well, this is awkward
: pt maja 01, 2026 12:29 pm
O ile do tej pory widocznie nie zakładał możliwości, że stojący przed nim facet miałby faktycznie użyć broni, tak… chyba już zdążył się przekonać, że ten nie miał z tym większego problemu. I oczywiście, że Dante nie miał w związku z tym większej ochoty na to, żeby sprawdzać, czy kolejny strzał również miałby trafić w jakiś mniej lub bardziej przypadkowy element otoczenia, czy może jednak w niego. Druga opcja jakoś tak niespecjalnie mogłaby przypaść mu do gustu, więc… może rzeczywiście warto byłoby wykazać się przynajmniej trochę większą współpracą. Albo przynajmniej od czasu do czasu ugryźć się w język, co może i nie było jego mocną stroną, ale w pewnych okolicznościach niewątpliwie mogłoby okazać się całkiem przydatne.
I chyba nawet faktycznie przynajmniej czasami potrafił zadbać o to, żeby nie odzywać się bez potrzeby. Co zresztą udowodnił, powstrzymując się od chyba dość oczywistej odpowiedzi na pierwsze zadane mu pytanie. A także – a może przede wszystkim – od tej trochę mniej oczywistej, która mogłaby nasunąć mu się na myśl jeszcze kilka chwil temu.
Mimowolnie znów skupił spojrzenie na broni, kiedy ta ponownie poruszyła się wraz z ręką tamtego. Dopiero po chwili, wychwytując sens kolejnych kierowanych do niego słów, przymknął na moment oczy, przecierając twarz rękoma i naprawdę starając się jakkolwiek skupić. Szkoda tylko, że ani wciąż całkiem daleki od trzeźwości stan, ani mający przed chwilą miejsce wyrzut adrenaliny, jakoś wcale temu skupieniu nie sprzyjały. Przypominaniu sobie jakichkolwiek szczegółów z poprzedniego wieczora i nocy – też niespecjalnie.
– Kręcił się tu dłuższy czas… I zmył się chyba jakoś nad ranem z paroma innymi osobami… – zmyślał, czy faktycznie cokolwiek jednak pamiętał…? Pewnie obie możliwości można byłoby uznać za równie prawdopodobne. Bo przecież mógłby po raz kolejny powtórzyć, że za cholerę nie pamiętał, co działo się w ciągu ostatnich kilku godzin, ale skoro do tamtego ewidentnie w żaden sposób to nie docierało… to chyba nie było sensu.
Choć jednak otwierał już usta, żeby dodać coś jeszcze, co ostatecznie odpuścił sobie, kiedy odruchowo zerknął w kierunku tego, co właśnie wylądowało na podłodze. Jasne, że okoliczności jakoś niekoniecznie sprzyjały wyłapywaniu szczegółów, ale… ten jeden akurat zdążył mu się rzucić w oczy.
Harrison.
Nazwisko było mu zdecydowanie zbyt dobrze znane, a on wciąż miał zbyt zamroczony umysł, żeby móc dojść do całkiem przytomnego wniosku, że równie dobrze mógł to być zwykły zbieg okoliczności. Albo, że mógł coś źle przeczytać przez tę krótką chwilę.
Tylko… czy jego wciąż chyba dziewczyna o dokładnie tym samym nazwisku, nie wspominała całkiem niedawno, że miała w Toronto brata, który pracował w policji…?
Kurwa mać.
Na dłuższą chwilę zawiesił spojrzenie na twarzy tamtego, być może doszukując się jakiegoś podobieństwa. Albo innego potwierdzenia dość oczywistych wniosków, które same nasunęły się po odczytaniu tego nieszczęsnego nazwiska.
– No jasne, kurwa, że akurat Harrison… – mruknął wreszcie, chyba bardziej do siebie i może nie do końca nawet świadomy, że faktycznie mówił to na głos. Przy okazji odwrócił na chwilę wzrok, tym razem zatrzymując go na stojącej nieco dalej butelce. Jeżeli zdarzył mu się już jakiś moment, w którym mógłby uznać, że potrzebował się napić bardziej niż teraz, to zdecydowanie trudniej było go sobie przypomnieć niż choćby tego cholernego Scotta, o którego tak usilnie dopytywał Harrison.
David Harrison
I chyba nawet faktycznie przynajmniej czasami potrafił zadbać o to, żeby nie odzywać się bez potrzeby. Co zresztą udowodnił, powstrzymując się od chyba dość oczywistej odpowiedzi na pierwsze zadane mu pytanie. A także – a może przede wszystkim – od tej trochę mniej oczywistej, która mogłaby nasunąć mu się na myśl jeszcze kilka chwil temu.
Mimowolnie znów skupił spojrzenie na broni, kiedy ta ponownie poruszyła się wraz z ręką tamtego. Dopiero po chwili, wychwytując sens kolejnych kierowanych do niego słów, przymknął na moment oczy, przecierając twarz rękoma i naprawdę starając się jakkolwiek skupić. Szkoda tylko, że ani wciąż całkiem daleki od trzeźwości stan, ani mający przed chwilą miejsce wyrzut adrenaliny, jakoś wcale temu skupieniu nie sprzyjały. Przypominaniu sobie jakichkolwiek szczegółów z poprzedniego wieczora i nocy – też niespecjalnie.
– Kręcił się tu dłuższy czas… I zmył się chyba jakoś nad ranem z paroma innymi osobami… – zmyślał, czy faktycznie cokolwiek jednak pamiętał…? Pewnie obie możliwości można byłoby uznać za równie prawdopodobne. Bo przecież mógłby po raz kolejny powtórzyć, że za cholerę nie pamiętał, co działo się w ciągu ostatnich kilku godzin, ale skoro do tamtego ewidentnie w żaden sposób to nie docierało… to chyba nie było sensu.
Choć jednak otwierał już usta, żeby dodać coś jeszcze, co ostatecznie odpuścił sobie, kiedy odruchowo zerknął w kierunku tego, co właśnie wylądowało na podłodze. Jasne, że okoliczności jakoś niekoniecznie sprzyjały wyłapywaniu szczegółów, ale… ten jeden akurat zdążył mu się rzucić w oczy.
Harrison.
Nazwisko było mu zdecydowanie zbyt dobrze znane, a on wciąż miał zbyt zamroczony umysł, żeby móc dojść do całkiem przytomnego wniosku, że równie dobrze mógł to być zwykły zbieg okoliczności. Albo, że mógł coś źle przeczytać przez tę krótką chwilę.
Tylko… czy jego wciąż chyba dziewczyna o dokładnie tym samym nazwisku, nie wspominała całkiem niedawno, że miała w Toronto brata, który pracował w policji…?
Kurwa mać.
Na dłuższą chwilę zawiesił spojrzenie na twarzy tamtego, być może doszukując się jakiegoś podobieństwa. Albo innego potwierdzenia dość oczywistych wniosków, które same nasunęły się po odczytaniu tego nieszczęsnego nazwiska.
– No jasne, kurwa, że akurat Harrison… – mruknął wreszcie, chyba bardziej do siebie i może nie do końca nawet świadomy, że faktycznie mówił to na głos. Przy okazji odwrócił na chwilę wzrok, tym razem zatrzymując go na stojącej nieco dalej butelce. Jeżeli zdarzył mu się już jakiś moment, w którym mógłby uznać, że potrzebował się napić bardziej niż teraz, to zdecydowanie trudniej było go sobie przypomnieć niż choćby tego cholernego Scotta, o którego tak usilnie dopytywał Harrison.
David Harrison