Strona 2 z 2

when the devil needed an angel

: pn mar 23, 2026 11:44 am
autor: Madox A. Noriega
- Nie wiesz co to Pumba? Ile ty masz lat? - powiedział Madox z taką miną, jakby miał osiem i był znawcą bajek Disneya, ale tak naprawdę nie był, a Król Lew to po prostu jego bajka dzieciństwa. Teraz to on otworzył usta, kiedy pokazywała mu posturę tych dzików, a właściwie goryli i naprawdę spodziewał się, że wyda z siebie te małpie dźwięki, ale tego nie zrobiła. Szkoda.
Kiedy powiedziała, żeby jej nie denerwował, to złapał mocno powietrze w płuca, aż go znowu zabolały żebra, dwa? Albo wszystkie? Starał się być grzeczny, ale to był Madox on z natury nie był nigdy spokojny. A to, że ona mu dogryzała, to przecież wcale nie pomagało, bo jak on miał milczeć na tą jej sralgię? Najpierw ugryzł się w policzek od środka, ale zaraz wypalił.
- A co to sralgia? Nowy rodzaj alergii na szpital? Będziesz prowadzić na ten temat sralistyczne badania? - zacznij z Madoxem rozmowy o gównie to możesz być pewny, że on podłapie temat. Podłapał.
Chociaż zaraz już prowadziła ten wózek, ale kiedy dorzuciła mu do niego te torby, to zerknął do jednej. Odruchowo, były tak pięknie popakowane, w te kolorowe reklamówki, on by tego lepiej nie zrobił.
- A co tam nakupowałaś? Wygląda jakbyś okradła jakiś sklep... - dużo miała tych prezentów. Madox widział ich tyle chyba tylko wtedy, kiedy jeździł do sierocińca, żeby dawać je dzieciakom. Bo przecież rodziny to wcale tutaj nie miał. Czasami sobie robili drobne prezenty w klubie, ale w tym roku on jeszcze nawet nie pomyślał o choince, którą tam zawsze stawiali. A może powinien? Ale on przecież tak nie cierpiał świąt. Grinch.
- A to niesforni zamiast naklejki dostają podpaskę na czoło? - jeszcze się musiał jej dopytać, jeszcze się musiał z nią poprzekomarzać, ale to ona zaczynała. Prowokowała go. A Madox to przecież w ogóle nie był odporny na prowokacje. Wcale.
Tego bezdomnego z larwami pod gipsem nie skomentował chociaż go momentalnie zemdliło, a Madox nie był jakiś delikatny, ale chyba przy czymś takim to by rzygał dalej niż widzi. To może jednak Ivy też była twardzielką? Aż znowu zadarł do góry głowę, żeby na nią popatrzeć.
Patrzył też na nią kiedy podziwiała jego klub, jego najukochańsze dziecko, które budował od podrzędnej spelunki, do jednego z najlepszych klubów w mieście. Był fajny. Musiał się z nią zgodzić.
A potem ona zgodziła się z nim i zaraz już niosła apteczkę, Madox szarpnął jakiś stoliczek, żeby go jej podsunąć do kanapy, żeby mogła się na nim rozłożyć. Zerknął na nią trochę spod byka, kiedy powiedziała, żeby jej pokazał tą ranę, a właściwie... to spod tej podpaski. Więc nic groźnego w tym raczej nie było. Sięgnął wytatuowanymi palcami do gazy, żeby ją sobie przytrzymać pod raną.
- Wiesz co... mam taki pomysł - zaczął poważnie starając się złapać jej niebieskie spojrzenie - tam pod barem jest taka szara taśma i jakbyś to zakleiła, to może nie trzeba byłoby szyć? - zapytał poważnie, bo przecież Madox bał się igieł. To znaczy... nienawidził ich. Aż go ciarki przeszły jak o tym pomyślał, albo może przeszły go od tego, że popsikała na ranę płynem dezynfekującym i zaszczypało, odrobinę.
Kiedy powiedziała o tych tabletkach to wyciągnął po nie rękę, ale gdy wywaliła mu na nią cztery to uniósł brew.
- Co to kurwa jakaś końska dawka? A można je popić rumem? Też dobrze działa... - stwierdził, ale sobie je popił wodą, która stała na tym stoliczku, który jej podsunął. Łyknął cztery, skoro pani prawie lekarz mu tak poleciła. Jednak kiedy zapytała czy może zacząć, to znowu się skrzywił.
- A jakby przez tydzień naklejać podpaskę to może też by się zagoiło bez szycia? Albo... Mamy też taki duży zszywacz... - tak bardzo bał się igieł, że wolał, żeby mu wbiła w głowę zszywki? Może...
- Albo owiń mi głowę bandażem? Co myślisz? - mógł jeszcze jej pewnie dać kilka innych pomysłów, ale to ona była lekarzem.

