na jej skórze.
  W tym samym czasie kciuk jego dłoni, którą przytrzymywał kobietę przy sobie, gładził delikatnie jej ramię. Tak prosty gest, a dla niego czytelna oznaka jej przynależności do niego.
  — Tylko słowo, Navi — wymruczał w jej skórę. — Tylko twoje słowo dzieli cię od posiadania absolutnie wszystkiego. — Przesunął wargami po jej szyi, znacząc skrawek na niej, choć bez głębszej, podszytej intencji. — Pamiętaj o tym.

Navi Yun

only us, nowhere else

: pt mar 06, 2026 5:52 pm
autor: Navi Yun
Droga do miejsca w którym aktualnie się znajdowała nie była łatwa. Była cholernie ciężka, wyboista i bolesna. A jednak przeszłaby ją całą jeszcze raz, w pełni świadomie, jeśli na końcu ponownie spotkałaby jego. Nie mogła jednak powiedzieć, że była to jakakolwiek sympatia od pierwszego wejrzenia. Nie mogła powiedzieć, że jakkolwiek by się spodziewała tego, co było wynikiem relacji. Nie mogła powiedzieć, że było to przeznaczenie, bo sama znajomość z tym człowiekiem od samego początku była skomplikowana. Początkowa fascynacja jego osobą, tym jak mówił i działał nie oznaczała niczego.
To miał być zwykły romans. Oderwanie od piekła z Subinem.
Ale wyszło jak wyszło. Od pracy asystentki, przez porwanie do Tajlandii, ucieczkę z kraju, porzucenie własnej rodziny i męża, przez co uznano ją za zaginioną w Korei, komplikacje i odkrycie prawdy o jego mafii we Włoszech, a także próbę ratowania jego życia poświęcając samą siebie… aż do bycia jego narzeczoną i wakacji na Malediwach, gdzie wszystko wydawało się być na swoim miejscu.
Ona była na odpowiednim miejscu. Teraz, gdy znajdowała się między jego ramionami, obserwując zachodzące słońce na łodzi motorowej, gdy miejsce dookoła było tak ciche i spokojne. Gdy czuła gorąc jego ciała na własnej skórze i oddech, który omiatał jej kark. Bliskość, która stała się tak naturalna.
Wiedziała, że rzeczy materialne nie były dla niego problemem. Że jeśli powie, że chce awionetkę na własność, to następnego dnia dostarczyłby ją jej pod dom. Nie była jednak kobietą, która zamierzała wykorzystywać dobrobyt swojego partnera dla własnych zachcianek. Nie była tą, która weźmie czarną kartę i puści się na miasto, aby wydawać tysiące dolarów w coraz to droższych butikach, tylko po to, aby coś posiadać. Bo było drogie. Ubierała to, co chciała nosić. Kupowała to, co nie leżało w jej szafie, tylko z tego korzystała.
To, że jej garderoba swoje kosztowała, było inną kwestią.
