Strona 2 z 2

this wasn’t the plan

: wt mar 31, 2026 8:59 pm
autor: Dante Levasseur
W przeciwieństwie do niego, potrafiła przynajmniej całkiem jasno wyrazić to, co siedziało jej w głowie. Choć w tym przypadku poprzeczka raczej nie była zawieszona zbyt wysoko – nie, kiedy Dante miał póki co spore trudności z jakimkolwiek poukładaniem wszystkiego tego, co kotłowało mu się pod czaszką. O wyrażaniu czegokolwiek – a już w szczególności takim, które miałoby jakikolwiek sens i mogłoby być zrozumiałe dla innych – nie mogło być więc mowy. I pewnie wciąż nie byłoby na to większych szans, gdyby to właśnie Elsa nie wykazała się dostatecznym uporem, by rzeczywiście nakłonić go do zdecydowania się na coś zamiast trwania w jakimś idiotycznym zawieszeniu, w którym sam nie wiedział, czego mógłby chcieć.
A przecież to akurat okazywało się nagle zadziwiająco proste – przynajmniej w chwili, kiedy zdecydował się przyciągnąć ją do siebie i kiedy nie spotkał się z jakimkolwiek protestem z jej strony. Ani też chęcią posłużenia się tą wspomnianą już prostownicą. A przynajmniej… niekoniecznie w kontekście, w jakim wymieniona została w ich rozmowie po raz pierwszy…
Nawet gdyby chciał, pewnie i tak nie dałby rady powstrzymać się przed wymownym uniesieniem brwi na tę wzmiankę o kablach i ich różnorodnych funkcjach. Tak rzecz miała się z lekkim uśmiechem, jaki w tym samym momencie wykwitł na jego twarzy.
Związać…? – o ile duszenie wciąż nie wydawało się zbytnio atrakcyjną opcją, tak tej najwyraźniej nie sposób byłoby w żaden sposób nie skomentować. – Nie pamiętam, żeby kręciły cię takie zabawy, ale… nie brzmi najgorzej.
Choć może jednak przynajmniej raz lub dwa – ewentualnie kilkanaście – zdarzało jej się grozić mu w przeszłości przywiązaniem do krzesła, jeśli bez tego nie potrafiłby przynajmniej przekonująco udawać, że stara się skupić na tym, co ona usiłowała mu bezowocnie tłumaczyć. I oczywiście, że tak wtedy, jak i teraz więcej było w tym żartobliwej nuty niż faktycznej groźby, czy chęci wypróbowania nowych upodobań… Nawet jeśli z drugiej strony wcale nie musiało to oznaczać, że miałby jakoś przekonująco protestować, jeśli naprawdę zdecydowała się zaprezentować mu takie właśnie zastosowanie kabla od suszarki, prostownicy, czy innej lokówki. Zwłaszcza w momencie, kiedy znajdowała się tak blisko, on zdążył już uświadomić sobie jakim idiotą był chcąc uciekać jeszcze kilka chwil temu i… kiedy wyjątkowo łatwo byłoby zgodzić się niemal na wszystko, w dodatku bez większego namysłu.
To… – nadal jednak próbował odpowiedzieć na jej kolejne słowa, odpuszczając to sobie jednak w chwili, kiedy ich usta ponownie się spotkały. Odwzajemniając jej pocałunek, nie mógł oczywiście w żaden sposób wynagrodzić jej tych kilku lat bez jakiegokolwiek znaku życia, ale mógł przynajmniej w jakimś stopniu zrekompensować jej tę idiotyczną reakcję sprzed paru chwil. I chociaż jeszcze do niedawna faktycznie mógł mieć jakieś wątpliwości co do tego, czego miałby chcieć, w tym jego geście z całą pewnością ich nie było. Nie miał zamiaru zmieniać zdania, ponownie uciekać i… jeszcze przez chwilę, kiedy już znowu dzieliło ich ledwie kilka milimetrów, nie miał zamiaru odsuwać się od niej bardziej.
Cieszę się, że nie dałaś mi tak po prostu wyjść – przyznał, zanim raz jeszcze krótko musnął jej wargi własnymi i odsunął się jeszcze odrobinę. W końcu… gdyby nie to, że w przeciwieństwie do niego przynajmniej potrafiła – całkiem głośno i wyraźnie – powiedzieć, co chodziło jej po głowie, najpewniej rzeczywiście wyszedłby z jej salonu, wierząc w tym konkretnym momencie, że byłoby to najlepsze możliwe rozwiązanie. I nawet jeśli pewnie szybko zdążyłby go pożałować, znów najprawdopodobniej zabrakłoby mu sensownego pomysłu na to, jak mógłby to naprawić. Bo to zawsze był największy problem – naprawianie tego, co bardzo łatwo udawało się spieprzyć.
I… pamiętasz jeszcze, że czeka na ciebie obiad…? – kolejne zdanie musiało już zostać ozdobione charakterystycznym uśmiechem i wypowiedziane pasującym do niego, nieco rozbawionym tonem. Zwłaszcza, że nawet jeśli rzeczywiście nie miał zbytnio ochoty ani na to, by zabierać ręce, które całkiem wygodnie ulokowały się na jej biodrach, ani jakkolwiek dalej się od niej odsuwać, to… w końcu właśnie ten nieszczęsny, najpewniej całkowicie już zimny i nieco zapomniany obiad miał być przecież głównym powodem, dla którego w ogóle tutaj przyszedł. Lub raczej – główną wymówką.

