when fate interferes again
: czw mar 05, 2026 6:07 pm
Może i Galen starał się zachować powagę, kiedy jego nowe koleżanki rozmawiały o tych horoskopach, ułożeniach gwiazd i idealnych kandydatkach na żonę dla raka, a jednak, kiedy Maya powiedziała, żeby uważały na te szczypce, to parsknął śmiechem, a potem nawet te swoje ręko-szczypce przysunął do ramienia jednej z dziewcząt, jakby chciał ją szczypnąć, tylko ona się jakoś odsunęła.
Nawet dobrze, Wyatt zrobił to samo, bo zaraz w ogóle oznajmiał im, że on tutaj jest na randce z nikim innym, jak brunetką, która serwowała im drinki.
Jemu w ogóle nie spodobało się to pytanie z barmanką, bo Galen przecież był na to ostatnio jakiś wyczulony, że wrzucali go do jednego worka z bogaczkami, prezeskami i... księżniczkami. A co z tego wychodziło? No właśnie nic, albo ktoś niekulturalny powiedziałby, że jedno wielkie... gówno.
Już miał coś powiedzieć, ale odezwała się Maya, a Galen tylko wpatrywał się z nią tymi niebieskimi, błyszczącymi ślepiami.
- Rak się czuje przy barze, jak ryba w wodzie, to może powinien być z barmanką? - wtrącił Galen, oczywiście to były jakieś pijackie rozkminy, które wyszły z tej jego ślicznej główki, ale blondynki spojrzały na niego z wymalowaną na twarzy konsternacją. Bo może one teraz rozważały, czy nie ma w tym jakiejś prawdy? Czy to nie jest zapisane gdzieś w gwiazdach.
Ale Wyatt nie zaczekał nawet aż to skomentują, bo on już wyciągał rękę do Majki, już chciał ją porwać na parkiet, a ona się zgodziła. Jeszcze tylko wzruszył ramionami zerkając na blondynki, miał nawet coś powiedzieć, może żeby bawiły się dobrze, ale jednak bez niego? Ale Maya już go ciągnęła na parkiet, a Galen ruszył za nią. Może on czasem potańczył w klubie, kiedy był w podobnym stanie upojenia co dzisiaj, ale raczej do jakiejś klubowej muzyki, bo w Galenie Wyattcie nie drzemał gdzieś głęboko ukryty latynoski ogień, on raczej miał coś z francuskiego pieska.
Więc kiedy Maya znalazła dla nich miejsce, to Galen popatrzył dookoła, nie tańczył nigdy do takiej muzyki, rzadko tańczył w ogóle. No chyba, że na jakiś bankietach walca. Zmarszczył nos, kiedy niesforne loczki brunetki smyrnęły go po twarzy. Ale nawet na milimetr się nie odsunął, niebieskie tęczówki prześlizgnęły się po jej sylwetce. Może Galen wiedział, gdzie ułożyć ręce, ale... chyba nie do tej muzyki. Jeszcze się zastanawiał, jeszcze wczuwał w dziki, ognisty rytm.
Dobrze, że Majka to wyczuła, sięgnęła po jego rękę, a kiedy jego długie, smukłe palce wylądowały na jej kształtnym biodrze, to Galen odruchowo spuścił na nie spojrzenie. Wsunął czubki palców pod materiał jej koszulki przesuwając po jej skórze delikatnie, powoli, na plecy, na których oparł dłoń, wciąż miękko, aczkolwiek, mocniej, kiedy szarpnął ją do siebie, kiedy ich ciała się zderzyły, a płuca Wyatta opuściło ciężkie westchnienie. Bo Galen był na swój sposób delikatny. Ale jak mu tak poleciła, żeby trzymał mocno, to trzymał. Bo może i Galen nie czuł tak tej latynoskiej muzyki, to jednak rytm czuł, a przede wszystkim, no to jakaś nagła bliskość i ruch nie były dla niego w żadne sposób krepujące.