srecjalistka od pacjentów specjalnej troski 🦍 🚽💩

when the devil needed an angel

: pn mar 23, 2026 11:06 pm
autor: Ivy Harrison
Madox A. Noriega

Wiem, kto to pumba — odpowiedziała cała wielce zbulwersowana — oglądałam króla lwa — i była to jedna z jej ulubionych bajek, zaraz po Mustangu z dzikiej doliny a mój wiek nie powinien cię interesować — mogło ich różnić prawie dziesięć lat różnicy, ale finalnie to ona była bardziej świadoma. Nie była pokopana przez bandę goryli, czy innych dzików. Nie miała na sobie też żadnego siniaka, jedynie adrenalina znacząco zaburzyła jej standardowe funkcjonowanie.
Badania sralistyczne brzmią jak badania balistyczne — mruknęła, strzelają oczyma. Bardziej niepokornego, albo krnąbrnego pacjenta jeszcze nie miała. Nawet ten bezdomny typek z larwami wydawał się jej lepszy, spokojniejszy. Zwłaszcza kiedy ze spokojem wyjmowała z niego coraz to nowe larwy — uważaj, bo postrzeli Cię kupa śmiechu — westchnęła finalnie, kręcąc głową. Człowiek raz chciał postąpić dobrze. Dobra, Ivy bardzo często postępowała dobrze. Przeprowadzała staruszki przez jezdnie, dokarmiała bezdomne zwierzęta, potrafiła rozmawiać z wielką empatią, ale jak dotąd nikt nie potrafił jej tak bardzo zirytować. Dotykalski, czepialski, pewnie niezrównoważony. Na szczęście znalazł się w wózku zakupowym i mogła obładować go torbami z prezentami.
Prezenty na święta — stwierdziła spokojnym tonem z uporem maniaka, pchając przed siebie wózek. Był ciężki. Madox sporo warzył, jak na jej patyczkowe ręce — mam ósemkę rodzeństwa — każde święta kończyły się przeogromną ilością prezentów. Mama, tata, June, David, Jax, Audrey, Finnick i jeszcze kilka osób z wesołej ferajny Harrisonów. Gdyby tylko Madox wiedział, z kim miał do czynienia!
Jeszcze słowo, a następnym razem dostanie zużytą podpaskę — zagroziła mu, wzdychając ciężko. Powoli traciła siły, nie tylko do pchania wózka, ale też do samego Noriegi. Na szczęście finalnie znaleźli się w jego klubie. Rozłożyła jednym ruchem apteczkę, a oczy się jej zaświeciły. Z takim sprzętem, a bynajmniej nie chodziło o kutasa Madoxa, naprawdę była w stanie zdziałać same cuda.
Zakleić to mogę Ci co najwyżej usta — stwierdziła poważnym tonem, lustrując wszystko, co miała w apteczce. Pacjent będzie żywy, to mogła mu z pewnością obiecać. Nie rozumiała go. Jeszcze niedawno leżał cały obolały, a teraz miał siłę dyskutować? Mogła pozwolić mu zasnąć. Zdecydowanie łatwiej byłoby jej się nim zająć.
To ibuprofen kupiony bez recepty, nie dowiesz się, co to końska dawka — może gdyby dostał opioidy, morfinę, to poczułby cokolwiek. Ibuprofen na te siniaki, złamania nic nie byłby w stanie zrobić. Może go posmyra delikatnie po żołądku.
Oprócz sralergii na szpital, masz jeszcze na igły? — uniosła wysoko jedną z brwi, założyła rękę na rękę. Wielki kłopot miała przed sobą, musiała znaleźć jakieś rozwiązanie — masz drugą podpaskę, zakryję Ci ją oczy — westchnęła ciężko, wręczając mu różowe zawiniątko — bądź odważny — i aż uniosła ku górze zaciśnięte piąstki, by go przekonać. Tylko widziała, że nic to nie dawało. Chwilę rozglądała się po barze i wpadła na cudowny pomysł. Wstała i zaczęła przeszukiwać w nim potrzebne jej przedmioty — o, kupiłam mojemu bratu piłeczkę antystresową na patrole — czyli sztucznego cycka, nawet sutek był na nim odznaczony. Taką wręczyła mu wprost do rąk, żeby mógł sobie popatrzeć, potem nachyliła się nad nim, by założyć mu maskę do spania — o, mam też to dla siostry... Najwyżej kupię nową — kurwa jednorożec. Różowy z rogiem i na pewno na tej masce znajdował się brokat z tęczą — uwaga, zaczynam! — tyle że zamiast wbijać mu igłę, wbiła mu obok rany paznokieć. Musiała go przetestować, bo tacy pacjenci są najgorsi.