Odchyliła głowę, gdy poczuła jak jego usta suną po jej skórze. Delikatny, zadowolony uśmiech nie schodził jej z twarzy, gdy pierwsze ciarki pojawiły się na karku. Zawsze jak zwracał się do niej po włosku, coś w jej trzewiach się mocniej zaciskało. Już wcześniej uważała to za atrakcyjne, ale odkąd nosiła metaforyczny pierścionek na palcu, jego osoba stała się podwójnie pociągająca. Co było zaskakujące, bo wcześniej uważała małżeństwo za przekleństwo.
A teraz nie mogła się doczekać aż stanie na ślubnym kobiercu i powie sakramentalne „tak”.
To co mówił powodowało przyjemny dreszcz w okolicy kręgosłupa. Wraz z kolejnymi słowami, odchylała głowę, wystawiając mu własny kark, gdy sunął ustami po jej skórze. To, jak zapewniał ją, że mogła mieć wszystko co chciała, bo była jego było… podniecające. I ekscytujące. Dające pewne poczucie bezpieczeństwa, ale też dziwnego rodzaju władzy. Bo wiedziała, że nie były to tylko puste słowa. Giovanni był człowiekiem, który nie składał obietnic, a to co mówił, było prawdą. To, co jej oferował, było tak kompletnie różne od tego, co miała z Subinem, że wciąż wydawało się wręcz nierealne.
Zapewne wiele czasu jeszcze minie, zanim swobodnie zacznie się tym posługiwać.
Solo una parola… — mruknęła z lekko uniesionymi kącikami ust, przymykając oczy i rozkoszując się jego wyczuwalną obecnością za sobą. — Niebezpiecznie jest oddawać komuś taką władzę, Carissimo — dodała, sunąc dłonią po jego przedramieniu, które ją obejmowało, aby zatrzymać się na jego karku. — Ale domyślam się, że to ryzyko jest już wkalkulowane. — Nie żeby ona miała być jakkolwiek niebezpieczna, bo ze wszystkich osób, które ją otaczały przez całe życia, była chodzącą łagodnością i anielskim usposobieniem. Nawet gdy nią pomiatano, gardzono i poniżano.
W przeciwieństwie do jej diabelskiego narzeczonego.
Wybrałam już suknię. Liczę, że ci się spodoba — zagaiła z uśmiechem, zerkając na niego kątem oka. Była już nawet na wszelkich przymiarkach, w biegu między ogarnianiem restauracji, a organizacji ceremonii. — W zasadzie dwie. Jedna do ołtarza, druga do przetrwania nocy. — Bo w tej pierwszej nie dałaby rady spędzić całej nocy. — Z tego co czytałam i oglądałam, na włoskich weselach jest dużo tańca. — Ślubu z Subinem wolała nie wspominać, bo nie było tam dla niej żadnej zabawy, ani radości. Do tego wydarzenia jednak chciała się przygotować i wiedzieć jak najwięcej. — W Korei nie mamy wesel. Zwykle jest bufet i wszyscy się rozchodzą po godzinie czy dwóch, nie mówiąc już o tym, że jest to raczej formalne spotkanie. — No i nikt się nie bawił, a na pewno nie ona.

