Strona 2 z 2

Running is like a free therapy, right?

: wt mar 10, 2026 8:11 am
autor: Matheo Bachmann
Jak tak na niego patrzył, stwierdził szybko, że może sama kawa mu nie wystarczy. Właściwie myślał tak jeszcze nawet zanim przekroczyli próg tamtego przybytku, po prostu pozwolił Charliemu zamówić, co chciał... Gdzieś na świecie był już wieczór, prawda? Złapał spojrzenie jednego z kelnerów, podniósł lekko dłoń, żeby podszedł do stolika. "Hey, jest możliwość, żebyś dał mu shota whiskey do kawy? Facet ma ciężki tydzień." Dzień, miesiąc, rok, nie miało tak naprawdę znaczenia. Kelner przetuptał kawałek do baru, wrócił z kieliszkiem ciemnego płynu, odstawił go na stół. Theo przesunął naczynko w stronę Marshalla, bo o ile był ostatnią osobą na świecie, która chciałaby wciskać alkohol w kogokolwiek, to wyglądał, jakby potrzebował, by ktoś dał mu taką możliwość. Kierowcę miał, wszystko było git, a jeden kieliszek nie sprawi, że będzie ledwo chodził, nie?
Nawet nie mrugnął, słysząc w głosie kumpla irytację; zrozumiałe, oczywiste, ludzka reakcja w danej sytuacji. Wysłuchiwał go cierpliwie, marszcząc lekko brwi w cichym skupieniu, obracając swoją filiżankę w palcach. Cierpiał też na muzykalne nogi, trzęsąc nimi szybko, miarowo, podrzucając kolana w górę i dół. Beznadziejny nawyk, okropny dla piszczeli i mięśni przy nich, ale nawet sobie nie zdawał sprawy z tego, że to robił w tamtym momencie.
Wyłapał kilka rzeczy w jego słowach, które mu się ze sobą gryzły. Wydawał się uważać, że cały ten bałagan podział się przez jego brak lojalności, z czym się zupełnie nie zgadzał. A potem sam sobie zaprzeczył swoim słowom sprzed momentu, przyznając, że chciał powtórzyć wyskok. To właściwie tym bardziej utwierdziło Theo w przekonaniu, że lojalność wcale nie była tu niczemu winna.
- Nie, nie miałem. Ale z drugiej strony znałem wiele kobiet, które byłyby super, tyle że nic poza sympatią do nich nie czułem. - wzruszył lekko ramionami, przez moment przyglądając się swojej kawie, którą z resztą ledwo tknął. Powody powodów, które na tamten moment ani trochę nie miały znaczenia. Parsknął krótko pod nosem, nawet nie próbując się powstrzymać, bo jego koleżanka brzmiała, jakby mógł ją polubić. Brzmiało jakby chciała pomóc mu zachować twarz? Gadką o chłopaku, który był albo którego nie było, a potem propozycją przyjaźni.. Tak, brzmiała w porządku, mógł to szanować.
- Yep, brzmi jak nie-ktoś, kto ma się ożenić w tym roku. - wbił spojrzenie w Marshalla, stukając palcami w filiżankę, dokładnie w tym samym raptownym rytmie, w którym potrząsał nogami. Anxiety is a bitch. Opaska wokół jego klatki wydawała się zacisnąć trochę bardziej, zmuszając do nabrania głębszego oddechu. - Dla mnie to wszystko brzmi jakbyś był z Blair z przyzwyczajenia. Bo ją lubisz. I bo wypada. I to nie kwestia lojalności, bo gdybyś nie był z nią z przyzwyczajenia i rzeczywiście tamto stare uczucie gdzieś tam dalej w tobie było, to byś w życiu nie pomyślał o innej. - nie wierzył w to ani przez moment. Nie byli by przyjaciółmi, gdyby było inaczej. Potarł dłonią swoją klatkę, po raz kolejny biorąc głębszy oddech, na twarz wkradł się bolesny grymas, nawet jeśli nie był go świadomy. Fantastycznie, chyba jednak będzie musiał iść do jakiegoś lekarza.. Wcale nie chciał. Wolałby znacznie bardziej spędzić więcej czasu z kobietą która żyła bez czynszu w jego głowie.

Charlie Marshall

Running is like a free therapy, right?