when the devil needed an angel

: wt mar 24, 2026 12:01 am
autor: Madox A. Noriega
Dobrze, że wiedziała kto to Pumba, to dodawało jej jakieś pięć punktów do autorytetu w oczach Madoxa, a to już dużo. Jej wiek w zasadzie go nie interesował. Chociaż dla niego wyglądała na czternaście lat. Czasem jak nadęła policzki to na dwanaście, ale jak marszczyła brwi to na szesnaście. A jak patrzył na nią z dołu, kiedy już leżał w tym wózku, to nawet może na czterdzieści, nikt z tej perspektywy nie wygląda dobrze.
Nie skomentował jej fekalnych żarcików, chociaż kupa śmiechu, go trochę rozbawiła. Ale on przecież już zajął się tymi prezentami.
- Jesteś Mikołajem, czy co? - zapytał patrząc na te wszystkie torby, ale zaraz mu wyjaśniła, że ma ósemkę rodzeństwa, a Madox aż otworzył usta. Oczywiście, że chciał powiedzieć cos głupiego, jak zwykle zresztą... - Zajebiście - a jednak tym razem ugryzł się w język. I naprawdę uważał, że to zajebiste, zawsze chciał mieć rodzeństwo, może nie ósemkę, ale chociaż jedno. Byłoby fajnie.
Na tą zużytą podpaskę wywrócił oczami.
- Nie bądź obleśna... - mruknął, a zaraz dodał - a skąd ją wyjmiesz? - i kto tu jest obleśny Madox? Chyba oboje trochę byli.
Trochę działali sobie na nerwy, ale przecież Madox wszystkim działał, Ivy nie powinna się czuć wyróżniona. Chociaż kiedy prowadził ją na dół, do sekcji dla VIPów, to już mogła się poczuć.
I na tej jego ekskluzywnej kanapie.
- Wolałabyś, jakbym się nie odzywał? Wolisz milczących pacjentów? - Madox dużo gadał, za dużo czasem. Nie na temat często. Bez sensu też.
Ale taki już był, zagadywał obcych. Jeśli o niego chodzi, on zdecydowanie wolał wygadanych niż milczących klientów przy barze.
- Szkoda... - mruknął tylko, bo on rzeczywiście chyba by wolał, gdyby przepisała mu morfinę, albo coś mocniejszego. Ale jak się nie ma co się lubi, to trzeba brać ibuprom, który przecież... miał dobrze działać.
- Mam, i na takie krnąbrne lekarki też trochę - podniósł na nią spojrzenie. Chociaż prawda jest taka, że akurat takie uparte osobniki, to on lubił. Bo sam też przecież taki był.
- To jest jakiś twój fetysz obklejać facetów podpaskami? - jęknął kiedy dała mu to różowe zawiniątko. A na jej kolejne słowa i te jej waleczne pięści nabrał powietrze w płuca - tak jak ty byłaś przy dzikach? - zapytał. Chyba rzeczywiście ta jej postawa, mimo tego, że ruscy się jej wystraszyli, to na Madoxa jednak nie działała. Zadziałała za to ta piłeczka, bo jak ją zobaczył to parsknął, a zaraz syknął, bo go żebra zabolały.
- Kupiłaś bratu... sztucznego cycka? - od razu wyciągnął po nią rękę, no bo cycek, to cycek, wiadomo - zajebiście - stwierdził zaraz i sobie ją pościskał, od razu się wyluzował. Działała - taka siostra to skarb - dodał i ciemne tęczówki opuścił na piłkę. Tylko, że zaraz już mu je zasłoniła tą maską do spania, nawet jej nie widział - Ej... - rzucił i podciągnął ją do góry - nie mogę nie widzieć, a jak będziesz chciała mnie wykorzystać? - widział po jej minie, że na pewno chciała... więc zaraz opuścił tą maskę. Przekładał sobie w palcach piłeczkę. A nawet na moment wstrzymał powietrze na to jej uwaga, zaczynam, tylko że wbiła mu w czoło... paznokieć? Nawet nie drgnął, bo może Noriega był okropnym pacjentem, krnąbrnym, bał się igieł, nienawidził ich, ale był też mocno odporny na ból. Bo przecież tyle co on dostał... musiał być.
- Po prostu to zrób, a ja... nie ruszę się - zacisnął zęby, bo wiadomo, że aż go gdzieś w środku skręcało, kiedy tylko myślał o tym szyciu. Ale nie był dzieckiem. Chociaż tak się zachowywał, i w tej masce w jednorożce i ze sztucznym cyckiem trochę też tak może wyglądał?
- Dlaczego zostałaś lekarzem? - zapytał powoli - możesz mówić jak to robisz? Czy potrzebujesz się skupić? - tym razem pytał poważnie. Bez głupich zgrywów. Chyba lepiej by się czuł, gdyby jej słuchał, rozpraszał jakoś myśli, ale z drugiej strony... miał od tego cycka?

