Si voy por ti o vienes corriendo
: śr mar 11, 2026 7:46 pm
Powiedział więc do słuchawki to, co Santiago mu kazał, znów starając się mówić na tyle głośno, żeby na pewno facet za nim go usłyszał. Nie był przekonany czy ten w ogóle robi sobie z tego cokolwiek, bo Alvaro odnosił wrażenie, że koleś po prostu mu nie wierzył albo jeśli nawet założył, że Salvatierra faktycznie na kogoś czeka i z kimś rozmawia, to nic sobie z tego powodu nie robił; wciąż był za blisko, wciąż się czaił i wciąż zdawał się nie spuszczać z niego wzroku.
Tłum, który utrudniał Santiago dostrzeżenie młodego, był właściwie jedynym czynnikiem, który sprawiał, że Alvaro czuł się teraz bezpieczniej. Miał jakieś takie poczucie, że teraz, gdy był pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi, to tamten koleś z alejki będzie trzymał się od niego z daleka, bo raczej nie będzie chciał, żeby dzieciak mu zrobił aferę, ściągając na nich obu uwagę tak przy okazji. Gdy ktoś próbuje wykorzystać to, że inna osoba jest od niego słabsza, bardziej pijana albo po prostu łatwiejsza do zmanipulowania z jakiegoś powodu, to taka osoba nie chce raczej, żeby cała uwaga otoczenia kierowała się na nią. W większości przypadków - chyba, tak w każdym razie sądził - tacy ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że ich zapędy nie są akceptowalne przez otoczenie, a im więcej oczu na nich patrzyło, tym większa szansa, że komuś wybitnie nie spodoba się to, co robią i że albo dostaną w pysk, albo wręcz trafią za kratki.
Serce zabiło mu szybciej, gdy usłyszał, że Santiago widział faceta z małpką i że zaraz tam podejdzie, bo jest niedaleko. Sam w takim razie też ruszył w kierunku faceta z małpką na ramieniu (swoją drogą, małpka wyglądała całkiem uroczo, miała na sobie ogrodniczki i zawiązaną pod szyją kokardkę, i choć organizacje działające na rzecz praw zwierząt pewnie byłyby innego zdania, to Alvaro uważał, że ta małpka jest przesłodka i gdyby był teraz w nieco innych okolicznościach, to totalnie chciałby mieć z nią zdjęcie).
Santiago pewnie mógł zacząć się niepokoić też tym, że Alvaro milczał przez chwilę, ale milczał dlatego, że wreszcie udało mu się wypatrzeć w tłumie znajomą sylwetkę, ewidentnie należącą do osoby, na którą czekał, więc ruszył w jej kierunku, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że może jednak wypadałoby się odezwać, żeby nie straszyć Santiago bardziej, niż to konieczne.
- Te veo, quédate donde estás, ya voy. - rzucił jeszcze do słuchawki, po chwili wymijając grupkę osób (większość balująca teraz na ulicach Buenos Aires to byli młodzi ludzie, wszyscy zapewne świętowali rozpoczęcie argentyńskich wakacji i koniec szkoły - przynajmniej na kilkanaście najbliższych tygodni, a to też na pewno sprawiało, że Santiago nie było tak znowu łatwo wypatrzeć Alvaro) i gdy znajdował się już raptem parę kroków od niego schował telefon do kieszeni, nie rozłączając jednak połączenia, a pozostałą odległość pokonał już biegiem. Gdy tylko dotarł do Santiago wpadł mu w ramiona, przytulając się do niego mocno i chowając twarz w jego koszuli. Trochę wbrew sobie poczuł, że z powodu wszechogarniającego go teraz poczucia ulgi po jego policzkach popłynęły łzy, ale nie kłopotał się w tym momencie z ich wycieraniem.
- Lo siento, Santiago... - wymamrotał w materiał jego koszuli, rozpaczliwie obejmując go za szyję i wtulając się tak mocno, jak tylko mógł. Drżał na całym ciele, zupełnie jakby było mu strasznie zimno (choć to drżenie wynikało głównie z mieszanki przerażenia i ulgi, którą właśnie poczuł), a gdy Santiago odsunął go od siebie choć trochę na pewno dostrzegł, że zarówno ubranie Alvaro jak i sam chłopak nie są w najlepszym stanie, a wszystkie jego zadrapania, siniaki, ślady mocnego uchwytu na szyi i zaschnięta krew na policzku, boku szyi i koszulce tworzyły razem niezbyt optymistyczny obraz tego, co mogło mu się przytrafić. Salvatierra jednak nie myślał o tym teraz, po prostu wtulał się w niego, drżąc i pociągając nosem, próbując się przy okazji jakoś uspokoić i nie płakać, bo przecież wszystko już było dobrze, więc czemu nagle teraz chciało mu się ryczeć i czemu nie potrafił pohamować cisnących mu się do oczu łez...?
