Strona 2 z 2

not with a bang but with a whimper

: czw kwie 09, 2026 5:52 pm
autor: Carlos Salazar
Poruszył w niej coś, choć sam do końca nie wiedział co. Twarz Joe stężała, a rysy wyostrzyły się, przez chwilę zupełnie zmieniając jej oblicze. Ta chwila była jedynie mrugnięciem, krótkim błyskiem, ale Carlos zdążył wyczuć zmianę w jej nastawieniu. Przypływ pewności siebie albo realizacja, że tak naprawdę nie pozostawiono jej żadnego wyboru i musiała wybrnąć z tej trudnej sytuacji. Nie była lekarzem, jeszcze nie, ale nie wątpił, że jej umiejętności były wystarczające, by posklejać jego ciało. Nie potrzebowała doświadczenia, potrzebowała impulsu, który skierowałby umysł w wąski tunel skupienia. Ręce same zrobią to co powinny. Wiemy o sobie tyle, na ile przetestowało nas życie – to był egzamin, który przyszedł do Joe. Każdy inny mogłaby poprawić, gdyby wynik okazał się niesatysfakcjonujący, ale ten miał tylko jedno podejście, które musiało okazać się w pełni wykorzystane i zakończone sukcesem. Czy w innym wypadku Carlos odejdzie? Może nie, może nie wykrwawi się na jej podłodze, może jego uparte ciało samo znajdzie sposób, by przetrwać kolejną próbę, nawet kosztem dalszej sprawności. Liczył jednak, że nie przyjdzie mu tego sprawdzać.
Zapach spirytusu był znajomy. Ile razy ktoś opatrywał go, gdy przychodził pocięty i podziurawiony? Nie mógł tego zliczyć. Robił to nawet Martin, gdzieś w swojej piwnicy, gdy ukrywali się przed zaniepokojonym spojrzeniem Cassandry, próbując odciąć ją od tego życia na krawędzi. Gdyby Joe odsłoniła jego ciało bardziej, z pewnością mogłaby dostrzec siatkę starych blizn pokrywającą znaczną część skóry. Niektóre blade i niemal niewidoczne, inne wciąż brzydko zaróżowione i wypukłe; mapa wspomnień wyryta w ciele, symbol przetrwania i krzywd. Nie ukrywał ich, ale nigdy nie poświęcał im uwagi, jakby ta tkanka nie należała już do niego – może tak właśnie było? Może każdy ten fragment był własnością ludzi, którzy w przeszłości zadali mu rany, wydzierając wraz ze skórą jakąś głębszą część Carlosa, aż wyrzeźbili z niego człowieka, którym był dzisiaj.
Alkohol drażnił skórę, gdy Joe odkażała ranę. Skóra pulsowała i drżała, jakby chciała uciec przed kolejną torturą, ale Salazar nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Skrzywił się jedynie, zaciskając palce na leżącym gdzieś blisko mokrym ręczniku. Szybko jednak przybrał na twarz uśmiech – niewyraźny, ale wyglądający niemal łobuzersko, zupełnie nie pasujący do sytuacji w jakiej się znajdował.