Elsa Eriksen

this wasn’t the plan

: wt mar 31, 2026 10:06 pm
autor: Elsa Eriksen
Nie zamierzała zmuszać go do widowiskowych, a jednocześnie komicznych przeprosin w postaci padania na kolana i błagania o wybaczenie. Tak samo jak nie wymagała od niego niewiadomo jakich deklaracji. Minęło trochę czasu od ich ostatnich randek, wspólnego trzymania się za rękę i zwykłych wieczorów spędzonych tylko we dwoje, więc nie było jakimś wielkim zaskoczeniem, że siłą rzeczy się zmienili, w mniejszym bądź większym stopniu. Dlatego na górnolotne słowa sama uważała, że było jeszcze za wcześnie. Ona również nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić czy nadal darzyła tego gamonia tą samą miłością co w liceum, ale postanowiła ufać swojemu sercu, które jak zerwane ze smyczy gnało ku niemu, gdy tylko był w zasięgu wzroku. Musieli na nowo się poznać, nawet jeśli usta zdawały się nadal idealnie do siebie pasować, a rytm wydobywający się z ich piersi grał identyczną melodię. A przynajmniej tak to sobie tłumaczyła.
I chyba takie randkowanie na nowo sprawiało, że czuła jeszcze większą ekscytację. Bo niby znali się kupę czasu, a jednak wszystko było takie nowe, świeże… z podniecającym dreszczykiem emocji.
— To później pozwolę ci sobie przypomnieć jakie zabawy mnie kręciły. — Uśmiechnęła się niewinnie, postanawiając pociągnąć już ten jego żarcik. Teraz nie ślęczyli nad książkami, nie mieli za priorytet zdanie przez Dantego choćby na tróję zbliżającego się sprawdzianu z fizyki, więc takie związywanie mogłoby mieć inne, zdecydowanie ciekawsze zastosowania. Chociażby sprawienie, że zostanie i przestanie myśleć o ucieczce. A jeśli taki pomysł znów pojawi mu się w tym kędzierzawym łbie, to tym razem uwzględni ją w swoich planach.
Czując jak odwzajemnia pocałunek, stanęła na palcach, aby być jeszcze bliżej niego i z większą pewnością siebie pogłębić ofiarowaną pieszczotę. Napięcie, które jeszcze nie tak dawno było wyczuwalne w ich postawie, słowach i chyba przede wszystkim w krzykach Elsy, powoli wyparowywało z każdą sekundą, w której pozwalali sobie być po prostu tak blisko. A Norweżka czuła się tak lekko, że miała wrażenie, że zaraz do niego odfrunie jak mały, kolorowy koliberek. Stawała już na samych czubkach palców! Wszystko, aby być jak najbliżej.
Niechętnie więc przystała na to, że pocałunek musiał się skończyć, nawet jeśli zaraz Dante zrekompensował jej to kolejnym, krótkim muśnięciem. Ale mimo to ciężko było ściągnąć z jej ust ten szeroki uśmiech. Ciężko było zgasić iskierki w tych sarnich oczach, które z radością wpatrywały się w chłopaka.
— Z korepetycji też nie mogłeś od tak wyjść… cieszę się, że nadal mam ten dar przekonywania i że nadal się jako tako słuchasz. — Zaśmiała się cicho, zsuwając powoli dłonie na jego klatkę piersiową, o którą po chwili zaczęła zaczepnie uderzać palcami.
I już była gotowa, aby ze śmiertelną powagą odpowiedzieć, że straciła ochotę na jedzenie, wszystko po to, by jak najdłużej zostać w jego ramionach, ale nie najcichsze burczenie w brzuchu pokrzyżowało jej plany. Obstawiała, że po takim supporcie to Dante jej raczej nie uwierzy w brak apetytu.
— Odgrzeję nam w mikrofali… i zaparzę herbaty — wymruczała tuż przy jego wargach, aby zaraz ostatni raz skraść mu buziaka i skocznym krokiem polecieć na zaplecze, zgarniając wcześniej z blatu recepcji pudełka z logiem wegańskiej knajpy.
W pomieszczeniu socjalnym, Elsa przerzuciła ich posiłki na talerze i wsadziła do mikrofali, w tym samym czasie czekając aż woda w czajniku się zagrzeje i będzie mogła zalać nią torebki jaśminu, bo przecież jakiej innej można było się spodziewać w jej salonie?
— FAEN! — zabluzgała siarczystą, norweską kurwą, czując okropny ból lewej dłoni. Podczas zalewania herbaty, szklanka, którą trzymała w ręce, pękła, a cały wrzątek rozlał się nieprzyjemnie po jej dłoni, parząc skórę i wywołując natychmiastowy, ostry ból. Elsa pisnęła, cofając rękę gwałtownie i potrząsając nią, próbując pozbyć się resztek wrzątku. Jej serce zabiło mocniej, a usta mimowolnie wykrzywiły się w grymasie złości i frustracji.
— Faen, Faen, faen! — powtórzyła, już bardziej pod nosem, próbując ochłonąć. Skóra na dłoni zaczynała się czerwienić, a ona instynktownie przycisnęła ją do siebie, żeby złagodzić pieczenie.