Eres Papá Noel? ❄︎❄︎𝓱𝓸𝓱𝓸𝓱𝓸𝓱𝓸

when the devil needed an angel

: wt mar 24, 2026 7:51 am
autor: Ivy Harrison
pacjent nr 1, kiedy nic nie mówi

Nie mam teraz okresu — skwitowała krótko, kręcąc głową. Typowy facet, a może raczej baba? W każdym razie Madox potrafił zaskakująco szybko czepiać się słówek, do których ona nie przywiązywała za bardzo wagi. Znajdowali się w jego klubie, na jego kanapie, a ona próbowała się nim zająć, tak po prostu i po ludzku, żeby nic się w nim nie stało — nie musisz wszystkiego przyjmować tak bardzo na serio, wiesz? — albo powinno to zabrzmieć: przestań się mnie czepiać. Co prawda Ivy raczej dogryzała, niż połykała w całości. Jej poziom groźności zatrzymywał się na tupaniu, chociaż w szpitalu z odpowiednią strzykawką mogłaby zapewnić Madoxowi prawdziwy odlot.
Wolę pacjentów, którzy nie podważają mojego zdania — i po paru sekundach dodała — i się ze mną nie droczą — wyczuwała zgryźliwy ton starego, zielonego grincha. Chłop pierdolił od rzeczy. Tylko pytanie, czy to uraz mózgu, czy miał tak normalnie? Może powinna zawołać jednego z jego pracowników? Z pewnością ucieszyłby go TAKI widok szefa.
Następnym razem krnąbrna lekarka zostawi niesfornego pacjenta na lodzie — wycedziła przez usta, strzelając oczyma. Próbowała mu pomóc, a zamiast tego Madox rozgrzewał ją od środka. Dodatkowo nie było pozytywne rozgrzewanie, bo znów wręcz teatralnie westchnęła. Strzeliła oczyma na podpaskowy fetysz. Nie, ale widocznie Noriega musiał mieć zdaniem Ivy sporo fetyszy. Skoro tak szybko sprowadził sprawę do seksu.
Tak, jak ja przy GORYLACH — poprawiła go. Dzik jest dziki, dzik jest zły... a Rosjanie jednak pasowali na dzikie dziki— jezu, będę musiała się napić — mruknęła, wzdychając cieżko. Takiego wyjątkowego pacjenta jeszcze nie przyjmowała. Naprawdę. Cała seria zdarzeń dzisiejszej nocy utwierdzała ją, że to sen. Jak inaczej wytłumaczyć Rosjan, wkurzającego ją wielkoluda i ten klub? W którym dodatkowo miała go zszywać, mimo niepokorności oraz trudu godnego małego dziecka. W tym arsenale odbiegania od zabiegu brakowało jedynie płaczu.
Tak — kiwnęła jeszcze krótko głową, wpierw czując się lekko onieśmielona. Ta piłeczka mogła być serio głupim pomysłem — na odstresowanie. Jeden z moich braci jest strażakiem, a drugi policjantem — miała takie trzy, bo wychodziły taniej w zestaw — dziękuję — mruknęła, słysząc pierwszy raz z jego ust miłe słowa. Nie spodziewała się ich i mimowolnie poczuła uścisk w żołądku.
Nie wykorzystam Cię — wymruczała jeszcze zirytowana pod nosem — jakbyś od początku tak mówił, to nawet bym do Ciebie nie podeszła — westchnęła ciężko. No nie mogła z niego, z tego paznokcia i jego reakcji też. Widocznie musiała faktycznie potraktować go poważnie.
Dobrze — zbliżyła krawędzi rany do siebie i pierwszy raz wbiła igłę — dlaczego? Nie ma w tym jakiejś świetnej historii, wiesz? Po prostu zawsze chciałam pomagać innym ludziom. Od dziecka. Rodzeństwo miało mnie dosyć, bo cały czas chciałam bawić się w szpital — zaśmiała się uroczo, ale próbowała skupić się na szybkich ruchach, by po dzisiejszej ranie nie pozostała nawet blizna — może dlatego Cię nie zostawiłam? — przeszło jej przez myśl. Cały czas powtarzała przysięgę Hipokratesa, bo nie byłaby w stanie nikogo zostawić na lodzie — trochę mam myślenie tunelowe. Zawzięłam się na to i do tego dążyłam... — nawet nie zastanawiała się nad innymi opcjami — chociaż przez imprezy miałam z tym mały problem, ale jestem na stażu. Za rok będę już rezydentką — zwłaszcza kiedy weszła w swój imprezowy tryb — o czym jeszcze chciałbyś usłyszeć? — połowa pracy za nią, a wzrok pierwszy raz padł na jego ciemne tęczówki. Szybko wrócił do rany. Połowa drogi za nią.