Nawet jej dłoń na jego drogim pasku. Pozwolił jej się poprowadzić, trochę bardziej się wczuwając, niebieskie tęczówki zawieszając na jej pięknych, ciemnych oczach.
Było całkiem... miło.
Chociaż może Wyatt nie zawsze trafiał w rytm, ale jednak się starał, bo on przecież zawsze się starał, zawsze dawał z siebie sto dziesięć procent...
Chociaż kiedy Maya go zapytała, czy często kłamie, to drgnął. Galen nie umiał kłamać, był w tym kiepski, gubił się w zeznaniach, albo wymyślał jakieś niestworzone rzeczy, że ma psa Leopolda na przykład, i mieszka z nim na przedmieściach, z których swoim elektrykiem dojeżdża do pracy w korporacji.
- A... dlaczego? Skąd takie pytanie? - zapytał, bo może i był pijany, ale Galen nie był głupi. Głupa tylko umiał czasem udawać. Że nie wie na przykład kompletnie o co może jej chodzić.
A wiedział. No może nie do końca, ale przecież zdawał sobie sprawę z tego, że miał wiele na sumieniu. Wiedział, co na tym sumieniu ma. Chociaż jeśli o nią chodzi, to chyba tylko to głupie imię.
Gaspard, kto w ogóle się tak nazywa?
Chociaż sam Galen też nie był zbyt popularnym imieniem, aczkolwiek pasowało ono do niego idealnie. Galen Wyatt, śliczny, niebieskooki prezesik.
- Właściwie to czasem, ale jestem w tym kiepski... - no tak, trochę szczerości, żeby jednak zamydlić jej oczy. Te piękne oczy, w które on cały czas patrzył. Przesunął palcami po jej plecach, po nagiej skórze, kiedy delikatnie podwinął jej koszulkę.
- No i nie kłamałem, kiedy rozmawialiśmy o... - zawiesił się, ale chyba oboje doskonale wiedzieli o czym, o samobójstwie - wiesz o czym - dokończył przechylając na bok głowę. W którym momencie go rozgryzła? Ile wiedziała?
Jerry - zaraz o nim pomyślał, co on do niego powiedział. Galen? Wyatt? Wiedziała już, że on jest Galenem Wyattem? Wiedziała, że jej skłamał?
Musiała wiedzieć.
Maya Parker
Nawet dobrze, Wyatt zrobił to samo, bo zaraz w ogóle oznajmiał im, że on tutaj jest na randce z nikim innym, jak brunetką, która serwowała im drinki.
Jemu w ogóle nie spodobało się to pytanie z barmanką, bo Galen przecież był na to ostatnio jakiś wyczulony, że wrzucali go do jednego worka z bogaczkami, prezeskami i... księżniczkami. A co z tego wychodziło? No właśnie nic, albo ktoś niekulturalny powiedziałby, że jedno wielkie... gówno.
Już miał coś powiedzieć, ale odezwała się Maya, a Galen tylko wpatrywał się z nią tymi niebieskimi, błyszczącymi ślepiami.
- Rak się czuje przy barze, jak ryba w wodzie, to może powinien być z barmanką? - wtrącił Galen, oczywiście to były jakieś pijackie rozkminy, które wyszły z tej jego ślicznej główki, ale blondynki spojrzały na niego z wymalowaną na twarzy konsternacją. Bo może one teraz rozważały, czy nie ma w tym jakiejś prawdy? Czy to nie jest zapisane gdzieś w gwiazdach.
Ale Wyatt nie zaczekał nawet aż to skomentują, bo on już wyciągał rękę do Majki, już chciał ją porwać na parkiet, a ona się zgodziła. Jeszcze tylko wzruszył ramionami zerkając na blondynki, miał nawet coś powiedzieć, może żeby bawiły się dobrze, ale jednak bez niego? Ale Maya już go ciągnęła na parkiet, a Galen ruszył za nią. Może on czasem potańczył w klubie, kiedy był w podobnym stanie upojenia co dzisiaj, ale raczej do jakiejś klubowej muzyki, bo w Galenie Wyattcie nie drzemał gdzieś głęboko ukryty latynoski ogień, on raczej miał coś z francuskiego pieska.