Dante Levasseur

this wasn’t the plan

: śr kwie 01, 2026 4:51 pm
autor: Dante Levasseur
Chyba rzeczywiście – tak kiedyś, jak i teraz – potrafiła całkiem skutecznie nakłonić go do pozostania w miejscu. Nawet w sytuacjach, w których niekoniecznie mógł mieć na to ochotę, jak to było choćby z tymi nieszczęsnymi korepetycjami. Przynajmniej na samym początku ich znajomości – w późniejszym czasie ani wytrwanie na nich, ani nawet samo przyjście zdecydowanie nie stanowiło już większego problemu. W przeciwieństwie do skupiania się na tym, na czym faktycznie podobno powinien
Widocznie dalej masz całkiem dobre argumenty – choć trudno chyba byłoby jednoznacznie stwierdzić, czy groźba związania faktycznie się do nich zaliczała. I może jednak nie do końca w każdej sytuacji były one w stanie zadziałać, skoro mimo wszystko zdecydował się na ten swój wyjazd parę lat wcześniej. Ale… to zdecydowanie nie było coś, czym warto byłoby zajmować się aktualnie – zwłaszcza gdy wreszcie udało im się rzeczywiście całkiem skutecznie przegnać tę daleką od jakkolwiek swobodnej atmosferę…
Może nawet byłby gotów nie kwestionować tego, że w zasadzie wcale nie była głodna i że nijak nie interesował jej już ten nieszczęsny obiad. Skoro dzięki temu miałaby jeszcze chwilę dłużej zostać tuż obok, pewnie nie byłoby nic złego w odłożeniu jedzenia na jeszcze nieco później. Skoro jednak jej żołądek postanowił odpowiedzieć za nią… trudno już byłoby to tak po prostu zignorować. Dlatego też nie zamierzał jej w żaden sposób zatrzymywać, kiedy zdecydowała się zająć herbatą i odgrzewaniem jedzenia. Chociaż odprowadzając ją spojrzeniem, wciąż nie mógł w żaden sposób zrozumieć, jakim cudem jeszcze tych kilka chwil temu mógł być absolutnie przekonanym, że najlepszym co mógłby zrobić, byłoby po prostu wyjście z salonu… Najwyraźniej niektórymi idiotycznymi pomysłami nadal był w stanie zaskoczyć nawet samego siebie…
Zdążył jedynie kontrolnie zerknąć w stronę Murphy’ego, przez moment przyglądając się wysiłkom zwierzaka, który usiłował właśnie wcisnąć się jak najdalej pod kanapę, najpewniej w poszukiwaniu kolejnych skarbów, które mógłby tam znaleźć. I chyba nie było konieczności, by przerywać mu to zajęcie. Zwłaszcza, że wciąż nie groziło to dewastacją salonu i… nie minęło wiele czasu, zanim zaplecza rozległ się głos Elsy. Bez większego namysłu, za to z wyraźnym pośpiechem – bo wykrzyczane po norwesku przekleństwo jasno sugerowało, że ten był jak najbardziej wskazany – skierował się we właściwą stronę.