when the devil needed an angel

: wt mar 24, 2026 8:57 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa i pojebany madox
Madox lubił czepiać się słówek.
- Ty też nie musisz... A nawet nie powinnaś - przechylił na bok głowę, bo Madox to był Madox, mógł gadać o wszystkim i o niczym, specjalnie łapał ją za słowa i ciągnął za język dla zabawy. To naprawdę była dla niego rozrywka, droczenie się z nią. A ona... Ona będzie musiała się przyzwyczaić do tego, że kiedyś może mieć pacjentów jeszcze gorszych niż on.
Chociaż może gorszych się nie dało? Ale on przecież też nie dogryzał jej na złość, po prostu taki miał charakter... Pojebany.
- Nie zrobiłabyś tego... - stwierdził i nawet się uśmiechnął, kiedy wywróciła tymi niebieskimi ślepiami - zobacz jak ja wyglądam, a ty i tak podeszłaś - Madox może nie był jakimś lekarzem, ale taki głupi też nie był. A to, że taka dziewuszka metr sześćdziesiąt, ze złotymi loczkami podeszła do takiego gościa jak on, zakrwawionego, wytatuowanego, nie było typowe - no i jest jeszcze ten menel z larwami, ja nie dotknąłbym go patykiem, więc to chyba jakieś powołanie Ivy - znowu gadał, dużo. Za dużo może?
Ale on taki był, pierdolił od rzeczy, ale czasem do rzeczy, jak może w tym momencie? No i dobrze czytał ludzi, ją też już trochę rozszyfrował.
- Gorylach... - powtórzył po niej i tym razem to on wywrócił oczami, ale zaraz utkwił spojrzenie w jej dużych, niebieskich tęczówkach - postawię ci drinka, jeśli będziesz chciała - i już się wcale z niej nie zgrywał. Nie droczył, chociaż kto normalny rozmawia o stawianiu drinka w takim momencie?
Madox nie był normalny.
Ale Ivy chyba też nie do końca, bo kiedy pokazała mu te piłeczki, to Madox się uśmiechnął. Jemu się podobały, on by takie dał swojemu bratu - Ticiano.
- Lekarka, strażak i policjant, to chyba... wasi rodzice są dumni nie? - zapytał, bo w końcu wszyscy pomagali ludziom. W różnych dziedzinach.
Madox też pomagał... polewając im drinki, policji dostarczał informacje, a z półświatkiem robił interesy. Normalnie barmańska Matka Teresa można by powiedzieć.
Na jej kolejne słowa strzelił znowu ślepiami w podwieszany sufit, ale zaraz nabrał powietrze w płuca.
- Dziękuję, że do mnie podeszłaś... - powiedział całkiem szczerze, bo Madox był okropny, ale... umiał też podziękować. Miał tam gdzieś pod skórą coś dobrego - bo jakbyś się cofnęła, to mogliby mnie zajebać - musiał to dodać, bo przecież tak było. Może ruskich spłoszyła finalnie policyjna syrena, ale... to ona zaczęła, to ona odciągnęła na moment ich uwagę. Nie zawahała się.
I teraz kiedy wbijała mu tę igłę też, ręka jej nie drgnęła, Madox też starał się nie poruszyć. Zacisnął mocniej zęby, aż szczęka mu zadrgała, zacisnął na moment powieki i wstrzymał nawet oddech, najgorsze było chyba to pierwsze ukłucie.
Zaraz próbował się skupić na jej słowach.
- Jak na moje to jest to... wielkie. Bo ja na przykład jako dzieciak zawsze chciałem się rzucać kamieniami i wspinać na płoty - powiedział powoli, między kolejnymi ciężkimi oddechami. Słuchał jej, układał w głowie jej słowa. On też jak się na czymś zawziął to do tego dążył, po trupach, więc może coś ich jednak łączyło?
Chciał unieść brew, kiedy powiedziała o tych imprezach, ale na szczęście nad tym zapanował.
- Taka z ciebie imprezowiczka? - zdziwił się, bo mu nie wyglądała - a co to za imprezki, jakieś ze szkółki niedzielnej? Piątek z drogą krzyżową? - zapytał, no nie mógł się powstrzymać, po prostu to było jakieś silniejsze od niego, chociaż przecież mu powiedziała, żeby jej nie dogryzał, ale jak?
Znowu zamknął na moment oczy, ale zaraz je otworzył, zaraz podniósł je w sufit, liczył na nim lampy? Może. Skupić się na czymś innym niż ta igła.
- Opowiedz o rodzeństwie, dużo was jest, pewnie świetnie się bawiliście? - ciemne tęczówki na moment zjechały na jej twarz, która znowu była skupiona na szyciu. Naprawdę chciał usłyszeć o jej rodzinie, bo Madox od prawie dziesięciu lat swojej nie miał. Ale kiedyś miał, kiedyś rodzinny stół uginał się, bo tylu siedziało przy nim ludzi, i Noriega to lubił, chociaż mógł się zarzekać, że wcale nie.

