mądry tytuł
: wt kwie 07, 2026 5:21 pm
Rachunek ogarnął jeszcze zanim zdążyła się zorientować, że w ogóle jest taka opcja i to też wcale nie dlatego, że chciał coś udowodnić, ani tym bardziej odgrywać jakiegoś dżentelmena (może trochę), tylko dlatego, że… tak było prościej. Dla niego. Nie musiał tłumaczyć, nie musiał się przepychać słownie, nie musiał słuchać, że ‘tata płaci’. Długo by o tym prawić, że on nie lubił mieć sponsorów, nawet jeśli dla sponsorów jedna taka kolacja miała nie być żadnym uszczerbkiem w budżecie. Nie lubił tego układu. Po prostu. Więc go cichcem obszedł i nawet nie dał rozstrząsać. Bo gdy jasnym stało się, że rachunek jest już opłacony, on zbierał się do wyjścia.
Parsknął cicho pod nosem, kiedy tak szła tyłem, już nakręcona na te wszystkie maszyny, maskotki i bileciki, jakby właśnie odkryła jakąś zupełnie nową kategorię świata, która do tej pory była jej skutecznie odcinana. Raczej nie sądził, że w istocie tak było. Tym bardziej, że sama się zarzekała, że wie czym jest Dance Dance Revolution.
— Wow, wow. Ty już jesteś napalona, a jeszcze tam nie doszliśmy — rzucił w końcu, drepcząc za nią spokojnym krokiem, skracając dystans nie dlatego, że musiał, tylko dlatego, że przy jej tempie i pomyśle chodzenia tyłem prędzej czy później coś by ją zatrzymało. I raczej nie byłoby to nic przyjemnego.
— I jak coś to jak rozwalisz sobie głowę o jakiś znak albo latarnię, to ja będę udawał, że tego nie widziałem i pójdę dalej — dorzucił jeszcze, z tym spokojnym tonem, który w jego wydaniu zawsze balansował gdzieś między żartem a szczerością. I dlatego tak niebezpieczny w tym swoim wyrachowaniem.
Zerknął jeszcze na drogę przed nimi, orientując się mniej więcej, gdzie powinni iść i, co ważniejsze, czy nie ma na ich trasie faktycznie jakiegoś słupa czy przechodnia, o którego mogłaby wyrżnąć orła. Może i jej wygrażał, ale realnie przecież dbałby o to, żeby nie stała jej się żadna krzywda.
I to wcale nie dlatego, że obiecał to jej ojcu.
— Jak tam wydasz pół fortuny na jednego pluszaka, to nie licz, że będę ci dokładał — dodał po chwili, jakby zupełnie mimochodem, choć w rzeczywistości wiedział, że to nie za jego portfel by pociągnęła. Pewnie padłoby sakralne ‘tata płaci’. — Będę spboe stał obok i patrzył, jak wchodzisz w spiralę finansowej autodestrukcji. I nawet nie będe próbował ukrywać, że się przy tym świetnie bawię.
Sam arcade room, do którego koniec końców dotarli, nie był jakiś ogromny, ale za to bardzo głośny i kolorowy od wszystkich neonów. No słodki zapach dzieciństwa. Tyle tylko, że wtedy był zbyt biedny, by móc to wszystko oblatywać więcej niż raz lub wcale. Chyba, że pojawiał się obok niego Hunter z monetą na sznurku, wtedy mogli się bawić do momentu, w którym jakaś sześćdziesiona nie wydała ich właścicielowi gralni.
Sam podszedł jeszcze do automatu z żetonami, korzystając z tego, że tutaj bardziej ogarniał i wykorzystując element zaskoczenia, by samodzielnie (a nie przez tatę) zfinanspować rozrywkę. Zeskanował jedną kartę i otrzymał drugą, na której nabite były żetony do gry. Pełna automatyzacja – moneta na sznurku już niestety tu nie zadziała.
Dorobił też taką drugą.