Co się… – nie dokończył, orientując się w sytuacji zanim miałby zadać swoje pytanie do końca. Ta zresztą wydawała się przecież całkiem jasna – Elsa przyciskająca zaczerwienioną rękę do siebie, pęknięty kubek i rozlany wrzątek… wszystko to całkiem jasno przedstawiało odpowiedź na niezadane pytanie. – Kurwa…
I chociaż dorzucony do norweskich, angielski odpowiednik pewnie całkiem nieźle mógł zastaną sytuację podsumowywać, to raczej nie do końca wystarczył jako jej rozwiązanie. Wciąż więc działając poniekąd instynktownie, Dante chwycił lekko jej nadgarstek, pociągając ją delikatnie w stronę kranu.
Daj, trzeba to schłodzić – odezwał się, kierując jej rękę pod strumień letniej wody. – I pewnie pojechać do apteki po coś na oparzenia. Bo domyślam się, że nie masz niczego na wyposażeniu salonu…?
Nie był wprawdzie w stanie ocenić, na ile poważne mogło być to jej poparzenie, a spojrzenie utkwione przez dłuższą chwilę we wciąż przytrzymywanej pod strumieniem wody ręką, wcale ułatwiało jakiejkolwiek diagnozy. Nie wyglądało to najlepiej, skóra rzeczywiście zdążyła się już dość mocno zaczerwienić, ale… może nie było też aż tak tragicznie…?
Zapomniałem, że dla twojego dobra lepiej trzymać cię z dala od kuchni. Widocznie nawet wtedy, kiedy chodzi o parzenie herbaty… – dodał, przenosząc spojrzenie na jej twarz i pokusiwszy się o lekki uśmiech. Zwłaszcza, że chyba faktycznie trudno byłoby odmówić temu spostrzeżeniu pewnej trafności… Chcąc zapobiec potencjalnej tragedii – czy to w postaci nieprzewidzianych kontuzji, poparzeń i odciętych palców, czy też ewentualnego otrucia – najlepiej było zadbać o to, by Elsa nie zbliżała się do kuchni. Nie można było mieć pewności, ale nie było wykluczone, że to właśnie ten jej kompletny brak kulinarnych kompetencji w jakiś sposób skłonił go jeszcze w czasach nastoletnich do zadbania o to, by jego były przynajmniej na dość przyzwoitym poziomie. I może gdyby faktycznie w porę sobie o tym przypomniał, teraz przynajmniej nie musiałby zastanawiać się, czy w standardowym wyposażeniu salonu fryzjerskiego faktycznie mogło znajdować się cokolwiek na oparzenia, czy jednak nie mogło obejść się bez przymusowej wizyty w najbliższej aptece…

