Strona 2 z 2

Velvet mirage.

: śr maja 20, 2026 2:56 pm
autor: Enzo Lawrence
Zaskoczenie? Prawdopodobnie je wywołał. Cisza niepodobna do Eleny, którą zdążył poznać, była jednoznaczna z zaskoczeniem. Do tej pory mówiła całkiem sporo, próbowała udowodnić mu swoją wyjątkowość i podkreślić swój status i być może by jej się udało... Gdyby faktycznie był jednym z przypadkowych facetów, który za cel obrał sobie usidlenie Santorini. Najmniej zależało mu na kolacji czy spędzeniu z nią tych kilku urzekających minut; najlepiej w pokoju hotelowym, albo w innym miejscu. To nie było do niego podobne. Na ogół nie poświęcał swojego czasu komuś, kogo uważał po prostu za atrakcyjnego. Musiał mieć powód, by zainteresować się kimś na dłużej. Ojciec nie był tym powodem. Lorenzo po prostu wolał mieć to z głowy. Miał ocenić sytuację, zdać raport i jego praca miała się na tym zakończyć. Oczywiście nie planował wydawać Santorini. Miał swój honor i to przede wszystkim nim zamierzał się kierować. Nie odczuwał wewnętrznej potrzeby wytępienia problematycznego rodu. Wolał zająć się swoim życiem i przestać robić za chłopca na posyłki. Tyle, że Elena go nie znała – i nie wiedziała, że niezależnie od tego, czego się o niej dowie, postąpi według swojej słuszności, nie ojca. Najwidoczniej intuicja Eleny, ta niepewność rozlewająca się tuż pod powierzchnią skóry, była usprawiedliwiona. Nawet jeśli chciała zapomnieć o przeszłości, uwolnić się od niej — nie pozwalało jej na to nazwisko. Ciążąca nad nim klątwa nie była litościwa. Niezależnie od tego, dokąd planowała się udać, ani od tego, kto sprawował nad nią opiekę, wciąż była pod ostrzałem. I tak dość długo udawało jej się uniknąć spotkania z przeznaczeniem i śmiercią bliskich. Przeszłość wracała jak fala, odbijała się od brzegów, kształtowała krajobraz. Rozumiał, do czego dążył jego ojciec; Elena, przebywając pod opieką Salvatore, była chroniona przez Ndranghetę. Cosa Nostra próbowała przejąć teren, wpływy. Wszystko ostatecznie zmierzało w kierunku mafijnych porachunków; zarówno tych we Włoszech, jak i w Kanadzie.
Wyścigi motocyklowe oczywiście nie pasowały do statusu Eleny. Ani do jej wyglądu, ani zachowania. Wyglądała na taką, która wolałaby zjeść kolację w drogiej restauracji i napić się kilku smacznych drinków. Rzucił tą propozycją, bo z doświadczenia wiedział, że pozory myliły. Testował ją i sprawdzał, jakby na podstawie udzielonych przez nią odpowiedzi, tworzył w myślach zarys jej osobowości. Teraz pozostało mu czekać na pytania, bo zapewne miała ich sporo. Pytania, prowokacje, c o k o l w i e k, co pomogłoby mu określić, czy zaczynało do niej docierać, że nie była tak do końca bezpieczna. Wszedł w jej przestrzeń i życie bez żadnego pytania, być może przywołując tą szczerością nieprzyjemne wspomnienia, lęki czy obawy.
Pierwsze padło pytanie o Giovanniego. Udzielił na nie odpowiedzi przeczącym ruchem głowy. Jeśli miała ochotę do niego dzwonić, śmiało mogła to zrobić — co by mu powiedziała? Że obcy facet zagaduje do niej pod teatrem i wywołuje jego nazwisko? Że czuje się zagrożona? Poczuł się nawet zaintrygowany.
No, non mi ha mandato Giovanni. Se vuoi, chiamalo. Che cosa gli dirai? — przechylił głowę w bok, mierząc ją spojrzeniem ciemnych oczu w taki sposób, jakby próbował ściągnąć z niej każdą z warstw bez użycia rąk. Śmiałym ruchem dłoni zachęcił ją do wykonania telefonu. Dlaczego odwlekała? Jeśli zamierzała się go pozbyć, to miała ku temu idealną okazję — zakładając, że Giovanni faktycznie jakoś by zareagował i potraktował sytuację poważnie.
Elena ponownie postanowiła przyjąć taktykę butności. Zadarła podbródek, próbując ukryć przed nim swoje wątpliwości. Doceniał to. Naprawdę. Wciąż była odważna, jakby nie dopuszczała do siebie myśli, że gdyby był tym, za kogo go uważała, spoglądałaby teraz w oczy śmierci. Kogoś, kto mógłby się stać jej oprawcą. Kąciki ust Enzo uniosły się w delikatnym uśmiechu, gdy w cholernie śmiałym, prowokacyjnym geście, ujął jej podbródek między dwa palce i przesunął kciukiem po jej dolnej wardze.
— Posso essere il tuo carnefice oppure qualcuno che ti aiuterà a evitare guai. Scegli tu — wyszeptał niemal czule, jakby nie mówił o śmierci ani kłopotach, lecz o czymś niebezpiecznie przypominającym wyznanie. Gdyby przed nim stała jakakolwiek inna kobieta, zapewne uległaby miękkości jego akcentu i temu niskiemu głosowi, który potrafił zamieniać groźby w obietnice. Uwierzyłaby, że właśnie oferuje jej oddanie, a nie wybór między katastrofą a ocaleniem. Ale Elena rozumiała go aż za dobrze.