Sí, señora... — powtórzył swoje poprzednie słowa, urywając je, gdy gaza znów przejechała po ranie. Spojrzał na Joe, zupełnie przytomnie, jakby zamierzał rzucić jej wyzwanie. Pokazać, że to, co napawało ją i Cassandrę tak dużym niepokojem, było jedynie przejściową niedogodnością. Chciał popchnąć ją dalej, by to zacięcie, które przed momentem zalśniło w jej oczach, błysnęło ponownie. Może zamierzał nawet sprawić, by poczuła gniew na jego lekceważące podejście do własnego stanu; tak będzie prościej zatopić igłę w gorącą skórę i szyć, próbując znaleźć pewny chwyt, gdy palce zaczną ślizgać się we krwi. — To wciąż nie takie trudne. — Ogień zapalniczki błysnął, a metal igły zaognił się na ostrym końcu. Dokładnie w tym momencie przeniósł spojrzenie na Cassandrę, napotykając jej gniewne oczy, pełne niewypowiedzianego, ale dobrze wyczuwalnego wyrzutu. Tak, to wszystko było jego winą, doskonale o tym wiedział. Nigdy nie powinno dojść do tej sytuacji, nie powinien ich obciążać ciężarem ratowania czyjegoś życia – to nie ich krzyż do niesienia. Nie było jednak w tym mieście człowieka, któremu ufałby bardziej niż Cassandrze, a ona najwyraźniej powierzyłaby swoje życie w ręce Joe. Wybory posypały się, pękły kolejne ogniwa łańcucha i było już za późno na odwrót. Jedyne co mógł zrobić, gdy to wszystko dobiegnie końca, to zminimalizować szkody i dopilnować, by ręce Grainer pozostały czyste. Córka Martina pozostawała jednak znacznie bardziej złożonym problemem, bo czy tego chciał, czy nie, stanowiła dla Carlosa zupełnie inny rodzaj obowiązku i słabości. Były rzeczy, których nadal nie wypowiedzieli głośno, choć powinni zrobić to już dawno temu.
Nie umrę — wysyczał, zaciskając zęby, gdy palce Joe naciągnęły skórę przy ranie, przygotowując ją do kolejnego etapu. Złapał za butelkę wódki, którą Cassie przyniosła z kuchni i wypił kilka sporych łyków. Nie powinien rozcieńczać krwi, ale czy w tym wypadku naprawdę to miałby być ich największy problem? Ostra gorycz paląca gardło miała na celu choć częściowo stłumić ból, rozluźnić mięśnie, ukołysać nerwy. To zabawne – wydawało się, że z całej ich trójki, to on potrzebował tego ostatniego najmniej. Nie było w Carlosie strachu ani wahania. — Wszystko będzie dobrze. — Odstawił butelkę, a jego palce zacisnęły się na dłoni Cassandry, którą jeszcze przed momentem ocierała łzy z twarzy. Wkrótce uścisk stał się mocniejszy, niemal zbyt gwałtowny, gdy igła przebiła skórę po raz pierwszy, a ciałem Salazara wstrząsnął dreszcz.
To doprawdy dziwne uczucie, gdy metal przebija się przez miękką tkankę, ciągnąc za sobą nić. Początkowo ból wydaje się rozrywający i zbyt ostry, głowa sama odchyla się do tyłu, a oczy uciekają w głąb czaszki. Człowiek chce uciec, skulić się w sobie, by nie dopuścić do kolejnego ukłucia. Następne centymetry stają się prostsze, a mrowienie rozchodzące się po rozgrzanej skórze traci na sile, jakby organizm sam odcinał bodźce. Igła znów zatapia się w ciało, krople zimnego potu zalewają skórę, włosy kleją się do czoła, a ból przekształca się w masochistyczną przyjemność – nacisk, szarpnięcie i w końcu ulga, kontury powoli się zaciemniają, rzeczywistość odpływa, ale nie całkowicie, bo wciąż jest ten element, który każe czuwać i walczyć.
Uścisk na dłoni Cassandry zelżał całkowicie. Oddech Carlosa był szybki i płytki, całe jego ramię drżało spazmatycznie, nie potrafiąc znieść kolejnego wysiłku, ale zupełnie tego nie czuł. Spojrzenie znów zaszło niepokojącą mgłą, krążył nim między dwoma postaciami, które czuwały u jego boku. Strach i zdeterminowanie mieszały się, zagęszczając powietrze, którym wszyscy niespokojnie próbowali oddychać. Chciałby zażartować po raz kolejny, jeszcze raz zapewnić, że to wszystko było całkiem proste, ale tym razem język zesztywniał w ustach. Starał się ułatwić Joe pracę, rozluźnić spinające się mięśnie jak najbardziej, ale były odruchy, których nie kontrolował. Jeszcze trochę, jeszcze kilka szwów, a później wszyscy będą mogli zrzucić ten ciężar z piersi. Kilka milimetrów szarpanej skóry i Joe w końcu zda egzamin, a Carlos będzie jej winny znacznie więcej niż cholerny ekspres do kawy.