Giovanni Salvatore

only us, nowhere else

: sob mar 07, 2026 7:30 pm
autor: Giovanni Salvatore
  Cóż, decyzja o ślubie nigdy nie była dla niego impulsem ani romantycznym odruchem, który wyrwał się spod kontroli w chwili emocjonalnej słabości. Bo takich nie miał. W jego świecie wszystko miało strukturę, powód i funkcję, a małżeństwo z Navi od początku wpisywało się w tę samą logikę, która rządziła większością jego działań. Włączenie jej do głównego trzonu la famiglii oznaczało jego nazwisko. Oznaczało formalność. Kobiety należące do rodziny były nietykalne, nawet w świecie, gdzie przemoc i brutalność były na miare codzienności. W pewnym sensie był to najprostszy sposób, aby zamknąć wokół niej krąg ochrony, którego wcześniej nie mógł nadać jej w pełni.
  Jednocześnie nie byłby w stanie zdecydować się na taki krok, gdyby była dla niego kimś obojętnym. Nie chodziło o romantyczne deklaracje ani o wizję życia, w której nie potrafiłby funkcjonować bez niej. Navi była raczej czymś, co w naturalny sposób stało się częścią jego codzienności. Elementem, który wpasował się w strukturę jego życia z taką precyzją, że usunięcie go zaczęłoby burzyć cały układ, a on przecież lubił porządek. Lubił, kiedy wszystko znajdowało się na swoim miejscu, kiedy rzeczy pozostawały przewidywalne i stabilne w ramach jego własnej kontroli. Lubił kontrolę. Potrzebował jej.
  Ale nie odczuwał ekscytacji na myśl o ślubie w sposób, w jaki robiła to większość ludzi. W taki, jak odczuwała to pewnie ona. Nie oznaczało to jednak jego obojętności, tego olewactwa. Bo jeżeli już decydował się na coś tak formalnego, przykładał do tego uwagę z dokładnością. Estetyka była ważnzą częścią jego osoby, a więc nie pozwoliłby, by coś płynęło poza jego kontrolą.
  Na jej uwagę o władzy, którą jej oddawał, uniósł nieznacznie kącik ust.
  — Masz rację — przyznał spokojnie. — To ryzyko było wkalkulowane. — Była bystra. Rozumiała go coraz bardziej, a on, co dziwne, nie czuł zagrożenia. I to nie dlatego, że był pewien, że mógłby ją przechytrzyć, gdyby było trzeba.
  Gdy zaczęła mówić o sukni, jego dłoń przesunęła się po jej ramieniu spokojnym, niemal leniwym ruchem, zanim zatrzymała się ponownie na jej talii. Pozwolił, by opowiedziała o przygotowaniach, które najwyraźniej zaczęły zajmować coraz większą część jej uwagi.
  — Z pewnością będzie idealna — odpowiedział, gdy wspomniała o wyborze sukni, a w jego głosie nie było żadnej ironii. Wiedział, że przywiązywała do tego wagę, a skoro tak było, oznaczało to, że wybór został przemyślany. Poza tym – poznał ją już na tyle, że aprobował jej wybory estetyczne w ciemno.
  W rzeczywistości wiedział jednak, że to, co planowali, nie będzie w pełni przypominało tych obrazów włoskich wesel, które mogła widzieć w filmach czy w internecie, skoro już o tym czytała. Oczywiście, że będzie muzyka, będzie taniec i jedzenie w ilościach, które dla wielu kultur mogłyby wydawać się absurdalne, ale w jego świecie takie ceremonie rzadko były wyłącznie celebracją. W świecie z którego pochodził, śluby stanowiły również wydarzenia społeczne o znacznie szerszym znaczeniu. Pojawiali się na nich ludzie, którzy nie przychodzili wyłącznie świętować. Przychodzili rozmawiać, obserwować, oceniać, zawierać nowe porozumienia i umacniać stare. To był biznes.
  Bywał już na takich uroczystościach i on. Kilkaset osób, gwar rozmów, muzyka w tle i stoły uginające się pod kolejnymi daniami, które pojawiały się jedno po drugim w tempie, którego nikt spoza Italii nie potrafiłby w pełni zrozumieć. Jednocześnie gdzieś pomiędzy tym wszystkim toczyły się rozmowy, które dla wielu z zewnątrz wyglądałyby jak zwykła wymiana uprzejmości.
  — Nie wiem, czy to też wyczytałaś, ale wItalii całe wesele to w pewnym sensie jeden wielki bufet — powiedział spokojnie. — Tylko znacznie bardziej… rozbudowany. Zaczyna się od przystawek, potem pojawia się pierwsze danie, drugie, kolejne… a zanim ktoś zorientuje się, ile czasu minęło, na stole stoi już następna porcja. — Jego ton pozostał lekki. — Włoskie rodziny traktują jedzenie bardzo poważnie. — Przeniósł spojrzenie z tafli wody z powrotem na nią. — Więc jeśli liczysz na coś więcej niż godzinny bufet… — mruknął spokojnie — to myślę, że się nie zawiedziesz. — Uśmiechnął się, ale z charakterystyczną dla siebie rezerwą. Navi zdołała się już nauczyć, aby na typowym włoskim obiedzie nie dojadać, bo to był wyrok. Ale wesele miało być jeszcze innym kalibrem.
  Musnął jej skroń, wciąż z tą dbałością, tak zintegrowaną z nim samym.
  — Ale mam też nadzieję, że to nie problem, że zostawiłem ci większość organizacji.
Navi Yun