Eres una chica fiestera? *ੈ🍸✩‧₊˚

when the devil needed an angel

: śr mar 25, 2026 10:48 pm
autor: Ivy Harrison
Madox A. Noriega

Ale będzie. Zawsze wszystkim się przejmowała. Bynajmniej nie własnym dobrem. Dla niej liczyli się inni, dlatego skwasiła się. Nic skomentowała już jego słów. Ile można uprzykrzać sobie życie z takim pacjentem? Pewnie całkiem sporo. Dalej nie uciekła, miała zamiar się nim zająć, jak należy.
Jakbym wiedziała, jakim będziesz niewdzięcznikiem, to zadzwoniłabym po karetkę — wycedziła Harrison, bo faktycznie nie zostawiłaby go. Miała zaprogramowaną misję pomagania innym ludziom, w ten sposób nieważne, co się działo, jej potrzeby były umniejszane na rzecz innych — skończyłoby się chojraczenie po zastrzyku — prychnęła blondynka i żałowała, że nie spotkała go na własnym dyżurze. Wtedy gadałby zdecydowanie inaczej — no... — widziała, jak wyglądał. Dalej ją przerażał. Wielki, wytatuowany staruch — trochę straszny jesteś — przyznała finalnie, odwracając głowę. Chociaż im dłużej słuchała jego biadolenia, tym bardziej zdawała sobie sprawę, że był bardziej jak miś z przyklapniętym uszkiem — teraz próbujesz mnie chwalić? — dopytała, mrużąc oczy. Z jej mózgu robił sieczkę. Raz chwalił, potem wbijał szpileczki, wcześniej dotykał bezwstydnie. Typowy facet. Jeszcze miauczał nad uchem, że tak bardzo go to bolało.
O ile się jeszcze zobaczymy — stwierdziła na wzmiankę o drinku z delikatnie uniesionymi kącikami ust. Bo co taka Ivy miałaby robić w klubie z rurką? Mogła lubić balowanie do białego rana, ale dalej miała własne, niezależne standardy — dzisiaj czeka się odpoczynek i leżenie — najlepiej we własnym łóżku, pod kołderką i z odpowiednią dawką leków. Tylko patrząc na Noriegę, nie wiedziała nawet, jak dostanie się do własnego domu.
Pewnie tak... — mruknęła Ivy, unosząc delikatnie wzrok na Madoxa — chociaż woleliby nas mieć w Kingston — westchnęła ciężko. Sama jeszcze nie zadomowiła się w Toronto. Ottawa dawała wiele możliwości, zwłaszcza na studiach medycznych. Tam postanowiła się zaczepić.
Nie ma za co — stwierdziła, mrugając kilka razy oczyma. Aż przyłożyła mu dłoń do czoła. Myślała, że jeszcze gorączka go brała, ale nic na to nie wskazywało. Nie znała Noriegę, ale te słowa z jakiegoś powodu nie pasowały do jego ust. Może spodziewała się groźnego olbrzyma, który skoczy kilka razy i tyle z niej będzie? — pewnie sam byś tak postąpił — chociaż następnym razem Ivy zastanowi się kilka razy, zanim spróbuje wystraszyć stado dzików. Były dzikie, podobnie jak jej obecny pacjent, którego z uwagą szyła. Spokojnie, delikatnie, byle wszystko się trzymało.
No i popatrz, jak skończyłeś — mruknęła, parskając chwilę pod nosem — niegrzeczny Madox — z jakiegoś powodu jednak go pobili, mogła tylko zgadywać, co się stało — byłeś łobuzem jako dziecko? — teraz na pewno był. Przypominał odrobinę diabła z przeogromną liczbą tatuaży i ciemnymi tęczówkami.
Przed stażem dość mocno balowałam — przyznała się lekko onieśmielonym głosem — hera, koka, hasz, lsd ta zabawa po nocach mi się śni to przez chłopaka, który mi się podoba. On jest bardzo imprezową duszą — i wtedy ona też w to przepadła całą sobą. Imprezy do białego rana, alkohol, używki... Wszystkiego chciała spróbować, ale dopiero życie na oddziale pokazało jej, jak kruche potrafi być ludzkie życie.
Jest nas ósemka — zaczęła, zawieszając na jego oczach wzrok — mam bliźniaka, który też jest gdzieś na stażu... Ósemka, wiesz... zawsze było nas pełno — aż uśmiechnęła się na sama myśl wspólnych świąt — może za bardzo się nie przelewało, ale byliśmy zawsze razem — w biedzie, niedoli, a także wiecznych kłótniach — dalej jesteśmy, ze wszystkimi mam kontakt — codziennie wysyła każdemu z nich jeden, specjalny obrazek — uwielbiam ich — kochała, uwielbianie to dość słabe słowo na to, co czuła — nawet jeśli któryś z moich braci zabierał mi ciasteczka — zaśmiała się cicho pod nosem. Wieczne bitwy oraz przepychanki wydawały się być u nich normą — a jak twoja rodzina? — zagadnęła Ivy, spokojnym tonem. Jeden, drugi, a teraz wiązanie...
Skończyłam — oświadczyła, odsuwając się od Madoxa — będzie miał, kto się Tobą zająć? — zagadnęła z iskierkami w oczach, bo to oznaczało fajrant i aż odetchnęła z ulgą — bo... ktoś musi Cię pilnować, jakbyś musiał jednak pojechać do szpitala — to warto było dodać. Urazy głowy są niebezpieczne i ktoś musiał przy nim być.