Nie umrze, nie tutaj, nie tej nocy. Nie na oczach Cassandry i nie pod dłońmi Grainer.


joe grainier Cassandra Layton

not with a bang but with a whimper

: sob kwie 11, 2026 5:19 pm
autor: joe grainier
Joe uważała, że naprawdę rozumie, z czego biorą się te niestosowne, ale jednocześnie jakimś cudem uzasadnione żarty Cassandry, na czele z sugestią, że gdyby zaczęła okazywać jakiekolwiek faktyczne symptomy szaleństwa najlepiej po prostu byłoby ją poddać jakiejś formie względnie humanitarnej eutanazji. Nie od dzisiaj wiedziała, choć praca na szpitalnych oddziałach tylko jeszcze bardziej utwierdziła ją w tym przekonaniu, że życie ratowali nie tylko lekarze i medyczne specyfiki, ale także humor, ten dojrzały mechanizm obronny, który niekiedy i najbardziej beznadziejną sytuację potrafił choć na chwilę uczynić chociaż trochę bardziej znośną. Czy nie z tej właśnie przyczyny do dziecięcych hospicjów sprowadzano klaunów i magików? Czy nie dlatego nawet ludzie, którzy stracili w s z y s t k o, lubili czasem usłyszeć jakiś żart albo udać się na kabaretowy występ? Nawet na najgorsze okoliczności niektórym ludziom udawało się spojrzeć spod przymrużonego zabawnie oka. I kto wie, może wówczas i to, co widzieli, stawało się odrobinę mniej przytłaczające.
Grainier - której tak rówieśnicy, jak i dorośli, często wytykali, że jest zbyt poważna, i że powinna czasem, na miłość boską, wrzucić na luz choćby na chwilę - serdecznie zazdrościła przyjaciółce tej umiejętności. W samej sobie nie umiała jej jednak wyhodować niezależnie od tego, jak wielu prób się do tej pory podjęła. Gdy Joe próbowała żartować - zwłaszcza z rzeczy obiektywnie poważnych - zazwyczaj wychodziło to płasko i w nieautentyczny, wymuszony sposób. Problem leżał jednak w tym, że i z powagą niekoniecznie było jej szczególnie do twarzy. Ostatecznie okazywało się, że Joe przez większość czasu wygląda po prostu na może i godną zaufania, ale jednocześnie i osobę dość zmęczoną, i smutną. Aż trudno jej było zrozumieć, co widział w niej ktoś tak pełen życia, jak Cassie.
Idąc za tą samą myślą, która teraz coraz silniej niepokoiła Layton, Joe z kolei uważała, że to brunetka o wiele bardziej niż ona sama zasługuje na szczęście. I na życie, w gruncie rzeczy. Gdyby zatem, w trudnych do wyobrażenia sobie, ale jednocześnie i nie kompletnie niemożliwych okolicznościach, stanęła kiedyś przed prostym trudnym wyborem, która z nich dwóch powinna zginąć, która zaś przetrwać, i żyć dalej, bez zawahania zgłosiłaby się na ochotnika na spotkanie ze Śmiercią. Może chodziło o jakiś rodzaj jej głupiego, psiego-niemal oddania, albo o dozę idealistycznego heroizmu i altruizmu, który - jako przyszły lekarz - wpisywała na szczyt swojej listy wartości. A może po prostu zdawało jej się to zwyczajnie o wiele bardziej sensownym wyborem. Cass, czego by o niej nie mówić, kochała życie. Oprócz skłonności do ładowania się w tarapaty, i podejmowania niekiedy całych serii błędnych decyzji, była pełna pasji i ekscytacji względem tego, co przyniesie kolejny dzień. Potrafiła walczyć o swoje, a także o to, co było dla niej najważniejsze; sposób, w jaki walczyła teraz o Carlosa, był tego najlepszym przykładem. A Joe? Chryste. Joe samej sobie wydawała się czasem jakimś wypadkiem przy pracy popełnionym przez los, skutkiem ubocznym relacji jej rodziców, w dodatku nieplanowanym. W ostatnim czasie coraz częściej dochodziła do konkluzji, że jest jedną z tych osób, które żyją nie z ciekawości, a z poczucia obowiązku. Skoro już się tu znalazła, równie dobrze mogła na coś się przydać światu. Ale gdyby ktoś dał jej wybór...
