sleigh it ain't so
: pn mar 16, 2026 4:32 pm
Winnych nieudanej ucieczki mogłoby znaleźć się pewnie całkiem sporo – od butów, poprzez śnieg i złośliwą grawitację, aż po wypity w zbyt dużej ilości alkohol. Na pewno przecież nie chodziło o to, że byli kompletnymi gamoniami, którzy nie potrafili nawet uciec jakiemuś wściekłemu osiłkowi… W innych, bardziej sprzyjających okolicznościach, to po prostu musiałoby się udać. I to bez większego wysiłku.
– Ostatnim razem paczkę fajek. Na jakiejś imprezie. Liczy się…? – bez większego namysłu, prawie natychmiast uraczył mężczyznę odpowiedzią na zadane im pytanie. A skoro kwestia zabierania sanek akurat dziecku została już całkiem logicznie wyjaśniona przez Stonesa, przynajmniej w tym temacie nie dodawał już nic od siebie. Choć niestety nie oznaczało to wcale, że miałby dojść przy okazji do – całkiem pewnie słusznego… – wniosku, że może lepiej byłoby już całkowicie się zamknąć, dać się facetowi wykrzyczeć i po prostu nie denerwować go jeszcze bardziej.
– Czyli niedługo i tak pewnie same by się rozleciały, niewielka strata – wzruszył ramionami, ostatecznie postanawiając jednak podnieść się ze śniegu. Bo w końcu może i ten był zasadniczo dość wygodny, siedziało się całkiem przyjemnie, ale… zdecydowanie przyjemniej byłoby już oddalić się od krzykacza i jego połamanych sanek. Otrzepując się jednak ze śniegu, za to wraz z kolejnymi wywrzeszczanymi pod ich adresem słowami, miał okazję przekonać się, że ten miał najwyraźniej nieco inne plany.
– Posrało cię? Nic nie będziemy zbierać, a już tym bardziej naprawiać. Niby, kurwa, jak? – w porządku, jakoś przelotnie dotarło do niego, że faceta wcale nie obchodziło jak mieliby to zrobić. Ale chyba wciąż powinien uwzględnić, że byłoby to zadanie co najmniej niezbyt wykonalne – zwłaszcza biorąc pod uwagę warunki, ich obecny stan… i pewnie jeszcze parę innych okoliczności. Przede wszystkim to, że zdecydowanie nie zamierzali tego robić. A przynajmniej Dante nie zamierzał, postanawiając zadbać także o to, żeby Eric również nie wyrwał się nagle do bezcelowego składania zabytkowych sanek.
– Chodź, Stones. Gościa kompletnie pojebało, szkoda tracić czas – zarządził więc, przy okazji faktycznie odwracając się plecami do osiłka i postanawiając na pożegnanie pozdrowić go jeszcze uniesionym ponad ramieniem środkowym palcem. Jeśli ten miał ochotę, mógł sam zająć się składaniem tych cholernych sanek. On i Stones mieli przecież lepsze rzeczy do roboty. Na przykład zadbanie o utrzymanie właściwego poziomu alkoholu we krwi – bo zimowych zabaw chyba im obu w zupełności już wystarczyło. Zwłaszcza, że o tej porze i tak pewnie trudno byłoby znaleźć kolejnego dzieciaka, który zgodziłby się pożyczyć im swoje sanki. I to w dodatku takiego, który później nie nasłałby na nich swojego poirytowanego ojca…
Eric Stones
– Ostatnim razem paczkę fajek. Na jakiejś imprezie. Liczy się…? – bez większego namysłu, prawie natychmiast uraczył mężczyznę odpowiedzią na zadane im pytanie. A skoro kwestia zabierania sanek akurat dziecku została już całkiem logicznie wyjaśniona przez Stonesa, przynajmniej w tym temacie nie dodawał już nic od siebie. Choć niestety nie oznaczało to wcale, że miałby dojść przy okazji do – całkiem pewnie słusznego… – wniosku, że może lepiej byłoby już całkowicie się zamknąć, dać się facetowi wykrzyczeć i po prostu nie denerwować go jeszcze bardziej.
– Czyli niedługo i tak pewnie same by się rozleciały, niewielka strata – wzruszył ramionami, ostatecznie postanawiając jednak podnieść się ze śniegu. Bo w końcu może i ten był zasadniczo dość wygodny, siedziało się całkiem przyjemnie, ale… zdecydowanie przyjemniej byłoby już oddalić się od krzykacza i jego połamanych sanek. Otrzepując się jednak ze śniegu, za to wraz z kolejnymi wywrzeszczanymi pod ich adresem słowami, miał okazję przekonać się, że ten miał najwyraźniej nieco inne plany.
– Posrało cię? Nic nie będziemy zbierać, a już tym bardziej naprawiać. Niby, kurwa, jak? – w porządku, jakoś przelotnie dotarło do niego, że faceta wcale nie obchodziło jak mieliby to zrobić. Ale chyba wciąż powinien uwzględnić, że byłoby to zadanie co najmniej niezbyt wykonalne – zwłaszcza biorąc pod uwagę warunki, ich obecny stan… i pewnie jeszcze parę innych okoliczności. Przede wszystkim to, że zdecydowanie nie zamierzali tego robić. A przynajmniej Dante nie zamierzał, postanawiając zadbać także o to, żeby Eric również nie wyrwał się nagle do bezcelowego składania zabytkowych sanek.
– Chodź, Stones. Gościa kompletnie pojebało, szkoda tracić czas – zarządził więc, przy okazji faktycznie odwracając się plecami do osiłka i postanawiając na pożegnanie pozdrowić go jeszcze uniesionym ponad ramieniem środkowym palcem. Jeśli ten miał ochotę, mógł sam zająć się składaniem tych cholernych sanek. On i Stones mieli przecież lepsze rzeczy do roboty. Na przykład zadbanie o utrzymanie właściwego poziomu alkoholu we krwi – bo zimowych zabaw chyba im obu w zupełności już wystarczyło. Zwłaszcza, że o tej porze i tak pewnie trudno byłoby znaleźć kolejnego dzieciaka, który zgodziłby się pożyczyć im swoje sanki. I to w dodatku takiego, który później nie nasłałby na nich swojego poirytowanego ojca…
Eric Stones