Elsa Eriksen

this wasn’t the plan

: śr kwie 01, 2026 6:21 pm
autor: Elsa Eriksen
Nie było żadną tajemnicą, że Elsa nie posiadała jakichkolwiek umiejętności kulinarnych. Od dziecka nie odczuwała najmniejszej potrzeby, aby w ogóle interesować się gotowaniem — uczyła się języków, grała na pianinie, śpiewała, chodziła na kółka teatralne, pływała, ale do kuchni wchodziła tylko po to, aby nalać sobie wody albo urwać banana z dorodnej kiści. W jej domu naczelnym kucharzem od zawsze był ojciec, który nigdy nie zachęcał córki, aby podglądała jak się pewne rzeczy gotuje czy przygotowuje. W konsekwencji podjętej przez Eriksena decyzji, a pewnie także i natłoku zajęć poza lekcyjnych, Elsa zdawała się nie czerpać z jedzenia jakichś górnolotnych przyjemności, a traktować je jedynie jako mus, aby uzupełnić paliwo swojego organizmu. Zawsze się ze wszystkim spieszyła, zawsze jadła w biegu albo przy okazji danej czynności, czy to nad lekcjami, czy podczas suszenia włosów po skończonym treningu pływackim.
W dorosłym życiu, po wyprowadzce od rodziców podjęła aż dwie próby zrobienia sobie samodzielnie posiłku, jedna skończyła się poharataną dłonią i atakiem paniki wywołanym widokiem krwi, a druga Spalonym garnkiem i tak posklejanym makaronem z ciecierzycy, że spokojnie można było go używać zamiast słynnego kleju "Mamut”, bo przecież ciężko było usiąść na czterech literach z minutnikiem w ręce. Przecież w pięć minut mogła zrobić tak wiele rzeczy, skończyć dwa slajdy na prezentację na studia! Szkoda tylko, że w tym nieco wydłużonym czasie zrobiła całą prezentację i jeszcze dokończyła trzy karty pracy zadane przez jednego wykładowcę.
Finalnie, aby czasem nie umarła z głodu bądź ewentualnego napromieniowania od ciągłego wpieprzania zupek chińskich najgorszego sortu, Casper Eriksen zaczął gotować posiłki dla córki i przynosić je w szklanych lunchboxach, dzięki czemu mogła wydzielać odpowiednią porcję i wrzucać TYLKO do mikrofalówki. Ale to nie był koniec, bo dostawała już pokrojone w plasterki warzywa, żeby mogła je sobie położyć na kanapkach, a żeby tego było mało, poprosił pracowników pobliskiej piekarni, aby sprzedawali jego córce już pokrojone pieczywo, w tym także bułki. Czy ci ludzie musieli mieć Else za jakąś upośledzoną? Z pewnością. Chociaż ilekroć do nich przychodziła, zawsze witali ją szczerym uśmiechem. Cóż, o tyle dobrze, że buźkę miała nie najbrzydszą.
