this wasn’t part of the plan
: wt kwie 28, 2026 9:48 pm
Życie nie było wygodne. Uwierało, zmuszało do trudnych decyzji, sprawiało, że kwestionowało się wszystko, z samym sobą na czele. W tym wszystkim to, że ktoś poczuł się niekomfortowo z jej słowami było czymś, na co na co dzień niemal nie zwracała uwagi. Nie siliła się na uprzejmości tylko dlatego, że wymagała tego sytuacja, ale choć zawsze była dość bezpośrednia, szorstkość była jej cechą nabytą, która pojawiła się po tym, jak jej własny świat wywrócił się do góry nogami. Stała się poniekąd odpowiedzią na to, jak sama była traktowana. Jako siostra mordercy nie przysługuje ci taryfa ulgowa. W najlepszym wypadku możesz liczyć na ignorowanie. W najgorszym... cóż, Lina nie bez powodu powtarzała kurs samoobrony.
Jego słowa o tym, że być może swoimi uwagami trafia bliżej niż ktokolwiek chciałby ją dopuścić dotarła do niej z pełną powagą. Uświadomiła sobie, że miał rację.
– Ludzie często mówią, że chcą usłyszeć prawdę, ale to zazwyczaj tylko do momentu, kiedy mają nad nią kontrolę – skwitowała, wzruszając lekko ramionami. Czy była w tym wszystkim inna? Nie próbowała lukrować rzeczywistości i w większości przypadków tak naprawdę nie obchodziło jej, co myślą o niej inni. Tak myślała, bo może w rzeczywistości to również nie było do końca prawdą. Było istotne, co myślała o niej mama – Lina wielokrotnie kłamała na temat tego, że radzi sobie lepiej niż radziła sobie w rzeczywistości. Kiedyś ważne było dla niej, jak postrzegał ją brat, gdy jeszcze ich życie było normalne, chciała, by był z niej dumny. Z jakiegoś powodu teraz chciała, by siedzący naprzeciwko niej lekarz też myślał o niej dobrze.
Zmiana tematu była subtelna, choć wyczuwalna. Nie zdziwiła jednak ani nie zaniepokoiła Liny, bo w przeciągu tego wieczoru poruszali się swobodnie po różnych tematach, więc przyjęła to jako coś zupełnie naturalnego. Sięgnęła po swoją lemoniadę, upijając trochę.
– Albo byłeś kiepski z tego przedmiotu, albo praktyka wypleniła teorię ze studiów – zażartowała, oczywiście nawiązując do tego, gdzie aktualnie się znajdowali. Zabawne, że naprawdę dawno nie czuła się tak swobodnie w rozmowie z kimś, kogo ledwo co znała. Zazwyczaj dość mocno pilnowała, żeby wzniesione przez nią mury wokół własnej osoby były szczelne. Tego wieczoru już kilka razy opuszczała gardę, co było do niej niepodobne.
Roześmiała się, zupełnie szczerze, niewymuszenie, jakby usłyszała świetny dowcip.
– Ja też, naprawdę! Klientów zostawiam w barze, no chyba że któryś ratuje mi skórę przed innym nachalnym klientem, wtedy najwyraźniej potrafię trochę nagiąć swoje zasady – stwierdziła lekko, rzucając mu rozbawione spojrzenie. To była tylko częściowo prawda, ale Lina nie chciała się dziś zastanawiać, jaka jest jej pozostała część. Ten wieczór był wyjątkowo miły, przyjemny, a w Sinclair zawsze wtedy pojawiała się obawa, że to za chwile zniknie, więc postanowiła z tego skorzystać. Skupiła się więc na nim i na tej rozmowie, a kiedy przyszedł czas, by się pożegnać, bo było tak późno, po raz pierwszy od dawna, wracała do mieszkania od czasu do czasu uśmiechając się sama do siebie.
/ koniec.
Horacy Bell
Jego słowa o tym, że być może swoimi uwagami trafia bliżej niż ktokolwiek chciałby ją dopuścić dotarła do niej z pełną powagą. Uświadomiła sobie, że miał rację.
– Ludzie często mówią, że chcą usłyszeć prawdę, ale to zazwyczaj tylko do momentu, kiedy mają nad nią kontrolę – skwitowała, wzruszając lekko ramionami. Czy była w tym wszystkim inna? Nie próbowała lukrować rzeczywistości i w większości przypadków tak naprawdę nie obchodziło jej, co myślą o niej inni. Tak myślała, bo może w rzeczywistości to również nie było do końca prawdą. Było istotne, co myślała o niej mama – Lina wielokrotnie kłamała na temat tego, że radzi sobie lepiej niż radziła sobie w rzeczywistości. Kiedyś ważne było dla niej, jak postrzegał ją brat, gdy jeszcze ich życie było normalne, chciała, by był z niej dumny. Z jakiegoś powodu teraz chciała, by siedzący naprzeciwko niej lekarz też myślał o niej dobrze.
Zmiana tematu była subtelna, choć wyczuwalna. Nie zdziwiła jednak ani nie zaniepokoiła Liny, bo w przeciągu tego wieczoru poruszali się swobodnie po różnych tematach, więc przyjęła to jako coś zupełnie naturalnego. Sięgnęła po swoją lemoniadę, upijając trochę.
– Albo byłeś kiepski z tego przedmiotu, albo praktyka wypleniła teorię ze studiów – zażartowała, oczywiście nawiązując do tego, gdzie aktualnie się znajdowali. Zabawne, że naprawdę dawno nie czuła się tak swobodnie w rozmowie z kimś, kogo ledwo co znała. Zazwyczaj dość mocno pilnowała, żeby wzniesione przez nią mury wokół własnej osoby były szczelne. Tego wieczoru już kilka razy opuszczała gardę, co było do niej niepodobne.
Roześmiała się, zupełnie szczerze, niewymuszenie, jakby usłyszała świetny dowcip.
– Ja też, naprawdę! Klientów zostawiam w barze, no chyba że któryś ratuje mi skórę przed innym nachalnym klientem, wtedy najwyraźniej potrafię trochę nagiąć swoje zasady – stwierdziła lekko, rzucając mu rozbawione spojrzenie. To była tylko częściowo prawda, ale Lina nie chciała się dziś zastanawiać, jaka jest jej pozostała część. Ten wieczór był wyjątkowo miły, przyjemny, a w Sinclair zawsze wtedy pojawiała się obawa, że to za chwile zniknie, więc postanowiła z tego skorzystać. Skupiła się więc na nim i na tej rozmowie, a kiedy przyszedł czas, by się pożegnać, bo było tak późno, po raz pierwszy od dawna, wracała do mieszkania od czasu do czasu uśmiechając się sama do siebie.
/ koniec.
Horacy Bell