Sama nie była już pewna, czy chciałaby się w ogóle urodzić.

Teraz jednak, kompletnie wbrew jej woli, zamiast własnej egzystencji, miała w rękach cudzą, i to nie jedną. Wystarczyło jedno spojrzenie rykoszetujące w stronę Cassandry by zrozumieć, że brunetka liczy na Joe równie mocno, co sam Carlos. Jeden błąd, i Grainier stracić mogła dwie osoby za jednym zamachem, i o tyle, o ile utrata Salazara byłaby oczywiście tragedią, stracenie Cassie byłoby dla Joe jednoznaczne z końcem świata.
- Dobrze - powiedziała tym samym, zmęczonym tonem, którym raz po raz odpowiadała na zapewnienia Johnny'ego, że będzie pilnował odpowiednich dawek leków, ograniczał alkohol, chodził spać o rozsądniejszych porach, i jadł przygotowywane mu przez Joe posiłki nie przebierając w nich jak rozkapryszone i wybredne dziecko - Dobrze, Cass.
Czy jej wierzyła?
Było to pytaniem równie retorycznym, jak to, czy kiedy Layton nawali kolejny raz. I jakie tego konsekwencje poniesie tym samym nie wyłącznie brunetka, ale i Joe. Tak to przecież już w ich relacji było - czasem kończyło się szlabanem, narzuconym Joe przez ojca za konieczność ratowania Cassie, która władowała się w jakieś niespodziewane przygody. A czasem, najwyraźniej, szyciem rany postrzałowej na domowej podłodze - bez odpowiedniej asysty (z całym szacunkiem dla obecnej obok Layton), i bez znieczulenia.
- To nie takie trudne.
Joe nie mogła wiedzieć, że Carlos jakimś cudem znalazł w sobie siłę, aby podjudzać ją celowo, choć może jakąś cząstką swej podświadomości domyślała się męskiej manipulacji. Tak czy siak, zadziałało. Ten sam błysk ambicji i upartości, który przed chwilą rozjarzył się w jej tęczówkach, spiął teraz jej twarz w wyrazie niemal rozjuszonego skupienia. Boże, jakże ona miała dosyć mężczyzn, i to o ironio najczęściej dokładnie w wieku Salazara, powtarzających jej, że to, nad czym dwoiła się i troiła, wcale nie było taką znowu wielką sprawą? Ba, błahostką! Nieważne, że serce Joe szarpało się w jej piersi tak silnie, jakby planowało zaraz wyswobodzić się spoza prętów jej żeber.
Zamiast jak na ewidentne zagrożenie, Joe patrzyła teraz na zszywaną przez siebie ranę jak na problem do rozwiązania. Zadanie jak na egzaminie, z którym poradzić sobie musiała nie za sprawą zakreślającego właściwe odpowiedzi ołówka, ale z użyciem trzymanej w dłoni igły. Podpuchnięta tkanka, brzegi rany, napięcie skóry. Wszystko układało się w schemat, którego Joe uczyła się miesiącami, latami — na fantomach, na zdjęciach, na ciałach obcych osób. Zawsze była pierwsza na roku - przyszedł więc czas na praktyczny test umiejętności, i na wmówienie sobie, że stawka jest tylko troszeczkę wyższa, niż otrzymanie stypendium naukowego.