O braku swoich umiejętności oczywiście pamiętała, bo to wcale nie było tak, że chciała się popisać przed chłopkiem, że coś tam jednak potrafi. A parzenie herbaty jako tako wydawało się być normalną czynnością, którą robiła codziennie. Ba! Przecież zaparzała mu herbatę podczas tamtej nieplanowanej przez nikogo wizyty. Tylko wówczas jej się nigdzie nie spieszyło. A w tej konkretnej chwili chciała jak najszybciej przynieść mu odgrzany obiad, kubek z czymś ciepłym do picia i znów wcisnąć się w jego ramiona i zostać w nich najdłużej. Z tego powodu nie zwróciła szczególnej uwagi na rysy, które znajdowały się na kubku i nawet kiedy pękł, wylewając całą swoją zawartość na lewą dłoń dziewczyny, ona przez następne dwie sekundy, polewała nią jeszcze wrzątkiem prosto z czajnika nim się zorientowała w całej tej sytuacji.
I całe szczęście, że Dante dosyć szybko pojawił się na zapleczu, sprawiając, że posłusznie podreptała za nim do zlewu i wsunęła dłoń pod strumień wody, wydając z siebie przy tym głośne pisknięcie.
— Mam coś do odkażania i plasterki w pandy — wymamrotała cicho, wpatrując się w swoją zaczerwienioną rękę. — Ale chyba nic mi nie będzie… to aż tak nie boli… — Poruszała niemrawo ręką. Skóra zaczęła się nieprzyjemnie napinać i szczypać tak, jakby ktoś na otwartą ranę wsypał szczyptę soli. Zacisnęła mocno powieki i zadarła głowę do góry, aby nie pozwolić łzom, które stanęły jej w oczach, tak po prostu spłynąć po policzkach. — Jednak nie… jednak kurewsko boli… — Jęknęła głośno. Nie miała w salonie żadnych żeli chłodzących ani opatrunków, ponieważ nigdy nie doszło w tym miejscu do wypadku. Nie poparzyła siebie ani klientów prostownicą, nie zacięła nikogo nożyczkami czy maszynką. Plasterki były głównie dla dzieci, które twierdziły, że boli je główka, a jak wiadomo, plastry w pandy miały silne działania przeciwbólowe! A płyn do odkażania chyba kupiła kiedyś tak na wszelki wypadek.
— Nie nabijaj się… wiem, że jestem upośledzona, ale nie sądziłam, że do tego stopnia, że nawet głupiej herbaty nie będę w stanie zrobić… może lepiej się zastanów czy nie chcesz wyjść. — Wzięła głęboki wdech i zdrową ręką wytarła te pojedyncze słone krople, które jednak spłynęły po jej bladych policzkach. Cóż, po tym jak te kilka lat temu Dante postanowił urwać ich kontakt, próbowała sobie wytłumaczyć co mogło być tego powodem. Zrobiła nawet w notesie tabelkę z wszelkimi różnymi potencjalnymi przyczynami. Nie było zaskoczeniem, że gdzieś na trzecim miejscu znajdowało się właśnie brak umiejętności zachowywania się w kuchni. Zdarzało im się oglądać wieczorami głupie romansidła, wybierane oczywiście przez Else, i chyba w większości z nich, padało charakterystyczne "super gotujesz, będziesz idealną żoną!". No a skoro ona nie potrafiła zrobić głupiej jajecznicy…