Santiago de la Serna
Tłum, który utrudniał Santiago dostrzeżenie młodego, był właściwie jedynym czynnikiem, który sprawiał, że Alvaro czuł się teraz bezpieczniej. Miał jakieś takie poczucie, że teraz, gdy był pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi, to tamten koleś z alejki będzie trzymał się od niego z daleka, bo raczej nie będzie chciał, żeby dzieciak mu zrobił aferę, ściągając na nich obu uwagę tak przy okazji. Gdy ktoś próbuje wykorzystać to, że inna osoba jest od niego słabsza, bardziej pijana albo po prostu łatwiejsza do zmanipulowania z jakiegoś powodu, to taka osoba nie chce raczej, żeby cała uwaga otoczenia kierowała się na nią. W większości przypadków - chyba, tak w każdym razie sądził - tacy ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że ich zapędy nie są akceptowalne przez otoczenie, a im więcej oczu na nich patrzyło, tym większa szansa, że komuś wybitnie nie spodoba się to, co robią i że albo dostaną w pysk, albo wręcz trafią za kratki.
Serce zabiło mu szybciej, gdy usłyszał, że Santiago widział faceta z małpką i że zaraz tam podejdzie, bo jest niedaleko. Sam w takim razie też ruszył w kierunku faceta z małpką na ramieniu (swoją drogą, małpka wyglądała całkiem uroczo, miała na sobie ogrodniczki i zawiązaną pod szyją kokardkę, i choć organizacje działające na rzecz praw zwierząt pewnie byłyby innego zdania, to Alvaro uważał, że ta małpka jest przesłodka i gdyby był teraz w nieco innych okolicznościach, to totalnie chciałby mieć z nią zdjęcie).
Santiago pewnie mógł zacząć się niepokoić też tym, że Alvaro milczał przez chwilę, ale milczał dlatego, że wreszcie udało mu się wypatrzeć w tłumie znajomą sylwetkę, ewidentnie należącą do osoby, na którą czekał, więc ruszył w jej kierunku, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że może jednak wypadałoby się odezwać, żeby nie straszyć Santiago bardziej, niż to konieczne.
- Te veo, quédate donde estás, ya voy. - rzucił jeszcze do słuchawki, po chwili wymijając grupkę osób (większość balująca teraz na ulicach Buenos Aires to byli młodzi ludzie, wszyscy zapewne świętowali rozpoczęcie argentyńskich wakacji i koniec szkoły - przynajmniej na kilkanaście najbliższych tygodni, a to też na pewno sprawiało, że Santiago nie było tak znowu łatwo wypatrzeć Alvaro) i gdy znajdował się już raptem parę kroków od niego schował telefon do kieszeni, nie rozłączając jednak połączenia, a pozostałą odległość pokonał już biegiem. Gdy tylko dotarł do Santiago wpadł mu w ramiona, przytulając się do niego mocno i chowając twarz w jego koszuli. Trochę wbrew sobie poczuł, że z powodu wszechogarniającego go teraz poczucia ulgi po jego policzkach popłynęły łzy, ale nie kłopotał się w tym momencie z ich wycieraniem.
- Lo siento, Santiago... - wymamrotał w materiał jego koszuli, rozpaczliwie obejmując go za szyję i wtulając się tak mocno, jak tylko mógł. Drżał na całym ciele, zupełnie jakby było mu strasznie zimno (choć to drżenie wynikało głównie z mieszanki przerażenia i ulgi, którą właśnie poczuł), a gdy Santiago odsunął go od siebie choć trochę na pewno dostrzegł, że zarówno ubranie Alvaro jak i sam chłopak nie są w najlepszym stanie, a wszystkie jego zadrapania, siniaki, ślady mocnego uchwytu na szyi i zaschnięta krew na policzku, boku szyi i koszulce tworzyły razem niezbyt optymistyczny obraz tego, co mogło mu się przytrafić. Salvatierra jednak nie myślał o tym teraz, po prostu wtulał się w niego, drżąc i pociągając nosem, próbując się przy okazji jakoś uspokoić i nie płakać, bo przecież wszystko już było dobrze, więc czemu nagle teraz chciało mu się ryczeć i czemu nie potrafił pohamować cisnących mu się do oczu łez...?
Santiago de la Serna