Igła przebiła skórę po raz kolejny, wchodząc w ciało pod odpowiednim kątem; pozostawało tylko znaleźć odpowiedni rytm, i wyprowadzić ostrze po drugiej stronie, tym samym przeciągając nić. Zaciągnąć i umocnić szew. Nie za mocno. Nie za luźno.
— Dokładnie tak... — mruknęła sama do siebie, cicho, oprócz ruchu dłoni, stabilizując też własny oddech. Krew mężczyzny wciąż się sączyła, ale znacznie wolniej. Kątem oka Joe widziała, że Carlos przestaje współpracować z własnym ciałem — zauważając to w napięciu jego mięśni, i w niekontrolowanym drżeniu ramienia. W sposobie, w który jego wzrok znów zaciągał się mgłą niby zimowy zmierzch.
— Nie — rzuciła ostro, przenosząc na niego twarde, nieznoszące sprzeciwu spojrzenie - Zostań. Jeszcze na moment. Patrz na mnie, rozumiesz? - We własnym głosie posłyszała nuty, których nie znała zbyt dobrze; jakby z jej wnętrza przemawiał ktoś zupełnie inny, ktoś pewny siebie, i swojego autorytety - Nie na sufit. Sufit jest nudny. - Kolejne wkłucie, i tym razem to finalne. Zupełnie, jakby i męskie ciało było tego świadome, jego skóra ustąpiła pod igłą z miękkim oporem, pozwalając Joe zacisnąć ostatni węzeł, i umocować go wyważonym ruchem. Zmrużyła oczy, wypychając powietrze przez nozdrza. Nie, nie było to arcydzieło, ale bynajmniej nie była to również kompletna fuszerka.
Joe sięgnęła po czysty bandaż, owijając ramię Carlosa prowizorycznym opatrunkiem, dokładnie, warstwa po warstwie, pilnując, żeby ucisk był wystarczający, ale nie odcinał krążenia. Potem odsunęła dłoń. Świat nie wrócił do normy, ale przynajmniej - choć na moment - przestał się rozpadać.

— Musimy go obserwować, Cass — Wydała kolejne polecenie, wycierając ręce w jeden z czystszych ręczników, choć jednocześnie miała poczucie, że jej dłonie nigdy nie będą już czyste Może odpoczywać, ale musimy budzić go co jakąś chwilę. I musisz dać mi znać natychmiast, gdyby zaczął odpływać, rozumiesz? — Upewniła się, świadoma, że i tak zaraz zaproponuje, że to ona, nie Cass, weźmie na siebie pierwszy dyżur przy Carlosie — Poza tym, będziemy regularnie sprawdzać temperaturę. Jak tylko... - mruknęła bardziej do siebie —...znajdę cholerny termometr. Jeśli zacznie rosnąć za szybko, to znaczy, że mamy problem.
Wierzchem dłoni, odgarnęła z czoła kosmyk włosów przyklejony do skóry potem. Potrzebowała prysznica, kawy, i cukru. I snu, choć miała teraz inne priorytety.
— Dasz radę się przespać? — Zwróciła się do przyjaciółki — Obudzę cię za dwie godziny.