Więc kiedy Maya znalazła dla nich miejsce, to Galen popatrzył dookoła, nie tańczył nigdy do takiej muzyki, rzadko tańczył w ogóle. No chyba, że na jakiś bankietach walca. Zmarszczył nos, kiedy niesforne loczki brunetki smyrnęły go po twarzy. Ale nawet na milimetr się nie odsunął, niebieskie tęczówki prześlizgnęły się po jej sylwetce. Może Galen wiedział, gdzie ułożyć ręce, ale... chyba nie do tej muzyki. Jeszcze się zastanawiał, jeszcze wczuwał w dziki, ognisty rytm.
Dobrze, że Majka to wyczuła, sięgnęła po jego rękę, a kiedy jego długie, smukłe palce wylądowały na jej kształtnym biodrze, to Galen odruchowo spuścił na nie spojrzenie. Wsunął czubki palców pod materiał jej koszulki przesuwając po jej skórze delikatnie, powoli, na plecy, na których oparł dłoń, wciąż miękko, aczkolwiek, mocniej, kiedy szarpnął ją do siebie, kiedy ich ciała się zderzyły, a płuca Wyatta opuściło ciężkie westchnienie. Bo Galen był na swój sposób delikatny. Ale jak mu tak poleciła, żeby trzymał mocno, to trzymał. Bo może i Galen nie czuł tak tej latynoskiej muzyki, to jednak rytm czuł, a przede wszystkim, no to jakaś nagła bliskość i ruch nie były dla niego w żadne sposób krepujące.
Nawet jej dłoń na jego drogim pasku. Pozwolił jej się poprowadzić, trochę bardziej się wczuwając, niebieskie tęczówki zawieszając na jej pięknych, ciemnych oczach.
Było całkiem... miło.
Chociaż może Wyatt nie zawsze trafiał w rytm, ale jednak się starał, bo on przecież zawsze się starał, zawsze dawał z siebie sto dziesięć procent...
Chociaż kiedy Maya go zapytała, czy często kłamie, to drgnął. Galen nie umiał kłamać, był w tym kiepski, gubił się w zeznaniach, albo wymyślał jakieś niestworzone rzeczy, że ma psa Leopolda na przykład, i mieszka z nim na przedmieściach, z których swoim elektrykiem dojeżdża do pracy w korporacji.
- A... dlaczego? Skąd takie pytanie? - zapytał, bo może i był pijany, ale Galen nie był głupi. Głupa tylko umiał czasem udawać. Że nie wie na przykład kompletnie o co może jej chodzić.
A wiedział. No może nie do końca, ale przecież zdawał sobie sprawę z tego, że miał wiele na sumieniu. Wiedział, co na tym sumieniu ma. Chociaż jeśli o nią chodzi, to chyba tylko to głupie imię.
Gaspard, kto w ogóle się tak nazywa?
Chociaż sam Galen też nie był zbyt popularnym imieniem, aczkolwiek pasowało ono do niego idealnie. Galen Wyatt, śliczny, niebieskooki prezesik.
- Właściwie to czasem, ale jestem w tym kiepski... - no tak, trochę szczerości, żeby jednak zamydlić jej oczy. Te piękne oczy, w które on cały czas patrzył. Przesunął palcami po jej plecach, po nagiej skórze, kiedy delikatnie podwinął jej koszulkę.
- No i nie kłamałem, kiedy rozmawialiśmy o... - zawiesił się, ale chyba oboje doskonale wiedzieli o czym, o samobójstwie - wiesz o czym - dokończył przechylając na bok głowę. W którym momencie go rozgryzła? Ile wiedziała?
Jerry - zaraz o nim pomyślał, co on do niego powiedział. Galen? Wyatt? Wiedziała już, że on jest Galenem Wyattem? Wiedziała, że jej skłamał?
Musiała wiedzieć.
Maya Parker