when the devil needed an angel

: pn mar 30, 2026 7:13 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Na pewno skończyłoby się chojrakowanie po zastrzyku, bo Madox ich nienawidził, bał się igieł, a zastrzyki i pobieranie krwi chyba były najgorsze, zagadywał wtedy pielęgniarki i zachowywał się jak nieznośne dziecko, a i tak często potem dostawał naklejkę dzielnego pacjenta. Trochę jak dzisiaj się zachowywał, z Ivy, tylko jednak zazwyczaj wystarczył jego ładny uśmiech i te ciemne oczy, żeby jednak potraktować go z taryfą ulgową. Ale blondynka była nieugięta. Chociaż przecież starał się kilka razy złapać jej intensywnie niebieskie spojrzenie.
- Co jest we mnie straszne? - zapytał i może rzeczywiście go to ciekawiło? Na jej kolejne słowa wywrócił ciemnymi oczami - właściwie to tłumaczę sobie co z tobą jest nie tak, ale jeśli odebrałaś to jako pochwałę, to może tak być... - uśmiechnął się do niej delikatnie, oczywiście, że ją chwalił. Ale przecież Madox by się nigdy do tego nie przyznał, bo on w przeciwieństwie do Ivy nie był dobry.
On też nie zakładał, że się więcej zobaczą, trochę byli jak ogień i woda, anioł i diabeł, góra i dół. Niewinność i grzech.
- Pewnie się nie zobaczymy, ale jak już dzisiaj skończysz robotę, to możesz się napić... Mamy najlepszy w mieście rum - powiedział podnosząc na nią spojrzenie, a na ten odpoczynek, jego kąciki ust uniosły się do góry - odpoczynek i leżenie dopiero po śmierci - znowu jego ciemne tęczówki złapały jej błękitne spojrzenie. Żartował? Właściwie nie, bo Madox taki był, cały czas coś, on chyba nie umiał odpoczywać. Nawet jakby był obłożnie chory.
A przecież nie był, trochę poobijany, chociaż kiedy się ruszył, to znowu się skrzywił, żebra mu doskwierały, chyba jednak nici ze sparingów z chłopakami w przyszłym tygodniu.
- Jesteś z Kingston? I jak tam jest? - zapytał znowu się krzywiąc i poprawiając na kanapie. Interesowało go to?
Chyba tak.
Może blondynka go trochę zainteresowała? A może trzeba był czymś zająć myśli?
Chociaż zaraz i tak Madox jej dziękował, czego chyba się nie spodziewała. Ale czemu się dziwić? Nie wyglądał jakby w jego słowniku było takie słowo, i na co dzień pojawiało się ono wyjątkowo rzadko.
- Nie postąpiłbym... - powiedział, bo on przecież zawsze tak mówił... Przede wszystkim własna dupa, a co go obchodzą inni? Nabrał powietrze w płuca, aż klatka piersiowa mu się uniosła - postąpiłbym, zawsze to robię, a potem obiecuję sobie, że to już ostatni raz, a potem robię to znowu, też tak masz? - zapytał starając się spojrzeć na jej rękę, która działała przy jego skroni, ale tylko zrobił zeza, spuścił spojrzenie na jej twarz.
Na jej kolejne słowa znowu westchnął i przez to jej się trochę poruszył, niespecjalnie, ale szarpnęła za nitkę, przymknął na moment jedno oko.
- Zawsze byłem łobuzem - powiedział powoli, bo to akurat była prawda - ale to oni są ci źli, a mnie nienawidzą, bo wsadziłem tego jednego do paki - wyjaśnił jej - tylko, że on przez to nie był na pogrzebie swojej matki - westchnął znowu, ale tym razem się nie poruszył. Przecież nie zrobił tego specjalnie, żeby on nie poszedł na ten pogrzeb, nawet o nim nie wiedział, tak się złożyło. A że kolesiowi należało się cztery osiem na dołku, no to... to też nie wina Madoxa.
Utkwił ciemne tęczówki w jej twarzy, bo nie wyglądała mu na kogoś, kto wie co to jest chociażby zioło, a co dopiero inne używki.
- Nie wierzę - nawet zmrużył oczy wpatrując się w nią - no to co było najlepsze, a co najgorsze? - chodziło mu o te używki, a może o tego jej chłopaka? Co miał w sobie najgorsze i najlepsze.
Zaraz jednak pytał ją już o jej rodzeństwo, słuchał jej opowieści, spojrzeniem wodząc po jej twarzy.
- Czyli jeszcze jeden lekarz? Wasi rodzice chcą zrobić z was jakąś armię zbawienia? - zapytał znowu trochę uszczypliwie, ale Madox taki był, złośliwy, zaczepny, i on chyba nie umiał normalnie, chociaż kiedy kontynuowała, to się lekko uśmiechnął - brzmi super, fajnie jest mieć dużą rodzinę - to wcale nie były słowa rzucone na wiatr, bo przecież Madox też kiedyś miał dużo kuzynów i kuzynek, z Ticiano trzymał się najbliżej, ale kiedy spotykała się cała rodzina było ich naprawdę dużo - dawałaś się im, z tymi ciasteczkami? - zapytał, chociaż sam pamiętał jak z Tio podkradali słodycze kuzynkom, nie miały szans. Na to pytanie o jego rodzinę wzruszył ramionami.
- W Kolumbii, nie widziałem ich... z dziesięć lat - co prawda nie widział ich nie dlatego, że siedział tu w Kanadzie, po prostu nie był tam wcale mile widziany, jako syn zdrajczyni, chłopak, który porzucił dziewczynę przed ołtarzem i uciekł... Co prawda to wszystko było dużo bardziej skomplikowane, ale o tym nie wiedział nikt, a Madox nie miał zamiaru się tym dzielić.
Gdy oznajmiła, że skończyła to znowu spróbował zerknąć na ranę robiąc zeza, ale i tak nic nie widział. Powinien to zobaczyć w lusterku.
- Będzie blizna? - zapytał, ale właściwie... to przecież kilka już miał. Nie przeszkadzały mu. Na jej kolejne pytanie zastanowił się na moment - zostanę tutaj, w klubie, jakby coś się działo, to na górze są ludzie - dla niego to było proste, bo prawda jest taka, że Madox nie miał kogoś, kto by się nim zajął. Ale przecież radził sobie ze wszystkim sam, więc teraz też sobie poradzi - zresztą obejrzał mnie już lekarz - zawiesił ciemne tęczówki na jej błękitnych oczach - a reszta się wygoi. Dzięki... Ivy - powinien ją zaprowadzić do drzwi? Czy sama trafi? A może powinien...
- Czekaj... - poderwał się z miejsca, ale chyba trochę zbyt gwałtownie, bo aż mu się zakręciło w głowie, więc zaraz usiadł. Wypuścił powietrze z płuc - chciałbym... jakoś ci się odwdzięczyć... - zaczął, bo Madox to jednak nie lubił być coś, komuś winny. I może chciał jej zapłacić? A może chciał jej coś dać? Albo czekał aż ona coś zasugeruje?