: pt mar 13, 2026 9:51 pm
autor: Charlie Marshall
Nie zareagował, gdy Theo poprosił kelnera o shota whiskey do kawy i nie protestował, gdy kieliszek wylądował przed nim. Zamiast jednak zgodnie z intencją Bachmanna dolać sobie alkoholu do zawartości kubka, wypił kieliszek jednym haustem. Niemal natychmiast poczuł pieczenie w gardle, które na moment skutecznie zagłuszyło natrętne myśli, ale ulga trwała zaledwie ułamek sekundy. Nie, nie miałem. Ale z drugiej strony znałem wiele kobiet, które byłyby super, tyle że nic poza sympatią do nich nie czułem. Charlie wpatrywał się w pusty kieliszek po whiskey i zacisnął szczęki. Wiedział, o czym mówił Theo. - Właśnie w tym problem, Theo. Sympatia jest bezpieczna i nie niszczy ci życia - odpowiedział Charlie. - Z Blair... jest właśnie tak. Jest super, bo jest moją najlepszą przyjaciółką i zna zasady rządzące naszym światem, ale przy Ivy... przy niej zapominam, jak się nazywam - podniósł wzrok na przyjaciela. To go przerażało najbardziej. Brak rozsądku przy rezydentce, którą poznał zaledwie miesiąc temu. Nagle dostrzegł nerwowe potrząsanie nogą kumpla. - Wszystko w porządku? - spytał mimochodem, bo on tu się tak bez ogródek uzewnętrzniał, a może Theo miał ważniejsze problemy niż rozterki sercowe faceta, który miał zbyt wiele opcji. Marshall poczuł nagłe poczucie winy - przez ostatnie kilkanaście minut to on wylewał swoje żale na temat narzeczonej i kobiety, która wywróciła jego poukładany świat od góry nogami, tymczasem Theo... no, po prostu może przeżywał coś ważniejszego! Yep, brzmi jak nie-ktoś, kto ma się ożenić w tym roku. - Naprawdę? Jezu, co ja robię... - mruknął, chowając na moment twarz w dłoniach, ale zaraz znów zerknął na Theo. Miał nadzieję, że nikt z jego najbliższego otoczenia - Blair, Cherry, Cora, rodzice - nie zauważyli zmiany w jego zachowaniu. Z drugiej strony musieli zauważyć, że ostatnio mniej skupiał się na pracy... Przesunął pustym kieliszkiem po blacie, bębniąc palcami o szkło. - Nie chcę ranić Blair. Jest... świetna. Na pewno chcesz o tym rozmawiać? Możemy zmienić temat - zaoferował się Charlie, widząc, jak Theo po raz kolejny usiłuje wziąć głębszy wdech. Westchnął ciężko, odchylając się na oparcie krzesła. Chciałby napić się więcej alkoholu. W domu. Sam. Oj, to trochę brzmiało jak wstęp do alkoholizmu. - Co byś zrobił na moim miejscu? Uciął relację z Ivy czy... - zawiesił głos, nie mając odwagi dokończyć pytania o zerwanie zaręczyn. Nie mógł sobie tego wyobrazić. Jednak zerwania relacji z Ivy Harrison też nie mógł sobie wyobrazić. Czyżby dopadł go ten słynny impas? Taka była prawda, Charlie utknął w martwym punkcie, a każda decyzja wydawała się błędna - jeśli zostanie z Blair, będzie żył w złotej klatce oczekiwań, a jeśli wybierze Ivy... zrani kobietę, która była mu bliska przez wiele lat (już nie wspominając o rodzinie, która uzna odtrącenie tak idealnej kobiety za porażkę życiową). Bębnił palcami o blat, coraz szybciej, próbując zagłuszyć narastającą w nim panikę. Nagle znowu zerknął na Theo i poważnie się zaniepokoił, gdy dostrzegł grymas bólu na twarzy przyjaciela. I znów ten głęboki wdech. I jeszcze potarł dłonią klatkę piersiową... Nie wyglądało to okej. - Theo? Na pewno dobrze się czujesz? - spytał Charlie, bardzo już zaniepokojony. Nie chciał, żeby Bachmannowi stało się coś poważnego.

Matheo Bachmann

Running is like a free therapy, right?