only us, nowhere else

: ndz mar 08, 2026 3:43 pm
autor: Navi Yun
Nie uważała, że decyzja o ślubie była u niego podyktowana przez jakieś głębsze uczucia, bo już zdawała sobie sprawę z tego, że nie odczuwał ich tak, jak ona. Sam jej to powiedział. Powiedział też dlaczego chciał ją poślubić. Dla jej bezpieczeństwa, które chciał jej zapewnić z różnych względów. Bo chociaż nie czuł w ten sposób co ona, to odczuwała jego zaangażowanie okazywane na jego sposób - przez to jak słuchał, jak dbał, jak się z nią obchodził.
Niemniej, nie spodziewała się, że będzie podzielał jej zaangażowanie w wydarzenie, które dla niej nagle stało się ważne. Początkowo była to zwyczajna formalność podyktowana wyższym celem, ale z biegiem czasu, chcąc nie chcąc, zaczęła się coraz bardziej angażować i przykładać do tego więcej pozytywnych odczuć o które by siebie nie podejrzewała.
Małżeństwo od zawsze było dla niej ponurą wizją. Jej matka wyszła za jej ojca przez zaaranżowane małżeństwo i nigdy nie była szczęśliwa, chociaż z całych sił starała się przed nimi udawać. Widziała jednak smutek w jej oczach, gdy raz kolejny była gnębiona słownie za bycie niewystarczająco dobrą. A potem, zrobiła to samo swojej jedynej córce. Chociaż lepiej powiedzieć, że zrobił to ojciec, który żył w środowisku patriarchatu od pokoleń i dla niego to była oczywista decyzja. Ślub był więc przymusem i jedyne co czuła, to rozgoryczenie, żal oraz bezsilność.
Oraz paskudną chęć ucieczki.
Teraz była ciekawość. Dziwna, podskórna ekscytacja każdą decyzją, którą musiała podjąć podczas przygotowań. Głównie dlatego, że miała wybór. A przyszły mąż był… po prostu odpowiedni.
Ciekawe co by jej powiedzieli rodzice, gdyby ją teraz zobaczyli.
Kąciki ust jej drgnęły wyżej na jego odpowiedź. Fakt, że nie naciskał na to, aby wybierać absolutnie każdy aspekt tej ceremonii, był dla niej kolejną ważną kwestią. Subin trzymał palec na pulsie zawsze. Od wyborów jebanych solniczek do kuchni, aż do jej codziennego ubioru, który musiał pasować jego aktualnej wizji.
I oczywiście suknię ślubną też jej wybrał i nie miała w tej kwestii żadnego zdania.
Dlatego fakt, że teraz większość rzeczy była do jej wyboru był… niecodzienny. I przyjemny. Dalej się do tego przyzwyczajała, ale wraz z mijanym czasem nabierała nowych przyzwyczajeń. To, co kiedyś wydawało się abstrakcyjne, teraz było na poziomie dziennym.