Cassandra Layton Carlos Salazar

not with a bang but with a whimper

: pt kwie 17, 2026 4:00 am
autor: Cassandra Layton
Carlos po raz drugi obiecał, że wszystko będzie dobrze. Trzymała się tej obietnicy, bo musiała się trzymać czegokolwiek. Chociaż ojciec też kiedyś obiecał, że już więcej jej nie zostawi. I co? Joe miała wszystko pod kontrolą, więc Cassie pozwoliła sobie na moment odpłynąć myślami gdzieś daleko. Kto to zrobił? Co takiego zrobił Carlos, że ktoś musiał do niego strzelić? Choć dumnie przejął rolę ojca, w jej oczach nie był tak święty jak on. Martin nie mógł zrobić niczego, czego by mu nie wybaczyła. Carlos nie miał takiej ulgi. Myśl, że Carlos mógł dopuścić się czegoś złego, a ktoś po prostu zareagował w obronie własnej, przykleiła się do niej uporczywie. Przestań. Co ty za teorie budujesz? Przecież był dobrym człowiekiem, prawda? Robił dobre rzeczy. Zawsze mówił dzień dobry, nie pluł na chodnik. Prawda? Kwestia moralności nie dawała jej spokoju odkąd zaczęła terapię. Była też jednym z powodów, dla których z niej zrezygnowała. Zadawali jej tysiące pytań o dzieciństwo, o relację z rodzicami, i zawsze mieli te pełne współczucia miny, których szczerze nienawidziła. Ostrożnie dobierali słowa, próbując pomóc jej samodzielnie zrozumieć, co było źródłem problemu. Tylko Cassie była sprytniejsza. Potrafiła wyprzeć każdą ich sugestię.
Życie nie było sprawiedliwe, więc dlaczego od ludzi wymagano, żeby tacy byli? Czy nie każdy grzech dało się jakoś wytłumaczyć koniecznością, siłą wyższą, przed którą nikt nie był bezpieczny? Głęboko wierzyła, że wszystko, co robił tato, wynikało z przymusu. Nie dopuszczała do siebie myśli, że ojciec mógł lubić to życie, choć w gruncie rzeczy w tej kwestii byli do siebie podobni. Chwilami myślała, że celowo trzymali ją z dala od interesów, wiedząc, że puściłyby jej wszystkie hamulce. To ją fascynowało. Trochę przerażało, ale przede wszystkim dostarczało emocji. Adrenalina była lepsza od wszystkich narkotyków, jakich próbowała. Szukała jej wszędzie i w każdym, zaczepiała ludzi, wszczynała awantury, by choć przez chwilę ją poczuć. Dlatego okłamywała samą siebie, że ojciec naprawdę nie miał wyboru, bo obraz Martina jako dobrego człowieka był jej fundamentem. Bez niego cała ta krucha konstrukcja już dawno by runęła. I choć wobec Carlosa nie miała w sobie tyle wyrozumiałości, jakaś część niej i tak wierzyła, że był dobrym człowiekiem, którego źli ludzie zmusili do okropnych rzeczy. Przecież dla niej był dobry, opiekował się nią, a to nie było lada wyzwanie, nikt zły chyba nie chciałby takiego zadania. Z taką wersją wydarzeń byłaby w stanie wybaczyć mu niemal wszystko, tak samo jak oni musieli wybaczać jej. Jednak pytanie czy był dobrym człowiekiem, który czynił zło czy złym, który postępował dobrze nie pozwoli jej dzisiaj zasnąć.
Niewiele brakowało, a przez to zamyślenie przegapiłaby to, co właśnie rozgrywało się między nimi. Bo coś się tutaj wydarzyło. Wyrwana z myśli ostrym, świdrującym piskiem w uszach, zachłysnęła się powietrzem, jakby przez cały ten czas wstrzymywała oddech. Jeszcze bardziej się spięła, bo przecież to intuicja kazała jej być czujną. Cassandra była święcie przekonana, że posiada dar wyczuwania dobra i zła. Niejednokrotnie miała rację, okej były chwile gdy wymuszała te rację ładując się w kłopoty, ale często to nie była jej wina. Pisk w lewym uchu zwiastował coś dobrego, w prawym coś niedobrego. Kiedy ogłuszało ją z obu stron, znak był niejednoznaczny.