꒰ঌ(˶ˆᗜˆ˵)໒꒱

when the devil needed an angel

: ndz kwie 12, 2026 2:01 pm
autor: Ivy Harrison
⛧ 𝖉𝖊𝖒𝖔𝖓 ⛧

Jesteś wysokim, umięśnionym mężczyzną, praktycznie całym wydziaranym i byłeś jeszcze we krwi. Co w Tobie nie jest strasznego? — spytała dość poważnym tonem, unosząc do góry jedną brew. Madox wyglądał jak kryminalista i nie dało się tego ukryć. Może w trakcie rozmowy zyskiwał w jej oczach, ale dalej... był wielkoludem, który machnąłby ręką, a takiej Ivy by nie było. Wywróciła teatralnie oczyma, słysząc jego kolejne słowa. Miał tupet, musiała mu to przyznać.
Zapamiętam. Mogę też wziąć butelkę rumu dla siostry — zaśmiała się, kręcąc głową. Mógł mieć najlepszy rum w mieście, mogli już nigdy więcej się nie widzieć, ale przystałaby na to z delikatnym przytaknięciem głowy. Zwyczajnie do siebie nie pasowali, żyli w dwóch różnych światach — odpoczynek i sen dzisiaj, bo pójdę po zastrzyk do szpitala — wycedziła Harrison, delikatnie kręcąc przy tym głowa. Nie spodziewała się, że przeleży cały dzień. Nie wyglądał na osobę, która mogłaby sobie na to pozwolić.
Fajnie — stwierdziła, próbując znaleźć odpowiednie słowo — na pewno jest spokojniej i życie płynie wolniej, piękne miasto, no i ma swoje plusy. Życie studenckie kwitnie, ale jednak jest wolniej — uwielbiała rodzinne miasto, ale powoli miała impuls powodujący zmiany. Odrobina odpoczynku, relaksu. Kiedy zamykało się oczy, życie nie przelatywało tak szybko jak w przypadku Toronto. Lubiła to miejsce całą sobą i zdecydowanie chciała wtedy z tego skorzystać.
Nie — zamrugała kilka razy oczami, będąc delikatnie zdziwiona — ludzie to zwierzęta stadne, zawsze się ze sobą trzymają i wspierają. Cokolwiek by się nie zadziało — próbowała nie być zbyt empatyczną osobą. Tyle że nie była w stanie. Często przez to zabierała historie pacjentów do domu. Momentami przestawała sobie z nimi radzić, nie wiedząc, co powinna powiedzieć i w jaki sposób się zachować, ale zawsze wybierała drugiego człowieka.
Czyli nic się nie zmieniłeś — zaśmiała się uroczo, kręcąc głową — ohh — przez moment siedziała z otwartymi ustami, zastanawiając się, co tak właściwie powinna powiedzieć — czyli nie jesteś zły, tylko pomagasz... policji? — zagadnęła, unosząc jedną brew. Bardzo ją to zdziwiło. Na moment przerwała szycie, bo nie spodziewała się tego co usłyszała.
Najlepsza była adrenalina, a najgorszy kac — tylko czy chodziło o używki, czy o Dante? Nie wiedziała. Zwyczajnie nie była w stanie stwierdzić, jaka odpowiedź była tą poprawną. Zarówno w jednym i drugim przypadku obie odpowiedzi byłyby prawidłowe.
Nasi rodzice są dumni ze swoich dzieci — armia? Trochę robili za jakieś mini wojsko zbawienia — dawałam — parsknęła pod nosem. Była naiwną, łatwowierną kluską, a wystarczyło odpowiednio ją obejść, żeby dała rodzeństwu swoje ukochane ciastko — czasami zostawiałam im ostatnie, żeby mogli je zjeść — matka boska Ivy'wowska — dlaczego? Powinieneś ich odwiedzić, rodzina jest ważna — ona własną odwiedzała, dzwoniła do nich, pisała SMS'y z każdą, najmniejszą pierdołą.
Masz, zobacz — odblokowała mu telefon, by niczym księżniczka disneya, mógł się w nim przejrzeć — nieee, powinno się to zagoić — to była jedna z ważniejszych umiejętności. Szycie ciała w taki sposób, by nie pozostawić na nim żadnego śladu — musi mieć ktoś Cię na oku, bo jeśli doszło do poważniejszego uszkodzenia, to od razu trzeba jechać do szpitala — musiała znowu zaprotestować. Spoglądała na niego przez moment surowym wzrokiem, zastanawiając się, co powinna powiedzieć i... no nie wiedziała — nie ma za co — przede wszystkim nie szkodzić. Gdyby go tylko zostawiła, zaszkodziłaby. Ivy nie mogła sobie na to pozwolić, dlatego siedziała przed nim, analizując każdy zarys jego twarzy. Bo czy mogłaby go takiego zostawić?
Oh, nie musisz. Zostanę z Tobą i przypilnuję Cię — stwierdziła spokojnym tonem. Miała zaczekać, ale nie mogła ot tak zostawić własnego pacjenta — i wypiję butelkę najlepszego rumu — uśmiechnęła się delikatnie, idąc w stronę baru, by znaleźć butelkę najlepszego rumu w całym mieście. Później rozmawiali o głupotach, aż następnego dnia się rozeszli.

k o n i e c