Dowiadywała się o tradycjach na włoskich weselach, bo chciała wypaść dobrze. Chcąc nie chcąc czuła wewnętrzną presję, gdy myślała o tym, że na uroczystości będzie ogrom ludzi, których nie zna, a którzy są powiązani z Giovannim. Byli rodziną. Bliższą, dalszą, mafijną. Nikogo specjalnie nie poznała, więc też nie wiedziała jak ugryźć temat, gdy przyjdzie już do oficjalnego przedstawienia. Możliwe, że dlatego też się tak samo stresowała co ekscytowała zbliżającą się datą.
Nie byłaby sobą, gdyby nie chciała się odpowiednio przygotować.
Wysłuchała go, a kąciki ust jej drgnęły wyżej na samo wyobrażenie tego rozbudowanego bufetu dla kilkuset ludzi. Ludzi, których nie znała, bo z jej strony… no właśnie. Ona mogłaby zaprosić jedynie ludzi, którzy ją sprzedali, a mieli być uznawani za rodzinę. Ojca, braci, matkę, dziadków, ciotki i wujków - wszystkich, którzy żyli w głębokim patriarchacie od pokoleń.
Tylko czy ona chciała ich widzieć? I ujawniać prawdę, że w pewnym momencie po prostu wszystko i wszystkich porzuciła, nie chcąc się z nikim kontaktować?
Możesz mi opowiedzieć więcej, aby wiedzieć czego się spodziewać i jak się zachować — powiedziała, dość instynktownie mocniej przywierając do niego grzbietem. — Jest coś na co powinnam uważać? — spytała, zerkając na niego kątem oka.
Zgadywała, że była masa rzeczy, a przynajmniej tak jej się wydawało. W końcu nie była to zwykła rodzina, gdzie rozmowy toczyły się wokół wyjazdów, plotek o ciotkach czy przyszłych dzieci. Wiedziała już, że wszyscy tam byli powiązani w głęboką siatkę nielegalnych interesów i każdy był mniej lub bardziej niebezpieczny.
Oczywiście, że nie. Poza tym, masz ważniejsze sprawy na głowie. — Był wiecznie zapracowany. Ciągle na telefonie, odpisując na maile czy wiadomości, załatwiając kolejne sprawy i ludzi. A jednak mimo tego, znajdował czas, który spędzał z nią. — Nigdy bym nie pomyślała, że radość sprawi mi wybór wzoru zaproszeń czy koloru obrusów. — Bo chociaż była zatrudniona także organizatorka, włoszka, to i tak najważniejszy głos należał do przyszłej panny młodej. — Wiele już nie zostało… ale należy jeszcze wybrać obrączki — dodała, przenosząc na niego spojrzenie. Swoją starą, złotą obrączkę porzuciła w Tajlandii. Zostawiła ją na parapecie motelu w którym się obudziła po tym, jak Giovanni wyrwał ją od ludzi, którzy ją porwali. Traktowała ją jako przeklętą obrożę, która trzymała ją na uwięzi, ale z przyszłą wiązała większą nadzieję.