Dante Levasseur

this wasn’t the plan

: śr kwie 01, 2026 9:14 pm
autor: Dante Levasseur
Od samego początku ich znajomości całkiem nieźle zdawał sobie sprawę z jej całkowitego braku kulinarnego talentu. I pewnie nadal dość dobrze pamiętał te doszczętnie zwęglone tosty, które usiłowała przygotować rano, gdy po raz pierwszy zdarzyło mu się nocować u niej pod nieobecność jej rodziców. Nawet jeżeli pozbycie się zapachu spalenizny – głównie po to, żeby nie niepokoić nim niepotrzebnie Eriksenów po ich powrocie – nie należało do najłatwiejszych zadań, a tosty pozostawały oczywiście absolutnie niejadalne… już wtedy można było chyba uznać, że jej kulinarną nieporadność trudno byłoby postrzegać jako coś, co miałoby stać się przyczyną zakończenia ich znajomości. Było w tym za to coś na swój sposób rozbrajającego. Przynajmniej tak długo, jak długo rzeczywiście pamiętało się o tym, by nie pozwalać jej wykonywać w kuchni żadnych czynności na tyle skomplikowanych, żeby mogła zrobić sobie przy tym krzywdę…
To chyba za bardzo się nie przyda – choć nawet w tej sytuacji trudno byłoby powstrzymać lekki uśmiech na wzmiankę o plasterkach w pandy, nie dało się ukryć, że te faktycznie nie były aktualnie zbytnio przydatne. Mało prawdopodobne było, żeby tym razem miały jakkolwiek zadziałać choćby te ich nieprzeciętne właściwości przeciwbólowe. O ile więc każde dziecko na pewno byłoby zachwycone, mogąc dostać jeden z nich, tym razem sprawa wyglądała na zbyt poważną nawet dla pand.
Nie ruszaj… – objął ją wolną ręką, drugą nadal przytrzymując jej dłoń pod wodą. I chociaż pocałowanie jej w skroń miało pewnie równie niewielkie działanie przeciwbólowe, co te nieszczęsne plasterki, zrobił to mimo wszystko. Bo też niewiele więcej lepszych opcji przychodziło mu na myśl w tej chwili, kiedy wciąż najważniejsze było, żeby tę poparzoną rękę porządnie schłodzić…
I zostawić cię, żebyś zaraz znowu zrobiła sobie krzywdę, jak już wpadnie ci do głowy, żeby posprzątać te resztki kubka…? Nie ma takiej opcji – uśmiechnął się ponownie, na dobre chyba zdążywszy już pozbyć się tej durnej myśli, żeby faktycznie stąd wychodzić. A przynajmniej tej, która zakładała, że miałby wyjść sam. – Odwiozę cię do domu. Po drodze kupimy coś bardziej pomocnego od tych twoich plasterków. Poczekaj tu chwilę.
Zostawiając ją przy zlewie, zajął się ponownym przekładaniem wyjętego z mikrofali jedzenia do pudełek. Nawet jeśli wszystko wskazywało na to, że nie było im dane tak po prostu zjeść w spokoju tego nieszczęsnego obiadu, przecież nie można było tak po prostu go tutaj zostawić. Zwłaszcza, że nietrudno było się domyślić, że kolejnego dnia Elsa raczej nie miała po co pojawiać się w pracy – raczej mało prawdopodobne było, żeby jakikolwiek specyfik z apteki był w stanie zadziałać na tyle skutecznie, żeby już jutro jej ręka była znów w pełni sprawna. Za to zarówno potłuczony kubek, jak i rozlana woda musiały już tak pozostać. Jeśli w najbliższym czasie nikt nie zamierzał tu urzędować, nikomu nie powinien przeszkadzać lekki bałagan.
Jeżeli planowałaś na jutro jakichś klientów, to chyba raczej będziesz musiała ich odwołać… – o czym pewnie sama już doskonale wiedziała, ale mimo wszystko wspomniał o tym na głos, kiedy już jedzenie trafiło z powrotem do torby, Murphy na smycz, a on mógł wrócić do niej i zakręcić wreszcie wodę, raz jeszcze zerkając na jej poparzoną dłoń. – Gdzie masz kluczyki od samochodu?
Raczej nie zakładał też, by sama miała być aktualnie w stanie prowadzić, nawet jeśli odwiezienie miało zakładać wykorzystanie jej samochodu. Rzeczywiście z przystankiem pod apteką, gdzie mógł zaopatrzyć ją w opatrunki hydrożelowe – jeden z nich trafił na jej rękę jeszcze w samochodzie – i opakowanie leków przeciwbólowych, na wszelki wypadek. Nawet jednak mimo tego chwilowego przystanku, droga pod jej dom nie zajęła zbyt wiele czasu i wkrótce znaleźli się właśnie pod nim.
Poradzisz sobie…? – wypuszczając z samochodu psa po tym, jak już sam z niego wysiadł, zerknął jeszcze w jej kierunku. Mimo wszystko wciąż nie zamierzał przecież tak po prostu wpraszać się, nawet jeśli rzeczywiście wolałby chyba zostać z nią i upewnić się, że faktycznie miała sobie poradzić. A jednak, niezależnie od tego, co sam by wolał – decyzja wciąż leżała raczej po jej stronie. Zwłaszcza, że równie dobrze mogła przecież woleć zorganizować sobie pomoc kogokolwiek innego.

/ zt

Elsa Eriksen