but baby, that is just how it has to be
: pn mar 23, 2026 12:14 am
Czekał.. Na Cath? Chyba tak. Gapił się w chodnik, a mimo, że siedział na dupie, ten i tak się dwoił, troił, kręcił, ani na moment nie chcąc pozostać w jednym miejscu. Nie było dobrze. Nic nie było dobre. Całe dobro, które kiedyś miał, zostawił tam na piętrze, w mieszkaniu o numerze 13. Wow, gdyby mógł się skupić i stworzyć w głowie konstruktywną myśl, może nawet uznałby to za ironicznie zabawne.
Nie miał nic. Było mu zimno. Oczy paliły od słonych łez. Był głodny i było mu niedobrze w tym samym momencie. Kręciło mu się w głowie, a każdy kawałek jego ciało boleśnie wydawał się ważyć dziesięć razy więcej, niż zwykle. Po co się starać? Wszystko dla czego chciał się starać, zostało z Holloway, która go nie chciała. Mądra dziewczyna, on też by się nie chciał. Był sam, na zimnym schodku, cierpiąc z własnej głupoty, złamanego serca i to wszystko było jego winą.
Ktoś wszedł w jego przestrzeń. Ktoś złapał jego twarz.
Błękitne oczy, które będą go nawiedzać do końca marnego życia.
"Lexie.."
Ciepłe usta na jego, czułe i delikatne.
Dlaczego?
Nie oddał pocałunku, prostując się tak raptownie, że musiał podeprzeć się dłońmi z tyłu, żeby się nie wyjebać. Łokcie ugieły się pod nim lekko, ale utrzymały jego ciężar, pozwalając, by wpatrzył się w kobietę, którą kochał, dla której chciałby wszystko naprawić... A która przecież kazała mu wyjść. Odepchnęła na sam skraj desperacji. Teraz miała czelność biec za nim i go całować? Trochę za mało i za późno.
- Kocham cię... Dlaczego mi to robisz? Czy ty naprawdę nie masz serca? - głos miał oschły, bolesny grymas wykrzywiał jego twarz. Powiedział wszystko. Złapał się każdej brudnej zagrywki, która mogła u przyjść do zmęczonej głowy.. I dopiero, kiedy pieprznął drzwiami, tracąc kontrolę, biegła za nim, żeby co właściwie? Żeby dalej się przed nią płaszczył i błagał? Żeby prosił, skomlał, rozpadał się przed nią kawałek po kawałku, by dała mu chociażby ochłap czułości i wsparcia, w najniższym momencie życia?
Za późno.
Już nie miał niczego, co mógłby jej dać.
vita holloway
Nie miał nic. Było mu zimno. Oczy paliły od słonych łez. Był głodny i było mu niedobrze w tym samym momencie. Kręciło mu się w głowie, a każdy kawałek jego ciało boleśnie wydawał się ważyć dziesięć razy więcej, niż zwykle. Po co się starać? Wszystko dla czego chciał się starać, zostało z Holloway, która go nie chciała. Mądra dziewczyna, on też by się nie chciał. Był sam, na zimnym schodku, cierpiąc z własnej głupoty, złamanego serca i to wszystko było jego winą.
Ktoś wszedł w jego przestrzeń. Ktoś złapał jego twarz.
Błękitne oczy, które będą go nawiedzać do końca marnego życia.
"Lexie.."
Ciepłe usta na jego, czułe i delikatne.
Dlaczego?
Nie oddał pocałunku, prostując się tak raptownie, że musiał podeprzeć się dłońmi z tyłu, żeby się nie wyjebać. Łokcie ugieły się pod nim lekko, ale utrzymały jego ciężar, pozwalając, by wpatrzył się w kobietę, którą kochał, dla której chciałby wszystko naprawić... A która przecież kazała mu wyjść. Odepchnęła na sam skraj desperacji. Teraz miała czelność biec za nim i go całować? Trochę za mało i za późno.
- Kocham cię... Dlaczego mi to robisz? Czy ty naprawdę nie masz serca? - głos miał oschły, bolesny grymas wykrzywiał jego twarz. Powiedział wszystko. Złapał się każdej brudnej zagrywki, która mogła u przyjść do zmęczonej głowy.. I dopiero, kiedy pieprznął drzwiami, tracąc kontrolę, biegła za nim, żeby co właściwie? Żeby dalej się przed nią płaszczył i błagał? Żeby prosił, skomlał, rozpadał się przed nią kawałek po kawałku, by dała mu chociażby ochłap czułości i wsparcia, w najniższym momencie życia?
Za późno.
Już nie miał niczego, co mógłby jej dać.
vita holloway