Giovanni Salvatore

only us, nowhere else

: wt mar 10, 2026 8:33 am
autor: Giovanni Salvatore
  Przez chwilę milczał, rozważając jej pytanie. Akurat problem nie polegał na tym, że nie znał odpowiedzi, a raczej na tym, że trudno było zamknąć w prostych słowach rzeczywistość, w której jedno wydarzenie mogło jednocześnie być uroczystością i spotkaniem ludzi, którzy przyszli nie tylko świętować, a snuć intrygi. W półświatku te dwie rzeczy niemal zawsze szły ze sobą w parze. Z zewnątrz wszystko wyglądało jak elegancka celebracja: muzyka, jedzenie, śmiech, kolejne toasty i rozmowy prowadzone w przyjaznym tonie. W rzeczywistości przypominało to raczej spokojne spotkanie w samym środku gniazda węży.
  Ale to już zdołała nawet poznać i odczuć.
  — Cóż… najlepiej będzie, jeśli wejdziesz w to wszystko z założeniem, że to spotkanie biznesowe, a nie rodzinne — odpowiedział w końcu spokojnie. Nie miał na to dobrej odpowiedzi. Navi jednak miała dobrą intuicję, a on zauważył to już dawno temu. Bywała ostrożna, czasem aż przesadnie, co też zauważył, ale jednocześnie posiadała rzadką zdolność dostrzegania rzeczy, które wielu ludziom zwyczajnie umykały. Być może właśnie dlatego tak dobrze odnajdywała się w jego świecie. A jemu to imponowało. — Jesteś bystra — dodał po chwili — i inteligentna. — Kącik ust uniósł w swoim oszczędnym uśmiechu. — Sama zauważysz, na co trzeba zwracać uwagę.
  I za tę inteligencję i bystrość ją cenił. W jego życiu pojawiało się wiele kobiet, ale żadna z nich nie miała w sobie tego elementu, który sprawił, że Navi została w jego otoczeniu na dłużej. Jej umysł przyciągnął go wcześniej niż cokolwiek innego. Gdyby nie to, gdyby nie sposób w jaki myślała i analizowała, wszystko skończyłoby się znacznie szybciej, niż w ogóle zaczęło.
  Ale zamknąć w jednej rozmowie czy dwóch tego, na co należało zwracać uwagę i czego unikać, się nie dało. Nie istniał jednak żaden podręcznik, który mógłby jej przekazać, ani też żadna instrukcja obsługi wydarzenia, w którym setki ludzi potrafiły przez cały wieczór odgrywać rolę rodziny, podczas gdy pod uprzejmymi rozmowami kryły się interesy i oczekiwanie na cudze potknięcie. Nie chciał też zbytnio o tym opowiadać, aby nie odbierać temu wydarzeniu znaczenia, które najwyraźniej zaczynało mieć dla niej coraz większą wagę. Dla niego pozostawało przede wszystkim decyzją strategiczną, a dla niej miało znacznie bardziej osobisty wymiar.
  Gdy wspomniała o jego pracy, znów uniósł lekko kącik ust.
  — Nic nie jest ważniejsze od ciebie — odpowiedział. Nie były to po prostu piękne, zaplanowane słowa, które miały zrobić wrażenie na niej. W jego systemie wartości było to zwyczajnie logiczne, bo skoro była częścią jego konstrukcji i skoro była nim, nie istniała sprawa ważniejsza niż ta, która jej dotyczyła.
  Nie skomentował zaproszeń ani obrusów, o których wspomniała. W tej kwestii i innych tego typu ufał jej wyborom. Wiedział, że posiadała wyczucie estetyki, które bardzo dobrze pokrywało się z jego własnym. I nie chodziło o to, że nie był w to wszystko zaangażowany. Był, ale nieco inaczej niż ona. Stąd można byłoby snuć wnioski, że idealnie się dopełniali. Niemniej nie brał większego udziału w przygotowaniach, narzucił kilka najważniejszych elementów całej uroczystości: kraj, region, listę gości i ogólny klimat wydarzenia, a reszta należała do niej. To, jak ona to opracuje, było w pełni jej decyzją. A pewne kwestie podległe dyskusji.
  Na wspomnienie o obrączkach jego spojrzenie opadło na jego prawą dłoń. Na kciuku, niezmiennie, wciąż spoczywała stara, złota obrączka, jedyny przedmiot który pozostał mu po rodzinie. Nie chodziło o to, że był sentymentalny, coś takiego w nim przecież nie miało prawa istnieć, skoro odbierał emocje inaczej niż inni. Ale był tradycjonalistą.
  Powoli zsunął pierścień z palca i obrócił go między palcami.
  — Wzór może być z twoich marzeń — powiedział spokojnie, przenosząc spojrzenie na nią. Wsunął element biżuterii w jej dłoń. — Stop wolałbym zmieszać z tym. To dość istotny element mojego pochodzenia. I wiesz, że nie jestem sentymentalny, ale pewne wartości mają dla mnie jakieś znaczenie. — I zajmują miejsce w jego systemie. Podobnie jak ona. — To wszystko, co mam po rodzinie. — Pomijając przy tym rezydencję i nazwisko, a także całe brzemię. I dobrze opanowaną potrzebę vendetty. Tę, którą się nie pochwalił, podobnie jak historią o morderstwie jego własnej rodziny, choć w gazetach opisywanej jako nieszczęśliwy wypadek.
  Kto jak kto, ale on w tym świecie znał prawdziwe znaczenie nieszczęśliwego wypadku.