Podniosła gwałtownie głowę, przestraszona, że właśnie w tej sekundzie coś się wydarzy. Ale nie wydarzyło się nic poza spojrzeniem, które wymienili. Przechyliła głowę, niepewna, czy dobrze odczytała sytuację. Mogła to źle zinterpretować... ale przecież znała ich bardzo dobrze. To była jej jedyna przewaga. Oni byli sobie obcy, a Cassie wiedziała o nich sporo, nawet jeśli nie wszystko. Więcej o Joe, bo z niej nie trzeba było wszystkiego wyciągać siłą czy groźbą, a poza tym dzieliły niemal całe życie. O Carlosie słyszała od wielu osób (każdego kto był ich w domu i chciał rozmawiać z gówniąrą), zbierając okruchy informacji i męcząc go pytaniami, chcąc wiedzieć więcej, niż mógł jej powiedzieć. Martin nigdy nie umiał trzymać języka za zębami i czasami rzucił jakąś tajemnicą, taką, która by jej nie zabolała, a jedynie zaspokoiła ciekawość.
Przenosiła wzrok z jednego na drugie, zaintrygowana tą krótką chwilą. Uśmiechała się jak dziecko, które przyłapało dorosłych na czymś, czego nie powinno widzieć. To nie jej dotyczył ten znak. To nie w jej życiu miało się coś wydarzyć. A może jednak?
Joe, piszczy mi w uszach — oznajmiła tonem pogodynki zapowiadającej słońce burzę.
Joe zrozumie. Od dziecka tak miała. Raz zapiszczało jej w prawym uchu, a dwa dni później spadła z roweru i to wystarczyło, żeby uznała się za przyszłego mesjasza, wszechwiedzącą alfę i omegę. Kobieta musiała też cierpliwie wysiadywać, kiedy Cassie rozkładała przed nią karty i wertowała podręcznik, próbując zrozumieć, co ją czeka, gdy wylosowała Wieżę i Dziesięć Buław. Teraz od razu powiedziałaby jej, że ma po prostu przejebane. Już miała o coś zapytać, ale odpuściła sobie, przypominając ilość kokainy, jaką wcześniej wciągnęła w jej łazience. Może nie teraz. Później. Tak, później. Jak nie zapomni.
Zabrała Carlosowi butelkę alkoholu, bo po pierwsze — nie powinien pić, a po drugie — nie powinien pić sam. Ona też nie powinna, bo mieszanie źle się kończyło. Upiła z niej solidny łyk, krzywiąc się niemiłosiernie, bo kto normalny pije czystą wódkę? Całe szczęście nikt z nich nie był normalny. Kiedy Carlos zaczął odpływać, spoliczkowała go tak, jakby dramatyzował, a nie faktycznie walczył o życie. — Halo, nie odpływamy! — rzuciła, poprawiając go z drugiej strony.
Joe dokończyła swoje zadanie. Zszyła go, opanowała sytuację. Cassie nie poczuła ulgi. Jeśli już, to jeszcze większy niepokój na myśl o tym, co dalej. Dlaczego nikt nigdy nie dał jej gotowej instrukcji, co robić w takich chwilach? Kiedy ojciec żył, wszystko było prostsze. Cokolwiek się działo, miała dzwonić po Carlosa... albo Victorię. Kolejnego ducha, o którym pod żadnym pozorem nie wolno było rozmawiać. Bo o ile śmierć ojca była nieszczęśliwym wypadkiem, jej śmierć była zdradą. Potrzebowała jej, bardzo, a ona odeszła razem z nim. Udało jej się zastąpić ojca. To ona miała być starszą siostrą, tą, która poprowadzi ją za rękę, bo matka nie potrafiła. Jak mogła im to zrobić? Po prostu umrzeć. Bezczelna. A on? Jak mógł dać się postrzelić? Pff, dorośli. I to oni mieli czelność prawić jej morały. Chciała go nazwać hipokrytą, ale przyjaciółka trzymała ją blisko gruntu przypominając, że potrzebuje jej i to nie był czas na to. Niech tylko stanie na nogi.