Czy była zainteresowana rolą w tym spektaklu?


Destino

Velvet mirage.

: pn maja 25, 2026 11:36 pm
autor: Elena Santorini
Honor w ich branży był bardzo skomplikowanym zagadnieniem.
Jej ojciec lubił o nim wspominać. Powoływał się na niego jak na ostateczny argument, który uzasadniał podejmowane przez niego decyzje. Niejednokrotnie dzięki temu znajdował powód, by pozbyć się kogoś, kto już wcześniej mu się naprzykrzał, odnajdując ujmę w czymś, co inni nazwaliby wyłącznie nietaktem. Nie wątpiła, że pod tym honorem chował się pewien kodeks zachowań, którym kierował się przez lata, który można było uznać za szlachetny.
Jeśli tkwiło się po odpowiedniej stronie.
Honor w jej Włoskich kręgach był jedynie narzędziem, używanym do osiągania własnych celów lub ochrony najbliższych. Nie wątpiła, że jej samo istnienie nie było ujmą na honorze Enzo - kimkolwiek był - ale nie posądzała go o posiadanie honoru, który mógłby działać jej na korzyść.
Wręcz przeciwnie, w jego dłoniach mógł być wyłącznie bronią.
Przez myśl przeszło jej, że mógł wysłać go Giovanni. Jej kuzyn był osobą specyficzną w każdym tego słowa znaczeniu - oraz, szczęście w nieszczęściu, skuteczną w działaniu. Mknące przez jej głowę w zawrotnym tempie myśli sięgnęły rejonów, w których mógł wysłać tego mężczyznę by ją nastraszyć. Zmusić, by wyznała mu wszystkie detale pamiętnej nocy, w której to krew jej bliskich została przelana, a jej udało się umknąć.
Spoglądając jednak w oczy Lorenzo nie była tego wcale taka pewna.
Ale to musiałoby oznaczać, że przybył z drugiej strony. Od konkurencji, od tych, których ostrze zagłębiło się w jej brzuchu i wyłącznie łutem pieprzonego pecha szczęścia ominęło witalne organy. A skoro przybył tu, by dokończyć robotę, dlaczego w ogóle borykał się z prowadzeniem z nią rozmowy?
Dlaczego zwyczajnie nie wyeliminował jej tu i teraz?
Nawet nie drgnęła, gdy w tej nieistotnej odległości uniósł w jej stronę rękę. Jej podbródek zadarł się jeszcze wyżej nim w ogóle dotknęły go męskie palce - ciemne tęczówki wpatrywały się butnie w uśmiech, który wykwitał na ustach mężczyzny. Choć jej serce waliło jak oszalałe, choć szpony paniki zaciskały się na jej sercu, na jej trzewiach, choć każdy nerw w jej ciele podpowiadał ucieczkę, jej klatka piersiowa wciąż tkwiła wypięta ku górze.
Nie zamierzała umierać jako tchórz.
Znała swoją wartość. Wiedziała, kim była. Choć umknęła raz śmierci, czuła jej oddech na swoim karku każdego dnia. Każdego ranka, wyglądając przez okno jej mieszkania w nieciekawej dzielnicy, każdego wieczora wracając po zmroku i zerkając na zaparkowane przed blokiem samochody.
Śmierć podążała za nią od roku. Bała się jej, bała się ciemności, która miała nadejść wraz z nią, ale na swój sposób się jej s p o d z i e w a ł a.
Jej wzrok taksował spojrzenie nieznajomego - spojrzenie, którym z pewnością powalał niejedną kobietę w swoim życiu, a które teraz natrafiało na zimną maskę wymalowaną na jej twarzy. Jego słowa wzbudziły w niej iskierkę zaskoczenia, gdzieś głęboko w jej wnętrzu, pod warstwą strachu i przekonania o własnym końcu. Brakowało im ostateczności, której się spodziewała.
Zignorowała głęboką, tchórzliwą potrzebę wykręcenia numeru do Giovanniego, choć telefon tkwił w jej ręce. Z drugiej dłoni wypuściła ukradzionego papierosa, zdeptała go podeszwą swojego buta.
- Nigdy nie byłam na wyścigach motocyklowych - odpowiedziała, jej głos wybrzmiał pewnie choć warga zadrżała na pierwszym słowie. - Chętnie je zobaczę.

messaggero