Navi Yun

only us, nowhere else

: wt mar 10, 2026 11:52 am
autor: Navi Yun
Całe życie pływała wśród rekinów, ale w porównaniu do tych, poprzednie były ledwie płotkami. Odkąd jej ojciec wkręcił się w niezbyt legalne interesy, które wciągnęły go w jeszcze większe bagno, musiała szybko nauczyć się jak rozmawiać z ludźmi, którzy mogli zrobić jej lub jej rodzinie krzywdę. Rodzina Subina była przecież wpływowa w Korei. Miała dużo pieniędzy, znajomości… ale to było nic, gdy stawali obok rodziny Salvatore. Wtedy byli tak mali, że praktycznie się nie liczyli.
Nigdy nie sądziła, że pozna kogoś straszniejszego niż oni.
Dzięki temu jednak nauczyła się jak obracać się w różnych towarzystwach. Posiadła zdolność kamuflowania się i dopasowania do otoczenia, a jako, że zwykle nie miała prawa głosu w towarzystwie mężczyzn, to po prostu obserwowała. Wynosiła informacje z tego co widziała i słyszała, a potem wyciągała odpowiednie wnioski. Widziała kto co lubił, kto jak reagował w danych sytuacjach, a dzięki temu, jak miała się zachować, aby ktoś był zadowolony. I aby chronić samą siebie, nie narażając się na czyjś gniew.
Bo za każde potknięcie była karana przez dawnego męża.
Była to ciężka szkoła, ale na własnych zasadach nauczyła się funkcjonować w środowisku, które nie było łatwe. A chcąc nie chcąc, stresowała się przed poznaniem rodziny Giovanniego. Różnych osobowości, ważnych postaci, wszystkich na raz, podczas jednego wieczora. Z jednej strony musiała być sobą, ale z drugiej, nie chciała zrobić czegoś, co mogłoby się potem na niej odbić. Albo co gorsza, odbić na jej przyszłym mężu.
Widzę bardzo we mnie wierzysz — odpowiedziała. Kilkaset osób, z czego nie znała praktycznie nikogo. Mnóstwo nazwisk, które zostały zapisane na zaproszeniach i rozesłane po ludziach w całych Włoszech oraz innych państwach.
Wchodzisz między wrony, Navi, to musisz krakać tak jak one.
Wierzyła jednak, że jak przyjdzie co do czego, to tak samo jak zawsze, wyłapie ludzi, których należało unikać i przy których lepiej uważać. Z jakiegoś powodu oni mieli zupełnie inną energię i sprawiali inne wrażenie. Jej intuicja działała niezawodnie, zwłaszcza jak miała do czynienia z niebezpiecznymi ludźmi, którzy mieli swoje nawyki. W dodatku często takie, których sami nie byli świadomi, a które doskonale rozpoznawała ofiara.
Kąciki ust jej drgnęły w odpowiedzi. Jego osobowość nie była stricte romantyczna, wyrwana z pięknego filmu z Netflixa, ale przez to to co mówił i robił, były podwójnie ważne. Zwłaszcza, że nigdy też tego od niego nie oczekiwała. Ani komplementów, do których nie przywykła, ani do gestów, które dawały jej poczucie przynależności, a także bezpieczeństwa. Po prostu jej to dawał sam z siebie.
Przy nim odnajdowała wszystko, czego potrzebowała. I czego nigdy wcześniej nie miała.
Przeniosła spojrzenie na świecącą obrączkę, która błysnęła w zachodzącym słońcu. Brew jej lekko drgnęła, gdy ją ściągnął ze swojego kciuka, a następnie przekazał jej. Oglądała ciężką obrączkę na swojej dłoni, gdy słuchała o jej wartości. Nigdy wcześniej się go nie pytała skąd ją ma. Nigdy też nie pytała o historię jego rodziny, poza tym jednym razem, przy kolacji, gdy powiedział, że nie żyją. Nie drążyła więc tematu i nie pytała o szczegóły, uznając, że to bolesne wspomnienie, którego nie chciał rozdrapywać… a przynajmniej tak myślała.
Czasami zapominała, że odczuwał wszystko inaczej.
To… — zaczęła, przyglądając się pierścieniowi. Był zdecydowanie za duży na jej drobne palce, ale fakt, że mieli go połączyć z resztą złota do wspólnych obrączek była… rozczulająca. Bo chociaż nie był sentymentalny, to ten jeden gest wiele dla niej znaczył.
Zacisnęła dłoń, zamykając w niej złotą biżuterię.
Jesteś pewien? — Oczywiście, że był, ale zwyczajnie musiała spytać. W końcu to była ostatnia pamiątka, a zważając na to, że zawsze ją nosił założoną, musiała być dla niego ważna. I teraz to złoto rodzinne miał dzielić z nią. — Będzie idealnie — powiedziała, raz jeszcze spoglądając na mieniący się pierścień. — W takim razie mamy już wszystko. — Teraz tylko dopasować ostatnie szczegóły związane z makijażem i fryzjerem, poprawki do sukienki, dodatki, a resztę, związana z salą, kwiatami, menu i ozdobami dopełniała już zatrudniona organizatorka.
Powinniśmy chyba wracać. Już prawie nic nie widać — powiedziała, rozglądając się dookoła, a jednak nie ruszając się z miejsca, bo ono wydawało się być odpowiednie. To jak siedziała oparta o jego klatkę piersiową, czując jego ciepło i ramiona dookoła… więcej nie potrzebowała.

Giovanni Salvatore