: sob mar 14, 2026 12:11 am
autor: Matheo Bachmann
Gdyby chciał, mógł mu zamówić całą butelkę, ale wtedy chyba ich rozmowa byłaby ucięta krótko. Nie podejrzewał przyjaciela o alkoholizm (jeszcze), z drugiej strony sam był beznadziejny w rozumieniu własnego limitu, kiedy walczył z myślami i nie wiedział w którą stronę od nich uciekać. Czasami uciekanie wcale nie było dobrą opcją.. Dobra, zazwyczaj nie było dobrą opcją. Emocje odpychane na bok wcale się nie rozpływały w nicość, to tak niestety nie działało.
- Mogę się nie znać, ale to brzmi jakbyś był bliżej do zakochania się w Ivy, niż Blair. - rozłożył ramiona, unosząc lekko brwi. Tak jak przypuszczał, Marshall potwierdzał jego domniemania, że cała ta sytuacja z Blair jest tylko i wyłącznie czymś co wypadało. Myślał o całym tym pomyśle małżeństwa jak o biznesie i wcale się to Theo nie podobało. Tak nie powinno być. Zmarszczył brwi, przez moment też nie bardzo rozumiejąc o co Charlie pytał, dopiero wtedy zauważając, że jego nerwowe podrzucanie nogą, zaczęło też poruszać stołem. - Jest git. - rzucił, machnął przy tym dłonią, podkreślając, że nic mu nie będzie. Nerwowość była przelotna. Jasne, czasami odbierała mu oddech i wywoływała ból głowy, co było względnie nowym zjawiskiem, ale generalnie nie sądził, żeby jemu zdrowiu coś naprawdę zagrażało z tego powodu.. Chyba? Chyba. Wyciągnął nogi przed siebie, wchodząc w jego osobistą przestrzeń, ale umówmy się, wiedział, że nie będzie miał nic przeciwko, jeśli w ogóle zauważy. Znali się od zawsze, był jego przyszywaną rodziną, kopyta przy jego stołku nie powinny być ujmą.
- Charles. - zaczął, przybierając ton starszego brata, znacznie poważniejszy, marszcząc przy tym brwi i prostując się na swoim krześle. Po tym wszystkim co powiedział, dalej brał w ogóle pod uwagę żenienie się z Blair? Bo ją lubił i bo znała zasady ich relacji? Serio? - Pytasz mnie właśnie, czy na twoim miejscu zostałbym przy udawaniu szczęśliwej parki z Blair, bo wypada, czy wskoczyłbym w coś, co rzeczywiście może być prawdziwe. Naprawdę? To nie jest biznes, tylko twoje życie. - na dodatek Theo, jakkolwiek racjonalny mógłby się wydawać, preferował jednak szczerość do bólu, także z dwóch opcji, odpowiedź była naprawdę prosta. - Za dwadzieścia lat, chcesz być jak mój ojciec? Wiesz. Nigdy w domu, wiecznie gdzieś, tkwiący w legalnym związku z kobietą, z którą nic go nie łączy, bo tak wypada? Brzmi jak.. nie wiem, stary, nie chciałbym tego dla nikogo, a zwłaszcza dla ciebie. - w dodatku to, jak opisał przebywanie z Ivy.. To rozumiał. Zapominał jak się nazywał, przestawało się liczyć wszystko dookoła, wszystko poza bańką z tą fantastyczną osobą, z jego osobą. To akurat znał. Cynthia wywoływała w nim podobne uczucia, nawet jeśli było to względnie nowe. - Nie rób sobie tego. I Blair tego też nie rób, pozwól jej znaleźć kogoś dla siebie. - pokręcił głową, opierając plecy o oparcie krzesła. Łypnął na swoją kawę, którą ledwo tknął właściwie, ale miał wrażenie, że jest wystarczająco pobudzony. Nerwowa energia brzęczała w głowie, kilka dni emocjonalnego zapierdolu odbijało się na Theo fizycznie. Nie pamiętał ostatniego razu, gdy tak wyraźnie czuł neurologiczne podłoże swojej przypadłości. Brakowało mu tylko zaliczyć atak paniki, ha!
- Tak, gamoniu, wszystko świetnie. Uh. Chcesz drugą kawę? - przesunął swoją, praktycznie nietkniętą, w jego stronę, decydując, że kawa wyrządziłaby teraz więcej szkody, niż pożytku. - Po kolei. Jebło cię jak grom z jasnego nieba i wpadłeś po uszy z Ivy. W sumie dobrze, cieszę się, że ktoś z buta włamał się do twojego serca, SWAT-style. Gdybyś ożenił się z Blair, byłaby to najgorsza decyzja twojego życia i w dodatku wciągnąłbyś mnie w to za sobą, bo jako twój świadek musiałbym się kopnąć w dupę, gdybyś spotykał się z Ivy na boku. Chujowa opcja. Jestem beznadziejnym kłamcą, Blair by wiedziała. Pewnie już i tak wie, na swój sposób, kobiety są świetne w takie rzeczy, to z nas są debile. Daj sobie spokój. Na szczęście nie jesteś przywódcą żadnego trzeciego kraju i nie musisz wchodzić w ustawione małżeństwo. - mówiąc, stukał miarowo palcami w stół, za każdym razem, kiedy akcentował słowo. Marszczył przy tym brwi, próbując się skupić na tym, co mówił, nie na mrowieniu w dłoniach i skroniach, głuchym łomocie własnego serca w uszach, zagłuszającym skutecznie dźwięki gastro baru wokół. Koniec końców, nie ważne co mógłby powiedzieć Charlesowi, to do niego należała decyzja. Wydawało mu się, że powiedział wszystko, co leżało mu na wątrobie; nie chciał przyklepywać związku na pokaz. Chciał dla niego szczęścia, chciał być tym denerwującym "najlepszym kumplem męża" który wpraszał się na weekendowe grillowanie w lecie i był najlepszym na świecie wujkiem dla jego przyszłych dzieciaków. Blair w tym obrazku widocznie miało nie być. I okay, lojalność Theo leżała z Marshallem.
- Ja sobie pooddycham, a tobie coś pokażę, ok? - wyciągnął telefon, sprawnie otworzył wiadomości, jedną konkretną konwersację z niezapisanym numerem. Konwersację, mimo że była jednostronna i Theo ani razu nie odpowiedział. Położył swój telefon na stole, przesuwając go w stronę Charliego, jak wcześniej zrobił z filiżanką kawy. Wdech na raz - dwa - trzy - cztery, stop na cztery, wydech na sześć, stop na cztery.. Zmusić swoje ciało do wyjścia z trybu wysokiego alertu. Nie był w niebezpieczeństwie. Nie uciekał przed drapieżnikiem.. A może uciekał?

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Charlie Marshall