To złość postawiła ją na nogi. Kazała jej wyjść z pomieszczenia i zacząć krążyć po kuchni w poszukiwaniu termometru, o którym wspomniała Joe. Gdzieś tu był. Widziała go już wcześniej. Powinna go znaleźć. Czy tylko jej się wydawało, czy ten dom nagle zamienił się w labirynt? Zgubiła się, choć wyszła zaledwie do kuchni. Nie umiała się już w nim odnaleźć, jakby przestał mieć dla niej miejsce. Kiedyś ten dom zbuntuje się przeciwko kolejnej tragedii, a jego filary, przesiąknięte cierpieniem, w końcu runą, grzebiąc ich wszystkich pod ciężarem tego, co się w nim wydarzyło. Ile jeszcze nieszczęść zdołają pomieścić te ściany?
Ja muszę iść! Nie mogę zostać, bo muszę umyć auto i... i jeszcze muszę... ja, yyy... muszę... — zaczęła się jąkać.
Nie wiedziała, co właściwie powinna teraz zrobić. Wiedziała tylko, że musi się ruszać, czymś zająć ręce i głowę. Nie mogła usiąść, bo ten resztkowy spokój rozpadłby się natychmiast. Dopiero co nad sobą zapanowała, a to nie był moment na płacz. Wróciła więc do salonu z samego poczucia obowiązku, odwracając głowę i zmuszając się do powolnych wdechów i wydechów. Rejestrowała wszystko wokół: książki Joe, notatki jej brata, zapalniczkę, świeczkę, którą kiedyś jej kupiła. Dotknęła oparcia kanapy, poduszek, własnych włosów posklejanych krwią, dłoni kobiety. Słyszała bicie swojego serca, cichy dźwięk wydany przez Carlosa, psa szczekającego za oknem. Czuła woń alkoholu i kadzidła, a na języku metaliczny smak krwi.
Joe, ja... kurwa, nie wiem co. Nie zasnę teraz. Mogę przy nim czuwać, to ja powinnam to robić. Ty idź odpocznij, proszę. Nie chcę cię tym bardziej obarczać. To mój obowiązek go przypilnować. Zrobiłaś już wystarczająco dużo.
Zmusiła się, żeby usiąść obok niego. Ostrożnie podniosła jego głowę i ułożyła ją sobie na kolanach. Nachyliła się i wyszeptała mu do ucha kolejne przeprosiny — za wszystko, co zrobiła, i za wszystko, czego nie zrobiła. Następne wyznania o tym, jak bardzo był dla niej ważny. Chciała, żeby cały czas czuł jej obecność, a kiedy otworzy oczy, zobaczył, że nie odeszła i była przy nim przez cały ten czas. Odgarnęła mu włosy z czoła. Spojrzała na Joe, żeby tym razem to ona dała jej instrukcje. Potrzebowała miski z letnią wodą i mydłem, czegokolwiek, czym mogłaby zmyć z niego brud. Obiecała, że posprząta ten bałagan, i akurat tego słowa zamierzała dotrzymać. Posprząta ten syf, umyje ich auta, odstawi je na miejsce, pojedzie do jego domu i podleje kwiaty. Zajdzie do Painted Lady, dopilnuje tego, czym miał zająć się on, a potem wróci i coś im ugotuje. Nie chciała już tu być, ale wiedziała, że on nie dojdzie do siebie tak szybko. A nawet jeśli odzyska przytomność, zapewne od razu zacznie się zarzekać, że wszystko jest już dobrze i może wracać do domu, a ona będzie musiała go powstrzymać. Może tak byłoby lepiej. Nie narażaliby Joe na to, że ktoś przyjdzie tu dokończyć porachunki. Nie mogła uciec. Nie dzisiaj, nie jutro. Musiała zostać pojutrze i popojutrze. Ona też czasami była potrzebna.

joe grainier Carlos Salazar