— Trzymaj, to twój startowy — oznajmił, podając jej plastikowy prostokąt. — I nie, nie ma doładowań. Jak przegrasz wszystko w pięć minut, to potem siedzisz cicho i oglądasz, jak ja wygrywam. — Oczywiście, że by jej dorzucił i pozwolił grać na swoje konto, ale nie musiał o tym mówić głośno. Niech poczuje ducha rywalizacji. Jak ją znał – to bardzo akurat lubiła to hasło. I lubiła udowadniać, że jest lepsza. W tym wypadku miała udowodnić, że lepsza jest od niego, a nie od swojej własnej matki. — Wybieraj grę, czempionie od siedmiu boleści — Wcale, a wcale jej teraz nie podkręcał.
Raven Heist
Parsknął cicho pod nosem, kiedy tak szła tyłem, już nakręcona na te wszystkie maszyny, maskotki i bileciki, jakby właśnie odkryła jakąś zupełnie nową kategorię świata, która do tej pory była jej skutecznie odcinana. Raczej nie sądził, że w istocie tak było. Tym bardziej, że sama się zarzekała, że wie czym jest Dance Dance Revolution.
— Wow, wow. Ty już jesteś napalona, a jeszcze tam nie doszliśmy — rzucił w końcu, drepcząc za nią spokojnym krokiem, skracając dystans nie dlatego, że musiał, tylko dlatego, że przy jej tempie i pomyśle chodzenia tyłem prędzej czy później coś by ją zatrzymało. I raczej nie byłoby to nic przyjemnego.
— I jak coś to jak rozwalisz sobie głowę o jakiś znak albo latarnię, to ja będę udawał, że tego nie widziałem i pójdę dalej — dorzucił jeszcze, z tym spokojnym tonem, który w jego wydaniu zawsze balansował gdzieś między żartem a szczerością. I dlatego tak niebezpieczny w tym swoim wyrachowaniem.
Zerknął jeszcze na drogę przed nimi, orientując się mniej więcej, gdzie powinni iść i, co ważniejsze, czy nie ma na ich trasie faktycznie jakiegoś słupa czy przechodnia, o którego mogłaby wyrżnąć orła. Może i jej wygrażał, ale realnie przecież dbałby o to, żeby nie stała jej się żadna krzywda.
I to wcale nie dlatego, że obiecał to jej ojcu.
— Jak tam wydasz pół fortuny na jednego pluszaka, to nie licz, że będę ci dokładał — dodał po chwili, jakby zupełnie mimochodem, choć w rzeczywistości wiedział, że to nie za jego portfel by pociągnęła. Pewnie padłoby sakralne ‘tata płaci’. — Będę spboe stał obok i patrzył, jak wchodzisz w spiralę finansowej autodestrukcji. I nawet nie będe próbował ukrywać, że się przy tym świetnie bawię.
Sam arcade room, do którego koniec końców dotarli, nie był jakiś ogromny, ale za to bardzo głośny i kolorowy od wszystkich neonów. No słodki zapach dzieciństwa. Tyle tylko, że wtedy był zbyt biedny, by móc to wszystko oblatywać więcej niż raz lub wcale. Chyba, że pojawiał się obok niego Hunter z monetą na sznurku, wtedy mogli się bawić do momentu, w którym jakaś sześćdziesiona nie wydała ich właścicielowi gralni.
Sam podszedł jeszcze do automatu z żetonami, korzystając z tego, że tutaj bardziej ogarniał i wykorzystując element zaskoczenia, by samodzielnie (a nie przez tatę) zfinanspować rozrywkę. Zeskanował jedną kartę i otrzymał drugą, na której nabite były żetony do gry. Pełna automatyzacja – moneta na sznurku już niestety tu nie zadziała.
Dorobił też taką drugą.
— Trzymaj, to twój startowy — oznajmił, podając jej plastikowy prostokąt. — I nie, nie ma doładowań. Jak przegrasz wszystko w pięć minut, to potem siedzisz cicho i oglądasz, jak ja wygrywam. — Oczywiście, że by jej dorzucił i pozwolił grać na swoje konto, ale nie musiał o tym mówić głośno. Niech poczuje ducha rywalizacji. Jak ją znał – to bardzo akurat lubiła to hasło. I lubiła udowadniać, że jest lepsza. W tym wypadku miała udowodnić, że lepsza jest od niego, a nie od swojej własnej matki. — Wybieraj grę, czempionie od siedmiu boleści — Wcale, a wcale jej teraz nie podkręcał.
Raven Heist